Mill

City

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

niedziela, 30 marca 2014

Galeria Absurdów Bogdana Zdanuczyka (13)


Demografia - Ile żyli królowie Polski?

Zabawmy się trochę w demografię... Ile żyli królowie Polski? Który najdłużej, a który najkrócej?

Podkreślić należy, że do poniższej analizy nie braliśmy wszystkich władców Polski, ale tylko koronowane głowy (królowie)... Dlatego odpadł np. Mieszko I, który był księciem Polski... Nie zostali wzięci pod uwagę także Czesi (Wacław II i III), którzy sami - można tak rzec - koronowali się... Nie są też uwzględnieni carowie rosyjscy, którzy często nadawali sobie tytuł króla Polski (okres zaborów).

Najdłużej z królów Polski żył Stanisław I Leszczyński - aż 89 lat, następnie Zygmunt I Stary - 81 lat... Jagiellon otrzymał nawet odpowiedni przydomek, bowiem w tamtych czasach (XVI wiek) średnia długość życia była znacznie niższa. Najkrócej z kolei żył Władysław II Warneńczyk - tylko 20 lat, ale było to spowodowane śmiercią w bitwie pod Warną. Krótko żył też Michał Korybut Wiśniowiecki (syn słynnego Jeremiego) - 33 lata.

Długość życia królów Polski:

1. Stanisław I Leszczyński - 89 lat
2. Zygmunt I Stary - 81
3. Władysław IV Łokietek - 73
4. Władysław II Jagiełło - 72
5-6. August III Sas i Jan III Sobieski - po 67
7-8. Stanisław II August Poniatowski i Zygmunt III Waza - po 66
9. Kazimierz IV Jagiellończyk - 65
10-11. August II Mocny i Jan II Kazimierz - po 63
12. Kazimierz III Wielki - 60
13. Bolesław I Chrobry - 58
14. Ludwik Węgierski - 56
15-16. Stefan Batory i Władysław IV Waza - po 53
17. Zygmunt II August - 52
18. Aleksander Jagiellończyk - 45
19. Mieszko II Lambert - 44
20. Jan I Olbracht -42
21-22. Bolesław II Śmiały (Szczodry) i Przemysł II - po 39
23. Henryk Walezy - 38
24. Michał Korybut Wiśniowiecki - 33
25. Władysław III Warneńczyk - 20

sobota, 22 marca 2014

Epopeja polsko-indiańska (64)

Mała miejscowość pod Berlinem, luty 1944 rok…

Pod malowniczo usytuowaną willę podjechał czarny mercedes 260D. Po chwili wysiadło z auta dwóch mężczyzn, którzy szybko weszli na posesję i zatrzymali się dopiero pod samymi drzwiami. Wyższy zapalił papierosa i rozpoczął rozmowę…

- To już dzisiaj Hermann!
- Wiem Otto, wiem!
- Myślisz, że eksperyment uda się?
- Oby! Wszyscy wiemy, że przegrywamy tę wojnę…
- Poza Fuhrerem…

Nagle drzwi uchyliły się i wyjrzał z nich młody, drobny mężczyzna…

- Kwadrans do rozpoczęcia panowie!
- Dobrze Hans! Zaraz przyjdziemy… Profesor już jest?
- Tak, już od godziny. Sprawdza po raz kolejny ustawienia…
- A pułkownik Schminkel?
- Przyjechał tuż przed wami.

Major Otto Bauer wypalił jeszcze jednego papierosa, następnie razem z porucznikiem Hermannem Roede weszli do środka…

Chwilę później wszyscy byli już na miejscu. Pułkownik Albert Schminkel uznał za stosowne wygłosić krótką przemowę…

- Jesteśmy świadkami historycznej chwili! Za kilka minut misja pod dowództwem majora Otto Bauera uda się w przyszłość by zdobyć nowoczesną broń.  Pozwoli to III Rzeszy wygrać wojnę, pokonamy i Sowietów i aliantów, a Niemcy będą panować nad całym światem! Nasz fuhrer – Adolf Hitler poprzez moją osobę pozdrawia śmiałków i czeka na pomyślne zakończenie misji. Czy są jakieś pytania?

Nastała chwila ciszy…

- Skoro nie ma pytań to niech uczestnicy misji zajmą miejsca w kabinie, a profesor po raz ostatni sprawdzi ustawienia i rozpocznie przygotowania do startu!

Członkowie misji w składzie: wspomniani już major i porucznik oraz dziesięciu specjalnie wyselekcjonowanych esesmanów zajęło miejsca w kabinie.

- Czy wszystko w porządku profesorze Loewenbringer?
- Tak!
- Niech startują!
- 10, 9, 8… 1, 0! START!

Kabina zniknęła…

- Do którego roku ich wysłaliśmy? – zapytał po chwili pułkownik – bo zawsze zapominam…
- Tak jak było ustalone z fuhrerem – wyjaśnił profesor – do 1974! Hitler uznał, że przez trzydzieści lat technologia wojenna posunie się tak do przodu, że zdobyta broń w naszych realiach będzie zabójcza.


Pułkownik pożegnał się i pośpieszył na spotkanie z Hitlerem oraz innymi ważnymi dygnitarzami III Rzeszy. Był zadowolony z pierwszego etapu, teraz pozostawało tylko poczekać na powrót grupy Bauera. Schminkel nie martwił się bardzo o powodzenie, major został wybrany do tej misji nieprzypadkowo, nadawał się idealnie. Jako jedyny przeszedł wszystkie testy sprawdzające przydatność do tejże misji. Pułkownik nie wiedział tylko o jednym… Mimo specjalnych środków ostrożności, niesamowitej selekcji uczestników w kabinie znalazł się… sowiecki szpieg. 

poniedziałek, 17 marca 2014

Epopeja polsko-indiańska (63)

Kontynent północnoamerykański...

Obóz hiszpańskiego oddziału pod wodza Jose Manuela Bakulerosa...

Camille Steckozini w ciszy delektował się winem, gdy nagle dostrzegł dwie postacie przemykające między namiotami... W pierwszej chwili miał ruszyć w tym kierunku, ale zaraz potem zrezygnował z tego pomysłu...

- A co mnie to obchodzi? Przecież są straże... - rzekł do siebie i wrócił na miejsce.

Tajemnicze postacie wydostały się poza obóz. Zastanawiająca była łatwość z jaką można było opuścić obóz... Straże najwidoczniej spały lub były niezbyt czujne...

- Słuchaj Carlos! Od teraz jesteśmy dezerterami!
- Tak wiem Rafaelu.
- Rozumiesz co nam grozi w przypadku ujęcia?
- Rozumiem! Bakuleros każe nas powiesić!
- Idziemy czy wracamy?
- Idziemy! Nie będzie nami więcej poniewierać ta kanalia!

Obie postacie ruszyły dalej, po drodze kradnąc konie z pobliskiego pastwiska... W ten sposób pierwszymi dezerterami z oddziału Bakulerosa zostali: Hiszpan Carlos Miguel Veron i Włoch Rafael Borciotto...

sobota, 15 marca 2014

Epopeja polsko-indiańska (62)

Kontynent północnoamerykański…

- Apacze! Apacze idą! – darł się Jan Daniel Rożnawski biegnąc w stronę ogniska przy którym siedział dowódca I wyprawy Michał Potylicz w towarzystwie Jana Pratelickiego i wodza Komanczów Samotnego Wilka.
- Milcz! – zawołał wściekle Komancz – tylko stare baby wrzeszczą na wojennej ścieżce!

Rożnawski wyraźnie zażenowany nie wiedział co odpowiedzieć na ten atak… Wyratował go z opresji Potylicz zadając pytanie…

- Ilu ich jest?
- Sześciu…
- To o co tyle krzyku? – śmiał się Pratelicki – to pewnie zwiadowcy…
- Nie – wtrącił się Germanopacz Ciężka Ręka niespodziewanie pojawiając się, czym wzbudził wielki podziw Samotnego Wilka – wydaje mi się, że to posłańcy.
- Posłańcy? – zdziwił się Pratelicki – do kogo niby?
- Do nas.
- Gdzie ich widzieliście? – zapytał wódz Komanczów.
- Niedaleko stąd. Wyraźnie nas szukają…
- Skoro tak to przyprowadźcie ich do nas… - skwitował Pratelicki.

Kwadrans później dwóch Apaczów, pozostali musieli poczekać, zbliżyło się do ogniska… Brakowało przy nim wodza Komanczów, a zamiast niego pojawił się Kozak Jurko.

- Siadajcie! – rzekł na wstępie Pratelicki.
- Wodzowie Apaczów przysłali nas na rozmowę – rozpoczął starszy Indianin – Ja nazywam się Biała Sowa, a ten młody, ale już słynny wojownik, to Mokre Drzewo…
- Wiele lat już żyję na tym świecie – odparł ze śmiechem Pratelicki – ale nie słyszałem o Mokrym Drzewie… Widocznie nie jest tak słynny za jakiego się uważa…
- Mokre Drzewo jest niezwyciężony! Zdobył wiele skalpów na wrogach i dokonał wielkich czynów! – uniósł się młodzieniec.
- Nie słyszałem – skwitował krótko Polak – A ty Jurko słyszałeś?
- Też nie!

Mokre Drzewo uczynił krok jakby miał ruszyć na Pratelickiego, ale błyskawicznie powstrzymał go Biała Sowa. Cofnął się, ale nie omieszkał zaatakować Polaka słownie…

- Nasi wodzowie chcą otwartej bitwy z wami! Chyba, że tchórz was nie opuści by podjąć takie wyzwanie i nadal będziecie kąsać z ukrycia!
- To Apacze działają w sposób typowy dla tchórza – odpowiedział spokojnie, ale butnie zarazem Pratelicki – próbowali nas zaskoczyć w wiosce, nie zawiadamiając o wykopaniu topora wojennego! Czy tak postępują prawdziwi wojownicy?
- Wiemy, że są z wami Komancze! Ilu ich jest? – zawołał Mokre Drzewo.
- A kim ty jesteś, żeby mówić do mnie takim tonem? Jestem wodzem Polomanczów, a ty kim?
- Jesteś wodzem odszczepieńców!
- Niech Apacz baczy na to co mówi, bo zapomnę, że jesteś posłańcem!
- Wszystkich was zabijemy! Wasze skalpy ozdobią nasze pasy!
- Dość tego! Mów co ci kazali wodzowie albo zamilcz i odejdź!
- Kto Mokremu Drzewu zabroni?
- Ja!
- Nie boję się ciebie! Mokre Drzewo nikogo się nie boi!

Starszy Indianin dał mu znać, że teraz on będzie prowadził rozmowę…

- Nasi wodzowie chcą walki. Proponują po dwudziestu wojowników z każdej strony, broń dowolna, ale bez używania długich grzmiących kijów i łuków.
- Co da zwycięstwo w tym starciu? – zapytał rzeczowo Jurko.
- Tego wodzowie nie powiedzieli… Walka odbyłaby się jutro o wschodzie słońca nad Tęczowym Potokiem obok Lisiej Skały. Wybrani wojownicy będą walczyć, a reszta może przyglądać się…
- Kto nam zaręczy, że nie uderzycie na nas skrycie?
- Do końca dnia obie strony nie mogą podjąć żadnych wrogich kroków.
- Jeszcze jedno…
- ?
- Chcę walczyć z tym pyszałkiem! – Pratelicki wskazał wymownie na Mokre Drzewo.
- Rozgniotę cię jak robaka! – wrzasnął zaczepiony.
- Chcę spotkać się z… ze Śmiałym Lisem… Nie słyszałem, żeby złamał kiedykolwiek dane słowo. Z nim ustalę szczegóły.
- Przekażę to Śmiałemu Lisowi, jak i pozostałym wodzom. Gdzie i kiedy mielibyście się spotkać?
- Skoro bitwa ma odbyć się jutro o świcie to spotkam się z wodzem Apaczów Mescalero dzisiaj o zachodzie słońca. W tym miejscu, gdzie ma się odbyć jutrzejsza bitwa.
- Przekażę. Myślę, że Śmiały Lis zgodzi się na spotkanie.
- Będę czekał. Sam i mam nadzieję, że wódz także przyjedzie sam.

Apacze odeszli.

- Pojawia się pytanie – rozpoczął Potylicz – czy można im ufać?
- Tego nigdy do końca nie wiadomo, ale Indianie z reguły dotrzymują umów… Obawiam się czegoś innego… - odpowiedział Pratelicki.
- Tak?
- Ta mała bitwa ma służyć przede wszystkim temu by Apacze zorientowali się ilu nas jest… Chcą wiedzieć ilu jest z nami Komanczów…
- Jak wygląda okolica wokół Tęczowego Potoku?
- No właśnie jest to teren dość otwarty. Celowo wybrali to miejsce, żeby nas policzyć. Gdy zorientują się, że mają znaczną przewagę to jutro jeszcze nie zaatakują, ale następnego dnia już tak…
- Co proponujesz?
- Z jednej strony myślę, że lepiej by nad Tęczowym Potokiem nie było Komanczów, ale z drugiej żeby byli… Sam nie wiem co lepsze…
- Uważam, że Komancze nie powinni z nami iść. Musimy trzymać Apaczów w ciągłej niepewności.
- Chyba masz rację, ale teraz przekonaj jeszcze Samotnego Wilka… Właśnie tutaj zmierza…
- A, właśnie! Kogo wystawimy? Bo rozumiem, że spotkanie z tym Śmiałym Lisem to tylko formalność?
- Ja będę walczył na pewno, w końcu wyzwałem Mokre Drzewo.
- Moi ludzie też będą walczyć!
- Cieszy mnie to.
- Nie boisz się tego Apacza?
- Mokre Drzewo? Bądź spokojny…
- Trochę martwię, widziałeś sam, że to potężne chłopisko…
- Myślę, że poradzę sobie z nim.

Długo jeszcze trwała narada kogo wystawić. Samotny Wilk wściekał się, że Komancze nie będą mogli udać się nad Tęczowy Potok, ale w końcu dał się przekonać. Wódz wymógł jednak, żeby jego wojownicy także mogli wziąć udział w małej bitwie.

Ostatecznie stanęło na tym, że wytypowano ośmiu Komanczów, dwóch Polomanczów, dwóch Germanopaczów, dwóch Kozakezów. Pozostałych sześciu miał wystawić Potylicz. Chętnych nie brakowało, w końcu dowódca postanowił, że Polskę reprezentować będą: Rafał Kobyłecki, Robert Pachocki, Jan Podkański i Kazimierz Barowski oraz dwóch Tatarów.

- Wilhelmie! Powiedz im, że ja też chcę walczyć! – wołał Hiszpan Pablo Madeiros (były strażnik więzienny)
- Już postanowione – odparł kapitan Wilhelm Rokosz – trzeba było zgłosić się wcześniej.
- A skąd mogłem wiedzieć? Nie rozumiem jeszcze po polsku…

Do Kobyłeckiego i Pachockiego podszedł Jan Daniel Rożnawski…

- Podziwiam was! Żeby iść bić się z dzikimi…
- Ktoś musi! – odparł spokojnie Kobyłecki.
- A ty czemu nie zgłosiłeś się Jasiu? – zaczepił Rożnawskiego Pachocki.
- Ja?
- No, no…
- Yyyy… Nie zdążyłem.
- Jak to nie zdążyłeś? Wszyscy o tym trąbili od dwóch godzin!
- Byłem na spacerze…
- Szukał szczęścia w zaroślach, ha ha ha – śmiał się Kobyłecki.

Godzinę przed zachodem słońca Pratelicki odjechał na spotkanie z wodzem Apaczów…

Tymczasem w okolicy wioski Polomanczów pod górą Niedźwiedzią…

- Co robimy? – zapytał Jose Fortezes.
- A co mamy robić? – odparł wściekle Jose Manuel Bakuleros – trzeba ich wszystkich zabić!
- Niepotrzebnie straciliśmy tylu ludzi, wielu też jest rannych…
- Dlatego tym bardziej te dzikusy muszą za to zapłacić! Zabijemy ich wszystkich! Nie! Jednego zostawimy żywego, doprowadzi nas potem do złota! A potem i jego zabijemy!
- Skąd pewność, że oni mają złoto?
- Czuję to! To złoto jest już moje!
- Twoje? A Belicarez?
- No dobrze… Nasze! Hej Juan! Przyślij mi tutaj szybko tego włoskiego medyka! Znowu mnie boli!

Chwilę później Włoch Gianluca Faracini przyszedł do namiotu Bakulerosa…

- Jestem!
- No nareszcie! Dłużej się nie dało?! Naparz mi tych ziół co ostatnio, bo mi pomogły. Jak ranni?
- Właśnie od nich wracam…
- No i?
- Kilku zmarło, nic nie mogłem zrobić. Jeszcze nie wiem co będzie z Carlosem Vivasem, a reszta jest w stabilnym stanie.
- Parz te zioła! Boli mnie strasznie!

Faracini naparzył zioła, a następnie opuścił namiot konkwistadora i udał się jeszcze raz do rannych. Po stwierdzeniu, że wszystko jest w porządku udał się w kierunku swojego namiotu…

- Jak tam Gianluca? – zapytał napotkany po drodze Włoch Camille Steckozini.
- Ciężki dzień miałem, idę spać, bo padam na brodę…
- Dobranoc w takim razie.
- Dobranoc.

Medyk jeszcze na dobre nie ułożył się do snu, gdy nagle dwie postacie rzuciły się na niego, a po obezwładnieniu wyniosły z namiotu…

- Uważaj, żeby mu się nic nie stało – powiedział jeden z nich w nieznanym języku – czarownik musi być żywy.
- Wiem, wiem. Idź szybko, bo nas Hiszpanie jeszcze zauważą…

Obie postacie niepostrzeżenie wyniosły Faraciniego z obozu Hiszpanów i ruszyły w ciemność…

Tymczasem Steckozini wyszedł ze swojego namiotu…

- Kurczę pieczone! Coś nie mogę spać… Szkoda, że Faracini był zmęczony, bo byśmy jakieś winko wypili, a tak to co? Wszyscy śpią, poza strażami… A co mi tam! Sam się napiję! Śpij Gianluca, bo jutro znowu do rannych pójdziesz… Niech ci się Dolores przyśni! Ha ha ha. Taki to ma dobrze, a ja? Wiecznie samotny…