Mill

City

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

wtorek, 9 grudnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (50-73)

51) - Co się stało? - zapytał obudzony nagle ze snu Michał Potylicz.
- Komancze ujęli dwie obce Blade Twarze - wyjaśnił Polomancz Długa Strzała - Chodźmy do mojego brata Samotnego Wilka wodza Komanczów.

Kwadrans później byli już u niego...

- Rokosz? Kapitan Wilhelm Rokosz? - zawołał zdziwiony Potylicz.
- Mój biały brat zna tę Bladą Twarz? - zdziwił się także Samotny Wilk.
- Tak. On jest z mojego plemienia. Jest Polakiem.
- A tego drugiego też znasz?

Drugą schwytaną Bladą Twarzą był Hiszpan Pablo Madeiros. Potylicz już miał odpowiedzieć, że nie, ale ugryzł się w język... pomyślał bowiem, że to może być jakiś towarzysz Rokosza.

- Pytam - kontynuował Komancz - Bo właśnie ta Blada Twarz ścigała człowieka z twojego plemienia...
- ? - Potylicz nie za bardzo wiedział co odpowiedzieć.
- Panie Michale - wtrącił się Rokosz - To strażnik hiszpański. Pilnował mnie, ale też chronił... Ratuj go...
- Rozumiem... Samotny Wilku proszę byś mi darował także i tę Bladą Twarz... Niech wódz Komanczów zachowa konie ich obu...

Oblicze Komancza rozpromieniało, ale wódz szybko pohamował się, jakby wstydząc się tego...

- Blade Twarze należą do mojego białego brata. Czy ja także mogę mieć prośbę do ciebie?
- Oczywiście.
- Niech wszyscy odejdą, chcę byśmy zostali sami.

Wszyscy oddalili się...

- Słucham Samotny Wilku...
- Darowałeś mi konie... Ale czy nauczysz mnie też jeździć na nich? Jako wódz nie mogę zostać pośmiewiskiem dla swoich wojowników nie umiejąc tej sztuki...
- Boisz się, że koń cię zrzuci?
- Samotny Wilk nikogo się nie boi! Brakuje mi jednak wprawy, zaręczam że będę pojętnym uczniem. Zależy mi jednak, żeby nikt tego nie widział, jak będziesz mnie uczył. Przy innych wsiądę na konia, jak już będę dobrze jeździł. Spełnisz moją prośbę?
- Spełnię prośbę mojego czerwonego brata.


52) Gdańsk.

Do Macudowskiego zgłosił się Wojciech Kaliski (dostawca zboża na skład niemieckiego kupca Martina Schyldera - skład i w ogóle cały majątek Niemca został przejęty właśnie przez Macudowskiego).

- Panie Macudowski...
- Czego?
- Przejął pan skład Schyldera...
- Przejąłem i co z tego?
- Otóż... Mianowicie tenże Schylder nie zapłacił mi za trzy ostatnie transporty zboża...
- A co mnie to obchodzi? Szukaj waść Schyldera i go zmuś do zapłaty!
- Ale...
- Co ale?!
- Ale przecież...
- Żegnam!
- Ale...
- Żegnam! Bo psami poszczuć każę!

Kaliski wycofał się, był zły, Schylder był mu winny sporo pieniędzy, ale go już
Kontynent północnoamerykański...

nie było... Był za to Macudowski, który w żaden sposób nie poczuwał się do zapłaty...

Macudowski ostatnimi tygodniami nie był w dobrym nastroju. Ciągle dręczyło go to w jaki sposób został potraktowany przez dowódcę II wyprawy do Nowego Świata Jerzego Donieckiego...

- No jak on mógł mnie tak nazwać? - mówił do siebie - Ja, wielki Macudowski, ochlaptusem? I jak śmiał mi publicznie grozić, że mnie oćwiczyć każe jak chłopa? (dotyczy części 40). Nie! Ja tego nie wytrzymam! Muszę się zemścić, muszę! Kacper! Wołaj z powrotem tego Kaliskiego!

Kaliski szybko wrócił do Macudowskiego...

- Wzywałeś mnie...
- Tak. Chcesz odzyskać pieniądze?
- No, oczywiście że chcę? Kiedy mi je oddasz?
- Ja? Płyniesz ze mną?
- Gdzie? Jak? Dlaczego?
- Szukać Schyldera. Do tego czasu wezmę cię na służbę i pensję będę płacił. Odpowiada to waści?
- ... Odpowiada. Jak najbardziej. W sumie to nie mam wyjścia, bez pieniędzy nie mam co się w domu pokazywać, bo ojciec potwornie się zezłości. Zawsze mi powtarzał: "Wojciechu! Synu ty mój! Zawsze, ale to zawsze, bierz pieniądze za zboże od razu,bo potem to różnie bywa!"
- Przyjdź jutro, wypływamy niedługo.
- Dobrze.
- Czekaj!
- Tak?
- Masz tu sakiewkę. Taka zaliczka za dobrą służbę.
- Dziękuję, panie Macudowski, dziękuję.

Kaliski rzucił się Macudowskiemu do kolan, tak bardzo ucieszyło go otrzymanie sakiewki...

- Co robisz? Dosyć! Idź już! Precz! Precz mówię!
- Idę, idę już.

Kaliski wychodził w znacznie lepszym humorze niż za poprzednim razem...

- Menda z niego straszna, ale póki co muszę się go trzymać. Ale do czasu... do czasu...

- Kacper! - wołał służącego Macudowski - Idź do portu i znajdź odpowiedni statek do dalekiej podróży, skompletuj załogę. Niedługo wyruszymy w rejs, Gdańsk już mi się znudził... Aha, powiedz Szczerbatemu Barnabie, że ma wieczorem stawić się u mnie...

Szczerbaty Barnaba był zwykłym zabijaką, z którego usług Macudowski korzystał bardzo często...

Macudowski kipiał z nienawiści...

- Choćbym miał cały majątek stracić to zapłacisz mi za wszystkie zniewagi panie Doniecki! Słyszysz? Dopadnę cię nawet na końcu świata!




53) Na oceanie (II polska wyprawa do Nowego Świata)

- Co się stało Budzanowski? - zapytał Jerzy Doniecki.
- Pastuszenko i Mijagibej...
- Dalej jątrzą?
- Buntują pozostałych...
- Wezwij natychmiast Barakbeja!

Kwadrans później Barakbej był już w kajucie dowódcy...

- Słucham panie...
- Chcę uwięzić Mijagibeja, co ty na to?
- No nie wiem... - odparł zaskoczony Tatar.
- Widzę cię jako dowódcę Tatarów...
- Nie wiem...
- Nie takiej odpowiedzi oczekiwałem! Będziesz dobrym dowódcą!
- Tak?
- Tak! Czy powstrzymasz swoich ludzi, gdy będziemy aresztować Mijagibeja?
- Powstrzymam!
- No to załatwione. Działaj natychmiast!

Doniecki wiedział doskonale co robi, Barakbej był ambitny i dowódca już nieraz zauważył, że miałby chrapkę na dowodzenie Tatarami, poza tym dało się wyraźnie wyczuć, że nie za bardzo lubią się z Mijagibejem...

- Budzanowski! - zawołał Doniecki po wyjściu Tatara.
- Tak?
- Aresztować Pastuszenkę i Mijagibeja! Zamknijcie ich w tym pomieszczeniu co były wcześniej knury kaukaskie.
- Ale tam śmierdzi okrutnie...
- To co? Ty tam będziesz siedział?
- No nie...
- Więc o co chodzi?
- Rozkaz!

Niedługo potem Kozak Pastuszenko i Tatar Mijagibej zostali wtrąceni do wspomnianego wyżej pomieszczenia, a u drzwi na straży stanęli Światłoniewscy,ojciec Jacek i syn Maciej.

- Tylko nie tutaj! - darł się Pastuszenko.
- Cicho tam lepiej! - krzyknął młodszy Światłoniewski - bo ojciec cię zaraz wybatoży, a potem rany solą posypie!

Barakbej wywiązał się z powierzonej roli, żaden bowiem z Tatarów nawet okiem nie mrugnął podczas aresztowania Mijagibeja.

Następnego dnia rano rycerz Krzysztof spacerował po pokładzie, gdzie natknął się niby przypadkiem na niemieckiego kupca Martina Schyldera.

- Witam! Wy dalej tak na tym korytarzu wegetujecie? U mnie pół kajuty wolne... (rycerz dzielił kajutę z aresztowanym Pastuszenką).
- Co sugerujesz?
- Wynająć mogę...
- Ale pewnie nie za darmo?
- No, wiadomo, że nie... Co teraz jest za darmo? Są co prawda tylko dwa łóżka, ale zawsze to lepsze niż leżeć na ziemi w korytarzu... Ty, Jochymowski i Kafałkowski możecie zająć wolne łóżko, a ten szczupły... Jak on się nazywa?
- Piątkowski...
- On może położyć się koło mnie. Wiele miejsca nie zajmie...
- Ile za to chcesz?
- Policzymy się już na miejscu, np. ze zdobytego złota...
- Ile?
- Dogadamy się.

Schylder wrócił do towarzyszy i przedstawił im propozycję rycerza.

- Przyjmujemy - odparł Kafałkowski - Mam już dość tego korytarza. Wolę nawet w trzech spać na jednym łóżku niż tutaj na ziemi. Poza tym co chwilę ktoś tu łazi i łazi.
- Można by nawet wprowadzić dyżury - wtrącił Jochymowski - W trzy osoby będzie ciężko, ale dwóch może wygodnie spać.
- Ja się nie zgadzam! - zawołała Agata (dla przypomnienia: była w przebraniu jako Adam Piątkowski) - Nie będę spała z żadnym rycerzem!
- Co proponujesz wobec tego? - zapytał Schylder.
- Niech Kafałkowski idzie spać z rycerzem!
- Nie! - zawołał zaczepiony - przecież on wyraźnie zażyczył sobie kogoś szczupłego!
- Ja nie pójdę! - zawołała niemal z płaczem Agata.

Wieczorem cała czwórka znalazła się w kajucie rycerza.

- Chodź Piątkowski - powiedział na wstępie rycerz - tylko spróbuj chrapać lub gadać przez sen, od razu wtedy lądujesz na ziemi! Pamiętajcie o zasadach!
- Jakie znowu zasady? - zapytał zdziwiony Kafałkowski.
- Gdy ja idę spać - wyjaśniał rycerz - spać idą też pozostali. Żadnego palenia świec i rozmów. Muszę być wyspany, by rano być wypoczęty i wydajny!

Kuchnia (trwała tam inwentaryzacja zlecona przez Donieckiego)

- Laszlo... Strasznie mało tych zapasów - mówił Martin Swayze (von Bigay).
- Ludzie głodni byli... Ty lepiej mów co teraz zrobimy? - odparł Piotr Laszlo Tekieli.
- Zrobimy? Przecież nie ja jestem za to odpowiedzialny. Do końca rejsu jeszcze daleko, a żarcia zostało najwyżej na 2 tygodnie!
- Doniecki sugerował zmniejszyć porcje...
- Co tu zmniejszać? Trzeba by było głodowe racje wydawać!
- Co robić? Co robić?

Kryjówka w ścianie...(przypomnienie w 46 części).

- Jaki ja jestem głodny! - narzekał Marian Łuszczyński.
- Każdy jest głodny - skwitował Dawid Łęckowski.
- Tylko! Idź szukaj jedzenia! - ryknął Łuszczyński - Bo ciebie zjemy!

Michał Tylko przeraził się, nawet nie tego co powiedział towarzysz, ale jego wzroku, który dobitnie potwierdzał wypowiedziane słowa... Wstał i wyszedł przez zamaskowaną dziurę...

- Bez jedzenia nie wracaj! - syknął za nim Włoch Prostaccio - może być byle co, ale żeby coś było!
- Proponuję - wtrącił się Ślązak Szmicior - pogadać o czymś innym, wtedy zapomnimy o jedzeniu...
- Ja nie zapomnę! - żachnął się Jaromir z Cebulewa.
- Ja też nie! - wtórował mu Bartłomiej Głuchowski - Kiszki mi marsza grają...
- Ja to bym chciał mieć swoją bandę - kontynuował niewzruszony Szmicior.
- A ja tłustego prosiaka! - przerwał mu brutalnie Łuszczyński - po co ci niby ta banda?
- Jak to po co? - odparł spokojnie Ślązak - Żeby tego drania Macudowskiego załatwić! Przez niego to wszystko!




54) - Budzanowski! – zawołał Jerzy Doniecki.
- Tak?
­ - Presucha gotowy do jasnowidzenia?
- Tak. Kocioł ma już zagrzany…
- Doskonale!
Dowódca II polskiej wyprawy do Nowego Świata pośpiesznie udał się do kajuty Kozaka Presuchy.
- Zaczynaj!
Presucha nie śpiesząc się ruszył w kierunku kotła, a następnie do niego zaglądnął. Patrzył długo, ale coś było nie tak, w końcu odskoczył od niego i wściekle zawołał:
- Nic nie widzę! Nic nie widzę!
- Co?!
- Widzę tylko wywar! Coś jest nie tak!
- Zrób coś! Może pomyliłeś recepturę?
- Co?! Presucha nigdy się nie myli!
- Coś jednak jest nie tak skoro nic nie widzisz!
- Jest wyjście!
- No to działaj! Ile to zajmie?
- Chwilę.
Kozak przyniósł jakieś zawiniątko i wsypał do kotła, następnie z wielką precyzją zamieszał chochlą dwukrotnie w prawo i dwukrotnie w lewo, odczekał kilka minut i czynność powtórzył.
- Zaglądaj!
Presucha włożył głowę do kotła, ale niemal natychmiast odskoczył i wrzasnął jak oparzony…
- Boże!
- Co się znowu stało? Zginęli czy co?
- Nie!
- Chwała Bogu!
- Nie to!
- A co? Gadaj szybko!
-Widzę nagie niewiasty!
- Co?
- Zobacz sam panie!
Doniecki ruszył do kotła i faktycznie w lustrze wywaru ujrzał cztery nagie, kąpiące się, niewiasty. Jakież było jego zdziwienie, gdy w jednej z nich rozpoznał swoją kuzynkę Andżelikę Koszyńską. Pozostałe były jej znajomymi: Kinga Kabatowska, Anna Żbikowska i Agnieszka Dębska.
- A zaglądnę raz jeszcze… - powiedział zbliżając się Presucha.
- Precz! Precz mi stąd zwyrodnialcu! Co to ma znaczyć?!
- Nie wiem, nie wiem…
- Budzanowski! – zawołał Doniecki.
- Tak? – odparł wezwany, który pełnił wartę pod drzwiami kajuty.
- Zawołaj Światłoniewskich i wylejcie zawartość kotła do oceanu!
Niedługo potem wspomniana trójka wyniosła kocioł i zgodnie z poleceniem dowódcy wylała wywar do oceanu.
- Wytłumacz mi teraz Presucha – oświadczył już spokojniej Doniecki  - co to wszystko ma znaczyć?
- Nie wiem, naprawdę, nie wiem…
- Co proponujesz?
- Zrobię wywar jeszcze raz…
- Tylko już niczego nie zepsuj, bo cała fortuna poszła na te twoje składniki! Dzisiaj już nie chcę żadnych widzeń, przygotuj wywar na jutro!
Cały czas w kącie kajuty ukryty był Bartosz Noworolski, który bacznie obserwował całą sytuację.
- Dobrze ci tak Presucha, łotrze jeden! – mruczał pod nosem – to zemsta za moje pszczoły!
Gdy dowódca wyszedł z kajuty Noworolski wysunął się z kryjówki…
- Co? Presucha, nie poszło? – śmiał się szlachcic.
Kozak spojrzał ze złością na szydercę i wycedził:
- To pewnie twoja sprawka! Coś dosypał do wywaru?
- Ja? Nic…
- Przyznaj się!
- Nic nie zrobiłem, po prostu taki z ciebie wróżbita fajtłapa, ha ha ha.
Presucha nie miał już ochoty kontynuowania rozmowy, ale w myślach postanowił, że jutro będzie bardziej ostrożny i nie spuści wywaru z oczu…
Pod pokładem…
- To co panowie, przyjmujecie zakład? – pytał Włoch Roberto Gibbencione.
- Jeszcze raz ustalmy zasady – odparł Kozak Czarnienko – Rzucasz nożami z 30 kroków i wszystkie lądują tuż obok głowy tak? 10 noży?
- Tak. Nie dalej niż na długość mojego palca wskazującego.
- Ciekawe kto zgodzi się stanąć pod ścianą – śmiał się Kozak Jakubiczenko.
- No jak to kto? Weźmy tego Prusaka Louzego, bo jakby się czasem Gibbencione pomylił to jego będzie najmniej szkoda, ha ha ha – śmiał się Czarnienko.
Kilka minut później Louze został doprowadzony i siłą postawiony pod ścianą…
- Dlaczego mnie do tego zmuszacie? Doniecki wyraźnie powiedział, że należę do załogi!
Faktycznie jakiś czas temu dowódca zmienił status Prusaka z więźnia na równorzędnego członka załogi. Stało się tak po ich męskiej rozmowie. Louze zrozumiał bowiem, że są daleko od jego ojczyzny i lepiej dla niego będzie być lojalnym wobec Polaków.
- Potraktuj to jako takie przyjęcie do drużyny, ha ha ha – rechotał Kozak Baliczenko.
Louze chciał jeszcze coś odpowiedzieć, ale Gibbencione krzyknął:
- Nie ruszaj się jeśli chcesz żyć!
Sekundę później pierwszy nóż utkwił w desce tuż obok lewego ucha Prusaka. Włoch błyskawicznie rzucił kolejnymi nożami i wszyscy oniemieli, bowiem dziesięć noży wylądowało tuż przy głowie Louzego.
- Wygrałeś! – zawołał Baliczenko – Zaiste jesteś wielkim mistrzem noża!
- Ba! – odparł ze spokojem Gibbencione.
Do kajuty dowódcy zmierzali: Przemysław Nowacki, Krzysztof Seremacki i Roman Więcławski.
- Który taki mądry, że statek omal na dno nie trafił?!
Trójka milczała…
- Przyznaję się – wypalił nagle Więcławski – To ja! Przypadkiem to było…
- Ładny mi przypadek! Dobrze, że się przyznałeś – to zostanie zaliczone na twoją korzyść, ale i tak kary nie unikniesz. Poza tym wiedziałem, że to twoja sprawka, ale czekałem na twój ruch. Po gorzale rozum cię opuszcza, inaczej tego wytłumaczyć nie potrafię! Nie będę jednak surowy, jak zamierzałem wcześniej, karą niech będzie szorowanie pokładu na błysk przez okres tygodnia. Odejdź i zacznij wykonywać karę natychmiast!
Więcławski nie odparł nic, wyszedł i zabrał się do roboty.
- A wam, dziękuję, żeście w porę interweniowali i zapobiegli tragedii.
Na pokładzie spacerował rycerz Krzysztof, nagle zobaczył wędrownego grajka Musiałka, który gdy go tylko ujrzał zaczął uciekać…
- Czekaj! Musiałek czekaj! Co z pieśnią o mnie?
- Pracuję nad nią, pracuje…
- Tyle czasu?
- Nie zapomnij rycerzu, że są jeszcze i inni klienci…
- Jacy inni? Łżesz!
- Muszę iść, praca na mnie czeka…
- Niedługo ma być ta pieśń i nie unikaj mnie jak ostatnio! Widzę cię pierwszy raz odkąd wypłynęliśmy z Gdańska!
- Pracuję rycerzu, ciężko pracuję…
- Jesteś widocznie za mało wydajny!

Rycerz kontynuował spacer po pokładzie, następną osobą którą spotkał był Przemysław Janczurowski…
- Co robisz waszmość?
- Moja sprawa – odparł butnie Janczurowski.
- Zapytać nie można? – powiedział zbity z tropu rycerz.
- Nie!
- Coś taki nerwowy?
- Bo tak! Nie można?
- Ale co się stało?
- Daj mi już spokój, bo cię zaraz wyrzucę za burtę!
Rycerz był tak zdziwiony, że nawet nie zdążył odpowiedzieć, a gdy Janczurowski znikł za rogiem rzekł do siebie…
- Nie wiem co mu się stało…Przecież to taki spokojny człowiek…



55) Kuba…
Ciemną nocą w kierunku północnego wybrzeża posuwała się tajemnicza postać… Czujnie rozglądając się wokół dotarła na plażę i uznawszy, że nikogo nie ma w pobliżu momentalnie wzbiła się w powietrze…

Admirał Javier Hernandez Belicarez siedział w swoim gabinecie, a myśli jego niespokojne błądziły w wielu kierunkach… Najbardziej jednak zastanawiał się czy tajemniczemu Bachuli uda się odzyskać kosztowności zrabowane przez grupę cyrkowców…
- Zapłacę im! Oj zapłacę za to wszystko! – mówił do siebie – Anglika Toma Michaela zatłukę osobiście, a te dwie larwy…
Rozmyślania admirała przerwało pukanie do drzwi…
- Czego? – zawołał wściekle Belicarez.
- Chciałem tylko przekazać… - odparł nieśmiało służący Miguel – że Bachula wyruszył…
- Nareszcie! Doskonale! Mam nadzieję, że niedługo wróci z moim skarbem i z tymi paskudnymi złodziejami!

Targ…
- Owoce! Świeże owoce! Kupujcie owoce! – wołała dziewczyna z jednego ze straganów.
- Witaj Sievioretta!
- Witaj Angelina! Co cię sprowadza na targ o tak wczesnej porze? Chciałaś kupić owoce?
- Owoce? – odparła z uśmiechem Angelina Dudeiros – W sumie przy okazji mogę kupić. Przez targ przechodzę, bo zmierzam do zamku.
- Do zamku? Po co? – zdziwiła się Natalia Sievioretta.
- Mam tańczyć wieczorem dla admirała, a teraz idę ustalić szczegóły…
- Aha…
- Ty też byś mogła, ale skoro wolisz sprzedawać owoce na targu…
- To moja praca, nie najgorzej na tym wychodzimy z ojcem…
- Powiedzieć ci ile dostanę za wieczór tańczenia?
- No powiedz…
- Ale na ucho, nie chcę żeby ktoś usłyszał…
- Mów!
Angelina zbliżyła się do Natalii i zaczęła jej szeptać do ucha…
- Żartujesz! Aż tyle?
- Tak.
- To też idę! Ale, ale…
- Co ale?
- Przecież Belicareza okradła ta grupa cyrkowa. Cała Kuba trąbi o tym, że skarbiec admirała jest pusty!
- Spokojnie. Może i tak było, ale z Madrytu przybył Juan Carlos de la Montero. On jest bardzo bogaty, pożąda przygód i liczy, że Belicarez mu ich dostarczy. Podobno nie skąpi pieniędzy by wkupić się w łaski admirała, żeby ten wysłał go na wyprawę na nieznane lądy. To dla niego te dzisiejsze występy.
- A, to co innego. Przypilnuj na chwilę stragan, ja biegnę po ojca by mnie zastąpił, a potem pójdziemy na zamek.
Kwadrans później kobiety ruszyły do zamku, gdzie szybko uzgodniły warunki występu.
- Trochę się boję – wypaliła nagle w drodze powrotnej Sievioretta – dawno nie tańczyłam…
- Daj spokój… Przecież tego się nie zapomina… Jeśli chcesz poćwiczyć to chodźmy do mnie.
- Teraz nie mogę. Muszę iść pohandlować trochę na targu, bo ojciec musi jechać po świeży towar. Przyjdę do ciebie dwie godziny wcześniej i chętnie poćwiczę.
- Dobrze, to czekam.
Kobiety miały już się rozejść, ale niespodziewanie pojawił się portugalski Jezuita Alfonso Glovantez i zaskoczył ich nietypowym pytaniem…
- Jesteście może dziewicami?
- ???
Kobiety były tak zdziwione zadanym pytaniem, że nie odpowiedziały nic, zaczerwieniły się tylko i uciekły.
- I co ja mam zrobić? – zastanawiał się Glovantez – Muszę znaleźć dziewicę przed powrotem Bachuli, bo on mnie po prostu zabije!

Tymczasem Bachula (Miron Nicolae Bachulescu) „wylądował” na południowym wybrzeżu stałego lądu (dzisiejsza Floryda)…
- No to do dzieła! – rzekł do siebie – czuję, że oni są gdzieś w pobliżu…


Bachula miał rację, bowiem Tom Michael, Kate Italian i Malwa Topollani znajdowali się w odległości dosłownie 20 kilometrów od niego…





56) Kontynent północnoamerykański…

Do obozu Apaczów powrócił jeden ze zwiadowców. Wywołało to wielkie poruszenie wśród wodzów, którzy chcieli w końcu dowiedzieć co się dzieje. Zwiadowca został zaproszony do wigwamu w którym czekali wszyscy wodzowie.

- Mów Czarny Kruku czego się dowiedziałeś – zachęcił go na wstępie Bizoni Róg wódz Apaczów Lipan.
- Dotarłem do wioski Polomanczów. Są tam tylko kobiety z dziećmi, starcy, kilku wojowników do ochrony wioski i jedna Blada Twarz.
- Może reszta jest na polowaniu? – zastanawiał się Czerwony Ogień wódz Paunisów.
- Nie – odparł Czarny Kruk – w drodze powrotnej spotkałem Szybkiego Borsuka, a on widział Polomanczów, Germanopaczów, Kozakezów i Blade Twarze w pobliżu naszego obozu…
- Co?! – zawołał zdziwiony Wielki Łoś wódz Apaczów Jicarilla – ci odszczepieńcy są tak blisko nas?!
- Mało tego – kontynuował zwiadowca – są z nimi też Komancze…
To ostatnie słowo wywołało wśród wodzów, może nie panikę, ale jednak mały przestrach…
- Komancze? – odezwał się po dłuższej chwili Cichy Bawół wódz Apaczów Lipan – co oni robią tutaj na południu? A co z Arapaho? Nasze przypuszczenia, że udali się w pościg za Kiowami były błędne. Założę się, że Przyczajony Lis i jego ludzie wpadli w pułapkę.

Rozmowy trwały jeszcze długo, ale wodzowie nie mogli zdecydować się na jakieś konkretne działania. Gdyby mieli do czynienia tylko z „odszczepieńcami” i Bladymi Twarzami to pewnie natarliby na nich niemal natychmiast, ale w stosunku do Komanczów czuli zauważalny respekt.

Tymczasem w sąsiednim obozie…

- Niedobrze – rzekł Jan Pratelicki – Nie udało nam się wyłapać wszystkich zwiadowców wroga…
- Skąd te przypuszczenia? – zapytał Michał Potylicz.
- Rafał Kobyłecki widział jak do obozu Apaczów powrócił jeden z nich…
- A co Kobyłecki tam robił?
- Był na zwiadach razem ze Zwinnym Jeleniem Norymbergą, synem Helmutha.
- Nie wiadomo gdzie był i co widział ten Apacz … - wtrącił się Jurko.
- Trzeba założyć, że widział wystarczająco wiele – mówił Pratelicki – oni też mogą wiedzieć o Komanczach…
- Radźmy co robimy – rzekł na to Jurko.
- Trzeba zwiększyć ostrożność – mówił dalej Pratelicki – wiele będzie zależało od tego co zrobią Apacze…
- Zależy czy wiedzą dokładnie ilu nas jest – powiedział Potylicz – Nie wiedzą chyba ilu jest z nami Komanczów i tu mamy przewagę.
- Ciężka Ręka przybył! Ma ważne informacje! – wołał biegnąc w ich kierunku Robert Pachocki.
Chwilę później Germanopacz Ciężka Ręka pojawił się osobiście…
- Udało mi się ponownie podsłuchać wodzów. Apacze wiedzą o nas, że jesteśmy w pobliżu,  o Komanczach też. Wiedzą też, że w wiosce nie ma wojowników…
- Czy wiedzą ilu jest z nami Komanczów? – zapytał Potylicz – Bo to jest teraz najważniejsze…
- Tego nie wiedzą… Długo naradzali się, ale właśnie przez obecność Komanczów nie wiedzą co mają robić… W końcu odłożyli decyzję do jutra…

Tymczasem Helmuth z kilkoma Germanopaczami powrócił do wioski Polomanczów. Zaniepokoił go widok pustej wioski…

- Mam nadzieję, że zdołali uciec… - zastanawiał się głośno.

Niemiec krążył po wiosce szukając jakichkolwiek śladów, gołym okiem dało się zauważyć niedawną obecność Hiszpanów... Na szczęście nigdzie nie było widać żadnych śladów walki…

- Helmuth! – zawołał w pewnym momencie ktoś z pobliskich zarośli…
- Dobrze, że cię widzę Kazimierzu Wielki! Mów co się tutaj stało!
- W porę zdążyliśmy uciec na Górę Niedźwiedzią, ale Hiszpanie krążą w pobliżu i istnieje zagrożenie, że mogą w końcu też tam się skierować.
- A ty co tutaj robisz?
- Zostałem na wszelki wypadek, jakby ktoś od nas wrócił do wioski.
- Ilu ich jest?
- Dwustu.
- Idziemy! Każda para rąk może mieć znaczenie, gdyby Hiszpanie odkryli, gdzie ukryli się nasi. Na szczęście da się tam doskonale bronić nawet przed liczebniejszym wrogiem.

Gdy byli już niedaleko usłyszeli strzały…

- Prędzej! Śpieszmy się! Tam są nasze rodziny! – krzyknął wściekle Helmuth i ruszył żwawiej do przodu tak szybko, że pozostali mieli problemy by za nim nadążyć…

Nie słyszeli już strzałów, czyżby już nieliczni obrońcy nie żyli, a Hiszpanie rozprawiali się z bezbronnymi kobietami, dziećmi i starcami? Chwilę później ujrzeli ich, jak wspinali się w kierunku Góry Niedźwiedziej…

- Nie jest źle – pomyślał Niemiec – jeszcze nie dotarli do naszych, jest nadzieja…

Helmuth postanowił, że ominą atakujących Hiszpanów i wejdą na górę z drugiej strony i tam wesprą obrońców… Zwłaszcza, że co pewien czas napastnicy zmuszeni byli zatrzymywać się, bo z góry leciały w ich kierunku strzały…

- Brać tych dzikusów! – darł się Jose Manuel Bakuleros – Zabić! Zabić ich!

Helmuth spojrzał na niego wściekle, przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że łatwo mógłby go teraz zastrzelić, ale zwyciężył rozsądek. Nic by mu nie dało zabicie pojedynczego Hiszpana, którego słusznie uznał za przywódcę, ale sami oddaliby życie, bo wrogów było za dużo, a potem napastnicy w końcu zdobyliby Górę Niedźwiedzią i zapewne wymordowali obrońców.

Po dwóch godzinach Helmuth ze swoją grupą zameldował się na górze…

- Dobrze, że jesteś ojcze – powiedział na powitanie Biegnący Wilk Magdeburg – Hiszpanie są coraz bliżej…
- Mam pomysł! – wypalił nagle Michał Majewski – potrzebuję dwóch ludzi! Szybko!

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować szlachcic pociągnął za sobą dwóch Indian…
Hiszpanie faktycznie zbliżali się, położenie obrońców nie było zbyt ciekawe… Oczywiście mogli się jeszcze bronić, ale prędzej czy później musieliby ulec przytłaczającej przewadze wroga…

- Co ten Majewski wymyślił? – zastanawiał się Helmuth, ale tylko przez chwilę, bowiem musiał pomyśleć o zorganizowaniu obrony… Postanowił zaangażować też kobiety i starszych chłopców… Z dołu dało się słyszeć głośne krzyki konkwistadora Bakulerosa zagrzewające żołnierzy do zwiększonego wysiłku…
Helmuth nie próżnował, na Hiszpanów posypały się strzały z łuków i kamienie, ale nie zatrzymywało to w wydatny sposób parciu napastników ku górze… Niemiec z przerażeniem myślał o tym co się stanie, gdy wedrą się na górę… Nie było znikąd nadziei… Był zły na polskiego szlachcica, że zabrał mu dwóch ludzi i poszedł nie wiadomo gdzie… Przydaliby się bardzo…

- Chyba nie uciekli? – powiedział głośno sam do siebie…

Niebawem wyjaśniło się co robił w tym czasie Polak i obaj Indianie… Niespodziewanie na głowy Hiszpanów zaczęła lać się woda… Wielu z nich zostało zmiecionych na dół, a że spadli z dużej wysokości ponosili śmierć na miejscu…

- Suchy Potok! Suchy Potok! – wołali biegnąc Indianie, a za nimi szedł polski szlachcic…
- Co się stało? – nie mógł się nadziwić Helmuth – Jak to zrobiliście?

Okazało się, że Majewski ostro pracował w tym czasie, wspólnie z Indianami zdołał zmienić bieg potoku i skierować go na nowe koryto, co spowodowało „śmiertelny prysznic” dla wielu Hiszpanów…

- Brawo! Brawo! – wołał Helmuth – Dostałeś Waść indiańskie imię… Osuszając potok zostałeś bohaterem.

Zgoła odmienne nastroje panowały na dole… Bakuleros był wściekły, chodził tam i z powrotem,  jak rozjuszony byk… Jego towarzysz, konkwistador Pablo Vincento Magieros szybko policzył straty… Okazało się, że zginęło 30 Hiszpanów, a 5 było rannych… Tymi ostatnimi błyskawicznie zajął się włoski medyk Gianluca Faracini. Pomagał mu inny Włoch, trubadur Camille Steckozini…

- Parszywe dzikusy! – grzmiał Bakuleros – Zabiję ich wszystkich! Każdego napotkanego dzikiego od razu zabijam!


57) Gdańsk

Za kilka dni z gdańskiego portu miał wyruszyć statek „Nefretete”. Macudowski wynajął go razem z niemiecką załogą by udać się w pościg za „Nepticą” na której płynęła II polska wyprawa do Nowego Świata. Macudowski pragnął zemsty na dowódcy tejże wyprawy Jerzym Donieckim, który publicznie nazwał go ochlaptusem. Nie mógł tego przeżyć, bolało go to strasznie. Nieznany mu był kierunek w jakim udał się Doniecki, dlatego zaangażował słynną Ukrainkę Rusłanę Kramerko, która posiadała zdolności mogące nakierować „Nefretete” na właściwy trop.

Poza nią zatrudnił wielu zbirów by pokonać uczestników II wyprawy. Byli to zaprawieni w bojach zabijacy dla których uśmiercenie człowieka było jak dla innego zabicie muchy. Same ich pseudonimy budziły respekt, wręcz strach, m.in.: Zębiszon, Chwaścior, Chochoł, Jamróz czy Dziobak.

Zdecydowanie najgroźniejszym z nich wszystkich był Zębiszon. Właściwie nazywał się Andrzej Sułek, pochodził z Podola. Paradoksalnie kiedyś wiódł spokojny żywot, będąc człowiekiem bardzo wyciszonym i ułożonym. Za bardzo nawet, co wykorzystywali wszyscy wokół, aż doszło do tego, że wchodzili mu na głowę. W końcu Andrzej stał się pośmiewiskiem całej okolicy, każdy bezkarnie stroił sobie z niego żarty i prawdopodobnie byłoby tak do tej pory, gdyby w pewnym momencie nie przesadzono. Mianowicie zabito jego ulubione kozy: Mariolę i Matyldę… W Andrzeju coś pękło, wpadł w nieopisany szał i zabił kilkunastu najbardziej podejrzanych o ten czyn. Następnie musiał uciekać z Podola, by nie zawisnąć na stryczku. Śmierć tylu osób nie mogła mu jednak ujść płazem, z Podola ruszyła liczna grupa pościgowa, aż w końcu został ujęty w Zamościu. Zamierzono powiesić go na miejscu, ale sprzeciwili się temu zamojscy radni, argumentując to tym, że nawet taki morderca musi najpierw stanąć przed sądem. Wtrącono go do lochu i dobrze pilnowano. Znalazł się w celi z dwom innymi więźniami, którzy nie znając go, a wyglądał bardzo niepozornie, zaczęli z niego szydzić. W nocy Andrzej przegryzł im gardła i stąd właśnie wziął się jego pseudonim. Następnie uwolnił się z więzów, zabił strażników i uciekł. Kilka lat spędził poza granicami Rzeczpospolitej, a gdy nieco o nim ucichło powrócił do kraju. Zabijał niemal codziennie – tak to mu weszło w krew. Gdy robiło się zbyt gorąco i wymiar sprawiedliwości deptał mu po piętach, opuszczał Polskę, by powrócić po jakimś czasie. Właśnie teraz, po półrocznym pobycie na Węgrzech, powrócił do ojczyzny i zawitał do Gdańska.

- Kaliski! – zawołał Macudowski.
- Tak?
- Idziemy!
- Dokąd to?
- Dowiesz się po drodze…
- Ale ja lubię wcześniej…
- Po drodze!

Macudowski śpieszył właśnie do Zębiszona by go zatrudnić. W przeszłości niejednokrotnie korzystał już z usług tego seryjnego mordercy i zawsze był bardzo zadowolony. Kwadrans później dotarli do zbira, który bez większych problemów zgodził się na warunki. W drodze powrotnej Macudowski tak się śpieszył, że potrącił starszą kobietę…

- Co robisz? – darła się leżąc na ziemi staruszka.
- Z drogi starucho! – wrzasnął Macudowski i popędził dalej…
- Biada ci! Biada! Ty niewychowany nieokrzesańcu! – wołała – Synkowie! Synkowie!

Macudowski z Kaliskim oddalili się już znacznie, gdy w pewnym momencie zagrodziło im drogę ośmiu ludzi…

- Stać! – zakomunikował głosem nie znoszącym sprzeciwu najwyższy z nich – Który to potrącił naszą matkę?!

Macudowski zląkł się, znajdowali się bowiem w dość odosobnionym miejscu, a napastnicy mieli czterokrotną przewagę…

- On! – wskazał ręką na Kaliskiego – To on!
- Że co? – oburzył się wskazany.
- Cicho! – wycedził przez zęby Macudowski – zapłacę ci za to…
- Co tam mruczycie? Matka kazała nauczyć kultury tego co ją potrącił… Szybko do domu nie wróci, jeśli w ogóle, a jak wróci to nie o własnych siłach. Ha ha ha!
- Nie gadaj z nimi Barnabo! Trzeba zrobić co matka kazała i wracamy do karczmy. Raz, dwa gadać mi tu, który tak potraktował naszą matkę?! Bo obaj oberwiecie!
- Już mówiłem! – odparł Macudowski – to on!

Kaliski bił się z myślami, napastników było ośmiu, więc szans nie miał zbytnio wielkich, żeby nie powiedzieć żadnych, a zapłata Macudowskiego była dość wirtualna… Poza tym mógł tego nie przeżyć…

- Nie! – wrzasnął Kaliski, gdy szli w jego kierunku – To on potrącił waszą matkę!

Macudowski skorzystał w między czasie z okazji, że napastnicy zwrócili się w kierunku jego podwładnego i zaczął się powoli oddalać, ale szybko został schwytany…

- Mam tego dość! – zawołał Barnaba – Skoro żaden nie chce się przyznać to lanie otrzymają obaj! Nie będziemy wzywać przecież matki by rozpoznała który!
- Tak zlejmy obu! – wtórowali mu bracia.
- Panie Barnabo! – wtrącił się Macudowski – a jakbyśmy się jakoś dogadali?
- Co sugerujesz?
- Mam wypchaną sakiewkę…
- Aha… Ale i tak byśmy ci ją zabrali przecież…
- Hmm, rozumiem… To jedną dostaniecie teraz, a drugą potem…
- Na pewno?
- Obiecuję!
- A co z tamtym?
- ? Za niego też mam płacić? On nie wart za wiele!
- Aha, skoro nie wart za wiele to ty zostaniesz z nami jako zakładnik, a on niech pędzi po sakiewkę!
- Sam bym poszedł, on nie wie, gdzie ją trzymam.
- Nie. Źle ci z oczu patrzy, nie wykupisz go zapewne.

Macudowski chcąc nie chcąc musiał powiedzieć Kaliskiemu, gdzie ten znajdzie potrzebną sakiewkę…

- Tylko wracaj szybko!

Bracia z Macudowskim udali się do karczmy… Siedzieli tam i siedzieli, a Kaliski nie wracał…

- Co z tym twoim człowiekiem? – śmiał się Barnaba – mówiłeś, że to kwadrans drogi, a już trzy godziny minęły…
- No, nie wiem… - Macudowski był zły na Kaliskiego, nie miał zupełnie pojęcia, dlaczego jeszcze nie wraca…

Tymczasem Kaliski był już w drodze do domu…

- A niech go zakatują nawet! Drania jednego! Ja swoje mam i to z nawiązką! Mogę spokojnie do ojca wracać…

Minęły kolejne dwie godziny…

- No, gołąbeczku! Twój człowiek wrócić nie zamierza…
- Nie wiem co się stało…
- Chwilę tutaj jeszcze będziemy, ale jak nie wróci do tego czasu to…
- To?
- Skończysz w Wiśle z poderżniętym gardłem!
- Przecież wam zapłaciłem!
- Tak, ale tylko jedną sakiewkę…

Macudowski zaczął się poważnie denerwować, przeczuwał że Kaliski go zdradził. Znikąd nie było widać ratunku… Próbował jeszcze mamić Barnabę tym, że ma środki by się wykupić, ale ani on ani bracia nie chcieli o tym słyszeć…

- Skończysz na dnie Wisły…
- Dam wam dwie sakiewki złota!
- Nie widzę ich…
- Dam trzy!
- Przestań! Dosyć tego, bracia bierzcie go! Idziemy nad Wisłę!

Dwóch z braci chwyciło Macudowskiego i wszyscy wyszli z karczmy…

- Żywcem czy najpierw go zabijemy? – zapytał Witold, najmłodszy z braci.
- Czekaj… Niech pomyślę… - odparł Barnaba.
- Nie! – darł się Macudowski – Nie! Ozłocę was, tylko mnie nie zabijajcie!
- Za późno… - odparł Barnaba – Witold zdziel go w łeb, tak żeby ogłuszyć, kamień przywiążcie do szyi i na dno z draniem! Nikt nie będzie bezkarnie potrącał naszej matki!
- Stać! – zawołał tajemniczy głos.
- A ty kto? – zapytał Barnaba.

Postać zbliżyła się nieco, ale wystarczająco by ją rozpoznać…

- Zębiszon… - rzekł Barnaba.
- Tak to ja… Zostawcie go!
- Oczywiście, oczywiście.

Macudowski odetchnął z ulgą… Czterej z braci zgodziło się wstąpić na jego służbę. Gdy już zostało wszystko wyjaśnione wszyscy popędzili do siedziby Macudowskiego…

- Gdzie Kaliski?! – zawołał  na wstępie Macudowski.
- Był tu, wszedł do środka, a potem powiedział, że jedzie do pana – wyjaśniał Dziobak, który akurat miał służbę.

Kwadrans później Macudowski na czele 20 zbirów jechał w kierunku rodzinnej wsi Kaliskiego… Postanowił zrobić mu niespodziankę… Gdy dotarli na miejsce, Macudowski poszedł sam… W izbie poza Kaliskim znajdowali się jego rodzice… Jakież było jego zdziwienie, gdy nagle wszedł Macudowski i usiadł przy stole…

- Jak się miewasz Wojtusiu?
- Ja?
- Tak ty!
- A… Nie najgorzej…
- Kto to jest synu? – wtrącił się ojciec Kaliskiego.
- Kończmy tą komedię! – warknął Macudowski – Oddaj wszystkie złoto, które mi ukradłeś!
- Yyyy…
- Co on mówi Wojciechu? – zapytała matka Kaliskiego.
- Pośpiesz się! – zawołał Macudowski – Bo zbirów zawołam!

Kwadrans później leżały przed nim wszystkie zrabowane przez Kaliskiego sakwy…

- Mało!
- To wszystko co wziąłem…
- Mało! Dawaj jeszcze!
- Nie mam!
- Bo dworek i wieś spalę! Kamień na kamieniu tu nie zostanie!

Po upływie kolejnego kwadransa przed Macudowskim pojawiły się kolejne kosztowności…

- Jedziemy! – rozkazał Macudowski – Chyba, że zostajesz z rodzicami?
- Nie! Jadę!

Wstali obaj i wyszli… Kaliski był bardzo przygnębiony… Z dala słychać było wołanie jego ojca…

- Wojciechu! Wojciechu! Ty synu marnotrawny! Przeklinam cię!

A jeszcze parę godzin temu sytuacja wyglądała zgoła inaczej… Ojciec nie mógł nachwalić się syna jak to znakomicie szło mu w handlu zbożem… Aż tu nagle przybył Macudowski i odebrał wszystkie sakiewki ze złotem, a przy okazji ograbił jego rodziców z ich oszczędności… Kaliski wiedział, że nie ma po co wracać już do rodzinnej wsi, wiedział też, że jeszcze bardziej nienawidzi Macudowskiego…
Po powrocie do Gdańska Macudowskiego czekała kolejna niespodzianka… Ledwie wszedł do domu został ogłuszony… Po jakimś czasie ocknął się w swoim gabinecie otoczony przez kilka osób...

- Kim jesteście? Co tutaj robicie?
- Milcz! – zawołał jeden z nich – My zadajemy pytania! Zrozumiałeś?!
- To pytajcie…
- Podobno płyniesz za Jerzym Donieckim?
- No, niech będzie, że tak…
- Odpowiadaj tylko tak lub nie! Bo ci łeb rozwalę!
- Tak…
- No, już lepiej! Robisz szybkie postępy…
- …
- Gdzie popłynął Doniecki?
- Nie wiem…

Zamiast odpowiedzi Macudowski otrzymał cios w twarz po którym upadł na ziemię…

- Gdzie popłynął Doniecki?!
- Nie wiem, naprawdę…
- To jak chcesz za nim płynąć bęcwale jeden??!!
- Wynająłem Ukrainkę Kramerko, ona posiada zdolności by naprowadzić mnie na właściwy trop…
- Posłuchaj teraz…
- Tak?
- Jestem kapitan Von Kruge…
- A więc Prusacy?
- Ktoś ci pozwolił mówić? Milcz, bo znowu oberwiesz… Mam ci przedstawić pewną propozycję…
- ?
- Albo zgodzisz się na nią albo zginiesz!
- To chyba nie mam wyboru…
- Zabierzesz ze sobą na wyprawę trzy osoby od nas… Jeżeli im się coś stanie zostaną skonfiskowane twoje majątki w Prusach…

Macudowski przeraził się, w Prusach bowiem znajdowało się blisko 80 procent jego posiadłości ziemskich…

- Zgoda! Co to za te trzy osoby?
- Anna Von Stollar, Knothe i Brenner.
- Wypływamy w sobotę, niech przyjdą do portu…
- Mylisz się. Wypływacie w niedzielę.
- Czemu w niedzielę?
- Von Stollar nie zdąży wcześniej. Jedzie prosto z Królewca.

Po wyjściu Prusaków do Macudowskiego wszedł służący i oznajmił…

- Trzech ludzi chce się z panem widzieć…
- Co? Mam dosyć na dzisiaj… Albo dobra, ale zanim tu ich wpuścisz zawołaj Zębiszona…

Macudowski tyle przeżył ostatnio, że tym razem wolał nie zostawać sam… Obecność Zębiszona gwarantowała mu bezpieczeństwo…

- Wchodźcie i mówcie czego chcecie! Najpierw ty z prawej! Szybko!
- Jestem Czerkaszenko…
- Czego chcesz?
- Słyszałem, że organizujesz wyprawę… Chcę zostać jej kronikarzem… Już raz pełniłem taką rolę podczas łowów królewskich w Tykocinie…

Macudowski już miał się zgodzić, ale wyprzedził go drugi z gości…

- Ja będę lepszym kronikarzem! – wołał – Mam większe doświadczenie! Opisywałem sejmiki, debaty sądowe i tym podobne sprawy! Nazywam się Dariusz Grzybowski…
- W sumie jest mi to obojętne, który… - zaczął Macudowski, ale nie skończył, bowiem obaj kronikarze rzucili się sobie do gardeł… Zaczęli tarzać się po podłodze i wzajemnie okładać pięściami…  W końcu Macudowski zapytał trzeciego gościa… - Ty też jesteś kronikarzem?
- Ja nie…
- To kim jesteś?
- Jestem Włochem Mario Gibbencione…
- Czego chcesz?
- Mój brat jest na statku którym dowodzi Jerzy Doniecki…
- Nie możesz płynąć – oznajmił szczerze Macudowski – Prawdopodobnie będę musiał ich wszystkich zabić…
- Nie!
-  Nie powstrzymasz mnie… Twój brat zapewne też straci życie…
- Nie!
- Niestety tak. Odejdź, bo każę Zębiszonowi także i ciebie zabić…
- Nie!
- Nie denerwuj mnie człowieku!
- Nie zabijaj mi brata! Sam go zabiję!
- ? Aha… Ciekawe. Opowiesz mi o tym?
- Tak, ale nie w tej chwili. Opowiem ci o tym, jak będę mu podrzynał żyły, dobrze?
- He, he. Możemy tak się umówić. Zębiszon! Gdzie ci dwaj kronikarze?
- Walczą jeszcze… Żaden nie potrafi przechylić szali na swoją korzyść…
- Poczekajmy jeszcze trochę…

Po upływie dwóch godzin…

- Który wygrał Zębiszonie?
- Nic się nie zmieniło…
- Rozdziel ich zatem i powiedz, że biorę ich obu…

Zbir Chochoł siedział w karczmie „Pod szarą brzozą”… W pewnym momencie przez drzwi wbiegła kobieta… Młoda brunetka… Wbiegła, jakby ją diabeł gonił… Po chwili wbiegło za nią dwóch mężczyzn, którzy rzucili się na nią…

- Nie pij więcej – mruknął sam do siebie Chochoł.

Jeden z mężczyzn chwycił brunetkę za włosy i ciągnął ją w stronę wyjścia… Chochoł siedział dalej spokojnie i raczył się winem, gdy przeszywające wołanie kobiety postawiło go na równe nogi… Wiedział już, że to nie sen… że mu się nie wydaje…

- Ratunku! Pomocy!

Chochoł zerwał się i błyskawicznie rzucił na drabów… Chwilę później leżeli bez czucia przy drzwiach, a on zaprosił kobietę do stołu…

- Proszę usiądź… Musisz mi wiele opowiedzieć…
- Dobrze wybawco…
- Karczmarzu wina! – zawołał Chochoł, a potem zwrócił się do kobiety – opowiadaj… mamy całą noc.
- Od czego zacząć?
- Najlepiej od początku… Jak masz na imię?
- Agnieszka…
- Ładnie… Moja ostatnia kobieta nazywała się właśnie Agnieszka…
- Ooo… Co się z nią stało?
- Nie wiem…
- Jak to nie wiesz? Przecież to była twoja ostatnia kobieta jak rzekłeś…
- O, właśnie… Dobrze powiedziane, była… Miałaś o sobie opowiadać…
- A ty jak masz na imię?
- Ja? Chochoł…
- Nie ma takiego imienia…
- Jak to nie ma? Tak się nazywam…
- To pseudonim…
- No niech ci będzie… Sławomir… Ale wolę jak mnie nazywają Frankiem… Miałaś opowiadać…
- Zaczynam… Nazywam się Agnieszka Krzemieńska… Byłam szczęśliwą dziewczyną, prawie kobietą, gdy moi rodzice dwa lata temu oznajmili, że postanowili wydać mnie za bogatego sąsiada…
- To źle mieć bogatego męża?
- On jest starszy prawie o 40 lat!
- Aha, to zmienia postać rzeczy…
- Teraz nadeszła pora ślubu… Nie mogłam się z tym pogodzić i uciekłam… Tym bardziej, że on zabił mojego ukochanego… Tych dwóch wysłał za mną w pogoń… Na nic zdała się nawet zmiana nazwiska i tak mnie znaleźli… Gdyby nie ty wieźliby mnie teraz z powrotem, by jutro postawić przed ołtarzem z tym starcem…
- Zmiana nazwiska?
- Tak? Udawałam Angielkę Agnes Flint…
- Czemu akurat tak?
- Znam trochę ten język, Agnes oznacza Agnieszkę, a Flint Krzemień…
- Aha…
- Pomożesz mi? Ten wstrętny starzec w końcu znowu mnie odnajdzie…
- Nawet jak wsiądziesz na statek?
- To znaczy?
- Wypływam niedługo na pokładzie pewnego statku, jak chcesz to  możesz też popłynąć…
- Chcę! Byle dalej od tego starucha!



Macudowski jeszcze tego samego dnia udał się do portu by sprawdzić czy wszystko w porządku… Nie pojechał sam, nie chcąc ryzykować podobnych przeżyć co ostatnio… Towarzyszyło mu kilku zbirów i szlachcic Sebastian Sokoliński… 





58) Statek wiozący II polską wyprawę do Nowego Świata cały czas posuwał się w kierunku zachodnim… Była noc, ocean spokojny, „Neptica” śmiało pruła fale…

Tylko Michał wrócił do kompanów z niczym…

- Gdzie żarcie?! – warknął na wstępie Marian Łuszczyński.
- Nie ma… - odparł nieśmiało Tylko.

Na tym rozmowa skończyła się, bowiem Łuszczyński rzucił się na niego z pięściami i zaczął go z całej siły okładać…

- Co ja powiedziałem? Co ja powiedziałem?! – wołał rozjuszony nie przestając bić młodzieńca…
- Zostaw go! – próbował się za nim wstawić Dawid Łęckowski – przecież go zabijesz!
- I o to chodzi!
- Jak to o to?
- Przecież nie będę go jadł żywcem!
- ? Żartujesz chyba?

Chwilę później do akcji wkroczyli pozostali mieszkańcy „kryjówki w ścianie” i odciągnęli, choć z wielkim trudem, Łuszczyńskiego od Tylko…

Szmicior długo przyglądał się Łuszczyńskiemu, aż w końcu wypalił…

- Z ciebie to urodzony bandyta! Musisz być w mojej bandzie… W bandzie Szmiciora!
- Daj mi jeść, a będę kim zechcesz!

Po dłuższej chwili zaczęła się narada, postanowiono że na misję zdobycia jedzenia musi udać się ktoś inny, bo widocznie Tylko nie nadawał się do tej roli…

- Ja pójdę! – zaoferował się Łęckowski.
- Ty? – zdziwił się Włoch Prostaccio – Taką tyczkę (aluzja do wysokiego wzrostu ochotnika) to każdy na pokładzie z daleka wypatrzy…
- Niech idzie – poparł Łęckowskiego Bartłomiej Głuchowski – Dawid to urodzony szpieg przecież, da radę!
- Szpiegu! Nasz Szpiegu!– śmiał się Jaromir z Cebulewa – Przynieś jakieś jedzonko…

Kuchnia…

- Dawaj jeść! Jesteśmy głodni! Bo ciebie wrzucimy do gara! – słychać było wzburzone głosy.
- Co robić? Co robić? – denerwował się Piotr Laszlo Tekieli – Swayze! Pomóż! Poszedłem za twoją radą i dzisiaj na obiad była tylko zupka i widzisz co się dzieje!
- A co innego mogłeś zrobić? Przecież jedzenia prawie nie ma! – odparł Anglik Martin Swayze von Bigay.

Sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa, głodni członkowie załogi zaczęli rzucać miskami w stronę kuchni i głośno buczeć. Hałas dochodzący z kuchni przyciągnął dowódcę Jerzego Donieckiego…

- Co się tutaj dzieje? – zawołał.
- Jesteśmy głodni! Jeść! – wołano jeden przez drugiego.
- Dość! – krzyknął Doniecki – Jeden niech mówi, a nie wszyscy!

Nastała chwila ciszy, w końcu odezwał się Mateusz Budzanowski…

- Jesteśmy głodni! Kucharz od tygodnia wydaje nam głodowe obiadki! A dzisiaj była tylko cienka zupka, w której nawet marchewkę ciężko znaleźć!

Doniecki pomyślał chwilę, po czym rzekł:

- Niech wszyscy wyjdą, muszę pomówić z kucharzem…

Chwilę później z kuchni wyszedł przestraszony Tekieli…

- Mów Laszlo… O co tutaj chodzi…
- Jedzenia jak na lekarstwo… Ludzie chcą mnie wrzucić do gara…
- Przecież zapasy były wystarczające, przewidziane na 90 dni… A minęło dopiero 65! Co się stało z jedzeniem? Przecież wysłałem ci tego Anglika na inwentaryzację… Nic nie mówiliście, że jest źle!
- Za dużo ludzie jedli wcześniej – mówił niemal płacząc Tekieli – Wielu przychodziło po dokładkę… A ja mam miękkie serce…
- Przestań Laszlo! – zawołał dowódca – Ile zostało jedzenia?
- Góra na trzy dni… - wtrącił się Swayze.
- O, właśnie – powiedział na jego widok Doniecki – Czemu nie zgłosiłeś, że będzie problem z żywnością?

Swayze spojrzał wymownie w kierunku kucharza, ale nic nie powiedział.

- Chyba rozumiem – skwitował dowódca – Laszlo! A czemu ja nawet dzisiaj miałem porządny obiad?
- No… Pan to co innego…
- Trzeba jakoś z tego wybrnąć… Swayze! Idź do kapitana Dirka, może ma jakieś sieci! W końcu jesteśmy na oceanie, muszą tu być ryby!
- Jest pan genialny! – zawołał wniebowzięty Tekieli.

Swayze nigdzie nie mógł znaleźć holenderskiego kapitana Dirka van Krupenhoffa, postanowił w końcu wejść do jego kajuty…

- Kapitanie! Jest pan tam?

Nikt nie odpowiedział na jego pytanie i już miał opuścić kajutę by szukać Holendra gdzie indziej, ale wydało mu się, że zza kotary dochodzi jakiś zduszony dźwięk… Powoli zbliżał się w tym kierunku, aż w końcu odchylił kotarę i zaniemówił… Swayze nie wiedział co ma robić, za kotarą bowiem znajdowało się sześć związanych osób…

- Kim wy do licha jesteście? I czemu jesteście związani? – zastanawiał się głośno.
- Swayze! Gdzie jesteś? – dobiegło go wołanie Donieckiego.

Anglik nie zastanawiając się wiele wybiegł z kajuty, złapał dowódcę za rękę i zaciągnął go do środka…
Doniecki zdziwiony jego zachowaniem zawołał…

- Gdzie mnie tak prowadzisz?
- Musi pan to zobaczyć!

Chwilę później dowódca patrzył ze zdziwieniem na związane osoby…

- Przecież to jest firma sprzątająca statki! Z Gdańska!
- ?
- Rozwiążmy ich, bo nigdy nie dowiemy się o co tutaj chodzi!

Obaj ochoczo zabrali się do oswobodzenia więźniów…

- Nareszcie! – zawołały niemal równocześnie Katarzyna Madejska i Anna Hynowska.
- Mówcie o co w tym wszystkim chodzi? – zapytał Doniecki.
- Van Krupenhoff nas uwięził! – mówiła podniesionym głosem Madejska.
- Chce nas drań sprzedać do haremu! – dopowiedziała zdenerwowana Hynowska.

Doniecki nie mógł uwierzyć w to co usłyszał… Postanowił działać natychmiast…

- Swayze! Zaprowadź ich do mojej kajuty i zostań z nimi!

Dowódca sam popędził w innym kierunku…

- Budzanowski! Dobrze, że cię widzę! Weź kilku ludzi i aresztuj kapitana!
- Holendra? Dobrze zrozumiałem?
- Tak! Aresztować i wpakować do tego śmierdzącego pomieszczenia, gdzie siedzą Pastuszenko i Mijagibej!

Van Krupenhoff wracał właśnie od swojego pierwszego oficera Petera Van Guydena, z którym w nocy wypił kilka butelek wina… Był w takim stanie, że nie stawiał żadnego oporu… Jacek i Maciej Światłoniewscy musieli go wręcz zanieść na miejsce.

- A ty co? Też się buntowałeś? – rzekł na jego widok Kozak Pastuszenko.
- Ble ble ble – Holender był tak pijany, że nie mógł nawet normalnie mówić.

Kajuta Tomasza Szlachtowskiego i Mariusza Rocha Kowalskiego…

- Musimy powiedzieć Donieckiemu o szlachciankach… - mówił Kowalski.
- No, nie wiem… Trochę się boję – odparł Szlachtowski.
- Człowieku! Nie ma wyjścia! Sam widziałeś co dzisiaj Laszlo dał na obiad!
- No… Jakaś podejrzana zupka…
- Wodzianka to była!
- …
- Sami się tym nie najemy, a jeszcze mamy cztery baby do wykarmienia!
- Dobrze! Mariuszu dobrze! Idę do Donieckiego, powiem mu prawdę!

Szlachtowski był zdeterminowany, miał już dość ciągłego zrzędzenia Kowalskiego i całej tej sytuacji. Wyszedł z kajuty i skierował się w stronę kajuty dowódcy…

- Co cię sprowadza? – zapytał na wstępie Doniecki – Mam nadzieję, że nie jakieś kolejne problemy, bo na dzisiaj mam już dość…
- Yyy… - Szlachtowski już na wstępie został zbity z pantałyku.
- No, mów! – zachęcił go dowódca.
- Chciałem tylko zapytać … kiedy dopłyniemy do stałego lądu…?
- A co, Szlachtowski, przykrzy ci się już na statku? – odpowiedział pytaniem na pytanie Doniecki  - Jeszcze trochę, cierpliwości.

Szlachtowski wracał niepocieszony do własnej kajuty, zły był na siebie, że jednak nie odważył się powiedzieć Donieckiemu prawdy o szlachciankach, ale skoro nie chciał on słuchać o żadnych problemach to jak miał mu o tym powiedzieć… Już sobie wyobrażał kolejne pretensje Kowalskiego…

- I co? Powiedziałeś?
- Nie.
- Jak to?
- Nie był w dobrym humorze… Jutro mu powiem.
- Ile razy już słyszałem…
- Jutro. Obiecuję! Co u szlachcianek?
- A co ma być? Siedzą i gadają jak zwykle…
- Idziemy się przejść?
- Idziemy.

Tymczasem szlachcianki…

- Chyba się zakochałam… - powiedziała nagle Agnieszka Dębska.
- W kim niby? – zaciekawiła się Anna Żbikowska.
- Chyba jest Holendrem…
- ?
- Pamiętasz jak wczoraj wyszłam w nocy przejść się po pokładzie?
- Pamiętam…
- Wtedy go spotkałam… Jest uroczy!
- Muszę go zobaczyć!
- Pójdziemy dzisiaj obie. Pokażę ci go. Jest sternikiem.
- Wiesz jak się nazywa?
- Nie. Chociaż czekaj, przyszedł go zmienić inny i mówił do niego Johan…
- Johan… No zobaczymy co to za gagatek… Widział cię?
- Skądże … Obserwowałam go z ukrycia…

Rozmowie przysłuchiwała się Andżelika Koszyńska, w pewnym momencie szepnęła do Kingi Kabatowskiej…

- Może my też pójdziemy na nocny spacer po pokładzie?
- No i po co? Poza tym masz swojego Szlachtowskiego…
- No ja tak, ale może dla ciebie kogoś wypatrzymy…
- Dla mnie? Nie chcę.



Tekieli i Swayze znaleźli sieci…

- No, módl się teraz Angliku, żebyśmy coś złowili, bo w przeciwnym razie za kilka dni nas wrzucą nas do gara…
- To ty się módl Laszlo… Ty jesteś kucharzem. Do mnie nic nie mają, ha ha ha.
- Pewny jesteś? Od jakiegoś czasu wszyscy cię widzą u mnie.  Założę się, że biorą cię za mojego kuchcika, ha ha ha!
- Nawet nie mów…


59) Statek „Neptica”.

Zgodnie z zapowiedzią szlachcianki: Agnieszka Dębska i Anna Żbikowska wybrały się na nocny spacer po pokładzie… Poruszały się wolno, bały się, żeby nie natrafić na kogoś z załogi… Nie zapominały bowiem, że znajdują się na statku nielegalnie… Powoli zbliżały się w kierunku stanowiska sternika…

- No i? – zapytała szeptem Żbikowska.
- Inny jest… Nie Johan… - odparła również szeptem Dębska.

Kobiety dłuższą chwilę w milczeniu obserwowały holenderskiego sternika, po czym Żbikowska zdziwiona ponownie zabrała głos…

- Agnieszka! Jeżeli się nie mylę to ten sternik ma niebieskie uszy…
- Też mi się tak wydaje… Chyba, że to czapka?
- Nie, to nie czapka… On ma niebieskie uszy…
- Choroba jasna! Gdzie my jesteśmy?
- A jak to duch jakiś jest?
- Uciekajmy!

Dębska już chciała ruszyć do ucieczki, ale koleżanka chwyciła ją za ramię…

- Czekaj! Ktoś idzie!
- Może to mój Johan?
- Jak to Twój?
- Tak! To on! Pewnie jest zmiana sternika… Ale co oni robią?!
- Wygląda na to, że się całują! A fe!
- Jak to się całują?! Co to ma być?! Zawsze myślałam, że to mężczyzna całuje kobietę!
- Jak widać nie zawsze… Musisz sobie odpuścić tego Johana, bo nie masz szans z tym Niebieskouszym, ha ha ha…
- Nie śmiej się, to żałosne, wręcz paskudne!
- Nie przejmuj się, na szczęście jest na tym świecie wielu mężczyzn… A już mi się zaczął podobać ten niebieski Uszatek, ha ha ha…
- Lepiej wracajmy, bo ktoś nas jeszcze zobaczy… Jeden cios tej nocy już wystarczy…

Jak tylko obie kobiety zniknęły w kajucie na pokładzie pojawiła się kolejna postać… Był to Dawid Łęckowski – Szpiegu, który został wysłany przez towarzyszy z kryjówki w ścianie z misją znalezienia żywności… Szpiegu powoli skradał się w stronę kuchni… Już był blisko, ale nagle na pokładzie pojawił się Kozak Robaczenko i zaczął się przechadzać…

- Kurczę pieczone!  - mówił Kozak sam do siebie – Nie mogę spać! Może spacer po świeżym powietrzu mi pomoże?

Robaczenko spacerował już kwadrans, w końcu znalazł się w pobliżu stanowiska sternika…

- Co tutaj robisz młodzieńcze? – zapytał łamaną polszczyzną sternik Johan – Zimno ci biedaku? Może płaszcza ci użyczyć?
- Nie, nie trzeba… Spać nie mogę, tak sobie spaceruję po pokładzie…
- Ja to bym spał, że ho ho… Szkoda, że nie znasz się na sterowaniu, bo byś mnie zastąpił… skoro i tak nie śpisz…
- Mogę!
- Nie, nie… Van Guyden by mnie potem powiesił…
- No cóż… Chciałem!

Robaczenko pochodził jeszcze chwilę po pokładzie, po czym zniknął w swojej kajucie… Szpiegu odczekał jeszcze chwilę, a następnie wszedł do kuchni… Tam błyskawicznie wziął się do pracy, na stole leżało kilka świeżych ryb, ale zlekceważył je i szukał dalej… Kilka minut później usłyszał jakiś hałas, więc nie grymasząc już zgarnął ryby ze stołu i szybko opuścił kuchnię… Niebawem okazało się, że dobrze zrobił, bowiem wszedł tam kucharz Piotr Laszlo Tekieli…

- Trzeba zacząć robić zupkę rybną – mówił do siebie pogwizdując wesoło Tekieli – Niech wreszcie ta cała dzicz się w końcu naje… a jutro z Anglikiem znowu coś złowimy… Co to? Gdzie są do diabła ciężkiego moje ryby???

Kucharz długo nie mógł uwierzyć w to co zobaczył… Stół był pusty…

- Przecież wieczorem zostawiliśmy je na stole! Psia kość! Kurza twarz! Nie może tak być!

Tekieli rozłoszczony pobiegł do kajuty Anglika…

- Wstawaj Swayze, wstawaj! Nieszczęście się stało!
- Co jest? Daj mi spać człowieku…
- Wstawaj! Ryb nie ma!
- Jak to nie ma?
- Ktoś je musiał ukraść!
- Do licha! Już idę…

Kwadrans później obaj zanurzali sieci w oceanie…

- Mam nadzieję, że coś złowimy… - mówił Swayze – bo inaczej to z nas zrobią zupę…
- Boże! Kto nam te ryby buchnął? – biadolił Tekieli – Niech go kule biją! Jakbym dorwał łobuza to od razu bym go za burtę wyrzucił!

Tymczasem Szpiegu powrócił do kryjówki w ścianie…

- I co? Przyniosłeś jakieś jedzonko? – powiedział na powitanie Jaromir z Cebulewa.
- Jak nic nie masz… - wtrącił się Bartłomiej Głuchowski – to Łuszczyński potraktuje cię jak ostatnio Tylko…
- Mam, mam… - odparł z uśmiechem Szpiegu – Trzymajcie… Akurat każdemu po jednej… a jednak nie, sześć tylko mam…
- Dawaj! – zawył z dziką radością Marian Łuszczyński – Tylko nie dostanie za karę!
- Dawaj rybkę, dawaj! – cieszył się jak niemowlę Włoch Prostaccio.

Szmicior patrzył z podziwem na Łęckowskiego, aż w końcu powiedział…

- Ty, Szpiegu, to musisz być w mojej bandzie! W bandzie Szmiciora!
- Jedz, a nie gadaj! – śmiał się Głuchowski – zobacz Marian już kończy i zaraz ci zabierze, ha ha ha…

Chwilę później po rybach zostały już tylko ości… Biedny Tylko ze łzami w oczach patrzył  jak towarzysze jedli ryby…

- Mogę chociaż ości wylizać? – rzucił nagle nieśmiało.
- A liż… - odparł Łuszczyński ze śmiechem – Mało tego. Szpiegu! Idź po jeszcze…
- Nie bardzo…
- Czemu nie bardzo? Śmigaj raz dwa po kolejne rybki! Surowe, ale zawsze!
- W kuchni to tam za bardzo nic nie mają… Nie znalazłem nic poza tymi rybami właśnie…

Powoli zaczęło świtać, do kajuty Jerzego Donieckiego przyszli członkowie firmy sprzątającej…

- O co chodzi? – zapytał dowódca.
- Nudzi się nam – odparła Anna Hynowska – My nie przyzwyczajeni do takiego nieróbstwa…
- No właśnie – dodała Katarzyna Madejska – Trza nam jakąś robotę wymyśleć…
- Aha. No nie ma problemu. Przecież wy w Gdańsku statki sprzątaliście, więc roboty wam nie zabraknie… Co prawda pan Roman Więcławski za karę myje pokład codziennie, ale nie idzie mu najlepiej, ha ha ha…
- Umyjemy jak należy! – ucieszył się Wiecha.
- Hurra! – zawołał rozradowany Czarny Malik.
- Wariaty jedne! – zaklęła cicho pod nosem Alfreda Pawłowska – a tak było fajnie…

Chwilę później cała ekipa wesoło podskakując znalazła się na pokładzie. Błyskawicznie znalazły się miotły, szczotki i wszystko co potrzebne do pucowania pokładu… Nieco wcześniej Więcławski także wziął się za mycie…

- Panu już dziękujemy! – rzekła z uśmiechem Hynowska.
- Teraz my tu sprzątamy! – zawołał z niesłychaną radością Wiecha.
Więcławski nieco zdziwiony odparł…
- Naprawdę? Nie muszę już tego robić? Z nieba mi spadliście kochani!

Kajuta rycerza Krzysztofa…

- Witajcie śpiochy! – zawołał rycerz do pozostałych mieszkańców.
- Co jest? – odparł ze złością zaspany Rafał Kafałkowski – Spać jeszcze trochę…
- E tam spać… - skwitował wesoło rycerz – dzień taki piękny, trzeba się nim cieszyć, a nie czas na spanie marnować…
- To nie marnuj… - wtrącił się rozbudzony Stanisław Jochymowski – idź się przejdź po pokładzie, a nas zostaw w spokoju…
- Mam dla was propozycję …
- Jaką znowu? – zapytał Niemiec Martin Schylder.
- Brudno tu jest… Jest osoba, która tutaj może posprzątać…
- To niech przyjdzie i posprząta – powiedział z zadowoleniem Schylder.
- Ale to dodatkowo kosztuje…
- Aha. No cóż, dopisz do rachunku, trzeba tutaj trochę ogarnąć…
- W porządku. To zaraz przyślę tę osobę.
- Jak zaraz? – zawołał zdenerwowany Kafałkowski – Śpię jeszcze! Niech przyjdzie za dwie godziny!

Kwadrans później rycerz przyprowadził Alfredę…

- O, proszę, to ta kajuta… Proszę pani Fredziu na błysk ją zrobić…
- Dobra, dobra…

Kafałkowski z Jochymowskim chcąc nie chcąc musieli wstać i wszyscy opuścili kajutę…

Dowódca II wyprawy wybrał się na spacer po pokładzie i nie mógł uwierzyć własnym oczom, wszędzie było bowiem niesamowicie czysto…

- Wy to potraficie sprzątać! – zawołał z uznaniem na widok Hynowskiej.
- Staramy się panie Doniecki, staramy! Szybko nam poszło z pokładem to teraz sprzątamy w kajutach…
- Nachwalić się was nie można – powiedział rozanielony Doniecki – Więcławski to tylko lał wodą po pokładzie, a brudno było dalej.

Dowódca jeszcze chwilę pogwarzył sobie z Hynowską, a następnie poszedł do swojej kajuty, którą w między czasie zdążyła posprzątać Madejska…

Życie na pokładzie tętniło na całego, na co z pewnością wpływ miała piękna, słoneczna pogoda, ale i pięknie wypucowany pokład…

- No i co powiesz ciekawego Czarnienko? – zagadnął Włoch Roberto Gibbencione.
- A, nie wiem… - odparł Kozak – może znowu jaki zakład?
- Chętnie, chętnie… Co proponujesz?
- Chwila. Muszę się zastanowić…
- Byle jeszcze dzisiaj – wtrącił się ze śmiechem inny Kozak Jakubiczenko.
- Spokojna twoja rozczochrana – zaripostował Czarnienko – jak taki mądry jesteś to ty coś wymyśl!
- Tak?
- A tak! Pokaż co potrafisz!
- To masz! Załóżcie się o to, który…
- Tak? – zaciekawił się Gibbencione.
- … pierwszy ląd wypatrzy! – dokończył z dzikim rykiem Jakubiczenko.
- Głupiś! – skwitował żart kolegi Czarnienko – ale wymyśliłeś.
- No, dobrze…  Teraz na poważnie… Załóżcie się o to, który…
- No no…
- … mądrzejszy! – zachichotał Jakubiczenko.

Gibbencione i Czarnienko spojrzeli po sobie i jednocześnie chwycili żartownisia za nogi, a następnie powlekli w kierunku burty … związali nogi sznurem i głową do dołu przerzucili za burtę…

- No! Teraz założymy się kiedy ci krew do głowy podejdzie, ha ha ha. Jak myślisz Gibbencione?
- Ha ha ha…
- Zwariowaliście?! Przecież ja żartowałem! – darł się wściekły Jakubiczenko.
- Ja myślę, że zemdleje do pół godziny… - typował Czarnienko.
- A ja myślę, że trochę dłużej… to twarda bestia!
- Natychmiast mnie wyciągnijcie!

W tym samym momencie po pokładzie przechadzał się rycerz Krzysztof…

- Co tu się dzieje panowie? Aha… Topicie go? Bardzo dobrze, bardzo dobrze…

Rycerz nie przepadał za Kozakiem, więc ucieszył go ten widok… Zadowolony poszedł dalej…

- Dobra! Wyciągnijmy go… - powiedział po kilku minutach Czarnienko – Już mu wystarczy…

Jakubiczenko, gdy tylko znalazł się z powrotem na pokładzie chciał rzucić się na towarzyszy, ale zapomniał, że miał związane nogi i całym ciężarem grzmotnął o pokład…

- Spokojnie, spokojnie… - powiedział spacerujący nieopodal Przemysław Janczurowski – bo dziurę w pokładzie zrobisz…

Rycerz jeszcze długo spacerował, aż w pewnym momencie dostrzegł wędrownego grajka …

- Musiałek! Co z pieśnią o mnie?

Musiałek, gdy tylko to usłyszał rzucił się do ucieczki… Rycerz puścił się w pościg za nim, ale po pewnym czasie nie wiedział już, gdzie biegnie i dał sobie spokój…

- Pewnie schował się w którejś kajucie! Dopadnę go innym razem!

Nastała pora obiadowa. Kucharzowi i Anglikowi udał się połów, więc na obiad była pożywna zupa rybna… Wszyscy byli zadowoleni, bo najedli się do syta…

- Dobra zupka! – chwalił Tekielego Janczurowski – Pyszna!
- Smakowało mi wybornie! – dodał Piotr Górecki.
- Wiesz co Swayze? – zapytał Tekieli, jak już wszyscy wyszli – zostało kilka rybek jeszcze… Wiesz co musimy zrobić?
- Wiem, śpimy w kuchni. Trzeba dopaść tego złodzieja!




60) Kuba…

Na zamku trwały gorączkowe przygotowania do wieczornego przyjęcia na cześć przybyłego z Hiszpanii Juana Carlosa de la Montero… Ozdobą wieczoru miał być występ tancerek…

- Pośpiesz się Angelina! – ponaglała koleżankę Sievioretta – Miałyśmy się zgłosić do pani Januarii dwa kwadranse temu!
- Spokojnie… - odparła Dudeiros – najważniejsze, że jesteśmy już na miejscu…

Obie kobiety szybko przemieszczały się w kierunku małej sali, w której miała odbyć się próba generalna tancerek… Nie zdążyły jeszcze zbliżyć się do drzwi, gdy wypadła z nich wysoka, potężnie zbudowana kobieta, która gdy tylko je zobaczyła natarła z furią…

- O! Są moje księżniczki! Później się nie dało?!
- Przepraszamy pani Januario…
- Natychmiast na salę! Za karę stawka połowa mniejsza!

Kobiety nie śmiały protestować, wbiegły szybko na salę i zajęły miejsce obok pozostałych tancerek…

- Słuchajcie uważnie dziewczyny! Bo wiecie, że nie będę powtarzała! – rozpoczęła dynamicznie przemowę Januaria – Zatańczymy dzisiaj tańce, nie tylko hiszpańskie, ale także francuskie i włoskie. Próba ta ma służyć przypomnieniu kroków, a jeżeli któraś nie zna któregoś z tańców to na próbie go pozna! W ostateczności niech tańczy tak jak pozostałe, zrozumiano?
- Tak, tak!
- Zaczniemy od tańców włoskich… Zapewne najmniej je znacie, więc poświęcimy im najwięcej czasu… W celu szybkiej nauki – pizzicę i saltarello zatańczą włoscy mistrzowie: bracia Soltissi! Przyglądajcie się ich tańcowi, a potem będziemy ćwiczyć w parach! Luca i Norberto! Zapraszamy! Muzyka!

Chwilę później na środku sali pojawili się włoscy bracia, którzy brawurowo zatańczyli wspomniane dwa tańce… Następnie ćwiczono w parach pod czujnym okiem włoskich mistrzów i jeszcze czujniejszym Januarii…

- Angelina! Ruszaj się! Młoda dziewczyna jesteś, a tańczysz jak staruszka! Sievioretta! Zgrabniej ruszaj tą prawą nogą! Mercedes! Nogi ci się plątają jakbyś wypiła butelkę rumu! Juanita! Żwawiej, z uczuciem! – komentowała nauczycielka.

Po tańcach włoskich przyszedł czas na francuskie: menuet i branle, a potem była już rodzima pawana i nowość – flamenco! Bardzo ognisty taniec, andaluzyjskich Cyganów…

Po trzech godzinach wyczerpujących ćwiczeń Januaria ogłosiła koniec próby…

- Teraz idźcie nieco odpocząć, a potem Lucinda przyniesie wam stroje na dzisiejszy występ. Nie przynieście wstydu starej Januarii!

Tymczasem w sali głównej ucztowano już na całego, stoły uginały się pod ciężarem różnych dań i win. Nie oszczędzano na niczym, widać było, że admirał Javier Hernandez Belicarez chciał zrobić wrażenie na dopiero co przybyłym z Hiszpanii gościu…

- A gdzie te tancerki admirale? – zapytał de la Montero.
- Będą. Już niedługo…
- Doskonale!
- Też tak myślę…
- Wiele słyszałem o urodzie mieszkanek Kuby…
- Dobrze słyszałeś Juanie Carlosie…, a niedługo i zobaczysz.
- Doskonale, doskonale!

Belicarez dyskretnie przywołał służącego…

- Już czas! Powiedz Januarii by wprowadziła tancerki!

Kwadrans później zabrzmiała muzyka i na salę weszły tancerki… de la Montero, już nieźle podpity, był wniebowzięty…

- Doskonale, doskonale! – wołał w swoim stylu, a już ciszej do admirała – Są piękniejsze niż myślałem!

Tancerki zatańczyły najpierw tańce włoskie, Januaria była umiarkowanie zadowolona z efektów…

- Nie najgorzej… ale dobrze, że są już pijani, bo parę błędów się niestety zdarzyło… Angelina pomyliła kroki, Juanita potknęła się, ale za to Sievioretta! Cudownie! – mruczała do siebie.

Najgłośniej klaskał oczywiście de la Montero, tancerki wykonały kolejne tańce…

- Belicarez! – powiedział w pewnym momencie cicho Montero.
- Tak?
- Ile chcesz za te tancerki?
- Jak to?
- Nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi! Zapłacę ci ile zechcesz!
- Ciężka sprawa… Nie mogą nagle zniknąć wszystkie…
- Chcę dwie tancerki, a potem obiecaną wyprawę…
- No, nie wiem…
- Zapełnię ci skarbiec do pełna!
- Które chcesz?
- Tę czarną prawej i tę blondynkę!

Chodziło o Dudeiros i Sieviorettę…

- Nie mogę ich pojmać tak otwarcie…
- Nie interesuje mnie to. Płacę i wymagam!
- Załatwię to.
- Ja myślę.

Po pokazie tańców goście jeszcze jakiś czas ucztowali, ale niedługo potem zaczęli się powoli rozchodzić… Belicarez opuścił salę jeszcze przed zakończeniem tańców…

- Hilario i Ignacio! – mówił kilka minut później dwóm zaufanym żołnierzom – Gdy już je pojmacie, skierujcie się do domu na plaży i tam je pilnujcie. Wkrótce dostaniecie nowe rozkazy.

Godzinę później Angelina i Sievioretta wracały z zamku…

- Fajnie było! – cieszyła się Dudeiros.
- Mi się też podobało! – wtórowała jej Sievioretta – nawet Januaria była zadowolona i wypłaciła nam całą stawkę, a nie połowę, jak zapowiadała na początku…
- Taka piękna noc, nie chce mi się jeszcze spać. Odprowadzę cię!
- Przenocuj u mnie, pogadamy jeszcze o tym wieczorze, dawno tyle nie tańczyłam!
- Nie musisz jutro iść na targ sprzedawać owoce?
- Nie. Ojciec dał mi wolne, wiedział że dzisiaj późno wrócę.

Nagle z ciemności wybiegły dwie postacie…

- Łap tamtą! – zawołał jeden z napastników, a sam rzucił się na Dudeiros.
- Ratunku! – krzyczała Sievioretta, której udało się na chwilę zmylić agresora, ale za chwilę i ona została obezwładniona…

Pół godziny później obie kobiety zostały umieszczone w domu na plaży…

- Co teraz?
- Czekamy na rozkazy od admirała…


61) Floryda...

Bachula po krótkim poszukiwaniu namierzył grupę cyrkową Toma Michaela… Postanowił nie ukazywać się od razu, najpierw chciał dowiedzieć się, gdzie cyrkowcy-złodziejaszki trzymają kosztowności zrabowane hiszpańskiemu admirałowi. Obawiał się bowiem, że w przypadku ich pokonania – czego był więcej niż pewny – nie będą chcieli oddać skarbu.

- W razie czego będę musiał ich torturować – mruczał do siebie – ale to może potrwać…

Cyrkowcy wypoczywali nad rzeką. Anglik Michael odłączył się od reszty, prawdopodobnie udał się na polowanie. Fakt ten wykorzystały kobiety, które chwilę później nagie wskoczyły do wody i zażywały kąpieli… Po godzinie wyszły na brzeg i postanowiły się trochę poopalać… Bachula nie kwapił się z ujawnieniem, wyraźnie podobała mu się w tej chwili rola obserwatora…

- Szkoda, że nie są dziewicami – mruczał pod nosem i nadal obserwował kobiety. Zbliżył się nieco w ich stronę, licząc że podsłucha ich rozmowę…

- Piękna pogoda! – powiedziała Kate Italian – Mogłabym tak godzinami leżeć nad tą rzeką!
- Tak, ja też – odparła Malwa Topollani – Godzinami to może nie, zwłaszcza że Tom pewnie niedługo wróci…
- Myślisz, że znowu nas będzie podglądał jak ostatnio?
- Nie myślę, jestem tego pewna! Może już nawet siedzi w krzakach i patrzy!
- No, właśnie! Wydaje mi się, że cały czas czuję na sobie czyjś pazerny wzrok…

Bachula na chwilę przestał patrzeć…

- No, a na przykład teraz już nie… - kontynuowała Kate.
- Może Tom wreszcie się napatrzył i poszedł w końcu coś upolować, ha ha ha.
- Patrz Malwa! Jakiś dziad siedzi w krzakach! O tam!

Kobiety zaczęły głośno krzyczeć, wyraźnie zdenerwowane tym faktem, naprędce rzuciły się do ubrań… Bachula, skoro już został zdradzony, wyszedł z krzaków…

- Coś za jeden?! Dziwolągu! – zawołała na jego widok Kate.
- Ładnie to tak podglądać z ukrycia?! – wtórowała jej Malwa.
- Jestem Bachula! – krzyknął na wstępie mężczyzna – Oddajcie kosztowności albo marnie skończycie!

Kobiety przestraszyły się tonu napastnika i zaczęły uciekać. Biegły dłuższą chwilę, gdy nagle Bachula zagrodził im drogę…

- Oddajcie kosztowności! Mówię po raz ostatni po dobroci!

Kobiety zwróciły się w przeciwną stronę, biegły najszybciej jak potrafiły, ale po kilku minutach sytuacja powtórzyła się i Bachula ponownie zagrodził im drogę…

- Nie uciekniecie przede mną! Oddajcie kosztowności!
- Jakie kosztowności? – wypaliła Malwa – Nie mamy żadnych kosztowności!
- Nie kłam! To wy okradłyście Belicareza!
- Jaki Belicarez? Jakie kosztowności? – udawała zdziwienie Malwa – Człowieku daj nam spokój!
- Nie udawaj! Ja wiem wszystko!
- Nie będziemy gadać z jakimś dziadem! – warknęła nagle Kate i chwyciwszy w dłoń kij próbowała zdzielić nim Bachulę.

Ten jednak uchylił się zwinnie i odskoczył na kilka kroków.  W między czasie Malwa także uzbroiła się w kij i obie kobiety odważnie szły w kierunku mężczyzny…

- Zaraz ci pokażemy łajzo jedna, gdzie raki zimują! – krzyczały podniecone.

Bachula zdziwiony takim obrotem sprawy rzekł po chwili…

- Nie pogarszajcie swojego położenia!
- Zamknij się ty stary zwyrodnialcu, podglądaczu! – wrzeszczała Malwa.
- Zaraz cię nauczymy szacunku dla kobiet prostaku! – wtórowała jej Kate.

Bachula był zaskoczony takim zachowaniem kobiet, ale jednocześnie bawiło go to niezmiernie…

- Nie denerwujcie mnie, bo pożałujecie!

Kobiety w dalszym ciągu nacierały, w końcu więc nie wytrzymał i błyskawicznym kontratakiem wytrącił im kije z rąk… Stało się to tak szybko, że kobiety nie wiedziały właściwie kiedy straciły broń… Zrozumiały jednak, że nie mają z nim szans… Ponownie rzuciły się do ucieczki, ale tak jak wcześniej Bachula zagrodził im za chwilę drogę… Zaczęły się naprawdę bać…

- Gdzie do diabła jest Tom? – syknęła zdenerwowana Kate.
- Nigdy go nie ma, gdy jest potrzebny! – odparła Malwa.

Bachula jeszcze kwadrans pozwolił kobietom pobiegać w różnych kierunkach, a następnie błyskawicznie je dopadł i związał…

- Dosyć już tej zabawy! Mówcie, gdzie są kosztowności?!

Kobiety milczały…

- Skoro tak to idziemy, po waszych śladach znajdę miejsce, gdzie nocujecie…

Kobiety nadal milczały, ale były coraz bardziej przygnębione. Związane, chcąc nie chcąc musiały iść za Bachulą… Wrócili z powrotem nad rzekę, gdzie mężczyzna zajął się poszukiwaniem śladów, a one w napięciu go obserwowały…

- Mam nadzieję, że Tom niedługo wróci… - zastanawiała się Kate.
- Myślisz, że sobie poradzi z tym dziadem?
- No, w sumie to nie wiem Malwo…
- Widziałaś, że jest wyjątkowo silny i szybki… Nawet nie wiem kiedy wytrącił nam te kije z rąk…
- On jest w ogóle jakiś dziwny… Ten jego wzrok taki drapieżny...
- Co z nami będzie? Boję się…
- Ja też…



62) Kontynent północnoamerykański…

- Apacze! Apacze idą! – darł się Jan Daniel Rożnawski biegnąc w stronę ogniska przy którym siedział dowódca I wyprawy Michał Potylicz w towarzystwie Jana Pratelickiego i wodza Komanczów Samotnego Wilka.
- Milcz! – zawołał wściekle Komancz – tylko stare baby wrzeszczą na wojennej ścieżce!

Rożnawski wyraźnie zażenowany nie wiedział co odpowiedzieć na ten atak… Wyratował go z opresji Potylicz zadając pytanie…

- Ilu ich jest?
- Sześciu…
- To o co tyle krzyku? – śmiał się Pratelicki – to pewnie zwiadowcy…
- Nie – wtrącił się Germanopacz Ciężka Ręka niespodziewanie pojawiając się, czym wzbudził wielki podziw Samotnego Wilka – wydaje mi się, że to posłańcy.
- Posłańcy? – zdziwił się Pratelicki – do kogo niby?
- Do nas.
- Gdzie ich widzieliście? – zapytał wódz Komanczów.
- Niedaleko stąd. Wyraźnie nas szukają…
- Skoro tak to przyprowadźcie ich do nas… - skwitował Pratelicki.

Kwadrans później dwóch Apaczów, pozostali musieli poczekać, zbliżyło się do ogniska… Brakowało przy nim wodza Komanczów, a zamiast niego pojawił się Kozak Jurko.

- Siadajcie! – rzekł na wstępie Pratelicki.
- Wodzowie Apaczów przysłali nas na rozmowę – rozpoczął starszy Indianin – Ja nazywam się Biała Sowa, a ten młody, ale już słynny wojownik, to Mokre Drzewo…
- Wiele lat już żyję na tym świecie – odparł ze śmiechem Pratelicki – ale nie słyszałem o Mokrym Drzewie… Widocznie nie jest tak słynny za jakiego się uważa…
- Mokre Drzewo jest niezwyciężony! Zdobył wiele skalpów na wrogach i dokonał wielkich czynów! – uniósł się młodzieniec.
- Nie słyszałem – skwitował krótko Polak – A ty Jurko słyszałeś?
- Też nie!

Mokre Drzewo uczynił krok jakby miał ruszyć na Pratelickiego, ale błyskawicznie powstrzymał go Biała Sowa. Cofnął się, ale nie omieszkał zaatakować Polaka słownie…

- Nasi wodzowie chcą otwartej bitwy z wami! Chyba, że tchórz was nie opuści by podjąć takie wyzwanie i nadal będziecie kąsać z ukrycia!
- To Apacze działają w sposób typowy dla tchórza – odpowiedział spokojnie, ale butnie zarazem Pratelicki – próbowali nas zaskoczyć w wiosce, nie zawiadamiając o wykopaniu topora wojennego! Czy tak postępują prawdziwi wojownicy?
- Wiemy, że są z wami Komancze! Ilu ich jest? – zawołał Mokre Drzewo.
- A kim ty jesteś, żeby mówić do mnie takim tonem? Jestem wodzem Polomanczów, a ty kim?
- Jesteś wodzem odszczepieńców!
- Niech Apacz baczy na to co mówi, bo zapomnę, że jesteś posłańcem!
- Wszystkich was zabijemy! Wasze skalpy ozdobią nasze pasy!
- Dość tego! Mów co ci kazali wodzowie albo zamilcz i odejdź!
- Kto Mokremu Drzewu zabroni?
- Ja!
- Nie boję się ciebie! Mokre Drzewo nikogo się nie boi!

Starszy Indianin dał mu znać, że teraz on będzie prowadził rozmowę…

- Nasi wodzowie chcą walki. Proponują po dwudziestu wojowników z każdej strony, broń dowolna, ale bez używania długich grzmiących kijów i łuków.
- Co da zwycięstwo w tym starciu? – zapytał rzeczowo Jurko.
- Tego wodzowie nie powiedzieli… Walka odbyłaby się jutro o wschodzie słońca nad Tęczowym Potokiem obok Lisiej Skały. Wybrani wojownicy będą walczyć, a reszta może przyglądać się…
- Kto nam zaręczy, że nie uderzycie na nas skrycie?
- Do końca dnia obie strony nie mogą podjąć żadnych wrogich kroków.
- Jeszcze jedno…
- ?
- Chcę walczyć z tym pyszałkiem! – Pratelicki wskazał wymownie na Mokre Drzewo.
- Rozgniotę cię jak robaka! – wrzasnął zaczepiony.
- Chcę spotkać się z… ze Śmiałym Lisem… Nie słyszałem, żeby złamał kiedykolwiek dane słowo. Z nim ustalę szczegóły.
- Przekażę to Śmiałemu Lisowi, jak i pozostałym wodzom. Gdzie i kiedy mielibyście się spotkać?
- Skoro bitwa ma odbyć się jutro o świcie to spotkam się z wodzem Apaczów Mescalero dzisiaj o zachodzie słońca. W tym miejscu, gdzie ma się odbyć jutrzejsza bitwa.
- Przekażę. Myślę, że Śmiały Lis zgodzi się na spotkanie.
- Będę czekał. Sam i mam nadzieję, że wódz także przyjedzie sam.

Apacze odeszli.

- Pojawia się pytanie – rozpoczął Potylicz – czy można im ufać?
- Tego nigdy do końca nie wiadomo, ale Indianie z reguły dotrzymują umów… Obawiam się czegoś innego… - odpowiedział Pratelicki.
- Tak?
- Ta mała bitwa ma służyć przede wszystkim temu by Apacze zorientowali się ilu nas jest… Chcą wiedzieć ilu jest z nami Komanczów…
- Jak wygląda okolica wokół Tęczowego Potoku?
- No właśnie jest to teren dość otwarty. Celowo wybrali to miejsce, żeby nas policzyć. Gdy zorientują się, że mają znaczną przewagę to jutro jeszcze nie zaatakują, ale następnego dnia już tak…
- Co proponujesz?
- Z jednej strony myślę, że lepiej by nad Tęczowym Potokiem nie było Komanczów, ale z drugiej żeby byli… Sam nie wiem co lepsze…
- Uważam, że Komancze nie powinni z nami iść. Musimy trzymać Apaczów w ciągłej niepewności.
- Chyba masz rację, ale teraz przekonaj jeszcze Samotnego Wilka… Właśnie tutaj zmierza…
- A, właśnie! Kogo wystawimy? Bo rozumiem, że spotkanie z tym Śmiałym Lisem to tylko formalność?
- Ja będę walczył na pewno, w końcu wyzwałem Mokre Drzewo.
- Moi ludzie też będą walczyć!
- Cieszy mnie to.
- Nie boisz się tego Apacza?
- Mokre Drzewo? Bądź spokojny…
- Trochę martwię, widziałeś sam, że to potężne chłopisko…
- Myślę, że poradzę sobie z nim.

Długo jeszcze trwała narada kogo wystawić. Samotny Wilk wściekał się, że Komancze nie będą mogli udać się nad Tęczowy Potok, ale w końcu dał się przekonać. Wódz wymógł jednak, żeby jego wojownicy także mogli wziąć udział w małej bitwie.

Ostatecznie stanęło na tym, że wytypowano ośmiu Komanczów, dwóch Polomanczów, dwóch Germanopaczów, dwóch Kozakezów. Pozostałych sześciu miał wystawić Potylicz. Chętnych nie brakowało, w końcu dowódca postanowił, że Polskę reprezentować będą: Rafał Kobyłecki, Robert Pachocki, Jan Podkański i Kazimierz Barowski oraz dwóch Tatarów.

- Wilhelmie! Powiedz im, że ja też chcę walczyć! – wołał Hiszpan Pablo Madeiros (były strażnik więzienny)
- Już postanowione – odparł kapitan Wilhelm Rokosz – trzeba było zgłosić się wcześniej.
- A skąd mogłem wiedzieć? Nie rozumiem jeszcze po polsku…

Do Kobyłeckiego i Pachockiego podszedł Jan Daniel Rożnawski…

- Podziwiam was! Żeby iść bić się z dzikimi…
- Ktoś musi! – odparł spokojnie Kobyłecki.
- A ty czemu nie zgłosiłeś się Jasiu? – zaczepił Rożnawskiego Pachocki.
- Ja?
- No, no…
- Yyyy… Nie zdążyłem.
- Jak to nie zdążyłeś? Wszyscy o tym trąbili od dwóch godzin!
- Byłem na spacerze…
- Szukał szczęścia w zaroślach, ha ha ha – śmiał się Kobyłecki.

Godzinę przed zachodem słońca Pratelicki odjechał na spotkanie z wodzem Apaczów…

Tymczasem w okolicy wioski Polomanczów pod górą Niedźwiedzią…

- Co robimy? – zapytał Jose Fortezes.
- A co mamy robić? – odparł wściekle Jose Manuel Bakuleros – trzeba ich wszystkich zabić!
- Niepotrzebnie straciliśmy tylu ludzi, wielu też jest rannych…
- Dlatego tym bardziej te dzikusy muszą za to zapłacić! Zabijemy ich wszystkich! Nie! Jednego zostawimy żywego, doprowadzi nas potem do złota! A potem i jego zabijemy!
- Skąd pewność, że oni mają złoto?
- Czuję to! To złoto jest już moje!
- Twoje? A Belicarez?
- No dobrze… Nasze! Hej Juan! Przyślij mi tutaj szybko tego włoskiego medyka! Znowu mnie boli!

Chwilę później Włoch Gianluca Faracini przyszedł do namiotu Bakulerosa…

- Jestem!
- No nareszcie! Dłużej się nie dało?! Naparz mi tych ziół co ostatnio, bo mi pomogły. Jak ranni?
- Właśnie od nich wracam…
- No i?
- Kilku zmarło, nic nie mogłem zrobić. Jeszcze nie wiem co będzie z Carlosem Vivasem, a reszta jest w stabilnym stanie.
- Parz te zioła! Boli mnie strasznie!

Faracini naparzył zioła, a następnie opuścił namiot konkwistadora i udał się jeszcze raz do rannych. Po stwierdzeniu, że wszystko jest w porządku udał się w kierunku swojego namiotu…

- Jak tam Gianluca? – zapytał napotkany po drodze Włoch Camille Steckozini.
- Ciężki dzień miałem, idę spać, bo padam na brodę…
- Dobranoc w takim razie.
- Dobranoc.

Medyk jeszcze na dobre nie ułożył się do snu, gdy nagle dwie postacie rzuciły się na niego, a po obezwładnieniu wyniosły z namiotu…

- Uważaj, żeby mu się nic nie stało – powiedział jeden z nich w nieznanym języku – czarownik musi być żywy.
- Wiem, wiem. Idź szybko, bo nas Hiszpanie jeszcze zauważą…

Obie postacie niepostrzeżenie wyniosły Faraciniego z obozu Hiszpanów i ruszyły w ciemność…

Tymczasem Steckozini wyszedł ze swojego namiotu…

- Kurczę pieczone! Coś nie mogę spać… Szkoda, że Faracini był zmęczony, bo byśmy jakieś winko wypili, a tak to co? Wszyscy śpią, poza strażami… A co mi tam! Sam się napiję! Śpij Gianluca, bo jutro znowu do rannych pójdziesz… Niech ci się Dolores przyśni! Ha ha ha. Taki to ma dobrze, a ja? Wiecznie samotny…



63) Kontynent północnoamerykański...

Obóz hiszpańskiego oddziału pod wodza Jose Manuela Bakulerosa...

Camille Steckozini w ciszy delektował się winem, gdy nagle dostrzegł dwie postacie przemykające między namiotami... W pierwszej chwili miał ruszyć w tym kierunku, ale zaraz potem zrezygnował z tego pomysłu...

- A co mnie to obchodzi? Przecież są straże... - rzekł do siebie i wrócił na miejsce.

Tajemnicze postacie wydostały się poza obóz. Zastanawiająca była łatwość z jaką można było opuścić obóz... Straże najwidoczniej spały lub były niezbyt czujne...

- Słuchaj Carlos! Od teraz jesteśmy dezerterami!
- Tak wiem Rafaelu.
- Rozumiesz co nam grozi w przypadku ujęcia?
- Rozumiem! Bakuleros każe nas powiesić!
- Idziemy czy wracamy?
- Idziemy! Nie będzie nami więcej poniewierać ta kanalia!

Obie postacie ruszyły dalej, po drodze kradnąc konie z pobliskiego pastwiska... W ten sposób pierwszymi dezerterami z oddziału Bakulerosa zostali: Hiszpan Carlos Miguel Veron i Włoch Rafael Borciotto...





64) Mała miejscowość pod Berlinem, luty 1944 rok…

Pod malowniczo usytuowaną willę podjechał czarny mercedes 260D. Po chwili wysiadło z auta dwóch mężczyzn, którzy szybko weszli na posesję i zatrzymali się dopiero pod samymi drzwiami. Wyższy zapalił papierosa i rozpoczął rozmowę…

- To już dzisiaj Hermann!
- Wiem Otto, wiem!
- Myślisz, że eksperyment uda się?
- Oby! Wszyscy wiemy, że przegrywamy tę wojnę…
- Poza Fuhrerem…

Nagle drzwi uchyliły się i wyjrzał z nich młody, drobny mężczyzna…

- Kwadrans do rozpoczęcia panowie!
- Dobrze Hans! Zaraz przyjdziemy… Profesor już jest?
- Tak, już od godziny. Sprawdza po raz kolejny ustawienia…
- A pułkownik Schminkel?
- Przyjechał tuż przed wami.

Major Otto Bauer wypalił jeszcze jednego papierosa, następnie razem z porucznikiem Hermannem Roede weszli do środka…

Chwilę później wszyscy byli już na miejscu. Pułkownik Albert Schminkel uznał za stosowne wygłosić krótką przemowę…

- Jesteśmy świadkami historycznej chwili! Za kilka minut misja pod dowództwem majora Otto Bauera uda się w przyszłość by zdobyć nowoczesną broń.  Pozwoli to III Rzeszy wygrać wojnę, pokonamy i Sowietów i aliantów, a Niemcy będą panować nad całym światem! Nasz fuhrer – Adolf Hitler poprzez moją osobę pozdrawia śmiałków i czeka na pomyślne zakończenie misji. Czy są jakieś pytania?

Nastała chwila ciszy…

- Skoro nie ma pytań to niech uczestnicy misji zajmą miejsca w kabinie, a profesor po raz ostatni sprawdzi ustawienia i rozpocznie przygotowania do startu!

Członkowie misji w składzie: wspomniani już major i porucznik oraz dziesięciu specjalnie wyselekcjonowanych esesmanów zajęło miejsca w kabinie.

- Czy wszystko w porządku profesorze Loewenbringer?
- Tak!
- Niech startują!
- 10, 9, 8… 1, 0! START!

Kabina zniknęła…

- Do którego roku ich wysłaliśmy? – zapytał po chwili pułkownik – bo zawsze zapominam…
- Tak jak było ustalone z fuhrerem – wyjaśnił profesor – do 1974! Hitler uznał, że przez trzydzieści lat technologia wojenna posunie się tak do przodu, że zdobyta broń w naszych realiach będzie zabójcza.


Pułkownik pożegnał się i pośpieszył na spotkanie z Hitlerem oraz innymi ważnymi dygnitarzami III Rzeszy. Był zadowolony z pierwszego etapu, teraz pozostawało tylko poczekać na powrót grupy Bauera. Schminkel nie martwił się bardzo o powodzenie, major został wybrany do tej misji nieprzypadkowo, nadawał się idealnie. Jako jedyny przeszedł wszystkie testy sprawdzające przydatność do tejże misji. Pułkownik nie wiedział tylko o jednym… Mimo specjalnych środków ostrożności, niesamowitej selekcji uczestników w kabinie znalazł się… sowiecki szpieg. 



65) Gdańsk

- Długo jeszcze będziemy czekać? – denerwował się zbir Jamróz.
- Wszystko na to wskazuje, że nie – dodał zbir Dziobak – Stajenny Bomblicek konie już na pokład wprowadził…

Bomblicek był dalekim czeskim kuzynem stajennego Bąbla (uczestnik I polskiej wyprawy do Nowego Świata).

- To nie rozumiem na co jeszcze czekamy! – pieklił się Jamróz – Ja nie lubię czekać!
- Spytaj Macudowskiego – rzekł przechodząc obok zbir Chochoł.
- Już pytałem…
- No i… ?
- Mamy czekać i tyle!
- To może Zębiszona zapytaj… Nie odstępuje Macudowskiego na krok…
- Zębiszona lepiej nie pytać… Wybełkota coś tam, a i tak nic z tego nikt nie zrozumie…
- Kozę mu szef sprowadził…
- ? Kozę? Po co?
- A skąd mi to wiedzieć?
- Po co mu do diabła ciężkiego koza na statku?
- Nie wiem, może lubi mleko?

Chochoł poszedł dalej, za rogiem czekała na niego kobieta…

- Jesteś wreszcie!
- A no jestem!
- Pokażesz mi wreszcie naszą kajutę?
- Hola, hola! Toż to moja kajuta!
- No tak, ale mówiłeś, że mnie przygarniesz…
- Chodź!

Ruszyli w kierunku statku… Tą kobietą była Agnieszka Krzemieńska…

- Chochole!
- Co znowu? Poza tym mówiłem ci już nieraz, że nie lubię jak się do mnie mówi „Chochole”! Chochoł ma być!
- No dobrze już, będę pamiętała, obiecuję! A ty pamiętaj, że od teraz jestem Angielką Agnes Flint.
- A co za różnica?
- Zasadnicza! Pamiętaj!

Kilka chwil później znaleźli się w kajucie Chochoła…

- No i jak ci się podoba panno Agnes?
- Cudów nie ma, ale w porządku. O Boże!
- Co znowu?
- Szczur po tobie łazi!
- A… To nie jest szczur…
- To mysz jakaś!
- Też nie…
- A co to niby jest?!
- Chomik…
- ?
- Nazywa się Sebek. On też z nami płynie…
- Co?! Chyba nie w tej kajucie?
- W tej!
- Nie!!!
- Nie bój się go, jest oswojony, chcesz go pogłaskać?
- Nie! Nie ma mowy! Zabierz to ode mnie!
- Ha ha ha. Chomika się boi, ha ha ha. Chodź Sebek, pokażę ci statek, spędzimy tutaj trochę czasu…

Zbir powiedziawszy to wyszedł z kajuty… Ale zanim na dobre rozpoczął spacer po pokładzie usłyszał kobiece głosy… Odwrócił się i zobaczył dwie kobiety…

- Przepraszam! Szukamy kuchni! – zapytała jedna z nich.
- Nie wiem, gdzie jest, dopiero co wszedłem…
- Szczur!
- Chomik…

Kobiety oddaliły się, spoglądając od czasu do czasu bojaźliwie w kierunku Chochoła… Były to czeskie kucharki: Sabina Sviderkova i Dominika Guzikova…

Dwie godziny później na pokład wszedł Macudowski…

- Przybyła już ta baba? Zapomniałem jak się nazywa…
- Nie, jeszcze nie… - odparł Zębiszon.
- Nigdy do końca nie wiem co mówisz – rzekł pod nosem Macudowski – więcej się domyślam… Sokoliński! Jak wygląda sytuacja?
- Nie ma jeszcze tej kobiety… Ale za to wszędzie pełno Prusaków…
- O, tam widzę tego ich dowódcę! Weź Kaliskiego i zapytajcie go czy długo jeszcze…

Wspomniana dwójka zeszła z pokładu i skierowała się w kierunku kapitana Von Kruge, tymczasem Macudowski zszedł pod pokład, a tam spotkał Bomblicka…

- Stajenny! Czemu te konie takie wychudzone? Miałeś o nie dbać! Mam kazać cię wychłostać?
- Nie są wychudzone panie! Inne światło tu jest niż na górze, takie złudzenie…
- Ja ci tam zaraz złudzenie! Jak nie zaczniesz opiekować się końmi jak należy to wylądujesz w morzu! Zrozumiałeś?
- Tak… Ale…
- Żadne tam ale! Nicponiu jeden! Konie mają być dobrze odżywiane i myte! Za to ci płacę draniu! Przyjdę tu za kilka dni i sprawdzę!
- No… właśnie o to chodzi, że jeszcze nic nie dostałem, a już długo opiekuję się tymi końmi…
- A po co ci talary na statku gamoniu? Jeść dostaniesz, pić dostaniesz, spać masz gdzie!
- Aha, czyli rozumiem, że jak dopłyniemy na miejsce to mi pan wypłaci te talary?
- Tak! Ile razy mam to powtarzać? Idę! Pilnuj koni!

Powiedziawszy to poszedł z powrotem na pokład…

- No i?
- Mówi, że mamy czekać… ale już podobno niedługo – poinformował Sokoliński.
- A może by tak nagle ruszyć? – zaproponował zbir Chwaścior – Przecież nie zdążyliby wtargnąć na statek…
-Też o tym myślałem, ale nie… - Macudowski pamiętał, że w Prusach znajdowała się zdecydowana większość jego majątku – Idę do swojej kajuty, jak przybędzie ta Von Stollar to mnie zawiadomcie!

Po drodze spotkał Ukrainkę Rusłanę Kramerko…

- No! Już niedługo znajdziemy się na pełnym morzu… Pokażesz wtedy co potrafisz!
- Pokażę! Dzisiaj miałeś mi zapłacić zaliczkę…
- Po co ci złoto na statku… Dam ci później, jak wrócimy…
- Nie! Uzgodniliśmy, że w dniu wypłynięcia dostanę sakiewkę!
- No, dobrze. Trzymaj!

Macudowski już miał ukryć się w kajucie by chwilę się zdrzemnąć, ale zza rogu wyszli dwaj kronikarze…

- Chcieliśmy uzgodnić na co położyć akcent przy opisywaniu dnia wypłynięcia… - rozpoczął Czerkaszenko – ja bym proponował…

Nie skończył, bowiem przerwał mu drugi kronikarz Dariusz Grzybowski…

- Jego propozycja jest mniej ciekawa od mojej! Ja proponuję…
- Dosyć! – wrzasnął Macudowski – Dajcie mi święty spokój! Piszcie co chcecie i jak chcecie, a ja za jakiś czas to ocenię…
- Ale… - kontynuował Grzybowski.
- Żadne ale! Precz!

Niedługo było mu dane odpocząć we własnej kajucie, nie minęła godzina, a do drzwi dobijał się zbir Dziobak…

- Czego znowu? – krzyknął obudzony.
- Anna Von Stollar przybyła! Są też z nią ci dwaj Prusacy…
- No i dobrze. Zaprowadź ją do jej kajuty i tych dwóch też.  Powiedz kapitanowi Klausowi, żeby wypływał… Ja chcę spać!



66) Statek "Nefretete" właśnie wypłynął z Gdańska...

- Dziwię się bardzo - rzekła Anna Von Stollar do Dziobaka, który prowadził ją do jej kajuty - że ten Macudowski nie przyszedł mnie przywitać. Nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania! Mam nadzieję, że przynajmniej moja kajuta będzie godna!
- Nie przyszedł, bo źle się poczuł - odpowiedział zbir Dziobak - Proszę to jest pani kajuta...

Von Stollar weszła do środka, tuż za nią szła czeska służąca Eva Janikova...

- No! Ujdzie... Nawet nie najgorsza... - skomentowała Von Stollar - Eva! Zobacz co słychać u Brennera i Knothe, a potem wróć szybciutko, bo musimy porozmawiać.
- Dobrze pani...
- Tyle razy już ci mówiłam, że jak jesteśmy same nie musisz mnie tak nazywać...
- No, wiem, ale muszę się przyzwyczajać... żeby mi się wśród innych nie wyrwało...
- Póki co dobrze prezentujesz się jako służąca... Ha ha ha
- Staram się Anno... To mój pierwszy dzień w życiu w tej roli...
- Już tak mamy, że co chwilę inna rola... Idź i wracaj chyżo.

Janikova wyszła, ale zaraz natknęła się na zbira Chochoła...

- Co tutaj robisz dzierlatko?
- Nie jestem żadną dzierlatką, łotrze!
- Ho ho, nie tak ostro, nie zamierzałem urazić...
- Zejdź mi z drogi, nie mam czasu...

Chochoł miał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł na ramieniu czyjś uścisk...

- To ja tam sama siedzę w kajucie, a ty tu jakieś dziewki zaczepiasz? Chochole jeden! - warknęła Agnes Flint (Agnieszka Krzemieńska).
- E tam, od razu zaczepiam... Rozmawiałem tylko... Agnieszko...
- Słyszałam! I nie mów do mnie Agnieszka! Agnes!
- A ty nie mów do mnie Chochole, lecz Chochoł! A w ogóle to o co ci chodzi? Zazdrosna jesteś czy jak?
- Ja zazdrosna? Kpisz sobie czy co? O takiego zbira?
- He he...





67) Statek „Neptica” spokojnie płynął w kierunku Nowego Świata… Uczestnicy II polskiej wyprawy wiedzieli, że niedługo powinni dopłynąć na miejsce, ale nie przypuszczali, że znajdują się już tak blisko celu…

Kryjówka w ścianie…

- Umieram z głodu – narzekał głośno Włoch Prostaccio – Szpiegu! Poszedłbyś po jakieś jedzenie…
- Ja już byłem! Teraz kolej na następną osobę… Może ty byś poszedł? – odpowiedział hardo Dawid „Szpiegu” Łęckowski.
- Nie. Ty idź, wiesz co i jak, a ja bym stracił tylko niepotrzebnie mnóstwo czasu na rozeznanie sytuacji…
- Co racja to racja! Prostaccio mądrze prawi! -  wtrącił się Bartłomiej Głuchowski.
- Właśnie! Szpiegu idź! – nalegali pozostali.
- No dobrze, ale Prostaccio niech najpierw opowie coś ciekawego!
- Kiszki marsza grają, a temu opowieści zachciało się! – zawołał zdenerwowany Marian Łuszczyński.
- Bo nie pójdę!
- Prostaccio! – zawołał Łuszczyński – Opowiedz mu szybko coś i niech idzie po żarcie!
- Ale o czym? – zdziwił się Włoch.
- Wszystko jedno! Byle szybko i nie o jedzeniu!
-No! Opowiadaj! – wtórował Łuszczyńskiemu Ślązak Szmicior.
- Stop! – zawołał Szpiegu – Skoro mi ma opowiadać to ja wybieram temat! Niech opowie skąd się wziął w Polsce!

Prostaccio zastanowił się chwilę, po czym rozpoczął opowieść…

- Trzy lata temu przybyłem z Genui… No, a teraz śmigaj po jedzonko…
- Co? Kpisz sobie?! Masz powiedzieć czemu trafiłeś do Polski! Dokładnie! Źle ci było w ojczystym kraju?
- Było mi cudownie! Musiałem uciekać, dlatego opuściłem Genuę i Włochy!
- Mów, mów! – zachęcał Szmicior – Teraz też uciekasz, tyle że z Polski… To przez tego drania Macudowskiego!
- Szmicior! Nie przeszkadzaj! Niech mówi! – złościł się Łuszczyński – Bo Szpiegu nigdy po jedzenie nie pójdzie!
- Zacznę od początku – kontynuował Prostaccio – Pracowałem u mistrza Speglattiego, na wsi pod Genuą. Speglatti cały czas mi powtarzał, że zapowiadam się na dobrego rzeźbiarza… Ale z czegoś trzeba było żyć, więc wieczorami pracowałem w karczmie, żeby mieć na utrzymanie… Speglatti płacił bowiem raz na jakiś czas, w zależności od sprzedaży rzeźb… Jedną rzeźbę czasami wykonywało się przez kilkanaście miesięcy… Mistrz pochodził z bogatej rodziny, więc nie narzekał na brak środków do życia… Ale ja musiałem z czegoś żyć, bo z tych jego zaliczek wyżyć nie było sposób… Wszystko było dobrze, ale do czasu… Pewnego razu wracałem późnym wieczorem z karczmy, a tu nagle jak nie błyśnie! Aż z wrażenia przycupnąłem! Ledwie doszedłem do siebie, usłyszałem głos: - „Prostaccio! To ty nicponiu?” Co miałem robić? Odpowiedziałem, że ja… W między czasie spojrzałem w stronę skąd cały czas mocno błyskało… I znowu aż przycupnąłem z wrażenia i ze strachu zarazem! Postać którą ujrzałem była niezwykle wysoka… Miała przynajmniej cztery metry! W ręku trzymała potężną siekierę… Gdy tak przyglądałem się znowu usłyszałem głos: - „Prostaccio! Chcesz żyć?” „Pewnie, że chcę!” – odpowiedziałem wystraszony… „To ściągaj ubranie i uciekaj!” Postać przybliżyła się i zaczęła wymachiwać siekierą, niewiele więc zastanawiając się zrzuciłem  ubranie i nagi pobiegłem do domu… Przepadły pieniądze, jakie zarobiłem przez dwa tygodnie pracy w karczmie… Był to bowiem dzień wypłaty… Skoro świt ruszyłem na miejsce spotkania z dziwną postacią i znalazłem ubranie, ale niestety brakowało pieniędzy… Przez kilka dni bałem się wracać sam wieczorem z karczmy, ale tajemnicza postać nie pojawiała się… W końcu zajęty pracą przy rzeźbach i w karczmie, udało mi się niemal zapomnieć o nieprzyjemnym spotkaniu… Aż do czasu następnej wypłaty… Sytuacja bowiem powtórzyła się i znowu straciłem pieniądze! Najgorsze było to, że nie miałem za co zapłacić za wynajmowany pokój… Mistrz nie miał podobno z czego dać mi zaliczki, bo rodzina miała mu wysłać pieniądze dopiero za jakiś czas, a to co miał musiał zostawić na własne potrzeby… Pieniądze ze sprzedaży rzeźby miały pojawić się najwcześniej za trzy miesiące… Udało mi się wyprosić u gospodarza, że zapłacę jak tylko dostanę kolejną wypłatę w karczmie… Wtedy dotarło do mnie, że tajemnicza postać pojawia się właśnie w dniu wypłaty… Postanowiłem, że nie będę wtedy odbierał pieniędzy, ale w innym terminie… Nie mogłem sobie już pozwolić na stratę kolejnych pieniędzy… To groziło bankructwem! I tak byłem już na strasznym minusie! Nadszedł dzień wypłaty, oznajmiłem właścicielowi karczmy, że nie chciałbym dzisiaj odbierać wypłaty… Toscani odparł, że jest mu to obojętne kiedy odbiorę… Ustaliliśmy, że w dniu jutrzejszym… Wróciłem do domu bez przygód… Kilkakrotnie chodziłem  w różne strony, ale tajemnicza postać nie ukazała się… Zaczynałem żałować, że nie wziąłem jednak wypłaty i w końcu ruszyłem z powrotem do karczmy… Toscani zdziwił się, że jednak chcę ją odebrać… Kazał chwilę poczekać i po kwadransie przyniósł należne mi pieniądze… „Trzymaj Prostaccio!” Pożegnałem się i popędziłem do domu… Będąc pośrodku drogi usłyszałem głos: „Prostaccio! To ty nicponiu?” Po raz trzeci musiałem wracać nago do domu, a o świcie poszedłem po ubrania, ale niestety – tak jak zawsze – nie było w nich pieniędzy… Co miałem zrobić? Nie miałem za co żyć, nie miałem za co zapłacić za czynsz… Z tej rozpaczy okradłem gospodarza, ale jego rodzina zorientowała się i podniosła alarm… Musiałem uciekać… Postanowiłem udać się do Francji lub Niemiec, ale napotkałem na grupę jadącą do Polski… Mało wiedziałem o waszym kraju, poza tym, że królową była Włoszka Bona Sforza… Postanowiłem spróbować… Zadowolony Szpiegu?
- Tak… Zastanawiam się tylko, który cię okradał… Myślę, że albo właściciel karczmy albo… ten twój mistrz lub gospodarz…
- Jak to?
- Z tego co mówiłeś łatwo zorientować się, że okradano cię zawsze jak dostawałeś wypłatę… A kto wiedział kiedy dostajesz wypłatę?
- Jezu! Racja! I karczmarz, bo to on w końcu mi płacił i mistrz, bo mu mówiłem!
- Dobra! Nieważne! – przerwał brutalnie rozmowę Łuszczyński – Później pogadacie! Szpiegu! Marsz po jedzenie!
- Idę!

Szpiegu kilka minut później był w kuchni… Zastanowiło go trochę, że ryby leżą na stole i nikt ich nie pilnuje… A przecież nie tak znowu dawno ukradł kilka rybek i ten fakt nie mógł pozostać nie zauważony… Mimo to ruszył w kierunku stołu i już miał chwytać za ryby, ale powstrzymał go głos dochodzący z wejścia do kuchni…

- Zostaw to złodzieju!

Obejrzał się i zobaczył Piotra Laszlo Tekielego i Anglika Martina Swayzego von Bigaya przesuwających się z siekierami w dłoniach w jego kierunku…

- Ładnie to tak kraść czyjąś własność?! – syczał Tekieli.
- Nie wyjdziesz stąd żywy! – wtórował mu Swayze.
- Panowie! Nie zabijajcie! Nie zrobiłem przecież nic złego! – wołał przestraszony Szpiegu.

Napastnicy spojrzeli po sobie…

- Co z nim zrobimy? – zaczął Tekieli.
- Jakąś karę musi ponieść… Kim on w ogóle jest i skąd wziął się na naszym statku?
- Nie wiem… Zwiążmy go i włóżmy do beczki po kapuście… Potem zastanowimy się co dalej…
- No właśnie… Trzeba iść jeszcze trochę ryb złowić, by jutro na obiad było co podać…
- Idziemy! Teraz można uznać, że kuchnia jest bezpieczna…

Kryjówka w ścianie…

- Gdzie do diabła jest ten Szpiegu?! – wściekał się Łuszczyński – Ile można iść do kuchni i z powrotem?!
- Może coś go zatrzymało?  - wysunął przypuszczenie Szmicior.
- E, tam! – grzmiał dalej Łuszczyński – Pewnie dorwał się dziadyga jeden do żarcia, a my tu z głodu umieramy!
- To może pójdę sprawdzić? – zaproponował Ślązak.
- Idź! A jak jest tak jak mówię to zabij go na miejscu!

Szmicior wyszedł z kryjówki i wolno skradał się w kierunku kuchni… Po dotarciu na miejsce zastanowiła go dziwna cisza panująca w środku… Pułapka? Mimo panujących ciemności rozglądał się dookoła, mimo ciszy wytężał słuch… W pewnym momencie potknął się o beczkę…

- Co za cholera! – przeklnął cicho.

Już miał przesunąć się dalej, ale nagle zobaczył poruszającą się głowę w tejże beczce…

- Jezu! A to co znowu?

Mimo strachu zbliżył się w kierunku beczki… Okazało się, że szamocząca się głowa należała do Łęckowskiego… Szpiegu był związany i zakneblowany… Szmicior wyciągnął mu szmaty w ust…

- Dobrze, że jesteś Szmicior!
- Kto ci to zrobił?
- Takich dwóch! Przyłapali mnie na tym, że chciałem ukraść ryby…
- Gdzie oni są?
- Poszli dalej łowić…
- Aha…
- Uwolnij mnie…
- No, nie wiem…
- Jak to nie wiesz? Nie drwij sobie!
- Uwolnię, jak obiecasz, że będziesz w mojej bandzie…
- W jakiej bandzie?
- W bandzie Szmiociora!
- Po co ci ta banda?
- No jak to po co? Żeby zemścić się na tym przebrzydłym Macudowskim!
- Przecież on został w Polsce, a my płyniemy do Nowego Świata!
- Będziesz w bandzie czy mam cię zostawić w tej beczce?!
- No dobrze, będę w twojej bandzie!
- I jeszcze… żeby nie było tak łatwo… zaśpiewaj piosenkę na cześć Szmiciora lub jego bandy!
- Zwariowałeś?
- Śpiewaj!

Szpiegu chwilę zastanowił się, po czym zanucił cicho…

- Wszyscy co znają Szmiciora, wiedzą że to kawał bandziora…
- Doskonale! Jak chcesz to potrafisz! Zostajesz oficjalnie przyjęty do bandy!

Niedługo potem obaj znaleźli się z powrotem w kryjówce… Wszyscy, poza Tylko, dostali po rybce…

- Mało! – narzekał Łuszczyński – ale teraz przynajmniej będę mógł zasnąć…

Kajuta Mariusza Rocha Kowalskiego i Tomasza Szlachtowskiego…

- Moje panie! – rozpoczął zdenerwowany Kowalski – tak dalej być nie może! Jestem głodny i niewyspany! Szlachtowskiemu nieraz mówiłem, żeby poszedł do dowódcy i powiedział jak jest! W końcu waćpanna Koszyńska jest kuzynką Donieckiego!

Kobiety były trochę zaskoczone słowami Kowalskiego… Już mu miała odpowiedzieć Andżelika Koszyńska, ale powstał potworny hałas na pokładzie…

- Coś się stało! – zawołał Szlachtowski, zadowolony że przerwana została nieprzyjemna dla niego mowa Kowalskiego – Idę sprawdzić co się dzieje!

A stało się coś bardzo ważnego i to dosłownie przed chwilą… Otóż pełniący wartę na bocianim gnieździe Mateusz Budzanowski zobaczył ziemię…

- Ziemia! Ziemia! – wołał wciąż.
- Gdzie ona jest? – krzyczeli do niego z dołu holenderscy sternicy – z dołu nic nie widać!
- Płyńcie bardziej na południe!

Dopiero po kilku minutach wszyscy członkowie załogi mogli dostrzec fragment lądu…

- Dopłynęliśmy! – wołała Koszyńska z przyjaciółkami, które w tej euforii także wybiegły na pokład.
- Andżeliko! – powiedział nagle Jerzy Doniecki – Czy możesz mi wytłumaczyć co tutaj robisz?  A te inne waćpanny?
- Yyyy… - Koszyńska nie wiedziała co odpowiedzieć – Nie cieszysz się z widoku kuzynki?
- Cieszę się, cieszę… Oczywiście. Ale miałaś nie płynąć!
- Ale skoro tutaj już jestem?
- No, teraz to już na to nic nie poradzę…
- Kuzynie! Nie gniewaj się…
- Ciekawe gdzie przebywałyście podczas rejsu…
- …
- W mojej kajucie… - odezwał się Szlachtowski.
- Porozmawiamy o tym później – odparł zmierzywszy go przenikliwym głosem pułkownik, następnie zmienił temat – Czarnienko! Weź kilku ludzi i popłyńcie na brzeg! Trzeba najpierw sprawdzić  co tam jest!

Kozak Czarnienko, Włoch Roberto Gibbencione i kilku Tatarów wsiadło do małej łodzi i kierowało się ku lądowi… Statek tymczasem, popłynął dalej wzdłuż brzegu… Wkrótce okazało się, że wyprawa nie natrafiła na stały ląd lecz na wyspę…

Po dwóch godzinach reszta załogi także zeszła na brzeg, każdy chciał choć chwilę pochodzić po ziemi…
Celem II wyprawy nie było zasiedlenie małej wyspy, lecz odszukanie I wyprawy i ewentualna kolonizacja, ale większego fragmentu lądu… Doniecki postanowił więc ruszać dalej, a na wyspie zostawił buntowników: Kozaka Pastuszenkę i niedawnego przywódcę Tatarów Mijagibeja oraz Morawca, który mimo że był członkiem firmy sprzątającej nie kwapił się do sprzątania… Na wyspie postanowił też zostać Kozak Baliczenko, który miał już dosyć podróży morskiej…

- Na pewno chcesz tu zostać Baliczenko?
- Tak! Mianujesz mnie księciem tej wyspy?
- Nie rozśmieszaj mnie… Skoro chcesz zostań…

„Neptica” ruszyła dalej… Bez zgody Donieckiego na wyspie zostali też: Tylko Michał, który prawie już umierał z głodu w kryjówce w ścianie i szlachcianka Kinga Kabatowska, która z miejsca zakochała się w tej wyspie i postanowiła, że założy na niej swoją pustelnię i poświęci się całkowicie Bogu...

- Jak mogłaś jej na to pozwolić? – ruszyły z pretensjami Agnieszka Dębska i Anna Żbikowska.
- Nie chciałam, ale wymogła to na mnie! – broniła się Koszyńska.

Rozmowę przerwało pojawienie się Budzanowskiego…


- Pan Doniecki prosi waćpanny na rozmowę!





68) Statek wiozący II polską wyprawę odpłynął z wyspy na której zostawił kilka osób i płynął w poszukiwaniu stałego lądu… Budzanowski wciąż siedział w bocianim gnieździe i wytężał wzrok w nadziei na wypatrzenie lądu…

- Ej! Budzanowski! – wołał z dołu rycerz Krzysztof.
- Czego?
- Może teraz ja tam wejdę i popatrzę?
- Nie! Dowódca mi kazał tu siedzieć i wypatrywać! Nie przeszkadzaj!
- Ale ja też chcę!
- Nie!

Rycerz Krzysztof zdenerwowany udał się w kierunku kajuty dowódcy, aby ten wpłynął na Budzanowskiego… Już miał wejść do środka, ale…

- Teraz nie można! – stanowczo powiedział Jacek Światłoniewski i zagrodził mu drogę.
- Czemuż to?
- Dowódca odbywa teraz rozmowę ze szlachciankami i kazał nie przeszkadzać…
- Aha, w porządku, to ja zaczekam…

W środku znajdowały się trzy szlachcianki: Andżelika Koszyńska, Agnieszka Dębska i Anna Żbikowska…

- Wytłumaczcie mi waćpanny dlaczego mimo zakazu postanowiłyście skrycie popłynąć z nami? – rozpoczął Jerzy Doniecki.
- Przygoda? – odparła nieśmiało Koszyńska – Tak! Tak tak, kuzynie! Przygoda!
- To nie jest wyprawa dla kobiet! – kontynuował dowódca – Może być niebezpiecznie! A co będzie jak zaatakują nas Hiszpanie lub tubylcy?
- Ty nas obronisz kuzynie…
- Za daleko jesteśmy od kraju by zawrócić, a wierzcie mi, że tak bym uczynił! Sam nie wiem co mam teraz z wami robić…
- Przydamy się! – zawołała wesoło Dębska – Możemy gotować! Kobiety są potrzebne!
- Walczyć też umiemy! – wtórowała jej Żbikowska – Agnieszka strzela lepiej niż nie jeden mężczyzna!
- Nikt nie oczekuje od was byście walczyły…
- Ale możemy kuzynie! Pamiętasz jak uczyłeś mnie walki na szable?
- To były takie dziecięce zabawy tylko…
- Ale tak mi się spodobało, że ćwiczyłam często i może mistrzem nie jestem, ale byle komu nie ulegnę!
- Kuzynko… I wy waćpanny… Nikt od was nie oczekuje takich zdolności… Ale dość o tym, do czasu znalezienia lądu zajmiecie moją kajutę, bo nie godzi się, żeby waćpanny mieszkały wspólnie z kawalerami… Rozgośćcie się, a ja idę coś jeszcze załatwić…

Doniecki wyszedł z kajuty…

- O! Dobrze, że pana widzę… - zaczepił go natychmiast rycerz.
- Co się stało?
- Budzanowski cały czas siedzi w bocianim gnieździe i nie chce dać się zmienić!
- To jak chce to niech siedzi…
- Ale ja też bym chciał… Budzanowski zmęczony jest, zaśnie jeszcze i przepłyniemy obok lądu…
- Budzanowski!
- Tak?
- Nie śpisz tam?
- Nie! Skąd takie podejrzenia pułkowniku? Pewnie ten rycerz tam jątrzy na dole!
- Hmm… Długo już tam siedzisz, zmęczony być musisz, za dwie godziny zmieni cię rycerz Krzysztof!
- Rozkaz – odparł głośno Budzanowski, a pod nosem – a to szelma jedna!
- Zadowolony? – zapytał rycerza dowódca.
- Tak!

Doniecki poszedł dalej, wyraźnie kierując się w stronę kajuty Szlachtowskiego i Kowalskiego…

- Witam waszmościów!
- My też witamy! Coś się musiało ważnego wydarzyć, że sam dowódca nas odwiedza – powiedział Mariusz Roch Kowalski.
- Wprowadzam się tutaj! – odparł z uśmiechem Doniecki – Szlachtowski! Warta na pokładzie aż do dotarcia do stałego lądu! Natychmiast!

Wskazany wstał i wyszedł z kajuty…

- Kowalski! Mów jak wam minęła podróż w towarzystwie szlachcianek!
- Yyyy…
- Nie bój się, mów prawdę, jak na spowiedzi!

Kowalski opowiedział jak było, kładąc szczególny nacisk, że to szlachcianki zmusiły Szlachtowskiego do tego by mogły popłynąć… Zwłaszcza Koszyńska…

- Moja krew… - powiedział pod nosem Doniecki.

Dwie godziny później…

- Budzanowski! Złaź! – wołał rycerz Krzysztof.

Z kierunku bocianiego gniazda dało się słyszeć kilka przekleństw, ale Budzanowski pamiętając rozkaz dowódcy powoli zszedł na pokład… Rycerz ochoczo zaczął wdrapywać się w przeciwnym kierunku, a gdy już był na miejscu ujrzał na pokładzie wędrownego grajka…

- Musiałek! – zawołał – Gdzie się ukrywałeś? Co z pieśnią o mnie?

Musiałek spojrzał w górę i szybko uciekł…

- Poczekaj no gałganie jeden! – grzmiał rycerz – Dopadnę cię jeszcze!

W kajucie dowódcy…

- Martwię się o Kingę… - powiedziała nagle ze łzami w oczach Koszyńska.
- Trzeba było jej nie pozwolić na to by została na wyspie… - wtrąciła się Żbikowska.
- Łatwo ci powiedzieć… Ona wymogła to na mnie…
- Jak niby wymogła? – oburzyła się Dębska – Trzeba było jej nie puszczać i koniec!
- Jeszcze w Polsce kazała mi przysiąc, że jej nie powstrzymam…
- Ty mogłaś jej nie powstrzymywać, ale trzeba było nam powiedzieć, a my byśmy ją powstrzymały… - skwitowała Żbikowska.
- Nie. Ona by nigdy mi tego nie wybaczyła… Co ona teraz tam biedna sam pocznie…
- No, sama tak całkiem nie jest… - skomentowała Dębska – Zostali też inni. Pastuszenko, Mijagibej, Baliczenko i Morawiec…
- I tego właśnie obawiam się najbardziej – zasmuciła się Żbikowska.

Tomasz Szlachtowski spacerował po pokładzie…

- Co tam panie Tomaszu? – zapytał go napotkany Przemysław Janczurowski.
- Dowódca zły na mnie…
- Za co?
- Za szlachcianki…
- E, tam! Kuzynka go udobrucha, przejdzie mu…
- Mam pełnić wartę na pokładzie aż do czasu dopłynięcia do stałego lądu…
- To niedługo zapewne, tak myślę… Przecież ta wyspa nie mogła tak być sama na oceanie…
- Oby! Ale jak coś to wytrzymam jak długo będzie trzeba… A czemu idziesz z szablą w ręce?
- Ja? No tak… Szukam tego drania rycerza!
- Rycerza Krzysztofa? Co ci zrobił, żeby go szablą potraktować?
- Już ja wiem co on mi zrobił! Niech go ja dopadnę to popamięta!

Szlachtowski dalej przechadzał się po pokładzie, w pewnym momencie natknął się na Kozaka Czarnienkę…

- Co chciałeś?
- Waćpanna Andżelika wiadomość prosiła przekazać…
- Mów!
- Pyta czy nie żywisz do niej urazy, że przez nią musisz teraz wartę pełnić…
- Nie żywię…

Kuchnia…

- Co robimy Martinie? – zapytał Piotr Laszlo Tekieli – Mówimy o wszystkim Donieckiemu?
- Sam nie wiem… - odparł Anglik Martin Swayze von Bigay.
- Jakiś drań lub dranie kradną nam ryby… Najgorsze, że nie wiadomo kim jest lub są!
- Ja bym jeszcze poczekał z informowaniem dowódcy… Idę powęszę trochę. Skoro ten ktoś nie jest członkiem załogi to gdzieś musi siedzieć! Znajdę go!
- Idź, a ja pilnuję ryb, bo zbliża się pora obiadowa, a jakby znowu nam je ukradziono to my wylądujemy w garze…

Szlachtowski wciąż spacerował po pokładzie… W pewnym momencie spotkał Włocha Roberto Gibbencione…

- Co tam wypatrujesz w oddali Roberto?
- Ziemi! Już mi się nudzi na tym statku!
- Rycerz Krzysztof wytęża wzrok z bocianiego gniazda…
- Nudzi mi się, więc też patrzę… Zaraz wróci Czarnienko i będziemy się bić…
- Co? Dlaczego? O co?
- Z nudów…
- Na pięści?
- Nie. Na szable…
- Ale tak na poważnie?
- Przecież mówiłem, że z nudów…
- A sekundantów macie?
- Skoro tak sobie tylko poćwiczymy to po co sekundanci? Nie będzie to przecież walka na śmierć i życie…
- Aha, no tak…

Szlachtowski poszedł dalej… Kolejną osobą na którą natrafił był kapitan statku Peter Van Guyden…

- Jak tam kapitanie? Kiedy dopłyniemy do stałego lądu?
- A skąd ja mam to wiedzieć?
- No jak to? Przecież jesteś kapitanem!
- Na razie tylko pełniącym obowiązki… Nie mam map, więc skąd mam wiedzieć… Płyniemy w kierunku północno-zachodnim i może gdzieś dopłyniemy…
- Aha… A co z Dirkiem Van Krupenhoffem?
- A skąd mi to wiedzieć? Doniecki trzyma go pod strażą i nie wiem co będzie dalej… Póki nic nie wiadomo to ja jestem kapitanem…

Szlachtowski przechadzał się dalej…

- Kurczę! Moglibyśmy już dopłynąć, bo mi nogi wchodzą w…!

Tymczasem w kajucie rycerza Krzysztofa… Dla przypomnienia rycerz wynajmował połowę kajuty Niemcowi Martinowi Schylderowi, Stanisławowi Jochymowskiemu, Rafałowi Kafałkowskiemu i Adamowi Piątkowskiemu (w przebraniu, faktycznie Agata Piątkowska)…

- Długo jeszcze będziemy tak płynąć? – narzekał Kafałkowski.
- Pewnie nie… - odparł Schylder.
- Kafałkowski nie narzekaj! Źle ci? – mówił Jochymowski.
- Ciekawe ile ten rycerz będzie chciał za wynajem… Czuję, że nas z torbami puści… - narzekał dalej Kafałkowski – Chciałbym już dopłynąć na miejsce i wreszcie opuścić ten statek! Źle się tutaj czuję!
- Towarzystwo ci nie odpowiada? – powiedział zaczepnie Jochymowski.
- A żebyś wiedział, że też! Ale najbardziej dokucza mi brak przestrzeni!
- Pewnie zły jesteś na to, że na zmianę z Agatą śpicie z rycerzem, ha ha… - śmiał się Schylder.
- Nawet nie… Poza tym lepiej spać z rycerzem niż z wami dwoma… Duszę się na tym statku, ja potrzebuję otwartych przestrzeni!
- Wyjdź na pokład i będziesz miał przestrzeń! – kpił Jochymowski.
- Nie o to mi chodzi! – oburzył się Kafałkowski – Ja potrzebuję otwartych, niczym nieskrępowanych przestrzeni!
- To musisz jeszcze trochę poczekać… - skwitowała Agata Piątkowska.
- Nie mogę się doczekać! Mam dość tej kajuty, tego statku, wszystkich!

Kafałkowski wstał z łóżka i poszedł się przejść…

- Ja tego nie wytrzymam! Nie wytrzymam! Dopłyńmy już!

Mijały godziny i nic się nie działo… W między czasie Budzanowski zmienił w bocianim gnieździe rycerza Krzysztofa, a kilka minut później już wołał:

- Ziemia! Ziemia!
- Kurczę! – wściekał się rycerz – chwilę dłużej i mnie przypadłby ten zaszczyt!
- Gdzie ją widzisz? – wołali z dołu sternicy.
- Płyńcie bardziej na północ…

Pokład wypełnił się całkowicie, każdy chciał zobaczyć ziemię… Powtórzono manewr z poprzedniego razu, czyli na ląd wysłano łódź, a statek płynął dalej wzdłuż brzegu by sprawdzić czy to znowu wyspa czy już może stały ląd… Wyglądało na to, że tym razem był to już większy fragment lądu…

W łodzi zwiadowczej znaleźli się: Kozak Czarnienko, Włoch Gibbencione i kilku Tatarów, a w ostatniej chwili wskoczył do niej Kafałkowski…

- Gdzie waść tak się spieszysz? – zapytał z uśmiechem Czarnienko.
- Ja muszę, ja muszę!

Po dotarciu na brzeg pierwszy z łodzi wyskoczył Kafałkowski i zaczął biec w kierunku zarośli…

- Widocznie za potrzebą tak biegnie… - śmiał się Gibbencione.

Zwiadowcy przez godzinę sprawdzali okolicę, ale nie natknęli się na nic podejrzanego, dali więc znać, że można rozpocząć masowe opuszczanie statku…

- A gdzie ten Kafałkowski? – przypomniał sobie nagle Czarnienko.
- Myślisz, że dalej siedzi w zaroślach? – zastanawiał się Gibbencione – Podejdę bliżej i spróbuję go zawołać…

Włoch oddalił się, a za chwilę słychać było donośne wołanie…

- Kafałkowski! Kafałkowski! Gdzie jesteś?

Z zarośli nie było słychać żadnego odzewu, więc zaniepokojony Gibbencione bardziej zdecydowanie rozpoczął poszukiwania… Po jakimś czasie dał sobie spokój i wrócił do pozostałych…

- Nigdzie go nie ma…

Po kilku godzinach wszystkie osoby, konie i inne rzeczy zostały przetransportowane na ląd…

- Czyżby to był już koniec naszej współpracy panie Doniecki? – spytał Peter Van Guyden.
- Na to wygląda, ale nie odpływajcie jeszcze… Trzeba dokładnie sprawdzić okolicę, za kilka dni odpłyniecie.
- W porządku. Co mam zrobić z Van Krupenhoffem?
- Sam nie wiem. Jesteś kapitanem podejmij więc sam decyzję.
- Pozostaje mi go albo uwolnić albo zabić… W tym pierwszym przypadku stracę stanowisko kapitana…
- Wstrzymaj się z podjęciem decyzji do momentu naszego rozstania…
- W porządku…

II polska wyprawa do Nowego Świata rozgościła się już na dobre na brzegu, tymczasem wciąż nie wracał Kafałkowski… Zaniepokojeni towarzysze kontynuowali poszukiwania… Zaangażowali nawet angielskiego tropiciela…

- Ja mam go szukać? Niby dlaczego? – denerwował się Swayze.
- Jesteś tropicielem czy nie? – zawołał z oburzeniem Jochymowski.
- No, niby tak. Teraz już ciemno, nic nie znajdę, ale rano przyglądnę się śladom…
- Dzicy! – zawołał nagle Schylder
- Gdzie? – z przerażeniem krzyknęli wszyscy obok.
- Dzicy go pewnie porwali!
- Uspokój się Martin – powiedział Jochymowski – Ciemno już, nie znamy terenu, a rano Anglik zobaczy ślady i sprawa się wyjaśni…
- My tu przy ognisku siedzimy – kontynuował prawie płacząc Schylder – a on tam biedny Bóg wie gdzie… Nie wiadomo nawet czy żyje!
- Znajdziemy go! – obiecywał Jochymowski.

Nieco dalej od pozostałych zebrali się członkowie firmy sprzątającej…

- Co robimy? – zapytał Czarny Malik.
- O co ci chodzi? – odparła pytaniem na pytanie Anna Hynowska.
- Jak to o co? Wysiedliśmy na obcej ziemi, nie wiadomo co dalej, a ty pytasz o co mi chodzi?!
- Spokojnie. Będzie dobrze – wtrąciła się Katarzyna Madejska.
- Czy wy nie rozumiecie, że tutaj nie ma statków do sprzątania?! Wracajmy do Gdańska!
- Żeby nas znowu ci Holendrzy pojmali i sprzedali jako niewolników? – denerwował się Wiecha.
- A nas do haremu… - dodała Hynowska.
- Przecież to Van Krupenhoff, a nie tamci!
- Cholera wie co zrobią tamci jak nie będzie na statku reszty Polaków!
- A mi się tutaj podoba – odparła Alfreda Pawłowska.
- Fredka! Co ty tutaj chcesz sprzątać? Las? Plażę?– kpił Czarny Malik.
- Niech każdy odpowiada za siebie, ale tylko z Donieckim będziemy bezpieczni – skwitowała Hynowska – Idę spać, zmęczona jestem, jutro porozmawiamy.
- Masz rację Aniu! Jutro też jest dzień… - potwierdziła Madejska.

Czarny Malik kipiał ze złości, ale widząc, że wszyscy poszli spać zrobił to samo…





69) Świt zbliżał się nieuchronnie, cała II polska wyprawa – wyłączając wartowników – spała na plaży… Tytułem wyjaśnienia należy dodać, że było to wybrzeże należące do dzisiejszego stanu Luizjana, z kolei I polska wyprawa wylądowała wcześniej trochę bardziej na zachód, w dzisiejszym stanie Teksas.

Tymczasem Kafałkowski cały czas biegł przed siebie… Nie wiedział po co i gdzie, ale czuł, że musi… Poza tym sprawiało mu to wielką przyjemność… Nie bez znaczenia było to, że kilka miesięcy przebywał na statku, brakowało mu wolności, przestrzeni…

Dopiero koło południa zatrzymał się na krótki odpoczynek, a potem znowu rozpoczął swój bieg… Kafałkowski nie wiedział, że jest obserwowany przez tubylców… Nie wiedział też, że w przyszłości  Winston Groom napisze słynną powieść „Forrest Gump”, którą później na ekrany przeniesie Robert Zemeckis, a tytułową rolę zagra Tom Hanks… Kafałkowski był właśnie trochę takim Forrestem, który przebiegł wzdłuż i wszerz Stany Zjednoczone… Właściwie to Gump był Kafałkowskim, bo ten wcześniej rozpoczął maraton po Stanach, rozpoczął go jeszcze zanim powstały Stany Zjednoczone!

Wracając do tubylców, do wioski Czikasawów biegło dwóch wojowników…

- Wodzu! – zawołał jeden z nich – Jakiś dziwny człowiek biegnie i biegnie, obserwujemy go już od wschodu słońca!
- Z jakiego jest plemienia? Jak wygląda? – zapytał Zielony Ptak.
- Nie wiem. Jest inny niż wszyscy ludzie których dotąd widzieliśmy. Inaczej ubrany, ma jaśniejszą skórę…
- Prowadźcie! Muszę go sam zobaczyć! Mówicie, że biega od wschodu słońca?
- Tak, z krótką przerwą.

Zielony Ptak czuł, że musi zobaczyć biegacza osobiście. Sam cieszył się opinią wytrwałego maratończyka… Podświadomie czuł, że musi się z nim zmierzyć… Od dawna nie miał godnego rywala w tej konkurencji…

Wódz i wojownicy wykorzystując znajomość terenu biegli by przeciąć drogę Kafałkowskiemu… Po godzinie znaleźli się na wzgórzu…

- Jest! – zawołał Biały Orzeł – Będzie tędy przebiegał jeszcze przed zachodem słońca…

Faktycznie w oddali można było dostrzec niezbyt wyraźną sylwetkę człowieka, która wraz z upływem czasu powiększała się… Wódz z coraz większym podziwem przyglądał się nieznajomemu… Zaczął zastanawiać się kto jest lepszym biegaczem – on czy tajemniczy nieznajomy… W końcu Kafałkowski przebiegł pod nimi…

- Za nim! – ryknął Zielony Ptak.
- Zabijemy go? – zapytał Biały Orzeł.
- Nie! – ryknął wódz.
- Wódz sam chce go zabić?
- Nie!

Kafałkowski biegł dalej, a za nim posuwali się trzej Indianie. Po czterech godzinach Indian było już tylko dwóch, a po następnej godzinie już tylko Zielony Ptak podążał za Kafałkowskim.

Biegli tak całą noc… Dopiero o świcie Kafałkowski zatrzymał się na chwilę by nieco odpocząć i zaspokoić pragnienie w pobliskim potoku… Zielony Ptak zatrzymał się także, był bardzo zmęczony, ale chęć rywalizacji z nieznajomym dodawała mu sił… Nagle Kafałkowski dostrzegł Indianina i rzucił się do ucieczki…

Biegli tak przez kolejne sześć godzin, Kafałkowski nie widząc czerwonoskórego postanowił chwilę odpocząć… Zielony Ptak był jednak w pobliżu, ale celowo nie pokazywał się Polakowi, pragnął bowiem także chwilę odpocząć… Po kwadransie Kafałkowski ruszył, a Indianin za nim…


Mijały dni, a Polak i Indianin wciąż biegli, robiąc tylko niezbędne przerwy… Kafałkowski przyzwyczaił się już do obecności wodza Czikasawów, nie zastanawiał się nawet z jakiego powodu Indianin biegnie za nim… Wódz szczerze podziwiał Kafałkowskiego, ciesząc się z jednej strony, że wreszcie znalazł godnego przeciwnika w bieganiu, ale z drugiej zaczynał trochę bać się porażki, bo zmęczony był niesamowicie…





70) Bezludna wyspa…

Bezludna już tylko z nazwy, bo jak pamiętamy z 68 części statek wiozący II polską wyprawę wysadził na niej kilka osób: Kozaków Pastuszenkę i Baliczenkę, Tatara Mijagibeja, członka firmy sprzątającej Morawca i szlachciankę Kingę Kabatowską. Na tej samej wyspie wcześniej Hiszpanie zostawili kucharza I polskiej wyprawy Janusza Rysia, w między czasie pojawił się tubylec, którego Janusz przygarnął i nazwał Pinio…
I właśnie Pinio wracając z połowu ryb zauważył moment, gdy na plażę wysadzano wspomniane osoby, widział też polski statek… Pobiegł szybko do Rysia, by mu o tym powiedzieć…

- Pana Jana! Pana Jana! – wołał zbliżając się do chaty Rysia.
- Ile razy gamoniu mam powtarzać?! – denerwował się Janusz – Żadne „pana Jana”, lecz Panie Januszu!
- Panie Janusza! Panie Janusza!
- Skaranie boskie z tym tępakiem! Choć już teraz lepiej… Gdzie ryby? Znowu wracasz z pustymi rękoma?! Skórę zaraz wygarbuję to popamiętasz!
- Panie Janusza! Pełno ludzia!
- Jakiego ludzia?
- Pełno ludzia na plaża!
- Hiszpanie?
- Ja nie wiedzieć… Pana Janusza musi sama iść i widzieć! Ja się bać!
- Czego baranie jeden? Prowadź! – Ryś ruszył, ale zatrzymał się na chwilę i spojrzał w kierunku chaty - Pieszczoch! Pilnuj domu! Niedługo wracamy.

Pinio prowadził Rysia w kierunku, gdzie widział polski statek i ludzi z niego wysiadających na brzeg. Jakie było jego zdziwienie, gdy dotarli na miejsce…

- No i gdzie ten statek matole? – denerwował się kucharz.
- To na pewna ta miejsca! Muszą gdzieś iść…
- Jak ty gadasz? Kto cię polskiego uczył bęcwale?
- Pana Janusza…
- Nawet się nikomu do tego nie przyznawaj, bo spaliłbym się ze wstydu! Ciebie to nawet Jan Długosz polskiego by dobrze nie nauczył, za tępy jesteś! Masz szczęście, że cię lubię. Idziemy zobaczyć, bo jak faktycznie ktoś tu był to jakieś ślady musiał zostawić albo ci się przewidziało…
- Kto to być Długosz? Ja nie być tępy…
- Ty być tępy! Długosz to był taki znany polski kronikarz…
- Co to być kronikarz?
- I tak nie zrozumiesz, ale dobrze… powiem ci później. Teraz idziemy zobaczyć te ślady. Prowadź, gdzie ich widziałeś…

Pinio zaprowadził Janusza w miejsce gdzie widział ludzi na plaży i faktycznie od razu zobaczyli ślady…

- Miałeś rację gamoniu… Idziemy za tropem!

Po krótkim podążaniu za tropem obaj usłyszeli głosy…

- Cicho! – szepnął Ryś, a za chwilę powiedział głośniej bardzo zdumiony... – Jeśli się nie mylę to ich rozumiem!

Trudno, żeby było inaczej, gdyż rozmowa prowadzona była w języku polskim… Właściwie był to język mieszany, z pogranicza polsko-ruskiego… Janusz podkradł się bliżej by przysłuchać się rozmowie…

- My to co innego… - mówił Kozak Pastuszenko – Nas potraktowano jak buntowników, ale ty Baliczenko czemu zostałeś?
- Ja? Miałem już dość tej morskiej podróży! A tu mi się podoba!
- Ale to tylko wyspa! Jesteśmy tutaj uwięzieni!
- Będzie dobrze… Poczekaj! – Baliczenko spojrzał w stronę zarośli – Tam coś jest! Zwierzę albo człowiek!

Ryś zorientował się, że nieznajomi spostrzegli go, więc nie wiele się namyślając wyskoczył z ukrycia…

- O! Szelmy, Hultaje! Co tu robicie?

Kozacy byli tak zaskoczeni, że w pierwszej chwili zaniemówili… Więcej przytomności umysłu zachował Mijagibej, który ruszył na kucharza  z szablą… Ryś nie czekał, aż Tatar zamierzy się na niego, ale pierwszy zdzielił go drągiem. Mijagibej padł nieprzytomny na ziemię…

- Zaraz, czekajcie! – zawołał Baliczenko – Przecież on mówi po polsku! Spokój! Nie denerwuj się człowieku, siadaj z nami do ogniska i mów skąd się tutaj wziąłeś!

Ryś uspokoił się nieco, widząc pojednawcze sygnały podszedł bliżej, cały czas jednak zachowując dystans…

- Zaraz z wami usiądę, ale muszę znać dać moim ludziom – kłamał kucharz – żeby nie ruszyli na was albo nie usiekli z łuków…
- A… To nie sam jesteś… - przerwał mu Pastuszenko.
- Nie! – odparł Ryś – Jestem królem tej wyspy!
- A kim są twoi ludzie? – zapytał Morawiec, który wcześniej siedział cicho przy ognisku.
- Miejscowi. Gdy przybyłem na tę wyspę toczyłem z nimi walki, ale w końcu zobaczyli, że nie ma ze mną żartów – kłamał jak z nut Ryś – i zrobili mnie swoim królem.
- Ale skąd się tutaj wziąłeś? – dopytywał się Baliczenko.
- A wy? – odpowiedział pytaniem na pytanie kucharz.

Baliczenko nie chciał przyznać się, że zostali wyrzuceni ze statku II wyprawy… W sumie nie on, ale pozostali… Błyskawicznie jednak wymyślił odpowiednią historię…

- Płynęliśmy na hiszpańskim statku, ale popadliśmy w konflikt z załogą i nas tu dranie wysadzili…
- Ha ha ha! – roześmiał się Ryś – To prawie tak samo jak ja…
- To znaczy jak tak samo? – zdziwił się Kozak.
- No mnie tutaj też Hiszpanie przywieźli…
- Jak to?
- A tak to! Najpierw siedziałem u nich w lochu, a potem hultaje uznali, że mnie tutaj zostawią…
- Niesamowite! – zdumiał się Morawiec.
- Ale skąd się wziąłeś w hiszpańskim lochu? – zapytał Pastuszenko.
- Jak to skąd? Brałem udział w polskiej wyprawie i mnie te hiszpańskie barany uwięziły…
- A co się stało z pozostałymi?
- Tego nie wiem dokładnie, ale pewnie żyją, bo wcześniej wysiedli…
- A ty czemu nie wysiadłeś wcześniej?
- Za dużo pytań zadajecie! – zdenerwował się Ryś – Powiedzmy, że się zasiedziałem! Dobra! Idę do siebie! Powiem moim ludziom, żeby was nie atakowali, a jutro zobaczymy co z wami zrobię.
- Jak to co z nami zrobisz? – zdziwił się Morawiec.
- Idę! Jutro dwie godziny po świcie przyjdę znów!

Ryś oddalił się szybko, przy ognisku zapanowało ożywienie…

- Słyszeliście co on powiedział? – denerwował się Morawiec – Zobaczy jutro co z nami zrobi…
- Dziwny człek, ale musimy uważać. Jest królem tych dzikusów, więc musimy się z nim liczyć – podsumował Baliczenko.
- Jest nas czterech, a tych dzikich może być cała masa – dodał Pastuszenko – Trzeba będzie się z tym dziadkiem ułożyć jakoś. Morawiec! Zobacz co z tym Mijagibejem! Żyje chyba, bo się rusza…

Morawiec podszedł do Tatara, który powoli dochodził do siebie po uderzeniu drągiem…




71) Kuba…

- Wszyscy szukają tych tancerek – powiedział na wstępie admirał Javier Hernandez Belicarez –Zapraszam do gabinetu Juanie Carlosie…
- Nie mogę zatem udać się do domku na plaży by je zobaczyć? – zapytał de la Montero.
- Lepiej nie, zaczekaj trochę…
- Zapłaciłem ci admirale!
- Tak, wiem. Uzbrój się w odrobinę cierpliwości, za duże zamieszanie powstało. Sama Januaria kilka razy dziennie pyta mnie o te tancerki.
- No, ale przecież mógłbym tam udać się po kryjomu…
- Poczekaj, proszę cię Juanie Carlosie. Zaczekaj aż sprawa nieco ucichnie…
- Dwa dni! Dwa dni i chcę je odwiedzić!

Obie porwane tancerki: Angelina Dudeiros i Sievioretta przetrzymywane były w domku na plaży i starannie pilnowane przez zaufanych żołnierzy Belicareza: Hilario i Ignacio.

- Już prawie tydzień nas tu trzymają! – wściekała się Dudeiros – Kto mógł nas porwać?
- Pewnie za jakiś czas się okaże … - odparła ze spokojem Sievioretta.
- Musimy uciekać! Słyszysz?! – zawołała Angelina.
- Pilnują nas…
- Musimy coś wymyślić! Nie mam zamiaru tu dłużej siedzieć!
- Na zewnątrz jest dwóch uzbrojonych drabów… Jak uciekniesz?
- Kim oni są?
- Nie mam pojęcia!

Dziewczyny długo jeszcze tak rozmawiały, tymczasem na zewnątrz pilnujący ich żołnierze także wdali się w rozmowę…

- Żadnych wieści od admirała… Nie dziwi cię to Hilario?
- Trochę…
- Może by tak jeden z nas wrócił do zamku po nowe instrukcje?
- Zwariowałeś? Chcesz, żeby nas Belicarez zabił? Kazał pilnować do odwołania to pilnujmy!
- Może i masz rację…
- Mam!

Tymczasem kilkanaście kilometrów dalej pojawiła się grupa ludzi, którzy w żaden sposób nie pasowali do XVI wiecznych realiów … Nie mogli pasować, bowiem byli z XX wieku… Był to sturmbannfuhrer Otto Bauer z grupą esesmanów, którzy zostali wysłani z misją zdobycia nowej broni… Profesor Loewenbringer musiał popełnić jakiś błąd w obliczeniach, bowiem zamiast wylądować w 1974 roku kabina czasu trafiła do 1526 roku. Niemal 450 lat wcześniej niż planowano… (nawiązanie do 64 części).

- Obersturmfuhrer! Do mnie! – rozkazał dowódca.
- Jestem! – błyskawicznie zgłosił się doń Hermann Roede.
- Gdzie jesteśmy?
- ??? Też chciałbym to wiedzieć…
- Weź dwóch ludzi i sprawdź najbliższą okolicę!

Dwie minuty później Roede biegł już z Schymannem i Halberstamem, żeby wypełnić rozkaz. Wrócili po godzinie…

- Nic nie znaleźliśmy, żadnych śladów…
- Nic? Żadnych ludzi, budynków?
- Nic!
- Ciekawe… Gdzie my do diabła trafiliśmy? Niemożliwe, żeby przez 30 lat (major nie wiedział jeszcze, że misja trafiła nie do 1974 roku…) świat tak się zmienił… W sumie to nie wiemy przecież jak długo trwała wojna… Idziemy całą grupą, w końcu musimy znaleźć jakichś ludzi i budynki!

Niemcy posuwali się wolno, cały czas zachowując najwyższą ostrożność i ciszę…

- Achtung! – szepnął nagle najdalej wysunięty Zimmermann – Mały dom przed nami!

Niemcy momentalnie padli na ziemię… Dwóch ludzi zaczęło czołgać się w tamtym kierunku… Kwadrans później wrócili…

- Dwóch dziwnie ubranych ludzi kręci się przed tym domem…
- Co znaczy dziwnie ubrani?
- Tak, jakby z jakiegoś teatrzyku…
- Mają broń?
- Jakieś śmieszne pukawki…
- Dziwne to wszystko. Dobrze się spisałeś Hausmann! Weź Neumanna, Bringsheima i Kastermeira! Tylko ich nie zabijajcie, żywych pojmać!

Wymieniona czwórka zaczęła czołgać się w kierunku domu, chwilę później pozostali poszli w ich ślady…
Kilka minut później Hilario i Ignacio zostali obezwładnieni… Hiszpanie byli w szoku, przerażały ich zwłaszcza karabiny maszynowe Niemców…

- Kim jesteście? – zapytał major Bauer.

Hiszpanie spojrzeli po sobie, ale nic nie zrozumieli…

- Schymann!

W tym samym momencie Hilario został uderzony pięścią w twarz i stracił przytomność…

- Ile razy mam ci mówić, że nie aż tak mocno! – zdenerwował się Bauer.
- Przepraszam panie sturmbannfuhrer…
- Ty! – major zwrócił się do Ignacio – Gadaj kim jesteście, bo też oberwiesz!

Hiszpan nic nie zrozumiał, bał się za to strasznie…

- Czego wy od nas chcecie? Kim jesteście?

Bauer przysłuchiwał się wypowiedzi, po czym zapytał Roede…

- Co to za dziwny język? Roede znasz podobno wiele języków…
- Hmm… Dziwnie brzmi… Jakby hiszpański lub portugalski… Ale nie do końca…
- 30 lat minęło… Niby nie wiele, a jednak… Zapytaj go kim są.

Roede spełnił rozkaz i zwrócił się do więźnia po hiszpańsku… Tamten trochę zdziwiony, ale większość zrozumiał…

- Jesteśmy  żołnierzami admirała Javiera Hernandeza Belicareza!
- Hiszpanie?
- Tak! Jesteśmy Hiszpanami! Dlaczego nas pojmaliście? Kim wy w ogóle jesteście? Żądam uwolnienia!
- Milcz! My zadajemy pytania!

Ignacio wciąż awanturował się, więc Bauer zawołał…

- Schymann!

I kolejny więzień stracił przytomność…

- Człowieku! Lżej! – zdenerwował się major.
- Przepraszam… Jakiś delikatny trafił się…
- Przeszukać dom! – zawołał major.

Chwilę później z domu zostały wyprowadzone dwie kobiety…

- A to kto znowu? – zdziwił się Bauer – Roede zapytaj je który mamy rok!

Kobiety były bardzo przestraszone widokiem esesmanów… Porucznik Roede musiał kilka razy powtarzać pytanie zanim do nich dotarło…

- 1526 – odparła Sievioretta.
- Uciekajmy! – rzuciła się nagle do ucieczki Dudeiros, ale szybko została pochwycona…

Major dał znać porucznikowi, żeby na chwilę poszli na bok…

- Dobrze przetłumaczyłeś? Przecież jakby to była prawda to jesteśmy w XVI wieku!
- To by tłumaczyło te ich stroje i broń…

Rozmowę przerwał krzyk kobiet… Okazało się bowiem, że przerwę na rozmowę dowódców chciał wykorzystać Flothedonner, który chwycił Dudeiros i wbiegł z nią do środka, a tam szybko rozerwał jej ubranie i… Dowódcy wbiegli za nim…

- Flothedonner! Nie waż się!

Szeregowy natychmiast odskoczył od kobiety i szybko wybiegł z domu… Dowódcy także wyszli na zewnątrz… Porucznik pozwolił by Sievioretta weszła do wewnątrz…


- Niech nikt nie waży się tknąć tych kobiet! –grzmiał major Bauer – Jeżeli ktoś złamie rozkaz zostanie rozstrzelany!

* Sturmbannfuhrer - major
** Obersturmfuhrer - porucznik


72) Floryda…

Bachula prowadził związane kobiety: Kate Italian i Malwę Topollani… (powiązane z częścią 61). Szedł po śladach, aż doszedł do … jaskini.

- Tu pewnie schowałyście skarb Belicareza!
- Nic ci nie powiemy dziwolągu! – żachnęła się Kate.

Bachula nie odparł nic, wszedł szybko do jaskini…

- Myślisz, że znajdzie? – zapytała Malwa.
- Musiałby być ślepy, gdyby nie znalazł… Przecież skrzynia leży centralnie pod ścianą…
- No tak! Gdzie ten Tom?! Zawsze gdzieś polezie, gdy jest potrzebny!


Po kwadransie Bachula wyszedł z jaskini ciągnąc za sobą coś ciężkiego…

- No to moje panie! Pierwsze zadanie wykonane!
- Skoro posiadłeś już kosztowności Belicareza to może nas wypuścisz? – zapytała Malwa.
- Żartujesz sobie. Skarb i my wszyscy wracamy na Kubę!

Malwa miała już coś odpowiedzieć, ale Kate dała jej znak, że nie ma to sensu…

- Spróbujemy go uwieść? – zaproponowała Malwa.
- Jest stary i brzydki… - odpowiedziała z niechęcią Kate.
- Wolisz wrócić do tego drania Belicareza? Nie wiadomo co z nami zrobi…

Rozmowę kobiet przerwało wołanie…

- Hej! Ty dziadzie jeden! Zostaw moje kobiety!
- To Tom! – ucieszyła się Kate.

Głos dochodził z góry, ale nie było nikogo widać… Bachula błyskawicznie odskoczył od skrzyni i szybkimi susami pędził w górę…

- No, nie wiem… - zmartwiła się Malwa – czy Tom da sobie z nim radę. Ten staruch jest niezwykle silny i szybki, jakaś moc jest w nim…

Za chwilę rozległy się odgłosy walki, która trwała niespełna kilka minut, a zaraz potem wrócił Bachula…

- Ty draniu! – naskoczyły nań kobiety – Zabiłeś go!
- Jeszcze chyba żyje… ale pewnie niedługo…
- Malwa! – syknęła cicho Kate – Nie dajmy mu satysfakcji… Nie odzywamy się do dziada… Żadnego uwodzenia! Już wolę tego wstrętnego admirała!

Kilka godzin później wszyscy znaleźli się niedaleko plaży…

- Już wieczór… - powiedział Bachula – Przenocujemy tutaj, a rano popłyniemy na Kubę… Admirał ucieszy się bardzo na widok swojego skarbu, no i z faktu ujęcia cyrkowców-złodziejaszków... Ha ha ha

Tymczasem ranny Tom Michael leżał wciąż nieprzytomny… Tajemnicze dwie postacie podniosły go z ziemi i zabrały ze sobą…




73) Późnym wieczorem doszło do spotkania Jana Pratelickiego z wodzem Apaczów Mescalero Śmiałym Lisem. Bez większych problemów uzgodnili szczegóły jutrzejszej „małej bitwy” nad Tęczowym Potokiem… 

Stanęło na tym, że skoro świt wyjść naprzeciw siebie ma po dwudziestu wojowników z każdej ze stron, zakazane jest używanie broni palnej i łuków. Poza tą walką obie strony zobowiązały się do nie podejmowania żadnych wrogich kroków do końca dnia…

Noc szybko minęła… Punktualnie o wschodzie słońca Pratelicki na czele wybrańców pojawił się nad Tęczowym Potokiem… Wraz z nim stawili się: polscy szlachcice: Rafał Kobyłecki, Robert Pachocki, Jan Podkański, Kazimierz Barowski, dwóch Tatarów, dwóch Polomanczów, dwóch Germanopaczów, dwóch Kozakezów i ośmiu Komanczów, ale przebranych tak, żeby nie uchodzić za przedstawicieli tego plemienia… Naprzeciw nim wyszedł Apacz Mokre Drzewo i 19 Indian, poza dwoma Paunisami, byli to też Apacze.

Obie grupy patrzyły na siebie w napięciu i czekały na wyraźny sygnał od Śmiałego Lisa oznajmiający rozpoczęcie walki… Wódz Mescalero nie spieszył się z sygnałem, co wykorzystał młody Mokre Drewno wysuwając się przed swoją grupę i głośno wołając:

- Niedługo skalp wodza odszczepieńców zawiśnie u mojego pasa! – prowokował Pratelickiego – Mam nadzieję, że nie uciekniesz jak kojot z pola bitewnego?

Pratelicki uśmiechnął się, ale wiedział, że musi odpowiedzieć…

- Mokre Drewno gada więcej od starych bab! Prawdziwi wojownicy walczą, a nie wciąż gadają!

Młody Apacz miał już coś odpowiedzieć, ale Śmiały Lis dał w tym samym momencie sygnał do rozpoczęcia walki… Obie grupy z impetem ruszyły chcąc jak najszybciej zaatakować przeciwnika… Pierwsi do siebie doskoczyli Mokre Drewno i Pratelicki, żaden już nie był skory do rozmowy, teraz każdy z nich chciał jak najszybciej poczuć krew wroga… Młody Indianin z pasją rzucił się na Polaka, ale po kilkunastu zamachach tomahawkiem poczuł, że trafił na godnego rywala… Pratelicki przewidział taki scenariusz i przez pierwsze minuty walki skupił się wyłącznie na obronie, chcąc zmęczyć Apacza, następnie błyskawicznie przeszedł do ataku i tylko znakomity refleks ocalił Mokre Drewno od potężnego ciosu, który niechybnie rozpłatałby mu głowę… Od tej chwili Apacz postanowił walczyć zdecydowanie bardziej ostrożnie…

Obok w sporych opałach znalazł się Pachocki, który został zaatakowany z furią przez dwóch wrogów, a wynikało to z tego, że jeden z Apaczów natychmiast zabił Tatara… Rywalami Polaka byli dwaj doświadczeni wojownicy Apaczów: Twarda Czaszka i Wielki Grzbiet…

- Panie Pachocki! Radzisz sobie? – wołał znajdujący się kilkanaście metrów dalej Kobyłecki.
- Póki co… Tak! Ale nie wiem jak będzie dalej! Atakuje mnie dwóch drani…
- Widzę! Postaram się szybko pokonać swojego Apacza i przyjdę z pomocą!
- Czekam, mam nadzieję, że zdążysz!

Kobyłecki jednak przeliczył się oczekując, że szybko poradzi sobie z rywalem… Jego przeciwnikiem był słynny Paunis Wielkie Czoło, który był zaprawiony w walce jak mało kto, przy tym walczył bardzo dobrze w defensywie i ciężko było go zaskoczyć…

Po kwadransie sytuacja na polu bitwy wyglądała podobnie jak na początku… Z jednej strony zginęło dwóch Apaczów, a z drugiej śmierć poniósł Tatar i Kozakez… Zaczynało dawać o sobie zmęczenie, nikt się bowiem nie oszczędzał, jeden błąd mógł zadecydować o utracie życia… Z minuty na minutę zwiększała się przewaga grupy Pratelickiego, niemal równocześnie padło martwych kilku Apaczów… Pachocki, mimo przewagi swoich, wciąż zmagał się z dwoma wrogami… Można powiedzieć, że wysiłek tego człowieka dał początek sukcesowi w bitwie…

Apacze zgromadzeni wokół Tęczowego Potoku mieli coraz bardziej markotne miny, bowiem coraz bardziej jasna stawała się porażka ich reprezentantów w „małej bitwie”… Wielkie buczenie rozległo się w chwili, gdy Pratelicki tomahawkiem rozpłatał głowę Mokremu Drewnu… Chwilę później Pachocki przebił serce Twardej Czaszce… Dominacja przeciwnika nie mogła spodobać się Apaczom… Widział to wszystko wódz Śmiały Lis i dał znać swoim ludziom by panowali nad swoimi emocjami… Chwilę później Kobyłecki zabił Wielkie Czoło… Nadzieje Apaczom dało jeszcze zwycięstwo ich reprezentanta, Czarnego Dzika nad drugim z Tatarów, a chwilę później ten sam wojownik zabił jeszcze Germanopacza Czerwonego Łosia… Ryk radości Apaczów brzmiał tylko chwilę, bowiem dosłownie kilka sekund później Czarny Dzik został ugodzony w serce przez Kobyłeckiego… Jeszcze kilka minut i porażka Apaczów stała się faktem… Zwycięstwo było wielkie, straty nieznaczne – śmierć poniosło dwóch Tatarów, jeden Kozakez i jeden Germanopacz… 16 przeżyło… Apacze musieli znieść gorycz porażki, najchętniej natychmiast rzuciliby się na wrogów… Śmiały Lis wyszedł w pole w kierunku Pratelickiego, pogratulował mu zwycięstwa… Polak czuł, że wódz gratuluje mu szczerze, ale jednocześnie wiedział, że Apacze nie spoczną by pomścić dzisiejszą zniewagę… Czyli było jasne, że już jutro otwarcie wystąpią przeciw nim… Apacze wciąż nie wiedzieli ilu Komanczów jest z nimi, ale było to już drugorzędną sprawą w porównaniu z chęcią rewanżu za dzisiejszą porażkę…


Tymczasem pod Górą Niedźwiedzią…

- Jutro rano rozpoczniemy wielką ofensywę! – grzmiał konkwistador Jose Manuel Bakuleros – Zabijemy ich wszystkich! Jednego tylko oszczędzimy, by nam drogę do złota pokazał! Gdy już to zrobi i on zakończy swój marny żywot!
- Tam są kobiety i dzieci… - wtrącił się Pablo Vincento Magieros – Je te karzesz zabić?
- Tak! Po co komu dzicy? Przez nich życie straciło wielu naszych ludzi, musimy się zemścić!

Kwadrans później do obozu Hiszpanów wjechała grupa pościgowa wysłana za dezerterami…

- Przykro mi Jose Manuelu – odparł Juan Carlos Soldado – nie udało nam się pojmać dezerterów…
- Aha… Powiesić!
- ? – zdziwił się Jose Fortezes – Chcesz powiesić ich wszystkich?
- Nie. Tylko dowódcę grupy, nieudacznika!
- Panie Bakuleros! Starałem się! Zgubiliśmy trop! Nie znamy terenu! Co miałem robić? – tłumaczył się zrozpaczony Soldado.
- Dobrze, zmieniam zdanie – odparł Bakuleros – Podczas jutrzejszego szturmu pójdziesz w pierwszym szeregu!


Tymczasem dezerterzy z oddziału Bakulerosa: Hiszpan Carlos Miguel Veron i Włoch Rafael Borciotto po zgubieniu grupy pościgowej postanowili jakiś czas odpocząć…

- Czas odpocząć wreszcie drogi Carlosie! – westchnął Borciotto.
- Odpoczywaj, czas na pożegnanie!
- Nie rozumiem…
- Zbyt długo już przebywamy w swoim towarzystwie Rafaelu, czas rozłączyć się!
- Ale po co? Razem mamy większe szanse na przeżycie…
- To ty tak twierdzisz… Żegnaj!

Veron zniknął w zaroślach…

- Żartowniś z tego Verona … - powiedział sam do siebie Borciotto – Ledwie żywy jestem po tylu dniach jazdy, a temu jeszcze żarty w głowie…

Minęło kilka godzin, a Veron wciąż nie wracał…

- Chyba jednak nie żartował… - zasmucił się Borciotto – Cóż, trzeba będzie sobie radzić samemu… Może wróci jeszcze jutro z podkulonym ogonem…

Tymczasem porwany włoski medyk Gianluca Faracini znalazł się w wiosce tajemniczych Indian… Traktowali go dobrze, więc nie bał się o życie, ale bariera językowa nie pozwalała dowiedzieć się czemu właściwie został porwany… Rano po Faraciniego przyszło dwóch wojowników… Zaprowadzili go do wigwamu, który wyróżniał się wielkością na tle pozostałych wigwamów w wiosce… Musiał więc należeć do kogoś ważnego… wodza lub szamana… W środku Faracini ujrzał leżącego na niedźwiedzich skórach starszego mężczyznę…

- Rakataka! – zawołał jeden z wojowników i z szacunkiem padł na kolana… To samo zrobił drugi Indianin… Faracini wciąż stał, ale momentalnie poczuł silne kopnięcie od tyłu, więc szybko zrozumiał, że musi też paść na kolana…

- Takanaka! – zawołali dwaj wojownicy na widok młodego Indianina, który soczystym kopniakiem zmusił Faraciniego do padnięcia na kolana…

Włoch domyślił się w lot, że kopiący Indianin musi być także kimś ważnym… Prawdopodobnie mógł być synem leżącego na skórach starszego Indianina… Medyk przypuszczał, jak się potem okazało słusznie, że starszy Indianin był wodzem, a ten co go kopnął jego synem… Jego rozmyślania przerwały słowa młodszego… Obaj wojownicy w między czasie wyszli z wigwamu…

- Te! – rozpoczął Indianin – Rakataka (pokazał na starszego) inaka velo manaka! A kaka Takanaka (tu pokazał na siebie, następnie na swój toporek) figaka mukaka!

Faracini nie do końca zrozumiał… Wiedział już jak nazywają się obaj Indianie, domyślał się, że starszy jest chory i pewnie młodemu chodziło, żeby go uleczyć, a jak nie… to toporek… Wszystko jasne!
Młodszy Indianin wyszedł z namiotu pozostawiając Faraciniego sam na sam z chorym Indianinem… Włoch długo zastanawiał się jaką terapię zastosować, zwłaszcza że nie miał zbytnio możliwości porozmawiania z pacjentem… To znaczy raz spróbował, ale usłyszał tylko…

- Rakataka! A kuku kaka!

Medyk próbował rozebrać Indianina by zobaczyć czy przypadkiem nie jest on ranny, ale poskutkowało to tylko tym, że stary zaczął drzeć się głośno, po czym wpadł do wigwamu Takanaka i Faracini znowu zarobił kopniaka w plecy…

- Nie ma co! Jak tu leczyć?

Skoro nie mógł za bardzo zdiagnozować choroby postanowił działać profilaktycznie, czyli leczyć ziołami… Rozpalił szybko małe ognisko, pierwsze co zrobił to naparzył mieszankę ziół przyspieszających sen… Gdy już Indianin zasnął, medyk zabrał się szybko do dzieła, oglądnął pacjenta, ale nigdzie nie znalazł żadnych ran…

- To chyba ze starości… - rzekł do siebie – Co robić? Lewatywa! Nie zaszkodzi… Potem inne zioła!

Zabiegi Faraciniego trwały już dwa dni… Takanaka wchodził do wigwamu co kilka godzin, ale już nie kopał Włocha… Stary spał cały czas, młody Indianin ograniczał się więc do sprawdzenia czy żyje… Nie omieszkał za każdym razem wskazać na toporek, dając wyraźnie do zrozumienia medykowi co go czeka na wypadek śmierci starego…

Niedaleko wioski tajemniczych Indian kręcił się inny Włoch Camille Steckozini...

- Bakuleros nie przejmuje się tym, ale ja cię odnajdę rodaku! - mówił sam do siebie - Czuję, że jesteś gdzieś w pobliżu...