Bz

Rai

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

sobota, 1 czerwca 2013

Epopeja polsko-indiańska (39)

Kontynent północnoamerykański.

Apacze wraz ze sprzymierzonymi z nimi Paunisami i Arapaho wyruszyli z wioski Bizoniego Roga. W przeciwieństwie do pierwszego ataku na wioskę Polomanczów tym razem nie zaniedbali żadnych szczegółów i wysłali wcześniej zwiadowców. Nic dziwnego zważywszy na nauczkę jaką otrzymali za pierwszym razem.

- Co robimy ze zwiadowcami? - zapytał Helmuth Michała Potylicza - Zdejmujemy czy pozwolimy im podejść pod wioskę?
- Skoro zamierzamy ich nękać w drodze to nie ma potrzeby przepuszczać zwiadowców. Trzeba ich pojmać. Przepuszczenie ich do wioski miałoby sens tylko wtedy, gdybyśmy od razu założyli, że tam się bronimy.
- Zawiadomię zatem Janka, żeby ich pojmać.

Marsz Apaczów przebiegł bez większych zakłóceń do samego wieczora. Druga strona wyczekiwała na ewentualne odłączenie się mniejszej grupy od głównych sił by ją łatwo zniszczyć...

- Cały czas idą zwartą grupą... - narzekał Jurko.
- Będziemy ich niepokoić w nocy? - zapytał Helmuth.
- Oczywiście. Dobrze się stało, że założyli obóz nad rzeką, przejdziemy na drugą stronę, a gdy zasną zasypiemy ich gradem strzał - wyjaśniał Potylicz.
- Jestem tego samego zdania co mój biały brat - przyklasnął z zadowoleniem Samotny Wilk wódz Komanczów - Trzeba ich ciągle nękać i męczyć!
- Gdy zaatakujemy to oni nie przeprawią się przez rzekę? - zastanawiał się Jurko.
- W ciemnościach? Nie odważą się, nurt rzeki jest zbyt silny - wyjaśnił Helmuth.
- Przejdą rano - powiedział Potylicz - Być może uda się ich wciągnąć w pułapkę...

Punktualnie o północy na obóz Apaczów zaczęły spadać strzały. Chwilę później rozległo się wściekłe wycie Indian, co zwiastować mogło tylko, że część strzał dotarła do celu. Po kwadransie wszystko ucichło, ale w obozie było gwarno jak w dzień, nikt nie spał.

- Kto nas atakuje? - pytał zdziwiony Śmiały Lis wódz Apaczów Mescalero.
- Strzelali zza rzeki - wyjaśnił Cichy Bawół wódz Apaczów Lipan - nie wiadomo kto...
- Może to ci odszczepieńcy? - wysunął teorię Bizoni Róg wódz Apaczów Lipan.
- Nie wierzę... - powiedział z przekąsem Wielki Łoś wódz Apaczów Jicarilla - przecież oni nawet nie wiedzą, że na nich zmierzamy. Siedzą pewnie spokojnie w wiosce i śpią jak susły.
- Rano sprawdzimy - powiedział Ciężki Kamień wódz Apaczów Mescalero.

Do świtu jeszcze kilkakrotnie podnoszono alarm w obozie. Każdy atak trwał nie więcej niż kwadrans, a później zapadała cisza jak makiem zasiał. O świcie natychmiast wysłano dwustu wojowników za rzekę i policzono, jakie straty spowodowały nocne ataki. Okazało się, że zginęło siedmiu wojowników, a kilkunastu było rannych. Wysłany za rzekę oddział nie odnalazł już żadnych wrogów, ale z pozostawionych śladów wywnioskowano, że napastników było około stu.

Wodzowie nie mieli pojęcia z kim mają do czynienia.

- Jeśli to ci odszczepieńcy - zastanawiał się Bizoni Róg - to musieliby przyjść tu niemal wszyscy. Polomancze, Germanopacze i Kozakezi. Bladych Twarzy tutaj nie było, zostawiają inne ślady.
- Ja myślę, że to nie oni - wyrokował Ciężki Kamień - bali by się nas zaatakować. Może to byli Kiowowie?
- Prawdopodobnie tak - potwierdził Czerwony Ogień wódz Paunisów - Dziwi mnie tylko, że zaatakowali tak małą liczbą...
- Ostrzelali nas - wtrącił się Cichy Bawół - a nie zaatakowali. Może chcieli nas wystraszyć?
- Wioski Kiowów są dość daleko stąd - rzekł Śmiały Lis - Możliwe, że ta setka jest na wyprawie łowieckiej. Trzeba ich dopaść i dać nauczkę!
- A jeśli to pułapka? - zapytał nagle Bizoni Róg.
- Dokładnie sprawdziliśmy ślady - rzekł Wielki Łoś - Była ich niespełna setka. Uciekli w przeciwnym kierunku niż wioska Polomanczów. Może dopiero w trakcie ataków zorientowali się, że posiadamy wielką przewagę?

- To Kiowowie - zawyrokował Czerwony Ogień - Zaatakowali przypadkowo, a gdy zobaczyli, że jest nas znacznie więcej, skulili ogony i uciekli w popłochu. Trzeba ich dopaść! Nie będą tchórzliwe psy strzelać do moich wojowników!
- Ja pójdę za nimi! - zawołał nagle Przyczajony Lis wódz Arapaho - Skoro jest ich tylko setka to z łatwością ich pobiję! Moi wojownicy są żądni skalpów!

Wodzowie długo jeszcze rozmawiali, ale ostatecznie stanęło na tym, że w pogoń za rzekomymi Kiowami ruszyć miał Przyczajony Lis ze swoimi Arapaho. Po pokonaniu wrogów Arapaho mieli czym prędzej wrócić do głównych sił.

- Wygląda na to, że połknęli haczyk - powiedział Potylicz, gdy tylko zwiadowcy donieśli, że od głównych sił odłączyli się wojownicy Arapaho.
- Zwabmy ich do Żabiego wąwozu - zaproponował Helmuth - jest wręcz idealny na pułapkę.
- Wytłuczemy ich co do nogi! - cieszył się Samotny Wilk.

Główna kolumna Apaczów nie śpiesząc się ruszyła w dalszą drogę, ale wczesnym popołudniem wodzowie uznali, że jednak poczekają na Arapaho i rozbili obóz.

- Nie śpieszą się - skomentował Helmuth.
- Czekają na Arapaho - stwierdził Potylicz.
- Posłaniec od Janka przybył - zakomunikował Jurko - Zwiadowcy pojmani.

200 wojowników Arapaho szło w ślad za rzekomymi Kiowami...

- Dzisiaj ich już chyba nie dopadniemy - mówił Przyczajony Lis - Ale jutro ich skalpy będą naszą własnością. Howgh!
- Kiowowie szybko umykają - dziwił się Czarny Borsuk, najlepszy wojownik Arapaho - pewnie spodziewają się, że ich ścigamy...
- Drżą ze strachu tchórzliwe psy - śmiał się wódz.
- Zabijemy ich wszystkich? - dopytywał się wojownik.
- Nie, ale większość. Resztę weźmiemy jako jeńców za których Kiowowie potem nam słono zapłacą! Przenocujemy w wąwozie, kiedyś tam byłem, nadaje się bardzo dobrze na obóz.
- Nie lepiej rozbić się na prerii?
- Nie, w wąwozie. Nie lubię jak wieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz