Mill

City

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

wtorek, 31 grudnia 2013

środa, 25 grudnia 2013

Epopeja polsko-indiańska (57)

Gdańsk

Za kilka dni z gdańskiego portu miał wyruszyć statek „Nefretete”. Macudowski wynajął go razem z niemiecką załogą by udać się w pościg za „Nepticą” na której płynęła II polska wyprawa do Nowego Świata. Macudowski pragnął zemsty na dowódcy tejże wyprawy Jerzym Donieckim, który publicznie nazwał go ochlaptusem. Nie mógł tego przeżyć, bolało go to strasznie. Nieznany mu był kierunek w jakim udał się Doniecki, dlatego zaangażował słynną Ukrainkę Rusłanę Kramerko, która posiadała zdolności mogące nakierować „Nefretete” na właściwy trop.

Poza nią zatrudnił wielu zbirów by pokonać uczestników II wyprawy. Byli to zaprawieni w bojach zabijacy dla których uśmiercenie człowieka było jak dla innego zabicie muchy. Same ich pseudonimy budziły respekt, wręcz strach, m.in.: Zębiszon, Chwaścior, Chochoł, Jamróz czy Dziobak.

Zdecydowanie najgroźniejszym z nich wszystkich był Zębiszon. Właściwie nazywał się Andrzej Sułek, pochodził z Podola. Paradoksalnie kiedyś wiódł spokojny żywot, będąc człowiekiem bardzo wyciszonym i ułożonym. Za bardzo nawet, co wykorzystywali wszyscy wokół, aż doszło do tego, że wchodzili mu na głowę. W końcu Andrzej stał się pośmiewiskiem całej okolicy, każdy bezkarnie stroił sobie z niego żarty i prawdopodobnie byłoby tak do tej pory, gdyby w pewnym momencie nie przesadzono. Mianowicie zabito jego ulubione kozy: Mariolę i Matyldę… W Andrzeju coś pękło, wpadł w nieopisany szał i zabił kilkunastu najbardziej podejrzanych o ten czyn. Następnie musiał uciekać z Podola, by nie zawisnąć na stryczku. Śmierć tylu osób nie mogła mu jednak ujść płazem, z Podola ruszyła liczna grupa pościgowa, aż w końcu został ujęty w Zamościu. Zamierzono powiesić go na miejscu, ale sprzeciwili się temu zamojscy radni, argumentując to tym, że nawet taki morderca musi najpierw stanąć przed sądem. Wtrącono go do lochu i dobrze pilnowano. Znalazł się w celi z dwom innymi więźniami, którzy nie znając go, a wyglądał bardzo niepozornie, zaczęli z niego szydzić. W nocy Andrzej przegryzł im gardła i stąd właśnie wziął się jego pseudonim. Następnie uwolnił się z więzów, zabił strażników i uciekł. Kilka lat spędził poza granicami Rzeczpospolitej, a gdy nieco o nim ucichło powrócił do kraju. Zabijał niemal codziennie – tak to mu weszło w krew. Gdy robiło się zbyt gorąco i wymiar sprawiedliwości deptał mu po piętach, opuszczał Polskę, by powrócić po jakimś czasie. Właśnie teraz, po półrocznym pobycie na Węgrzech, powrócił do ojczyzny i zawitał do Gdańska.

- Kaliski! – zawołał Macudowski.
- Tak?
- Idziemy!
- Dokąd to?
- Dowiesz się po drodze…
- Ale ja lubię wcześniej…
- Po drodze!

Macudowski śpieszył właśnie do Zębiszona by go zatrudnić. W przeszłości niejednokrotnie korzystał już z usług tego seryjnego mordercy i zawsze był bardzo zadowolony. Kwadrans później dotarli do zbira, który bez większych problemów zgodził się na warunki. W drodze powrotnej Macudowski tak się śpieszył, że potrącił starszą kobietę…

- Co robisz? – darła się leżąc na ziemi staruszka.
- Z drogi starucho! – wrzasnął Macudowski i popędził dalej…
- Biada ci! Biada! Ty niewychowany nieokrzesańcu! – wołała – Synkowie! Synkowie!

Macudowski z Kaliskim oddalili się już znacznie, gdy w pewnym momencie zagrodziło im drogę ośmiu ludzi…

- Stać! – zakomunikował głosem nie znoszącym sprzeciwu najwyższy z nich – Który to potrącił naszą matkę?!

Macudowski zląkł się, znajdowali się bowiem w dość odosobnionym miejscu, a napastnicy mieli czterokrotną przewagę…

- On! – wskazał ręką na Kaliskiego – To on!
- Że co? – oburzył się wskazany.
- Cicho! – wycedził przez zęby Macudowski – zapłacę ci za to…
- Co tam mruczycie? Matka kazała nauczyć kultury tego co ją potrącił… Szybko do domu nie wróci, jeśli w ogóle, a jak wróci to nie o własnych siłach. Ha ha ha!
- Nie gadaj z nimi Barnabo! Trzeba zrobić co matka kazała i wracamy do karczmy. Raz, dwa gadać mi tu, który tak potraktował naszą matkę?! Bo obaj oberwiecie!
- Już mówiłem! – odparł Macudowski – to on!

Kaliski bił się z myślami, napastników było ośmiu, więc szans nie miał zbytnio wielkich, żeby nie powiedzieć żadnych, a zapłata Macudowskiego była dość wirtualna… Poza tym mógł tego nie przeżyć…

- Nie! – wrzasnął Kaliski, gdy szli w jego kierunku – To on potrącił waszą matkę!

Macudowski skorzystał w między czasie z okazji, że napastnicy zwrócili się w kierunku jego podwładnego i zaczął się powoli oddalać, ale szybko został schwytany…

- Mam tego dość! – zawołał Barnaba – Skoro żaden nie chce się przyznać to lanie otrzymają obaj! Nie będziemy wzywać przecież matki by rozpoznała który!
- Tak zlejmy obu! – wtórowali mu bracia.
- Panie Barnabo! – wtrącił się Macudowski – a jakbyśmy się jakoś dogadali?
- Co sugerujesz?
- Mam wypchaną sakiewkę…
- Aha… Ale i tak byśmy ci ją zabrali przecież…
- Hmm, rozumiem… To jedną dostaniecie teraz, a drugą potem…
- Na pewno?
- Obiecuję!
- A co z tamtym?
- ? Za niego też mam płacić? On nie wart za wiele!
- Aha, skoro nie wart za wiele to ty zostaniesz z nami jako zakładnik, a on niech pędzi po sakiewkę!
- Sam bym poszedł, on nie wie, gdzie ją trzymam.
- Nie. Źle ci z oczu patrzy, nie wykupisz go zapewne.

Macudowski chcąc nie chcąc musiał powiedzieć Kaliskiemu, gdzie ten znajdzie potrzebną sakiewkę…

- Tylko wracaj szybko!

Bracia z Macudowskim udali się do karczmy… Siedzieli tam i siedzieli, a Kaliski nie wracał…

- Co z tym twoim człowiekiem? – śmiał się Barnaba – mówiłeś, że to kwadrans drogi, a już trzy godziny minęły…
- No, nie wiem… - Macudowski był zły na Kaliskiego, nie miał zupełnie pojęcia, dlaczego jeszcze nie wraca…

Tymczasem Kaliski był już w drodze do domu…

- A niech go zakatują nawet! Drania jednego! Ja swoje mam i to z nawiązką! Mogę spokojnie do ojca wracać…

Minęły kolejne dwie godziny…

- No, gołąbeczku! Twój człowiek wrócić nie zamierza…
- Nie wiem co się stało…
- Chwilę tutaj jeszcze będziemy, ale jak nie wróci do tego czasu to…
- To?
- Skończysz w Wiśle z poderżniętym gardłem!
- Przecież wam zapłaciłem!
- Tak, ale tylko jedną sakiewkę…

Macudowski zaczął się poważnie denerwować, przeczuwał że Kaliski go zdradził. Znikąd nie było widać ratunku… Próbował jeszcze mamić Barnabę tym, że ma środki by się wykupić, ale ani on ani bracia nie chcieli o tym słyszeć…

- Skończysz na dnie Wisły…
- Dam wam dwie sakiewki złota!
- Nie widzę ich…
- Dam trzy!
- Przestań! Dosyć tego, bracia bierzcie go! Idziemy nad Wisłę!

Dwóch z braci chwyciło Macudowskiego i wszyscy wyszli z karczmy…

- Żywcem czy najpierw go zabijemy? – zapytał Witold, najmłodszy z braci.
- Czekaj… Niech pomyślę… - odparł Barnaba.
- Nie! – darł się Macudowski – Nie! Ozłocę was, tylko mnie nie zabijajcie!
- Za późno… - odparł Barnaba – Witold zdziel go w łeb, tak żeby ogłuszyć, kamień przywiążcie do szyi i na dno z draniem! Nikt nie będzie bezkarnie potrącał naszej matki!
- Stać! – zawołał tajemniczy głos.
- A ty kto? – zapytał Barnaba.

Postać zbliżyła się nieco, ale wystarczająco by ją rozpoznać…

- Zębiszon… - rzekł Barnaba.
- Tak to ja… Zostawcie go!
- Oczywiście, oczywiście.

Macudowski odetchnął z ulgą… Czterej z braci zgodziło się wstąpić na jego służbę. Gdy już zostało wszystko wyjaśnione wszyscy popędzili do siedziby Macudowskiego…

- Gdzie Kaliski?! – zawołał  na wstępie Macudowski.
- Był tu, wszedł do środka, a potem powiedział, że jedzie do pana – wyjaśniał Dziobak, który akurat miał służbę.

Kwadrans później Macudowski na czele 20 zbirów jechał w kierunku rodzinnej wsi Kaliskiego… Postanowił zrobić mu niespodziankę… Gdy dotarli na miejsce, Macudowski poszedł sam… W izbie poza Kaliskim znajdowali się jego rodzice… Jakież było jego zdziwienie, gdy nagle wszedł Macudowski i usiadł przy stole…

- Jak się miewasz Wojtusiu?
- Ja?
- Tak ty!
- A… Nie najgorzej…
- Kto to jest synu? – wtrącił się ojciec Kaliskiego.
- Kończmy tą komedię! – warknął Macudowski – Oddaj wszystkie złoto, które mi ukradłeś!
- Yyyy…
- Co on mówi Wojciechu? – zapytała matka Kaliskiego.
- Pośpiesz się! – zawołał Macudowski – Bo zbirów zawołam!

Kwadrans później leżały przed nim wszystkie zrabowane przez Kaliskiego sakwy…

- Mało!
- To wszystko co wziąłem…
- Mało! Dawaj jeszcze!
- Nie mam!
- Bo dworek i wieś spalę! Kamień na kamieniu tu nie zostanie!

Po upływie kolejnego kwadransa przed Macudowskim pojawiły się kolejne kosztowności…

- Jedziemy! – rozkazał Macudowski – Chyba, że zostajesz z rodzicami?
- Nie! Jadę!

Wstali obaj i wyszli… Kaliski był bardzo przygnębiony… Z dala słychać było wołanie jego ojca…

- Wojciechu! Wojciechu! Ty synu marnotrawny! Przeklinam cię!

A jeszcze parę godzin temu sytuacja wyglądała zgoła inaczej… Ojciec nie mógł nachwalić się syna jak to znakomicie szło mu w handlu zbożem… Aż tu nagle przybył Macudowski i odebrał wszystkie sakiewki ze złotem, a przy okazji ograbił jego rodziców z ich oszczędności… Kaliski wiedział, że nie ma po co wracać już do rodzinnej wsi, wiedział też, że jeszcze bardziej nienawidzi Macudowskiego…
Po powrocie do Gdańska Macudowskiego czekała kolejna niespodzianka… Ledwie wszedł do domu został ogłuszony… Po jakimś czasie ocknął się w swoim gabinecie otoczony przez kilka osób...

- Kim jesteście? Co tutaj robicie?
- Milcz! – zawołał jeden z nich – My zadajemy pytania! Zrozumiałeś?!
- To pytajcie…
- Podobno płyniesz za Jerzym Donieckim?
- No, niech będzie, że tak…
- Odpowiadaj tylko tak lub nie! Bo ci łeb rozwalę!
- Tak…
- No, już lepiej! Robisz szybkie postępy…
- …
- Gdzie popłynął Doniecki?
- Nie wiem…

Zamiast odpowiedzi Macudowski otrzymał cios w twarz po którym upadł na ziemię…

- Gdzie popłynął Doniecki?!
- Nie wiem, naprawdę…
- To jak chcesz za nim płynąć bęcwale jeden??!!
- Wynająłem Ukrainkę Kramerko, ona posiada zdolności by naprowadzić mnie na właściwy trop…
- Posłuchaj teraz…
- Tak?
- Jestem kapitan Von Kruge…
- A więc Prusacy?
- Ktoś ci pozwolił mówić? Milcz, bo znowu oberwiesz… Mam ci przedstawić pewną propozycję…
- ?
- Albo zgodzisz się na nią albo zginiesz!
- To chyba nie mam wyboru…
- Zabierzesz ze sobą na wyprawę trzy osoby od nas… Jeżeli im się coś stanie zostaną skonfiskowane twoje majątki w Prusach…

Macudowski przeraził się, w Prusach bowiem znajdowało się blisko 80 procent jego posiadłości ziemskich…

- Zgoda! Co to za te trzy osoby?
- Anna Von Stollar, Knothe i Brenner.
- Wypływamy w sobotę, niech przyjdą do portu…
- Mylisz się. Wypływacie w niedzielę.
- Czemu w niedzielę?
- Von Stollar nie zdąży wcześniej. Jedzie prosto z Królewca.

Po wyjściu Prusaków do Macudowskiego wszedł służący i oznajmił…

- Trzech ludzi chce się z panem widzieć…
- Co? Mam dosyć na dzisiaj… Albo dobra, ale zanim tu ich wpuścisz zawołaj Zębiszona…

Macudowski tyle przeżył ostatnio, że tym razem wolał nie zostawać sam… Obecność Zębiszona gwarantowała mu bezpieczeństwo…

- Wchodźcie i mówcie czego chcecie! Najpierw ty z prawej! Szybko!
- Jestem Czerkaszenko…
- Czego chcesz?
- Słyszałem, że organizujesz wyprawę… Chcę zostać jej kronikarzem… Już raz pełniłem taką rolę podczas łowów królewskich w Tykocinie…

Macudowski już miał się zgodzić, ale wyprzedził go drugi z gości…

- Ja będę lepszym kronikarzem! – wołał – Mam większe doświadczenie! Opisywałem sejmiki, debaty sądowe i tym podobne sprawy! Nazywam się Dariusz Grzybowski…
- W sumie jest mi to obojętne, który… - zaczął Macudowski, ale nie skończył, bowiem obaj kronikarze rzucili się sobie do gardeł… Zaczęli tarzać się po podłodze i wzajemnie okładać pięściami…  W końcu Macudowski zapytał trzeciego gościa… - Ty też jesteś kronikarzem?
- Ja nie…
- To kim jesteś?
- Jestem Włochem Mario Gibbencione…
- Czego chcesz?
- Mój brat jest na statku którym dowodzi Jerzy Doniecki…
- Nie możesz płynąć – oznajmił szczerze Macudowski – Prawdopodobnie będę musiał ich wszystkich zabić…
- Nie!
-  Nie powstrzymasz mnie… Twój brat zapewne też straci życie…
- Nie!
- Niestety tak. Odejdź, bo każę Zębiszonowi także i ciebie zabić…
- Nie!
- Nie denerwuj mnie człowieku!
- Nie zabijaj mi brata! Sam go zabiję!
- ? Aha… Ciekawe. Opowiesz mi o tym?
- Tak, ale nie w tej chwili. Opowiem ci o tym, jak będę mu podrzynał żyły, dobrze?
- He, he. Możemy tak się umówić. Zębiszon! Gdzie ci dwaj kronikarze?
- Walczą jeszcze… Żaden nie potrafi przechylić szali na swoją korzyść…
- Poczekajmy jeszcze trochę…

Po upływie dwóch godzin…

- Który wygrał Zębiszonie?
- Nic się nie zmieniło…
- Rozdziel ich zatem i powiedz, że biorę ich obu…

Zbir Chochoł siedział w karczmie „Pod szarą brzozą”… W pewnym momencie przez drzwi wbiegła kobieta… Młoda brunetka… Wbiegła, jakby ją diabeł gonił… Po chwili wbiegło za nią dwóch mężczyzn, którzy rzucili się na nią…

- Nie pij więcej – mruknął sam do siebie Chochoł.

Jeden z mężczyzn chwycił brunetkę za włosy i ciągnął ją w stronę wyjścia… Chochoł siedział dalej spokojnie i raczył się winem, gdy przeszywające wołanie kobiety postawiło go na równe nogi… Wiedział już, że to nie sen… że mu się nie wydaje…

- Ratunku! Pomocy!

Chochoł zerwał się i błyskawicznie rzucił na drabów… Chwilę później leżeli bez czucia przy drzwiach, a on zaprosił kobietę do stołu…

- Proszę usiądź… Musisz mi wiele opowiedzieć…
- Dobrze wybawco…
- Karczmarzu wina! – zawołał Chochoł, a potem zwrócił się do kobiety – opowiadaj… mamy całą noc.
- Od czego zacząć?
- Najlepiej od początku… Jak masz na imię?
- Agnieszka…
- Ładnie… Moja ostatnia kobieta nazywała się właśnie Agnieszka…
- Ooo… Co się z nią stało?
- Nie wiem…
- Jak to nie wiesz? Przecież to była twoja ostatnia kobieta jak rzekłeś…
- O, właśnie… Dobrze powiedziane, była… Miałaś o sobie opowiadać…
- A ty jak masz na imię?
- Ja? Chochoł…
- Nie ma takiego imienia…
- Jak to nie ma? Tak się nazywam…
- To pseudonim…
- No niech ci będzie… Sławomir… Ale wolę jak mnie nazywają Frankiem… Miałaś opowiadać…
- Zaczynam… Nazywam się Agnieszka Krzemieńska… Byłam szczęśliwą dziewczyną, prawie kobietą, gdy moi rodzice dwa lata temu oznajmili, że postanowili wydać mnie za bogatego sąsiada…
- To źle mieć bogatego męża?
- On jest starszy prawie o 40 lat!
- Aha, to zmienia postać rzeczy…
- Teraz nadeszła pora ślubu… Nie mogłam się z tym pogodzić i uciekłam… Tym bardziej, że on zabił mojego ukochanego… Tych dwóch wysłał za mną w pogoń… Na nic zdała się nawet zmiana nazwiska i tak mnie znaleźli… Gdyby nie ty wieźliby mnie teraz z powrotem, by jutro postawić przed ołtarzem z tym starcem…
- Zmiana nazwiska?
- Tak? Udawałam Angielkę Agnes Flint…
- Czemu akurat tak?
- Znam trochę ten język, Agnes oznacza Agnieszkę, a Flint Krzemień…
- Aha…
- Pomożesz mi? Ten wstrętny starzec w końcu znowu mnie odnajdzie…
- Nawet jak wsiądziesz na statek?
- To znaczy?
- Wypływam niedługo na pokładzie pewnego statku, jak chcesz to  możesz też popłynąć…
- Chcę! Byle dalej od tego starucha!


Macudowski jeszcze tego samego dnia udał się do portu by sprawdzić czy wszystko w porządku… Nie pojechał sam, nie chcąc ryzykować podobnych przeżyć co ostatnio… Towarzyszyło mu kilku zbirów i szlachcic Sebastian Sokoliński… 

piątek, 13 grudnia 2013

50.000 odwiedzin...

W dniu dzisiejszym została przekroczona granica 50.000 odwiedzin! Wypada podziękować czytelnikom za liczne zaglądanie na blog i pozostaje mieć nadzieję, że pozytywna tendencja zostanie zachowana... W przyszłości postaram się zwiększyć częstotliwość publikowania postów... Myślę, że w pojawią się nowe tematy, a stare będą kontynuowane...

czwartek, 12 grudnia 2013

Epopeja polsko-indiańska (56)

Kontynent północnoamerykański…

Do obozu Apaczów powrócił jeden ze zwiadowców. Wywołało to wielkie poruszenie wśród wodzów, którzy chcieli w końcu dowiedzieć co się dzieje. Zwiadowca został zaproszony do wigwamu w którym czekali wszyscy wodzowie.

- Mów Czarny Kruku czego się dowiedziałeś – zachęcił go na wstępie Bizoni Róg wódz Apaczów Lipan.
- Dotarłem do wioski Polomanczów. Są tam tylko kobiety z dziećmi, starcy, kilku wojowników do ochrony wioski i jedna Blada Twarz.
- Może reszta jest na polowaniu? – zastanawiał się Czerwony Ogień wódz Paunisów.
- Nie – odparł Czarny Kruk – w drodze powrotnej spotkałem Szybkiego Borsuka, a on widział Polomanczów, Germanopaczów, Kozakezów i Blade Twarze w pobliżu naszego obozu…
- Co?! – zawołał zdziwiony Wielki Łoś wódz Apaczów Jicarilla – ci odszczepieńcy są tak blisko nas?!
- Mało tego – kontynuował zwiadowca – są z nimi też Komancze…
To ostatnie słowo wywołało wśród wodzów, może nie panikę, ale jednak mały przestrach…
- Komancze? – odezwał się po dłuższej chwili Cichy Bawół wódz Apaczów Lipan – co oni robią tutaj na południu? A co z Arapaho? Nasze przypuszczenia, że udali się w pościg za Kiowami były błędne. Założę się, że Przyczajony Lis i jego ludzie wpadli w pułapkę.

Rozmowy trwały jeszcze długo, ale wodzowie nie mogli zdecydować się na jakieś konkretne działania. Gdyby mieli do czynienia tylko z „odszczepieńcami” i Bladymi Twarzami to pewnie natarliby na nich niemal natychmiast, ale w stosunku do Komanczów czuli zauważalny respekt.

Tymczasem w sąsiednim obozie…

- Niedobrze – rzekł Jan Pratelicki – Nie udało nam się wyłapać wszystkich zwiadowców wroga…
- Skąd te przypuszczenia? – zapytał Michał Potylicz.
- Rafał Kobyłecki widział jak do obozu Apaczów powrócił jeden z nich…
- A co Kobyłecki tam robił?
- Był na zwiadach razem ze Zwinnym Jeleniem Norymbergą, synem Helmutha.
- Nie wiadomo gdzie był i co widział ten Apacz … - wtrącił się Jurko.
- Trzeba założyć, że widział wystarczająco wiele – mówił Pratelicki – oni też mogą wiedzieć o Komanczach…
- Radźmy co robimy – rzekł na to Jurko.
- Trzeba zwiększyć ostrożność – mówił dalej Pratelicki – wiele będzie zależało od tego co zrobią Apacze…
- Zależy czy wiedzą dokładnie ilu nas jest – powiedział Potylicz – Nie wiedzą chyba ilu jest z nami Komanczów i tu mamy przewagę.
- Ciężka Ręka przybył! Ma ważne informacje! – wołał biegnąc w ich kierunku Robert Pachocki.
Chwilę później Germanopacz Ciężka Ręka pojawił się osobiście…
- Udało mi się ponownie podsłuchać wodzów. Apacze wiedzą o nas, że jesteśmy w pobliżu,  o Komanczach też. Wiedzą też, że w wiosce nie ma wojowników…
- Czy wiedzą ilu jest z nami Komanczów? – zapytał Potylicz – Bo to jest teraz najważniejsze…
- Tego nie wiedzą… Długo naradzali się, ale właśnie przez obecność Komanczów nie wiedzą co mają robić… W końcu odłożyli decyzję do jutra…

Tymczasem Helmuth z kilkoma Germanopaczami powrócił do wioski Polomanczów. Zaniepokoił go widok pustej wioski…

- Mam nadzieję, że zdołali uciec… - zastanawiał się głośno.

Niemiec krążył po wiosce szukając jakichkolwiek śladów, gołym okiem dało się zauważyć niedawną obecność Hiszpanów... Na szczęście nigdzie nie było widać żadnych śladów walki…

- Helmuth! – zawołał w pewnym momencie ktoś z pobliskich zarośli…
- Dobrze, że cię widzę Kazimierzu Wielki! Mów co się tutaj stało!
- W porę zdążyliśmy uciec na Górę Niedźwiedzią, ale Hiszpanie krążą w pobliżu i istnieje zagrożenie, że mogą w końcu też tam się skierować.
- A ty co tutaj robisz?
- Zostałem na wszelki wypadek, jakby ktoś od nas wrócił do wioski.
- Ilu ich jest?
- Dwustu.
- Idziemy! Każda para rąk może mieć znaczenie, gdyby Hiszpanie odkryli, gdzie ukryli się nasi. Na szczęście da się tam doskonale bronić nawet przed liczebniejszym wrogiem.

Gdy byli już niedaleko usłyszeli strzały…

- Prędzej! Śpieszmy się! Tam są nasze rodziny! – krzyknął wściekle Helmuth i ruszył żwawiej do przodu tak szybko, że pozostali mieli problemy by za nim nadążyć…

Nie słyszeli już strzałów, czyżby już nieliczni obrońcy nie żyli, a Hiszpanie rozprawiali się z bezbronnymi kobietami, dziećmi i starcami? Chwilę później ujrzeli ich, jak wspinali się w kierunku Góry Niedźwiedziej…

- Nie jest źle – pomyślał Niemiec – jeszcze nie dotarli do naszych, jest nadzieja…

Helmuth postanowił, że ominą atakujących Hiszpanów i wejdą na górę z drugiej strony i tam wesprą obrońców… Zwłaszcza, że co pewien czas napastnicy zmuszeni byli zatrzymywać się, bo z góry leciały w ich kierunku strzały…

- Brać tych dzikusów! – darł się Jose Manuel Bakuleros – Zabić! Zabić ich!

Helmuth spojrzał na niego wściekle, przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że łatwo mógłby go teraz zastrzelić, ale zwyciężył rozsądek. Nic by mu nie dało zabicie pojedynczego Hiszpana, którego słusznie uznał za przywódcę, ale sami oddaliby życie, bo wrogów było za dużo, a potem napastnicy w końcu zdobyliby Górę Niedźwiedzią i zapewne wymordowali obrońców.

Po dwóch godzinach Helmuth ze swoją grupą zameldował się na górze…

- Dobrze, że jesteś ojcze – powiedział na powitanie Biegnący Wilk Magdeburg – Hiszpanie są coraz bliżej…
- Mam pomysł! – wypalił nagle Michał Majewski – potrzebuję dwóch ludzi! Szybko!

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować szlachcic pociągnął za sobą dwóch Indian…
Hiszpanie faktycznie zbliżali się, położenie obrońców nie było zbyt ciekawe… Oczywiście mogli się jeszcze bronić, ale prędzej czy później musieliby ulec przytłaczającej przewadze wroga…

- Co ten Majewski wymyślił? – zastanawiał się Helmuth, ale tylko przez chwilę, bowiem musiał pomyśleć o zorganizowaniu obrony… Postanowił zaangażować też kobiety i starszych chłopców… Z dołu dało się słyszeć głośne krzyki konkwistadora Bakulerosa zagrzewające żołnierzy do zwiększonego wysiłku…
Helmuth nie próżnował, na Hiszpanów posypały się strzały z łuków i kamienie, ale nie zatrzymywało to w wydatny sposób parciu napastników ku górze… Niemiec z przerażeniem myślał o tym co się stanie, gdy wedrą się na górę… Nie było znikąd nadziei… Był zły na polskiego szlachcica, że zabrał mu dwóch ludzi i poszedł nie wiadomo gdzie… Przydaliby się bardzo…

- Chyba nie uciekli? – powiedział głośno sam do siebie…

Niebawem wyjaśniło się co robił w tym czasie Polak i obaj Indianie… Niespodziewanie na głowy Hiszpanów zaczęła lać się woda… Wielu z nich zostało zmiecionych na dół, a że spadli z dużej wysokości ponosili śmierć na miejscu…

- Suchy Potok! Suchy Potok! – wołali biegnąc Indianie, a za nimi szedł polski szlachcic…
- Co się stało? – nie mógł się nadziwić Helmuth – Jak to zrobiliście?

Okazało się, że Majewski ostro pracował w tym czasie, wspólnie z Indianami zdołał zmienić bieg potoku i skierować go na nowe koryto, co spowodowało „śmiertelny prysznic” dla wielu Hiszpanów…

- Brawo! Brawo! – wołał Helmuth – Dostałeś Waść indiańskie imię… Osuszając potok zostałeś bohaterem.

Zgoła odmienne nastroje panowały na dole… Bakuleros był wściekły, chodził tam i z powrotem,  jak rozjuszony byk… Jego towarzysz, konkwistador Pablo Vincento Magieros szybko policzył straty… Okazało się, że zginęło 30 Hiszpanów, a 5 było rannych… Tymi ostatnimi błyskawicznie zajął się włoski medyk Gianluca Faracini. Pomagał mu inny Włoch, trubadur Camille Steckozini…

- Parszywe dzikusy! – grzmiał Bakuleros – Zabiję ich wszystkich! Każdego napotkanego dzikiego od razu zabijam!



czwartek, 28 listopada 2013

Epopeja polsko-indiańska (55)

Kuba…
Ciemną nocą w kierunku północnego wybrzeża posuwała się tajemnicza postać… Czujnie rozglądając się wokół dotarła na plażę i uznawszy, że nikogo nie ma w pobliżu momentalnie wzbiła się w powietrze…

Admirał Javier Hernandez Belicarez siedział w swoim gabinecie, a myśli jego niespokojne błądziły w wielu kierunkach… Najbardziej jednak zastanawiał się czy tajemniczemu Bachuli uda się odzyskać kosztowności zrabowane przez grupę cyrkowców…
- Zapłacę im! Oj zapłacę za to wszystko! – mówił do siebie – Anglika Toma Michaela zatłukę osobiście, a te dwie larwy…
Rozmyślania admirała przerwało pukanie do drzwi…
- Czego? – zawołał wściekle Belicarez.
- Chciałem tylko przekazać… - odparł nieśmiało służący Miguel – że Bachula wyruszył…
- Nareszcie! Doskonale! Mam nadzieję, że niedługo wróci z moim skarbem i z tymi paskudnymi złodziejami!

Targ…
- Owoce! Świeże owoce! Kupujcie owoce! – wołała dziewczyna z jednego ze straganów.
- Witaj Sievioretta!
- Witaj Angelina! Co cię sprowadza na targ o tak wczesnej porze? Chciałaś kupić owoce?
- Owoce? – odparła z uśmiechem Angelina Dudeiros – W sumie przy okazji mogę kupić. Przez targ przechodzę, bo zmierzam do zamku.
- Do zamku? Po co? – zdziwiła się Natalia Sievioretta.
- Mam tańczyć wieczorem dla admirała, a teraz idę ustalić szczegóły…
- Aha…
- Ty też byś mogła, ale skoro wolisz sprzedawać owoce na targu…
- To moja praca, nie najgorzej na tym wychodzimy z ojcem…
- Powiedzieć ci ile dostanę za wieczór tańczenia?
- No powiedz…
- Ale na ucho, nie chcę żeby ktoś usłyszał…
- Mów!
Angelina zbliżyła się do Natalii i zaczęła jej szeptać do ucha…
- Żartujesz! Aż tyle?
- Tak.
- To też idę! Ale, ale…
- Co ale?
- Przecież Belicareza okradła ta grupa cyrkowa. Cała Kuba trąbi o tym, że skarbiec admirała jest pusty!
- Spokojnie. Może i tak było, ale z Madrytu przybył Juan Carlos de la Montero. On jest bardzo bogaty, pożąda przygód i liczy, że Belicarez mu ich dostarczy. Podobno nie skąpi pieniędzy by wkupić się w łaski admirała, żeby ten wysłał go na wyprawę na nieznane lądy. To dla niego te dzisiejsze występy.
- A, to co innego. Przypilnuj na chwilę stragan, ja biegnę po ojca by mnie zastąpił, a potem pójdziemy na zamek.
Kwadrans później kobiety ruszyły do zamku, gdzie szybko uzgodniły warunki występu.
- Trochę się boję – wypaliła nagle w drodze powrotnej Sievioretta – dawno nie tańczyłam…
- Daj spokój… Przecież tego się nie zapomina… Jeśli chcesz poćwiczyć to chodźmy do mnie.
- Teraz nie mogę. Muszę iść pohandlować trochę na targu, bo ojciec musi jechać po świeży towar. Przyjdę do ciebie dwie godziny wcześniej i chętnie poćwiczę.
- Dobrze, to czekam.
Kobiety miały już się rozejść, ale niespodziewanie pojawił się portugalski Jezuita Alfonso Glovantez i zaskoczył ich nietypowym pytaniem…
- Jesteście może dziewicami?
- ???
Kobiety były tak zdziwione zadanym pytaniem, że nie odpowiedziały nic, zaczerwieniły się tylko i uciekły.
- I co ja mam zrobić? – zastanawiał się Glovantez – Muszę znaleźć dziewicę przed powrotem Bachuli, bo on mnie po prostu zabije!

Tymczasem Bachula (Miron Nicolae Bachulescu) „wylądował” na południowym wybrzeżu stałego lądu (dzisiejsza Floryda)…
- No to do dzieła! – rzekł do siebie – czuję, że oni są gdzieś w pobliżu…

Bachula miał rację, bowiem Tom Michael, Kate Italian i Malwa Topollani znajdowali się w odległości dosłownie 20 kilometrów od niego…

środa, 20 listopada 2013

Piłka nożna - "Nawałka działaj!"

(gościnny felieton El Profesore)

Za nami dwa towarzyskie spotkania reprezentacji, oba pod wodzą Adama Nawałki. Powoli zaczyna się krytyka - z jednej strony dobrze, z drugiej nie. Uważam, że z oceną pracy nowego szkoleniowca należy się wstrzymać do czasu pierwszego meczu o punkty. Teraz jest okres prób i Nawałka eksperymentuje na całego. Można polemizować z niektórymi powołaniami, ale potem to nikt inny tylko on będzie za to wszystko odpowiadał. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że w naszym kraju wszyscy są selekcjonerami...

W spotkaniu ze Słowacją wstyd było oglądać poczynania naszych gwiazdorów, powiem więcej - na to nie dało się po prostu patrzeć! Z Irlandią było już trochę lepiej, ale oczywiście daleko od ideału. No i wynik lepszy. Brakuje płynności gry, na Słowaków czy Irlandczyków było aż przyjemnie popatrzeć jak bezkarnie wymieniają dziesiątki podań na naszej połowie - choć obu tym nacjom daleko do miana wirtuozów futbolu. Z kolei ile serii podań (na połowie przeciwnika) wykonali nasi? Z reguły kończyło się na 2-3 podaniach i strata... Oceniając selekcjonera, także tych poprzednich, należy wyraźnie stwierdzić, że on nie nauczy piłkarza podstawowych zachowań (czyli np. dokładnych podań itd), bo tego się uczy za juniora! Selekcjoner jest on tego by - jak sama nazwa wskazuje - wyselekcjonować grupę najlepszych w danej chwili polskich piłkarzy, może też wpoić w nich wolę walki, odpowiednio dobrać taktykę, motywować, ale nie szkolić na etapie podstawowym... Brakuje nam rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, ale nie tylko, bo ilu mamy piłkarzy zdolnych kilka razy dokładnie podać piłkę pod presją przeciwnika? Nie pokuszę się - jeszcze przynajmniej - o jakieś indywidualne oceny zawodników powołanych przez Nawałkę... Poza oceną Soboty i Lewandowskiego... Waldek! Chłopie weź się do roboty, bo póki co to grasz padlinę, że na wymioty zbiera! Odnośnie wykorzystania Lewego w kadrze to znowu nic z tego nie wyszło... Nawałka zapowiadał, że ma na to pomysł, ale póki co nic z tego nie wychodzi... Lewemu brakuje wsparcia po prostu! W Borussii jest tak, że jak rywale pilnują Lewego to gole strzelają inni, a że zagrożenie stwarzają też inni to w efekcie i Lewy ma więcej miejsca by pokazać co potrafi... U nas wygląda to tak - z przodu sam Lewy, który będąc dokładnie pokryty niewiele może zdziałać... Przy zaangażowaniu w grę ofensywną więcej liczby zawodników Lewy zacznie błyszczeć! Teraz słyszę, że do kadry wróci Arkadiusz Milik i będzie wsparciem dla napastnika Dortmundu... To po co było grać do tej pory na jednego napastnika? Całkiem zmieniamy system? Co do Milika to chciałbym, żeby w końcu odnalazł się na dobre w Bundeslidze... Oby tylko tak wczesny wyjazd z Polski nie zahamował rozwoju tego błyskotliwego młodzieńca... Szkoda, że nie trafił do Dortmundu, by pod skrzydłami trenera Kloppa stać się nowym Lewym.. Jeszcze o Błaszczykowskim... Kapitan dwoi się i troi, ale niewiele z tego wynika pozytywnego... Kurczę! Grajmy w końcu zespołowo! Ale do tego potrzeba... dokładnych podań! a niewielu kadrowiczów to umie i ... tak w kółko!

Na razie jest to czas na szukanie, popełnianie błędów i wierzę, że Nawałka wyciągnie odpowiednie wnioski i idzie w dobrym kierunku. Oby tylko nie zmarnował czasu i w połowie następnego roku nie stwierdził, że nie wie dokąd zmierza i że dalej jest na początku drogi...


piątek, 15 listopada 2013

Galeria Absurdów Bogdana Zdanuczyka (5)



Przysmaki kuchni koreańskiej nieśmiało rozglądają się przed próbą wejścia na nasz rodzimy, polski rynek...

Epopeja polsko-indiańska (54)

- Budzanowski! – zawołał Jerzy Doniecki.
- Tak?
­ - Presucha gotowy do jasnowidzenia?
- Tak. Kocioł ma już zagrzany…
- Doskonale!
Dowódca II polskiej wyprawy do Nowego Świata pośpiesznie udał się do kajuty Kozaka Presuchy.
- Zaczynaj!
Presucha nie śpiesząc się ruszył w kierunku kotła, a następnie do niego zaglądnął. Patrzył długo, ale coś było nie tak, w końcu odskoczył od niego i wściekle zawołał:
- Nic nie widzę! Nic nie widzę!
- Co?!
- Widzę tylko wywar! Coś jest nie tak!
- Zrób coś! Może pomyliłeś recepturę?
- Co?! Presucha nigdy się nie myli!
- Coś jednak jest nie tak skoro nic nie widzisz!
- Jest wyjście!
- No to działaj! Ile to zajmie?
- Chwilę.
Kozak przyniósł jakieś zawiniątko i wsypał do kotła, następnie z wielką precyzją zamieszał chochlą dwukrotnie w prawo i dwukrotnie w lewo, odczekał kilka minut i czynność powtórzył.
- Zaglądaj!
Presucha włożył głowę do kotła, ale niemal natychmiast odskoczył i wrzasnął jak oparzony…
- Boże!
- Co się znowu stało? Zginęli czy co?
- Nie!
- Chwała Bogu!
- Nie to!
- A co? Gadaj szybko!
-Widzę nagie niewiasty!
- Co?
- Zobacz sam panie!
Doniecki ruszył do kotła i faktycznie w lustrze wywaru ujrzał cztery nagie, kąpiące się, niewiasty. Jakież było jego zdziwienie, gdy w jednej z nich rozpoznał swoją kuzynkę Andżelikę Koszyńską. Pozostałe były jej znajomymi: Kinga Kabatowska, Anna Żbikowska i Agnieszka Dębska.
- A zaglądnę raz jeszcze… - powiedział zbliżając się Presucha.
- Precz! Precz mi stąd zwyrodnialcu! Co to ma znaczyć?!
- Nie wiem, nie wiem…
- Budzanowski! – zawołał Doniecki.
- Tak? – odparł wezwany, który pełnił wartę pod drzwiami kajuty.
- Zawołaj Światłoniewskich i wylejcie zawartość kotła do oceanu!
Niedługo potem wspomniana trójka wyniosła kocioł i zgodnie z poleceniem dowódcy wylała wywar do oceanu.
- Wytłumacz mi teraz Presucha – oświadczył już spokojniej Doniecki  - co to wszystko ma znaczyć?
- Nie wiem, naprawdę, nie wiem…
- Co proponujesz?
- Zrobię wywar jeszcze raz…
- Tylko już niczego nie zepsuj, bo cała fortuna poszła na te twoje składniki! Dzisiaj już nie chcę żadnych widzeń, przygotuj wywar na jutro!
Cały czas w kącie kajuty ukryty był Bartosz Noworolski, który bacznie obserwował całą sytuację.
- Dobrze ci tak Presucha, łotrze jeden! – mruczał pod nosem – to zemsta za moje pszczoły!
Gdy dowódca wyszedł z kajuty Noworolski wysunął się z kryjówki…
- Co? Presucha, nie poszło? – śmiał się szlachcic.
Kozak spojrzał ze złością na szydercę i wycedził:
- To pewnie twoja sprawka! Coś dosypał do wywaru?
- Ja? Nic…
- Przyznaj się!
- Nic nie zrobiłem, po prostu taki z ciebie wróżbita fajtłapa, ha ha ha.
Presucha nie miał już ochoty kontynuowania rozmowy, ale w myślach postanowił, że jutro będzie bardziej ostrożny i nie spuści wywaru z oczu…
Pod pokładem…
- To co panowie, przyjmujecie zakład? – pytał Włoch Roberto Gibbencione.
- Jeszcze raz ustalmy zasady – odparł Kozak Czarnienko – Rzucasz nożami z 30 kroków i wszystkie lądują tuż obok głowy tak? 10 noży?
- Tak. Nie dalej niż na długość mojego palca wskazującego.
- Ciekawe kto zgodzi się stanąć pod ścianą – śmiał się Kozak Jakubiczenko.
- No jak to kto? Weźmy tego Prusaka Louzego, bo jakby się czasem Gibbencione pomylił to jego będzie najmniej szkoda, ha ha ha – śmiał się Czarnienko.
Kilka minut później Louze został doprowadzony i siłą postawiony pod ścianą…
- Dlaczego mnie do tego zmuszacie? Doniecki wyraźnie powiedział, że należę do załogi!
Faktycznie jakiś czas temu dowódca zmienił status Prusaka z więźnia na równorzędnego członka załogi. Stało się tak po ich męskiej rozmowie. Louze zrozumiał bowiem, że są daleko od jego ojczyzny i lepiej dla niego będzie być lojalnym wobec Polaków.
- Potraktuj to jako takie przyjęcie do drużyny, ha ha ha – rechotał Kozak Baliczenko.
Louze chciał jeszcze coś odpowiedzieć, ale Gibbencione krzyknął:
- Nie ruszaj się jeśli chcesz żyć!
Sekundę później pierwszy nóż utkwił w desce tuż obok lewego ucha Prusaka. Włoch błyskawicznie rzucił kolejnymi nożami i wszyscy oniemieli, bowiem dziesięć noży wylądowało tuż przy głowie Louzego.
- Wygrałeś! – zawołał Baliczenko – Zaiste jesteś wielkim mistrzem noża!
- Ba! – odparł ze spokojem Gibbencione.
Do kajuty dowódcy zmierzali: Przemysław Nowacki, Krzysztof Seremacki i Roman Więcławski.
- Który taki mądry, że statek omal na dno nie trafił?!
Trójka milczała…
- Przyznaję się – wypalił nagle Więcławski – To ja! Przypadkiem to było…
- Ładny mi przypadek! Dobrze, że się przyznałeś – to zostanie zaliczone na twoją korzyść, ale i tak kary nie unikniesz. Poza tym wiedziałem, że to twoja sprawka, ale czekałem na twój ruch. Po gorzale rozum cię opuszcza, inaczej tego wytłumaczyć nie potrafię! Nie będę jednak surowy, jak zamierzałem wcześniej, karą niech będzie szorowanie pokładu na błysk przez okres tygodnia. Odejdź i zacznij wykonywać karę natychmiast!
Więcławski nie odparł nic, wyszedł i zabrał się do roboty.
- A wam, dziękuję, żeście w porę interweniowali i zapobiegli tragedii.
Na pokładzie spacerował rycerz Krzysztof, nagle zobaczył wędrownego grajka Musiałka, który gdy go tylko ujrzał zaczął uciekać…
- Czekaj! Musiałek czekaj! Co z pieśnią o mnie?
- Pracuję nad nią, pracuje…
- Tyle czasu?
- Nie zapomnij rycerzu, że są jeszcze i inni klienci…
- Jacy inni? Łżesz!
- Muszę iść, praca na mnie czeka…
- Niedługo ma być ta pieśń i nie unikaj mnie jak ostatnio! Widzę cię pierwszy raz odkąd wypłynęliśmy z Gdańska!
- Pracuję rycerzu, ciężko pracuję…
- Jesteś widocznie za mało wydajny!

Rycerz kontynuował spacer po pokładzie, następną osobą którą spotkał był Przemysław Janczurowski…
- Co robisz waszmość?
- Moja sprawa – odparł butnie Janczurowski.
- Zapytać nie można? – powiedział zbity z tropu rycerz.
- Nie!
- Coś taki nerwowy?
- Bo tak! Nie można?
- Ale co się stało?
- Daj mi już spokój, bo cię zaraz wyrzucę za burtę!
Rycerz był tak zdziwiony, że nawet nie zdążył odpowiedzieć, a gdy Janczurowski znikł za rogiem rzekł do siebie…
- Nie wiem co mu się stało…Przecież to taki spokojny człowiek…


poniedziałek, 4 listopada 2013

Epopeja polsko-indiańska (53)

Na oceanie (II polska wyprawa do Nowego Świata)

- Co się stało Budzanowski? - zapytał Jerzy Doniecki.
- Pastuszenko i Mijagibej...
- Dalej jątrzą?
- Buntują pozostałych...
- Wezwij natychmiast Barakbeja!

Kwadrans później Barakbej był już w kajucie dowódcy...

- Słucham panie...
- Chcę uwięzić Mijagibeja, co ty na to?
- No nie wiem... - odparł zaskoczony Tatar.
- Widzę cię jako dowódcę Tatarów...
- Nie wiem...
- Nie takiej odpowiedzi oczekiwałem! Będziesz dobrym dowódcą!
- Tak?
- Tak! Czy powstrzymasz swoich ludzi, gdy będziemy aresztować Mijagibeja?
- Powstrzymam!
- No to załatwione. Działaj natychmiast!

Doniecki wiedział doskonale co robi, Barakbej był ambitny i dowódca już nieraz zauważył, że miałby chrapkę na dowodzenie Tatarami, poza tym dało się wyraźnie wyczuć, że nie za bardzo lubią się z Mijagibejem...

- Budzanowski! - zawołał Doniecki po wyjściu Tatara.
- Tak?
- Aresztować Pastuszenkę i Mijagibeja! Zamknijcie ich w tym pomieszczeniu co były wcześniej knury kaukaskie.
- Ale tam śmierdzi okrutnie...
- To co? Ty tam będziesz siedział?
- No nie...
- Więc o co chodzi?
- Rozkaz!

Niedługo potem Kozak Pastuszenko i Tatar Mijagibej zostali wtrąceni do wspomnianego wyżej pomieszczenia, a u drzwi na straży stanęli Światłoniewscy,ojciec Jacek i syn Maciej.

- Tylko nie tutaj! - darł się Pastuszenko.
- Cicho tam lepiej! - krzyknął młodszy Światłoniewski - bo ojciec cię zaraz wybatoży, a potem rany solą posypie!

Barakbej wywiązał się z powierzonej roli, żaden bowiem z Tatarów nawet okiem nie mrugnął podczas aresztowania Mijagibeja.

Następnego dnia rano rycerz Krzysztof spacerował po pokładzie, gdzie natknął się niby przypadkiem na niemieckiego kupca Martina Schyldera.

- Witam! Wy dalej tak na tym korytarzu wegetujecie? U mnie pół kajuty wolne... (rycerz dzielił kajutę z aresztowanym Pastuszenką).
- Co sugerujesz?
- Wynająć mogę...
- Ale pewnie nie za darmo?
- No, wiadomo, że nie... Co teraz jest za darmo? Są co prawda tylko dwa łóżka, ale zawsze to lepsze niż leżeć na ziemi w korytarzu... Ty, Jochymowski i Kafałkowski możecie zająć wolne łóżko, a ten szczupły... Jak on się nazywa?
- Piątkowski...
- On może położyć się koło mnie. Wiele miejsca nie zajmie...
- Ile za to chcesz?
- Policzymy się już na miejscu, np. ze zdobytego złota...
- Ile?
- Dogadamy się.

Schylder wrócił do towarzyszy i przedstawił im propozycję rycerza.

- Przyjmujemy - odparł Kafałkowski - Mam już dość tego korytarza. Wolę nawet w trzech spać na jednym łóżku niż tutaj na ziemi. Poza tym co chwilę ktoś tu łazi i łazi.
- Można by nawet wprowadzić dyżury - wtrącił Jochymowski - W trzy osoby będzie ciężko, ale dwóch może wygodnie spać.
- Ja się nie zgadzam! - zawołała Agata (dla przypomnienia: była w przebraniu jako Adam Piątkowski) - Nie będę spała z żadnym rycerzem!
- Co proponujesz wobec tego? - zapytał Schylder.
- Niech Kafałkowski idzie spać z rycerzem!
- Nie! - zawołał zaczepiony - przecież on wyraźnie zażyczył sobie kogoś szczupłego!
- Ja nie pójdę! - zawołała niemal z płaczem Agata.

Wieczorem cała czwórka znalazła się w kajucie rycerza.

- Chodź Piątkowski - powiedział na wstępie rycerz - tylko spróbuj chrapać lub gadać przez sen, od razu wtedy lądujesz na ziemi! Pamiętajcie o zasadach!
- Jakie znowu zasady? - zapytał zdziwiony Kafałkowski.
- Gdy ja idę spać - wyjaśniał rycerz - spać idą też pozostali. Żadnego palenia świec i rozmów. Muszę być wyspany, by rano być wypoczęty i wydajny!

Kuchnia (trwała tam inwentaryzacja zlecona przez Donieckiego)

- Laszlo... Strasznie mało tych zapasów - mówił Martin Swayze (von Bigay).
- Ludzie głodni byli... Ty lepiej mów co teraz zrobimy? - odparł Piotr Laszlo Tekieli.
- Zrobimy? Przecież nie ja jestem za to odpowiedzialny. Do końca rejsu jeszcze daleko, a żarcia zostało najwyżej na 2 tygodnie!
- Doniecki sugerował zmniejszyć porcje...
- Co tu zmniejszać? Trzeba by było głodowe racje wydawać!
- Co robić? Co robić?

Kryjówka w ścianie...(przypomnienie w 46 części).

- Jaki ja jestem głodny! - narzekał Marian Łuszczyński.
- Każdy jest głodny - skwitował Dawid Łęckowski.
- Tylko! Idź szukaj jedzenia! - ryknął Łuszczyński - Bo ciebie zjemy!

Michał Tylko przeraził się, nawet nie tego co powiedział towarzysz, ale jego wzroku, który dobitnie potwierdzał wypowiedziane słowa... Wstał i wyszedł przez zamaskowaną dziurę...

- Bez jedzenia nie wracaj! - syknął za nim Włoch Prostaccio - może być byle co, ale żeby coś było!
- Proponuję - wtrącił się Ślązak Szmicior - pogadać o czymś innym, wtedy zapomnimy o jedzeniu...
- Ja nie zapomnę! - żachnął się Jaromir z Cebulewa.
- Ja też nie! - wtórował mu Bartłomiej Głuchowski - Kiszki mi marsza grają...
- Ja to bym chciał mieć swoją bandę - kontynuował niewzruszony Szmicior.
- A ja tłustego prosiaka! - przerwał mu brutalnie Łuszczyński - po co ci niby ta banda?
- Jak to po co? - odparł spokojnie Ślązak - Żeby tego drania Macudowskiego załatwić! Przez niego to wszystko!



czwartek, 24 października 2013

Epopeja polsko-indiańska (52)

Gdańsk.

Do Macudowskiego zgłosił się Wojciech Kaliski (dostawca zboża na skład niemieckiego kupca Martina Schyldera - skład i w ogóle cały majątek Niemca został przejęty właśnie przez Macudowskiego).

- Panie Macudowski...
- Czego?
- Przejął pan skład Schyldera...
- Przejąłem i co z tego?
- Otóż... Mianowicie tenże Schylder nie zapłacił mi za trzy ostatnie transporty zboża...
- A co mnie to obchodzi? Szukaj waść Schyldera i go zmuś do zapłaty!
- Ale...
- Co ale?!
- Ale przecież...
- Żegnam!
- Ale...
- Żegnam! Bo psami poszczuć każę!

Kaliski wycofał się, był zły, Schylder był mu winny sporo pieniędzy, ale go już nie było... Był za to Macudowski, który w żaden sposób nie poczuwał się do zapłaty...

Macudowski ostatnimi tygodniami nie był w dobrym nastroju. Ciągle dręczyło go to w jaki sposób został potraktowany przez dowódcę II wyprawy do Nowego Świata Jerzego Donieckiego...

- No jak on mógł mnie tak nazwać? - mówił do siebie - Ja, wielki Macudowski, ochlaptusem? I jak śmiał mi publicznie grozić, że mnie oćwiczyć każe jak chłopa? (dotyczy części 40). Nie! Ja tego nie wytrzymam! Muszę się zemścić, muszę! Kacper! Wołaj z powrotem tego Kaliskiego!

Kaliski szybko wrócił do Macudowskiego...

- Wzywałeś mnie...
- Tak. Chcesz odzyskać pieniądze?
- No, oczywiście że chcę? Kiedy mi je oddasz?
- Ja? Płyniesz ze mną?
- Gdzie? Jak? Dlaczego?
- Szukać Schyldera. Do tego czasu wezmę cię na służbę i pensję będę płacił. Odpowiada to waści?
- ... Odpowiada. Jak najbardziej. W sumie to nie mam wyjścia, bez pieniędzy nie mam co się w domu pokazywać, bo ojciec potwornie się zezłości. Zawsze mi powtarzał: "Wojciechu! Synu ty mój! Zawsze, ale to zawsze, bierz pieniądze za zboże od razu,bo potem to różnie bywa!"
- Przyjdź jutro, wypływamy niedługo.
- Dobrze.
- Czekaj!
- Tak?
- Masz tu sakiewkę. Taka zaliczka za dobrą służbę.
- Dziękuję, panie Macudowski, dziękuję.

Kaliski rzucił się Macudowskiemu do kolan, tak bardzo ucieszyło go otrzymanie sakiewki...

- Co robisz? Dosyć! Idź już! Precz! Precz mówię!
- Idę, idę już.

Kaliski wychodził w znacznie lepszym humorze niż za poprzednim razem...

- Menda z niego straszna, ale póki co muszę się go trzymać. Ale do czasu... do czasu...

- Kacper! - wołał służącego Macudowski - Idź do portu i znajdź odpowiedni statek do dalekiej podróży, skompletuj załogę. Niedługo wyruszymy w rejs, Gdańsk już mi się znudził... Aha, powiedz Szczerbatemu Barnabie, że ma wieczorem stawić się u mnie...

Szczerbaty Barnaba był zwykłym zabijaką, z którego usług Macudowski korzystał bardzo często...

Macudowski kipiał z nienawiści...

- Choćbym miał cały majątek stracić to zapłacisz mi za wszystkie zniewagi panie Doniecki! Słyszysz? Dopadnę cię nawet na końcu świata!


środa, 23 października 2013

Epopeja polsko-indiańska (51)

Kontynent północnoamerykański...

- Co się stało? - zapytał obudzony nagle ze snu Michał Potylicz.
- Komancze ujęli dwie obce Blade Twarze - wyjaśnił Polomancz Długa Strzała - Chodźmy do mojego brata Samotnego Wilka wodza Komanczów.

Kwadrans później byli już u niego...

- Rokosz? Kapitan Wilhelm Rokosz? - zawołał zdziwiony Potylicz.
- Mój biały brat zna tę Bladą Twarz? - zdziwił się także Samotny Wilk.
- Tak. On jest z mojego plemienia. Jest Polakiem.
- A tego drugiego też znasz?

Drugą schwytaną Bladą Twarzą był Hiszpan Pablo Madeiros. Potylicz już miał odpowiedzieć, że nie, ale ugryzł się w język... pomyślał bowiem, że to może być jakiś towarzysz Rokosza.

- Pytam - kontynuował Komancz - Bo właśnie ta Blada Twarz ścigała człowieka z twojego plemienia...
- ? - Potylicz nie za bardzo wiedział co odpowiedzieć.
- Panie Michale - wtrącił się Rokosz - To strażnik hiszpański. Pilnował mnie, ale też chronił... Ratuj go...
- Rozumiem... Samotny Wilku proszę byś mi darował także i tę Bladą Twarz... Niech wódz Komanczów zachowa konie ich obu...

Oblicze Komancza rozpromieniało, ale wódz szybko pohamował się, jakby wstydząc się tego...

- Blade Twarze należą do mojego białego brata. Czy ja także mogę mieć prośbę do ciebie?
- Oczywiście.
- Niech wszyscy odejdą, chcę byśmy zostali sami.

Wszyscy oddalili się...

- Słucham Samotny Wilku...
- Darowałeś mi konie... Ale czy nauczysz mnie też jeździć na nich? Jako wódz nie mogę zostać pośmiewiskiem dla swoich wojowników nie umiejąc tej sztuki...
- Boisz się, że koń cię zrzuci?
- Samotny Wilk nikogo się nie boi! Brakuje mi jednak wprawy, zaręczam że będę pojętnym uczniem. Zależy mi jednak, żeby nikt tego nie widział, jak będziesz mnie uczył. Przy innych wsiądę na konia, jak już będę dobrze jeździł. Spełnisz moją prośbę?
- Spełnię prośbę mojego czerwonego brata.

wtorek, 22 października 2013

Epopeja polsko-indiańska (50)

Kontynent północnoamerykański...

Wioska Polomanczów...

Dwaj synowie Helmutha - Biegnący Wilk Magdeburg i Zielony Liść Ratyzbona (dla przypomnienia Niemiec nazywając swoje dzieci łączył imiona indiańskie z nazwami niemieckich miast) pełnili wartę wokół wioski. W pewnym momencie ich uwagę zwróciły spłoszone ptaki...

- Schowajmy się, ktoś się zbliża...

Kwadrans później ujrzeli wynurzających się z zarośli Hiszpanów. Byli konno. Młodzi Germanopacze trwali w napięciu, nie bali się o siebie, ale o wioskę...

- To chyba tylko zwiadowcy - powiedział cicho Biegnący Wilk Magdeburg.
- Zostań tutaj - odparł brat - ja rozejrzę się po okolicy...

Niedługo sytuacja wyjaśniła się. Byli to zwiadowcy hiszpańscy...

- Szybko! Wracamy do wioski! - oznajmił bratu Zielony Liść Ratyzbona - Wszystko widzieli. Niedługo pewnie wrócą w znacznie większej sile...
- Co robimy?
- Musimy uciekać na Niedźwiedzią Górę. Tam będziemy bezpieczni.

Niespełna godzinę później mieszkańcy wioski opuszczali ją w największym pośpiechu. Nie mieliby bowiem szans w starciu z Hiszpanami. W wiosce nie było zbyt wielu wojowników, oprócz wspomnianych dwóch synów Helmutha, byli jeszcze trzej synowie Jana Pratelickiego i szlachcic Michał Józef Majewski, pozostali to kobiety, dzieci i starcy.

- Spieszcie czym prędzej na Niedźwiedzią Górę, ja będę zacierał ślady - zaoferował się Kazimierz Wielki (dla przypomnienia Jan Pratelicki nazywał swoich synów imionami królów polskich).

Jeszcze tego samego dnia Hiszpanie na czele konkwistadorów Jose Manuela Bakulerosa i Pablo Vincento Magierosa wjechali do wioski.

- Tu nikogo nie ma! - grzmiał Bakuleros.
- Musieli uciec - podejrzewał Magieros - zwiadowcy wyraźnie widzieli mieszkańców.
- Szukać śladów! - darł się Bakuleros - Daleko nie uciekli! Przecież nie mają koni!

Hiszpanie wysłali zwiadowców, ale zbliżał się wieczór, więc poszukiwanie Indian odłożono na następny dzień. Postanowiono przenocować w wiosce Polomanczów...

- Miałem kazać spalić tę wioskę - oznajmił Bakuleros - ale dobrze, że tego nie uczyniłem... Mamy przez to gdzie spać, ha ha ha.
- Dziwna ta wioska - rzekł nagle Jose Fortezes.
- Co znowu? - spytał Bakuleros.
- Widzisz ten dworek?

Fortezes pokazał ręką w kierunku domu Jana Pratelickiego...

- Widzę...
- Przecież to nie indiańska chata...
- Znów ci przeklęci Polacy!

Hiszpanie nie zaniedbali żadnych środków bezpieczeństwa, wystawili liczne straże. Nie było w końcu wiadomo ilu tubylców znajduje się w okolicy...

- Gdyby nie ten paskudny Belicarez... - narzekał włoski medyk Gianluca Faracini - nie tłukłbym się teraz po indiańskich wioskach...
- A co byś robił? - spytał Camille Steckozini.
- No jak to co? Siedziałbym teraz na Kubie, pił wino, a Dolores patrzyłaby mi prosto w oczy i wyczytywałaby z nich wszystkie moje życzenia...
- Ha ha ha, akurat...
- No, żartuję. Fakt jednak, że to przez admirała uciekłem z Kuby i dołączyłem do wyprawy...
- A Bakuleros cię nie namówił?
- Trochę też, ale głównie przez Belicareza. Nie mogłem go dłużej znieść. Córkę ma taką piękną, mądrą i dobrą, a z niego to taki drań, despota i wszystko co najgorsze!
- Wiem, wiem. Mnie przecież chciał o głowę skrócić za to, że śpiewałem...
- No sam widzisz, sam widzisz... Gość nie nadaje się na teścia w żaden sposób...

poniedziałek, 21 października 2013

Piłka nożna - Wybór selekcjonera

Gościnny felieton...

Niedługo dowiemy się kto zostanie nowym selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji. Wszystko wskazuje, że będzie nim Adam Nawałka... W ostatnim klubie, czyli zabrzańskim Górniku, idzie mu doskonale - z przeciętnych przeważnie piłkarzy potrafił zrobić zespół na stałe zaliczający się do ścisłej czołówki. Ale wcześniej nie było tak różowo, nie zawsze wiodło mu się tak dobrze (np. w GKS Katowice i Jagiellonii Białystok nie jest wspominany jakoś specjalnie dobrze). Ale każdy popełnia błędy, uczy się, wiele też zależy od różnych okoliczności itp.

Prezes PZPN Zbigniew Boniek podobno już wie kto zostanie następcą Waldemara Fornalika... Powinien nie zwlekać zbytnio z ogłoszeniem decyzji, aby nowy trener miał jak najwięcej czasu. Jeżeli chodzi o mnie to nie jestem ani zwolennikiem ani przeciwnikiem Nawałki... Nie jestem też jakimś specjalnym orędownikiem wersji z trenerem zagranicznym, choć trzeba przyznać, że wczesny Leo Beenhakker to było coś - potem Holender jakby wyhamował, jakby się pogubił... Osobiście postawiłbym na kogoś w stylu Larsa Lagerbacka... Szwed obecnie jest selekcjonerem Islandii, która nigdy nie liczyła się w walce o awans do ME lub MŚ, a pod jego wodzą Islandczycy znaleźli się w barażach... Wcześniej Lagerback dał się poznać jako solidny trener kadry Szwecji, którą prowadził najpierw z Tommym Soderbergiem (2000-2004), a do 2009 już samodzielnie. W tym czasie Szwecja wywalczyła pięć awansów na wielkie turnieje. I o taką solidność, regularność chodzi. Polsce nie potrzebne jest wielkie trenerskie nazwisko, ale ktoś w stylu Lagerbacka czy też Jurgena Kloppa. Oczywiście nie ma co nawet wspominać o poprawie czy raczej zmianie systemu pracy z młodzieżą - to oczywiste, że to jest naszemu krajowi potrzebne jeszcze bardziej niż dobry trener kadry.

Pozdrawiam

Wasz El Profesore

środa, 16 października 2013

Piłka nożna - Nie tylko menadżer...

Felieton piłkarski...

Nie tylko menadżer

Wczoraj dyrektor Borussii Dortmund Hans Joachim Watzke otrzymał 2 miliony euro premii... Zasłużył na to jak mało kto, w końcu zrobił z westfalskiego klubu prawdziwą maszynkę do zarabiania pieniędzy... Watzke zarabia rocznie 900 tysięcy, więc taka premia jest dla niego niczym manna z nieba... Premię dostali także inni członkowie Zarządu BVB... Dortmundzki klub zarobił w poprzednim sezonie 53,8 mln euro (rekord).

Wszystko dobrze, ale zapomniano przyznać premię jeszcze jednej osobie - chyba, że otrzymał nieoficjalnie, ale raczej nie, bo w końcu Niemcy wszystko robią oficjalnie. Chodzi mianowicie o Cezarego Kucharskiego, menadżera Roberta Lewandowskiego. Dzięki niemu bowiem słowo Borussia wymieniane było w mediach przynajmniej dwukrotnie częściej niż normalnie (perturbacje z niedoszłym transferem "Lewego"). A wiadomo, ile znaczy i jak cenna jest medialność klubu... Wnioskuję zatem, żeby Borussia nagrodziła "Kucharza" premią 500 tysięcy euro... W samej Polsce, w niektórych okresach, byliśmy wręcz bombardowani wiadomościami o Lewym i Borussii... Władze klubu z Signal Iduna Park powinny się poważnie zastanowić czy nie zaproponować Kucharskiemu stanowiska specjalisty ds. kontaktów z mediami...

Pozdrawiam

Wasz El Profesore

wtorek, 15 października 2013

Epopeja polsko-indiańska (49)

Kontynent północnoamerykański...

- Brawo! - zawołał na powitanie Jan Pratelicki - Widzę, że moim braciom Komanczom powiodło się...
- Wszystko poszło składnie - odparł Samotny Wilk wódz Komanczów - Te psy Arapaho dały się podejść niczym baby, spali słodko, nie ponieśliśmy żadnych strat.
- A ilu Arapaho odeszło do Krainy Wiecznych Łowów? - dopytywał się Helmuth.
- Jeden - odpowiedział Polomancz Długa Strzała - Mój brat Posah Tseena postanowił pojmać wszystkich, w przyszłości weźmie za nich spory okup.
- Mądrze - skwitował Jurko.
- Apacze poszli dalej? - zapytał Samotny Wilk.
- Nie. Czekają na Arapaho - wyjaśnił Pratelicki - Co zrobisz teraz z jeńcami?
- Zostawię ich pod nadzorem 15 wojowników w bezpiecznym miejscu.
- Wkrótce Apacze zaczną szukać Arapaho... - domniemywał Helmuth.
- Nie znajdą ich - odparł krótko Komancz.

Minęło kilka dni...
Obóz Apaczów.

- Przyczajony Lis wciąż nie wraca - irytował się Cichy Bawół wódz Apaczów Lipan.
- Czyżby Kiowowie mu uciekli? - rzucił Śmiały Lis wódz Apaczów Mescalero.
- A może... - rozpoczął nieśmiało Bizoni Róg wódz Apaczów Lipan.
- Kiowowie ich pokonali? - dokończył Ciężki Kamień wódz Apaczów Mescalero.
- Przecież było ich dwukrotnie więcej... - dziwił się Wielki Łoś wódz Apaczów Jicarilla.
- A jeśli Kiowów było jednak więcej w okolicy? - wysunął przypuszczenie Czerwony Ogień wódz Paunisów.
- To wszystko jest jakieś dziwne - wypalił nagle Śmiały Lis - Niepokoi mnie, że nasi zwiadowcy nie wracają  z wioski Polomanczów... Teraz nie wracają Arapaho...
- Co proponujesz bracie? - zapytał Bizoni Róg.
- Nie możemy się rozdzielać, bo kto odłącza się od głównych sił przepada bez wieści...
- Mój ojciec ma rację - wtrącił się Ciężki Kamień - Mam propozycję....
- Mów Ciężki Kamieniu- zachęcał go Cichy Bawół.
- Wydaje mi się, że jesteśmy obserwowani. Wróg widzi, jak wyruszają nasi zwiadowcy i ich przejmuje! Inaczej nie się tego wytłumaczyć, bo do tej pory nie wróciła żadna grupa! Trzeba wysyłać pojedynczo najlepszych zwiadowców i nawet jeśli część z nich zostanie pochwycona to w końcu jeden, dwóch, może trzech dowie się o co w tym wszystkim chodzi i wróci nas o tym powiadomić...
- Ale gdzie mają iść? - zapytał Czerwony Ogień - Do wioski Polomanczów czy szukać Arapaho?

Długo jeszcze trwała narada, ostatecznie przyjęto pomysł młodego wodza Mescalero i wytypowano najlepszych zwiadowców, a następnie w największej tajemnicy zaczęli oni w różnych odstępach czasowych opuszczać obóz...

Minęło kolejnych kilka dni...

- Apacze wciąż obozują - dziwił się Jan Pratelicki.
- Nie wiedzą co się dzieje - wyjaśniał Michał Potylicz - Nie wracają zwiadowcy, Arapaho...
- No, ale nie będą przecież tutaj tak wiecznie siedzieć...
- Też tak myślę...
- Ojcze! - zawołał zbliżający się Mieszko I.
- Co się stało Mieszko?
- Wieści z wioski! Przybył Władysław Łokietek...
- Niech przyjdzie! Niech przyjdzie jak najszybciej!

Chwilę później Łokietek siedział już przy ojcu i Potyliczu...

- Mów!
- W odległości pół dnia jazdy konno od wioski widziano Hiszpanów!
- Tych jeszcze tutaj brakowało! - zawołał siedzący nieopodal Helmuth.
- Idą na wioskę? - dopytywał się Potylicz.
-  Nie. Wygląda na to, że ją ominą...
- Ilu ich jest?
- 200, ale wszyscy konno, w lśniących zbrojach i doskonale uzbrojeni.
- Co będzie jeśli jednak natrafią na wioskę? - niepokoił się Helmuth - Mamy tam zaledwie garstkę wojowników, reszta to kobiety, dzieci i starcy...
- Ujęliśmy dwóch Apaczów - dodał nagle Łokietek - Zwiadowcy. Wyglądało na to, że działali w pojedynkę.
- Apacze wciąż wysyłają zwiadowców - zastanawiał się Potylicz - wygląda na to, że teraz pojedynczo, żeby łatwiej im było się przebić... Trzeba zwiększyć czujność i spróbować ująć powracających zwiadowców. Nie wiadomo ilu ich wysłano...
- Robi się gorąco panie Michale - roześmiał się nagle Pratelicki - Z jednej strony Apacze, z drugiej Hiszpanie...
- Przynajmniej coś się dzieje - odparł, także ze śmiechem, Potylicz
- Mi nie jest do śmiechu! - zawołał zdenerwowany Helmuth - Martwię się wioskę. Jeśli Hiszpanie ją odnajdą to będzie rzeź bezbronnych kobiet i dzieci!
- Cały czas ich obserwujemy - uspokajał Łokietek - w razie niebezpieczeństwa przeniesiemy mieszkańców na Niedźwiedzią Górę. Tam Hiszpanie nigdy ich nie znajdą...
- Czułbym się lepiej, gdyby oni już tam byli... - skwitował Niemiec.
- Posłuchaj! Helmuth! - powiedział Pratelicki - Weź kilku ludzi i jedź tam!
- Jadę!

poniedziałek, 14 października 2013

Epopeja polsko-indiańska (48)

Bezludna wyspa (powiązane z częścią 34)

- Widzę cię! Natychmiast wyłaź z tych krzaków! - darł się kucharz Janusz Ryś - bo łeb rozwalę! Pieszczochem poszczuję!

Z krzaków powoli wynurzyła się dziwna postać. Był to niewysoki mężczyzna o wystraszonej twarzy, ale za to z szelmowskim uśmiechem... Przez dłuższą chwilę obaj przyglądali się sobie nawzajem, po czym Ryś rzekł:

- Co z ciebie za dziwoląg jakiś? Jak cię zwą?

Zamiast odpowiedzi nastała cisza...

- Gadaj coś! - kontynuował kucharz - Ktoś ty? Sam jesteś czy więcej was?

Nadal panowała cisza zamiast odpowiedzi...

- Niemowa jakaś czy co? - denerwował się Ryś - Mów coś lebrze jeden, bo w łeb zdzielę!
- Ble ble ble... - wycedziła tajemnicza postać.
- Nic z tego nie rozumiem. Po jakiemu to niby?
- Bla bla bla...
- A zamknij się już ze swoim bla bla bla! Skoro tylko tak mówisz to lepiej się nie odzywaj! Trzeba będzie polskiego cię nauczyć...

Kucharz postanowił, na wszelki wypadek, sam sprawdzić czy na wyspie nie ma więcej niespodziewanych gości. Po kilku godzinach wędrówek był już niemal pewny, że na wyspie jest tylko on, nowy i Pieszczoch. Ale skąd się wziął ten Nowy? Czyżby był tu już wcześniej? Nie sposób było się, póki co, dowiedzieć od Nowego, bo mówił tylko coś w stylu: bla bla bla lub ble ble ble...

- Zrobimy tak - oznajmił Ryś przy ognisku - Nauczę cię polskiego, a ty mi wtedy wszystko opowiesz. Rozumiesz?

Tajemnicza postać kiwnęła głową, ale raczej nie rozumiała o co chodzi. Bardziej zresztą zainteresowana była rybą, którą kucharz piekł nad ogniskiem.

- Nazwę cię Pinio! Zaczynamy naukę! Ja - pokazał na siebie - Janek! Ty - pokazał na Nowego - Pinio. Powtórz!

Nowy najwyraźniej zrozumiał o co mniej więcej chodzi  i pokazując na Rysia powiedział:

- Jajanek.

Następnie pokazał na siebie i rzekł:

- Typinio.

A chwilę później jeszcze dodał, już nie pokazując na nikogo:

- Powtórz.

Ryś spojrzał na niego i wrzasnął:

- Nie! Nie! Jeszcze raz!

Za drugim razem kucharz już nie używał słów: ja, ty i powtórz. Pinio szybko załapał już o co chodzi i bezbłędnie powtórzył. Nauka trwała jeszcze kilka godzin, Ryś stwierdził z zadowoleniem:

- Nawet ci to idzie Pinio... Niegłupiś, choć nie wyglądasz... No może za jakiś  tydzień się wreszcie dogadamy. Pora już spać. Dobranoc!
- Dobranoc...
- Nie wiesz jeszcze co to znaczy - śmiał się Ryś - ale dowiesz się w swoim czasie.

Po tygodniu Pinio powtarzał już wiele polskich słów, ale nie umiał za bardzo składać jeszcze zdań. Wyglądało to mniej więcej tak...

- Janek, Pinio, Pieszczoch, głodny, ryba, ogień...
- Głodny? Rybę chcesz?- odparł kucharz - To idź i złap!
- Nie. Janek, ryba, ogień...
- Leniu jeden francowaty! Marsz stąd, bez ryby mi nie wracaj!

Pinio chciał coś jeszcze powiedzieć, ale gdy zobaczył, że Ryś chwycił za drąg i już biegł w jego kierunku, zrezygnował z mówienia i pędem popędził nad strumień...

- Bez ryby nie wracaj! Ty lebrze jeden! - wołał za nim kucharz.

środa, 9 października 2013

Piłka nożna - Z grubej rury (5)

Gościnny felieton El Profesore...

Za nami 11 kolejka ekstraklasy... Zadziwia Wisła, która nadal - jako jedyna w lidze - nie zaznała porażki. Do tego teraz pokonała lidera z Warszawy i spłaszczyła czubek tabeli. Jedyną bramkę zdobył Paweł Brożek, który miał niby nie grać, ale w końcu zagrał. Nie mogę słuchać trenera Jana Urbana, że Legia powinna wygrać ten mecz... Jaki wynik panie Janku? 1-0 dla Wisły! Nie ma co prawić, co by było gdyby... Wisła zadziwia w przekroju całego sezonu, ale w 11 kolejce na minus zaskoczyła mnie Jagiellonia, która na własnym terenie przegrała z beniaminkiem Cracovią. Przed tym meczem dało się słyszeć głosy, że trener gości dostał ultimatum od prezesa Filipiaka... Czyżby więc krakowianie zagrali jak o życie? Dla Wojciecha Stawowego? Możliwe.

Lech dalej gra w kratkę, bo jak inaczej tłumaczyć tylko remis w Bielsku? Zwraca uwagę dominacja Górnika w Szczecinie (mecz 2 i 3 zespołu w stawce), chociaż tutaj obraz zaciemnia czerwona kartka dla Ediego Andradiny przy stanie 1-2... Obudził się Śląsk, a także Ruch (od kilku już spotkań lepsza postawa) oraz Korona... Martwi postawa Piasta...

W Widzewie biednie, ale nie przeszkodziło to łodzianom rozklepać Lechię, która - co trzeba przyznać - od kilku spotkań trwa w jakimś kryzysie i stacza się w tabeli... A jeszcze niedawno w Gdańsku cieszono się z pozycji lidera (po 6 kolejce).

Teraz mamy przerwę na mecze reprezentacji... Znowu gramy o wszystko... Szanse małe, ale najważniejsze by nasi pokazali, że im zależy i walczyli...

Pozdrawiam
Wasz El Profesore




wtorek, 1 października 2013

Piłka nożna - Z grubej rury (4)

Gościnny felieton El Profesore...

Witam wszystkich po przerwie… Trochę świata zwiedziłem … Ale w domu najlepiej...

Minęło 10 kolejek naszej dumnie brzmiącej Ekstraklasy… Poziom daleki oczekiwań, ale mimo wszystko ciągnie nas do niej, zwłaszcza gdy tak jak ja przez jakiś czas od niej odpocząłem…

Zgodnie z przewidywaniami na czele Legia, która wydaje się – póki co bezkonkurencyjna na rodzimych boiskach. W Europie już gorzej… Ale po kolei…

1)  Legia Warszawa – 8 zwycięstw i 2 porażki. Najwięcej goli strzelonych. Porażki wynikały bardziej z tego powodu, że ekipa Jana Urbana zbierała wszystkie siły na eliminacje Ligi Mistrzów i najlepsi gracze byli oszczędzani. Dzięki temu wygranymi z murowanym faworytem na mistrza mogą pochwalić się gdańska Lechia i słaby Ruch Chorzów.

      2) Górnik Zabrze – Zespół Adama Nawałki przyzwyczaił  już kibiców, że ostatnio przynależy do ścisłej czołówki ligi. Zabrzanie jedynej porażki doznali w Warszawie. Zasłużenie zasiadają w fotelu wicelidera. Trzeba przyznać, że górnikom sprzyja szczęście, jak choćby w ostatnim meczu z Zawiszą Bydgoszcz, kiedy to dopiero gol Radosława Sobolewskiego w ostatniej minucie dał im komplet punktów. W następnej kolejce śląski zespół czeka trudny sprawdzian, bowiem zmierzą się na boisku 3 w stawce Pogoni.

      3) Pogoń Szczecin – Dość niespodziewanie wysoko w tabeli. Jedyna porażka doznana właśnie w starciu z Legią. Osiem ostatnich spotkań bez porażki i aż trzy zwycięstwa z rzędu. Chyba nikt nie spodziewał się tak dobrej postawy szczecinian.

      4) Wisła Kraków – Kolejna niespodzianka. Zawsze twierdziłem, że Franciszek Smuda to typowy trener klubowy, który musi zawodnika „dotknąć”, mieć go po prostu stale u siebie. W reprezentacji tego nie miał, bo takiego dajmy na to Lewandowskiego czy Błaszczykowskiego miał raptem na treningu kilka razy w roku. Biała Gwiazda to jedyna niepokonana drużyna w lidze. Zwycięstwa przeplata remisami, ale skrzętnie gromadzi punkty. Do 10 kolejki najlepsza defensywa ligi. Krakowianie w następnej kolejce zmierzą się z liderem, zadanie będzie trudne zwłaszcza że kontuzji uległ najlepszy strzelec  Wisły Paweł Brożek. Gracz ten jest kolejnym przykładem, że można być gwiazdą w Polsce, ale na Zachodzie nie dać sobie rady, a po powrocie do kraju znowu być wielkim.

J    5) Jagiellonia Białystok – Zmienił się trener, a nowy radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Wielkie wrażenie zrobiła Jaga demolując Ruch Chorzów aż 6-0. Było to najwyższe zwycięstwo tej drużyny w historii występów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Białostoczanie też nie pęknęli w konfrontacji z liderem ulegając mu tylko 2-3. Zwraca uwaga fakt, że piłkarze z Białegostoku zdobyli kilka ważnych goli w końcówkach spotkań, co tylko dobrze świadczy o ich przygotowaniu fizycznym i wysokim morale.

      6) Lechia Gdańsk – Po ośmiu kolejkach tylko gdańszczanie i Wisła mogły się pochwalić statusem niepokonanych w lidze, w 9 kolejce Lechia zmierzyła się z krakowianami i dostała surową lekcję.  Ostatnie mecze słabsze w jej wykonaniu.

      7) Lech Poznań – Przed sezonem poznaniacy byli faworytem numer 2, ale szybko przestali nim być – trzy remisy w lidze i fatalne występy w Lidze Europejskiej (odpadli z przeciętnym Żalgirisem Wilno). Ostatnie dwa mecze pokazują jednak, że kryzys Lechici mogą mieć już za sobą i być może wkroczyli już na właściwą drogę.

      8) Piast Gliwice – Gliwiczanie grają w kratkę, o czym najlepiej przekonuje ich dorobek – 4 zwycięstwa, 2 remisy i 4 porażki.

      9) Śląsk Wrocław – Nie jest to już ten sam Śląsk co choćby w poprzednim sezonie. Istotny wpływ na taki stan rzeczy mogą mieć doniesienia o możliwości gry nawet w 4 lidze. Nie mogą się dogadać właściciele, więc być może piłkarze też zamiast przykładać się do meczy i treningów obserwują sytuację. Tylko 2 zwycięstwa, za to aż 5 remisów i 3 porażki, to nie jest dorobek, który może zadowolić kibiców mistrza Polski z sezonu 2011/2012. A już domowa porażka z beniaminkiem Cracovią (0-3) jest bardzo wstydliwa. 

      10) Cracovia – Jak na beniaminka całkiem nieźle. Warte uznania są zwłaszcza dwa wyjazdowe zwycięstwa. 

      11) Ruch Chorzów – Skrajności i jeszcze raz skrajności. Bo jak inaczej napisać o drużynie, która wygrywa z faworytem ligi, a równocześnie zbiera baty w Białymstoku aż 0-6?

      12) Zawisza Bydgoszcz – Drugi beniaminek, podobnie jak Cracovia, radzi sobie całkiem nieźle.  Początkowo bydgoszczanie rozpoczęli nieśmiało, płacąc tak zwane frycowe, ale w ostatnich meczach bydgoszczanie radzą sobie coraz lepiej, m.in. 2 zwycięstwa. W ostatnim spotkaniu byli bliscy wywalczenia punktu na trudnym terenie w Gdańsku. 

      13) Zagłębie Lubin – Jak na klub z drugim budżetem dokonania co najwyżej średnie. Początek fatalny, piłkarze musieli swoje wysłuchać od kibiców. Wielkie nadzieje w Lubinie wiąże się z zaangażowaniem doświadczonego Oresta Lenczyka, który już niejeden klub wyprowadził z tarapatów na prostą. Na razie nestor polskich trenerów zaczął słabo, osiągając domowy remis z Jagiellonią, dodatkowo dość pechowo, bo goście doprowadzili do wyrównania w samej końcówce zawodów.

      14) Widzew Łódź – Biednie i to od razu widać w tabeli. Poza Łodzią wszystko w „plecy”. Jeden z nielicznych plusów to Eduards Visnakovs dzięki któremu łodzianie straszą w ofensywie i zdobyli trochę punktów. 

      15) Podbeskidzie Bielsko-Biała – W poprzednim sezonie dzięki skutecznej grze w rundzie rewanżowej udało się uniknąć degradacji do I ligi, ale w tym sezonie będzie niezwykle ciężko powtórzyć ten wyczyn. Jedyne zwycięstwo odniesione nad sąsiadem z tabeli kielecką Koroną. 

      16) Korona Kielce – Trochę zaskoczenie, nie żeby Koronę widzieć w czubie tabeli, ale że zespół ten będzie zamykał ligową stawkę tego chyba się nikt nie spodziewał. Kielczanie wygrali w lidze tylko raz – z Piastem Gliwice.

      Pozdrawiam
    Wasz El Profesore






piątek, 23 sierpnia 2013

Z grubej rury - przerwa urlopowa

Autor gościnnych felietonów - El Profesore musiał nagle wyjechać, ale obiecał, że po powrocie felieton "Z grubej rury" ponownie zagości na łamach tego blogu. Trudno w tej chwili przewidzieć ile czasu zajmie mu podróż, ale miejmy nadzieję, że wróci w miarę szybko i wkrótce znów będziemy mogli przeczytać jego analizy dotyczące polskiej ekstraklasy piłkarskiej. Na koniec El Profesore prosił by nie zapomnieć gorąco pozdrowić jego czytelników...

piątek, 16 sierpnia 2013

Epopeja polsko-indiańska (47)

Kuba

Admirał Javier Hernandez Belicarez w dalszym ciągu był przygnębiony stratą kosztowności zrabowanych przez grupę cyrkowców Toma Michaela. Aby nieco się uspokoić często wybierał się w ustronne miejsce i stamtąd w ciszy obserwował morze żywiąc skrytą nadzieję, że wypatrzy zbliżający się statek Ramona Carlosa Rodrigueza wiozący na Kubę i cyrkowców i kosztowności.

Mijały jednak kolejne dni, a nic takiego nie miało miejsca, Hiszpan powoli tracił cierpliwość. Nie działały już na niego uspokajająco ani ptasi śpiew ani szum morza, czuł że niedługo sam wyruszy na poszukiwania, bo w przeciwnym wypadku zwariuje na Kubie. Wyczekiwanie było bowiem okropne. Nagle admirał usłyszał jakiś podejrzany dźwięk dochodzący z pobliskich zarośli.

- Kto tam?! Wyłaź!

Chwilę później, jakby spod ziemi, wyłoniła się przed nim tajemnicza postać...

- Coś za jeden?

Nie było żadnej odpowiedzi, tajemniczy mężczyzna przypatrywał mu się za to bardzo uważnie...

- Gadaj! Coś za jeden? Bo straże zawołam!
- Nie lękaj się admirale. Jestem ci bardziej przyjacielem niż wrogiem...
- Coś za jeden? Mów!
- Moje nazwisko niewiele ci powie...
- Gadaj!
- Nazywam się Miron  Nicolae Bachulescu. Pochodzę z Siedmiogrodu. Niektórzy zwą mnie też Bachulą. Moim wujem był słynny hospodar wołoski Wład Palownik Drakula z dynastii Basarabów.
- Faktycznie nic mi to nie mówi. Czego chcesz?
- Czego chcę? Mogę ci pomóc...
- Mi pomóc? Ty? Niby w czym?
- Pomogę ci odzyskać to co niedawno utraciłeś...
- Ha ha ha. A co ja takiego utraciłem?
- Nie udawaj admirale. Chodzi o kosztowności...
- Co? Skąd o tym wiesz?
- Ja wiele wiem...
- Jak chcesz je odzyskać? A poza tym skąd mam wiedzieć czy nie jesteś w zmowie z tymi cyrkowcami-złodziejami?
- Gdybym był z nimi w zmowie to po co bym ci to proponował?
- No niby tak, ale nigdy nic nie wiadomo. Jak chcesz odzyskać moje skarby?
- Mam pewne zdolności, które mi w tym pomogą...
- Jakie zdolności?
- Nie mogę o tym mówić. Powinieneś niedługo docenić tylko skuteczność...
- Co chcesz w zamian?
- Dogadamy się admirale...
- Mów jaśniej, lubię konkretne układy. Czego chcesz w zamian?
- Po odzyskaniu twoich kosztowności dasz mi skrawek ziemi w posiadanie...
- Pewny siebie jesteś. Mówisz tak, jakbyś już tego dokonał. Po co ci ta ziemia?
- Chcę na niej wybudować zamek i tam się osiedlić.
- A do tego Siedmiogrodu nie wracasz?
- Tam Turcy. Poza tym tutaj mi się podoba. Jeszcze jedno admirale...
- ?
- Chcę jeszcze dwie dziewice...
- Dziewice? Po co?
- Są mi potrzebne. Więc jak, zgadzasz się na moje warunki?
- Działaj. Jeżeli odzyskam swoje kosztowności dam ci i ziemię i dziewice. Hiszpanki czy Indianki?
- To już nie ma znaczenia. Byle tylko nigdy nie były z żadnym mężczyzną.

Belicarez pośpiesznie wrócił do swojej rezydencji, ciągle pozostając pod wrażeniem tajemniczego Bachuli. Czuł się bardzo dziwnie w jego towarzystwie, podczas całego spotkania miał "gęsią skórkę". W pobliżu nie było żadnych straży, admirał blefował oznajmiając to Bachuli. Gdy tylko dotarł na miejsce kazał zawołać do siebie portugalskiego Jezuitę Alfonso Glovanteza.

- Alfonso! Jesteś człowiekiem światłym. Czy słyszałeś coś o Bachuli i Drakuli?
- Nie.
- No cóż, widocznie nie jesteś aż tak światły za jakiego się uważasz...

Glovantez udał, że nie usłyszał tej złośliwości Belicareza...

- Ale o co chodzi?
- Już o nic. Skoro nie słyszałeś o nich to możesz odejść. Nie jesteś mi potrzebny.
- Zajrzę do swoich mądrych ksiąg, może w nich odnajdę informacje na interesujący cię temat.
- Zajrzyj, zajrzyj. A teraz idź już sobie. Albo nie, czekaj!
- Tak?
- Doniesiono mi, że majstrujesz coś przy oświetleniu zamkowym...
- Ja?
- Nie, Święty Piotr! Tak ty! Po co gasisz pochodnie w zachodniej części zamku?
- Z oszczędności admirale, z oszczędności...
- Czy ktoś prosił cię o to?
- Nie. To była moja własna inicjatywa...
- Dziwnym trafem później te pochodnie odnajdują się w twojej bazylice... Zapalone! Gdzie ta twoja oszczędność zatem?! Od teraz żadnych własnych inicjatyw, słyszysz?! Skoncentruj się lepiej na znalezieniu informacji o tych dwóch co pytałem! Do tego przez te ciemności zaginął żołnierz...

Portugalczyk wrócił do siebie i od razu usłyszał...

- Gdzie byłeś?
- U Belicareza.
- Co chciał?
- Pytał o ciebie, poza tym dowiedział się, że usuwam pochodnie na zachodnim skrzydle. Zabronił mi więcej to robić. Mówił też, że zaginął żołnierz...
- Dzisiaj w nocy też usuniesz pochodnie!
- Przecież Belicarez zabronił...
- Kto lepiej płaci?
- No ty...
- To usuniesz!
- Ale Belicarez...
- Ten ostatni raz usuniesz.
- Ale...
- Milcz! Wziąłeś za to złoto?! To rób co należy!
- Admirał wpadnie w szał...
- Załatwisz sobie porządne alibi i nic ci nie zrobi.
- A co się stało z tym żołnierzem?
- A skąd ja mam wiedzieć? Pewnie zdezerterował... Takie rzeczy się zdarzają... Co z obiecaną dziewicą?
- Z jaką dziewicą?
- Nie graj ze mną Alfonso! Za tą dziewicę za którą ci zapłaciłem i to słono!
- Załatwię ci ją. Niedługo, obiecuję...

Wieczorem, w odległości kilku kilometrów od zamku, odnaleziono zwłoki żołnierza. Był pozbawiony krwi, ze śladami ugryzień na szyi. Wyglądał makabrycznie. Wiadomość o tym wstrząsnęła całą Kubą. Zaczęto opowiadać o diabłach, wilkołakach i wampirach. Na wyspie zapanował blady strach, nikt nie chciał być sam bojąc się, że powieli los nieszczęśnika. Belicarez był wściekły, rozkazał podwoić straże, chciał też ufundować wysoką nagrodę za zabicie lub pojmanie potwora bądź wampira, ale przypomniał sobie, że przez cyrkowców kasę miał niemal pustą...