Mill

City

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

sobota, 25 maja 2013

Bayern czy Borussia?

Dzisiaj wielki mecz! Wszyscy zastanawiają się czy wygra Bayern czy też Borussia... Patrząc przez pryzmat obecnego sezonu wydaje się, że większe szanse na puchar mają monachijczycy, ale dortmundczycy w poprzednich sezonach Bundesligi pokazali, że doskonale potrafią sobie radzić z Bawarczykami...

W Polsce zainteresowanie tą konfrontacją będzie również ogromne, co zrozumiałe biorąc pod uwagę, że w drużynie z Westfalii występuje trzech naszych rodaków (Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek). Dodatkowym smaczkiem tego wieczoru będzie fakt, że Lewandowski prawdopodobnie ogłosi wreszcie w jakim klubie będzie występował w przyszłym sezonie. Czy będzie to Bayern? Wszystko wskazuje na to, że jednak tak... Dlatego wszyscy będą obserwować jego grę także pod tym kątem i zastanawiać się czy wykaże odpowiednie zaangażowanie przeciw potencjalnemu pracodawcy...

Mecze Bayernu z Borussią (ostatnie trzy sezony):

Sezon 2012/2013:

Borussia - Bayern (liga) 1-1
Bayern - Borussia (liga) 1-1
Bayern - Borussia (puchar) 1-0

Sezon 2011/2012:


Borussia - Bayern (liga) 1-0
Bayern - Borussia (liga) 0-1
Borussia - Bayern (puchar) 5-2
Bayern - Borussia (superpuchar) 2-1

Sezon 2010/2011:

Bayern - Borussia (liga) 1-3
Borussia - Bayern (liga) 2-0

Ogółem 5 zwycięstw odniosła Borussia, 2 razy wygrywał Bayern, a w 2 meczach padł rezultat remisowy...

środa, 22 maja 2013

Hajto na wylocie?

Już niemal przesądzone jest pożegnanie trenera Tomasza Hajto z Jagiellonią Białystok. Wielki wpływ na to miały przede wszystkim fatalne wyniki zespołu - 4 porażki z rzędu, bilans bramkowy 0-12.

Wydaje się, że włodarze Jagiellonii nie zwalniają szkoleniowca tylko ze względu na ważny do czerwca kontrakt (odszkodowanie). Z drugiej strony trzeba też przyznać, że Hajto odniósł w tym sezonie kilka spektakularnych rezultatów, jak choćby wyjazdowe zwycięstwa z Legią Warszawa i Lechem Poznań oraz dreszczowiec ze Śląskiem Wrocław (doprowadzanie do remisu ze stanu 0-3). Warta podkreślenia jest zwłaszcza wygrana z pędzącą po mistrzostwo Legią (nikomu, poza Jagą, nie udała się ta sztuka na stadionie Legii w obecnym sezonie). Hajcie zarzuca się także osiąganie słabych wyników w Białymstoku, ale z drugiej strony Jaga radykalnie lepiej radziła sobie na wyjazdach, co wcześniej było wielką bolączką tego klubu (np. w sezonie 2008/2009 nie potrafiła wygrać meczu poza własnym stadionem). Kolejnym rodzącym się pytaniem jest - czy tylko trener jest winny? Z pewnością kilku piłkarzy Jagiellonii zawiodło pokładane w nich nadzieje, ale z drugiej strony dobór zawodników do drużyny to jednak rola trenera...

Spróbujmy porównać dokonania ostatnich trzech trenerów białostockiej drużyny (statystyka dotyczy wyłącznie spotkań ligowych). Stan: na zakończenie 27 kolejki obecnego sezonu.

Michał Probierz prowadził zespół z Podlasia w 90 spotkaniach ligowych (2008/2009 - 2010/2011).

- 34 zwycięstwa (37,78 %)
- 24 remisy (26,67 %)
- 32 porażki (35,55 %)
Bilans bramkowy: 95 - 93.

Czesław Michniewicz sterował Jagą z ławki w 17 meczach ligowych (runda jesienna 2011/2012).

- 6 zwycięstw (35,29 %)
- 4 remisy (23,53 %)
- 7 porażek (41,18 %)
Bilans bramkowy: 20 - 27.

Tomasz Hajto dowodził białostoczanami w 40 spotkaniach ligowych (runda wiosenna 2011/2012 - do chwili obecnej).

- 12 zwycięstw (30 %)
- 14 remisów (35 %)
- 14 porażek (35 %)
Bilans bramkowy: 44 - 59.

Już pierwszy rzut oka na statystyki trójki trenerskiej pokazuje, że najwięcej zwycięstw zaliczył Probierz, najmniej zaś Hajto. Popularny "Gianni" wyspecjalizował się w osiąganiu remisów i w tym elemencie bije pozostałych na głowę (aż 35 %). Z kolei najczęściej przegrywał Michniewicz, a najmniej - co ciekawe - obecny trener Jagi. Jeżeli chodzi o zdobywanie goli to jagiellończycy najlepiej sobie radzili w tym elemencie za kadencji Michniewicza (1,18 gola na mecz), za Hajty (1,10), a za Probierza (1,06). Z kolei najczęściej tracili bramki za Michniewicza (1,59 na mecz), za Hajty (1,48), a za Probierza (1,03).

Nie sposób zapomnieć, że największe sukcesy w Białymstoku związane są z Probierzem - zdobycie Pucharu Polski w sezonie 2009/2010 (także Superpuchar Polski 2010), co wiązało się z występami w europejskich pucharach. Wszystko to stało się w stolicy Podlasia po raz pierwszy w historii. Za jego kadencji Jagiellonia osiągnęła także najwyższe miejsce w ekstraklasie w historii - 4 (sezon 2010/2011).

poniedziałek, 20 maja 2013

Epopeja polsko-indiańska (38)

Gdańsk.

Wielka była radość Donieckiego na widok rycerza Krzysztofa i pozostałych, którzy zjawili się w karczmie "Pod Złotym Bocianem" cali i zdrowi.

- Cieszę się rycerzu, że się odnalazłeś! Nic ci nie jest?
- Strasznie mnie torturowali, ale byłem dzielny i nic ze mnie nie wydusili...
- Też mi tortury! Raptem dwa razy batem dostałeś... - wtrącił złośliwie Jakubiczenko.
- Widzę, że - zaśmiał się dowódca - nadal sobie słodzicie panowie... Najważniejsze, żeś żyw rycerzu, a i pozostali uszczerbku żadnego nie zaznali.

Po tych słowach Doniecki dał znać by Tomasz Szlachtowski i Mariusz Roch Kowalski poszli za nim.

- Pojedziecie zaraz na skład do Schyldera. Macie tutaj listę co trzeba zamówić. Ceny dobre uzgodnijcie, a właścicielowi powiedzcie, żeby to wszystko było gotowe za dwa dni. Ja tymczasem jadę do portu, jeszcze raz obejrzeć statek i porozmawiać z kapitanem. Gdy transporty od Schyldera zaczną nadchodzić do portu chcę byście tam byli i wszystkiego dopilnowali. Raz by sprawdzić czy Schylder wysyła co trzeba, dwa bo nie ufam temu holenderskiemu kapitanowi.

Gdy wyszli z pokoju Donieckiego Szlachtowski poczuł, że ktoś chwyta go za rękę. Zaskoczony rozpoznał szlachciankę Andżelikę Koszyńską.

- Proszę za mną panie Tomaszu...

Po chwili znaleźli się w jej pokoju...

- Nie godzi się tak wchodzić do komnaty niewiasty - powiedział zawstydzony Szlachtowski.

Kowalski, bo poszedł z ciekawości za nimi, uśmiechnął się tylko i czekał na dalszy rozwój wypadków...

- Zaraz panom wszystko wyjaśnię... Panie Tomaszu pamiętasz naszą wczorajszą rozmowę?
- Coś tam pamiętam - wybełkotał zaskoczony Szlachtowski.
- A to, że spełni pan każde moje życzenie?
- No tak, ale to jeszcze zależy jakie...
- Już wyjaśniam. Mój kuzyn, a wasz dowódca, nie chce zgodzić się na mój udział w wyprawie. To jest moje życzenie!
- ???
- Wycofujesz się waćpan?
- ??? - Szlachtowski zbladł straszliwie, nie mógł wymówić słowa, ale w końcu wypalił - To... to... niemożliwe!

Szlachcianka spojrzała na niego takim wzrokiem, że poczuł uginanie nóg...

- Doniecki mnie zabije, jak się o tym dowie... Proś o co chcesz, ale nie o to!
- Dowie się już na miejscu jak nas wszystkie zobaczy...
- Na miejscu? Wszystkie?
- Pokażcie się waćpanny!
- ???

Z sąsiedniego pomieszczenia wyszły trzy kobiety...

- Od prawej Kinga Kabatowska, Anna Żbikowska i Agnieszka Dębowska.
- Oszalałyście waćpanny! - zawołał Szlachtowski.
- Ciszej panie Tomaszu, bo jeszcze kuzyn usłyszy...
- Za mąż wam iść i dzieci rodzić - wtrącił się Kowalski - a nie szukać przygód Bóg wie gdzie!
- To jak będzie panie Tomaszu - kontynuowała Koszyńska - Jak się nie zgodzisz to obiecuję, że do końca życia słowem się do waćpana nie odezwę!

Szlachtowski nie był przygotowany na taki szantaż, czuł że zaczyna powoli ulegać, ale zdecydował się jeszcze odpowiedzieć w miarę stanowczym tonem.

- Nie mogę!

Szlachcianki odwróciły się do ściany i zaczęły płakać. Trwało to wszystko dłuższą chwilę, w końcu Szlachtowski zwrócił się do Kowalskiego.

- Ratuj przyjacielu! Co mam robić? Co mam robić?
- Rób co chcesz, jak to się wyda, a bądź pewien, że się wyda, to ja o niczym nie wiedziałem, rozumiesz?
- Jak to sobie wyobrażasz Andżeliko? - zapytał Szlachtowski.

Koszyńska odwróciła się i odparła z uśmiechem...

- Normalnie. Schowamy się w waszej kajucie i wysiądziemy dopiero na miejscu. Nie bój się, ubłagam potem Jerzego, żeby wam nic nie zrobił...
- Przypominam, że ja o niczym nie wiem - żachnął się Kowalski.
- Jak to w naszej kajucie? - zdziwił się Szlachtowski - skąd wiadomo, że będziemy mieć kajutę i ilu nas w niej zakwaterują?
- Kuzyn mówił mi, że na statku jest wiele kajut, spokojnie wystarczy by w każdej umieścić dwóch szlachciców.
- Ale nas będzie szóstka! Jak to sobie wyobrażacie?
- Normalnie. Pomieścimy się...

Obaj szlachcice wychodzili z pokoju z bardzo nietęgimi minami...

- Jak mogłeś się na to zgodzić? Przecież to szaleństwo! Wyda się prędzej czy później!
- Hmm, nie wiem, jak słyszę kobiecy płacz to nie mogę się sprzeciwić...
- One płakały na zawołanie głupcze! Ja o niczym nie wiem, pamiętaj!

Godzinę później obaj dotarli do składu Niemca Martina Schyldera. Długo nie mogli nikogo znaleźć.

- Dziwne. Nikogo nie ma... - zastanawiał się Kowalski.
- Halo! - zawołał Szlachtowski - Jest tu kto?

Za rogu ukazał się jakiś człowiek...

- Nie trzeba tak krzyczeć, głuchy nie jestem! Słucham, w czym mogę pomóc? Rafał Kafałkowski jestem.
- My od Donieckiego, duże zamówienie chcemy złożyć.
- To najlepiej prosto do Schyldera, duże zamówienia on sam realizuje.
- Gdzie jest?
- Wróci za godzinę.
- Szkoda nam czasu. Może ktoś nam poda chociaż wstępne ceny?
- Ja już kończę pracę na dzisiaj, od wstępnych cen jest Stanisław Jochymowski.
- A on gdzie jest?
- Stanisław! Stanisław!
- Co znowu? - wyglądnęła jakaś postać na samym końcu magazynu.
- Klienci od Donieckiego przyszli.
- Niech poczekają, zajęty na razie jestem! - odparł Jochymowski i wrócił w to samo miejsce z którego się wyłonił.
- Musicie poczekać - powiedział Kafałkowski - innego klienta jeszcze ma.
- Ja już czekam przeszło godzinę... - wtrącił inny mężczyzna.
- A pan to kto? - zapytał Kowalski.
- Wojciech Kaliski. Zboże przywiozłem na skład...
- Spokojnie tam! - zawołał Jochymowski - zaraz przyjdę, nie rozdwoję się przecież! Trochę cierpliwości! Pilne sprawy mam!

Powiedziawszy to wrócił do stołu przy którym siedział ze szlachcianką Agatą Piątkowską.

- Kto teraz rzuca pani Agato? Pograć człowiekowi w kości nawet nie pozwolą! Co za czasy!
- Teraz pan rzuca.

Jochymowski potrząsnął kośćmi i rzucił. Wypadły dwie jedynki...

- Szlag by to trafił! Znowu przegrałem! To wszystko przez nich, bo się człowiek śpieszy!
- Kiedy rewanż?
- No jak to kiedy? Od razu!
- A klienci?
- Co klienci? Niech czekają!

Minął kwadrans, potem drugi...

- Zaraz tam pójdę po niego! - wściekał się Kowalski - za uszy go tutaj przyprowadzę!

Kowalski już powoli kierował się w stronę, gdzie urzędował Jochymowski, ale niespodziewanie pojawił się Schylder.

- Witam waszmościów!

Kupiec najpierw musiał wysłuchać pretensji, następnie przeprosił i powiedział:

- Panie Kaliski! Zboże niech rozładują tam, gdzie zwykle. No przecież nie pierwszy raz jest pan u nas!
- No dobrze, ale byliśmy też umówieni na zaległą zapłatę!
- Czy ja panu kiedykolwiek nie zapłaciłem? Niech rozładują, załatwię tutaj z panami i będzie rozliczenie.

Kaliski z oporami, ale wyszedł i kazał swoim ludziom rozładowywać zboże...

- Dajcie listę panowie... No... widzę, że konkretne zamówienie. Na kiedy?
- Doniecki chce, żeby transporty poszły do portu za dwa dni...
- Nie ma żadnego problemu... Zaraz uzgodnimy ceny i wszystkie szczegóły.

Targi trwały długo, ale wreszcie strony osiągnęły konsensus i obaj szlachcice udali się w powrotną drogę do karczmy. Schylder rozliczył się szybko z Kaliskim, po czym ruszył na koniec składu... Zjawił się akurat w momencie, gdy gra już była zakończona, a Piątkowska zbierała się do wyjścia... Gdy wyszła ruszył na Jochymowskiego.

- Tyle razy ci mówiłem, że klient jest najważniejszy! Kaliskim się nie przejmuję, że czekał, ale ludzie Donieckiego przynieśli wielkie zamówienie, a ty sobie w kości z Piątkowską grasz? Łotrze, nikczemniku jeden, z torbami nas puścisz!
- E, tam, nic się znowu takiego nie stało...
- Nic się nie stało?! Dawaj te kości! A jak Piątkowską jeszcze raz tu zobaczę to popamiętasz!

Tymczasem Doniecki dotarł do portu, wypatrzył go z daleka kapitan Dirk Van Krupenhoff i zszedł ze statku na powitanie kłaniając się nisko...

- Statek doprowadzony do porządku? - zapytał na wstępie Doniecki.
- Oczywiście, jeszcze kończą sprzątanie, ale zmienił się nie do poznania... Zapraszam na pokład.

Gdy nań weszli, Doniecki z zadowoleniem zobaczył błyszczący się w słońcu pokład...

- No i co? Można? Jak się chce... Co to za ludzie są?
- Wynająłem ich, specjalizują się w sprzątaniu okrętów...
- No i widać efekty! A kajuty?
- Jeszcze sprzątają...
- Dobrze, chodźmy popatrzeć...

Już w pierwszych kajutach natknęli się na Katarzynę Madejską i Annę Hynowską...

- To są właśnie te panie, które mi tak pomogły...
- Witam, no widzę, że wykonałyście tutaj kawał dobrej roboty... nie poznaję tego statku, a byłem tu niedawno...
- Staramy się - odparła z uśmiechem Madejska.
- Dbamy o klienta, bowiem wiele zleceń dostajemy właśnie z poleceń - dodała Hynowska.

Doniecki sprawdził też inne kajuty i pomieszczenia, zaglądnął wszędzie i był bardzo zadowolony z efektów.

- Proszę panie Van Krupenhoff - powiedział na zakończenie - oto zasłużona zaliczka. Za dwa dni przyślę tutaj swoich ludzi, załadunek się zacznie, niedługo wypływamy!

Gdy tylko Doniecki oddalił się, Holender podszedł do obu kobiet...

- No i co? Mówiłem, że będzie zadowolony. Proszę oto połowa wynagrodzenia...
- Dlaczego tylko połowa? - warknęła Madejska.
- Jeszcze wam trochę przecież zejdzie. Jak skończycie dostaniecie resztę.
- Niech będzie!
- Jakiś problem szefowe? - zapytał zza drzwi wysoki mężczyzna.
- Nie, Czarny Maliku - powiedziała Hynowska  - Jak wam idzie?
- Ja już skończyłem, ale Morawiec i Wiecha jeszcze nie, pomogę im.
- Dobrze, tak zrób.
- Aha, Alfreda was prosi pod pokład, bo nie wie co ma dalej robić...
- Już tam zejdziemy.

Kapitan poszedł do swojej kajuty, a obie kobiety zeszły pod pokład.

- Co się stało Alfredo? - zapytała Madejska.
- Kończę już, ale tam na końcu jest jeszcze jedno pomieszczenie, nikt tam nie sprzątał, śmierdzi stamtąd strasznie, ale wejść się nie da, bo zamknięte na klucz...
- Idę zapytać Holendra. Zaraz to otworzymy. Ania, zobacz może uda wam się tam wejść.

Hynowska podeszła bliżej, próbowała otworzyć, ale po chwili zrezygnowała...

- Nie da rady, trzeba kluczem...
- Pani Anno...
- Tak, Alfredo?
- Śmierdzi stamtąd strasznie i jakieś dziwne dźwięki dochodzą... Jakby jakieś stękanie... Brrr...
- Tam nie sprzątać! - krzyczał z daleka Van Krupenhoff.
- Dlaczego? - zapytała Hynowska - Śmierdzi okropnie przecież!
- Nie sprzątać! Dobrze jest!
- Jak pan chce...

sobota, 18 maja 2013

Epopeja polsko-indiańska (37)

Gdańsk.

Wczesnym rankiem u Donieckiego pojawił się angielski tropiciel Martin  Swayze.

- I co? Znalazłeś rycerza Krzysztofa?
- Tak!
- Doskonale. Gdzie jest?
- Prusacy pojmali go, trzymają go pod Gdańskiem, starej szopie.
- Ilu ich jest?
- Sześciu.
- Weź piętnastu ludzi i jedźcie go uwolnić.
- Co mamy zrobić z Prusakami?
- Hmm... Poturbujcie ich porządnie i tyle. Niepotrzebni nam kolejni jeńcy. Niedługo ruszamy. Aha, koniecznie weź ze sobą starszego Światłoniewskiego, niech się wyszumi.

Kwadrans później Swayze z grupą szlachty jechał uwolnić rycerza Krzysztofa.

Rycerz przetrzymywany był starej szopie...

- Słuchaj no gagatku! - denerwował się kapitan Von Kruge - mieszasz się w zeznaniach! Kręcisz coś! Kiedy ma nastąpić atak na Prusy? Kiedy wybuchnie powstanie?
- Mówiłem już przecież - odparł znudzony Krzysztof - nie ma jeszcze decyzji, o wszystkim decyduje król, a nie ja przecież.
- Ktoś wam musi pomóc w Prusach - zastanawiał się Prusak - powiedz kto, zdradź wszystkie kontakty! Pamiętaj, że tylko współpracą z nami zapewnisz sobie przeżycie!
- Nie wiem. Tylko Doniecki jest wtajemniczony w takie szczegóły...
- Zaraz sobie przypomnisz jak dostaniesz solidną porcję batów! Moja cierpliwość się już kończy! Przyjdę tutaj za godzinę i jak dalej nic nie powiesz to żarty się skończą. Oddam cię w ręce Brennera, a on już z ciebie wyciśnie co trzeba!

Rycerz Krzysztof od samego początku niewoli u Prusaków postanowił trzymać się wersji, którą wymyślił Doniecki, a którą już raz sprzedał Prusakom. Czyli, że Doniecki i jego ludzie popłyną statkiem do Prus by wywołać tam powstanie przeciw Hohenzollernowi.

Tymczasem Swayze z pozostałymi znalazł się w pobliżu szopy.

- Atakujemy? - zapytał Baliczenko.
- Nie. Byłem tutaj wieczorem, więc najpierw trzeba sprawdzić czy nadal jest ich tylko sześciu.
- Co za różnica? - dziwił się Kozak - wpadamy znienacka i tniemy co pod szablę podlezie!
- Spokojnie - tłumaczył Anglik - a jak w międzyczasie przybyło tutaj więcej Prusaków? Co wtedy? Wielu z nas może zginąć!
- Dla nas śmierć niestraszna! - wtrącił się Kotaszenko - jak się boisz to zostań tutaj, a my sami ich załatwimy z Baliczenką!
- Obaj dawno nikogo nie zabili - wyjaśniał Anglikowi Kaczmarenko - dlatego tak ochoczo rwą się do walki.
- Doniecki mówił, żeby ich tylko porządnie poturbować, a nie zabijać...
- E tam, a co to za różnica? - żachnął się Baliczenko.
- No, zasadnicza...
- Cicho! - syknął Krzysztof Połniakowski - pogadać sobie przyszliście czy co? Co proponujesz Swayze?
- Podkradnę się i dokładnie ich policzę. Jeżeli będzie ich faktycznie tylko sześciu wtedy podejdziemy po cichu pod szopę i zaatakujemy ich. Mamy przewagę, więc powinni się poddać.
- No i tak zrobimy - zgodził się Połniakowski - Idź!

Kilka minut później Anglik znalazł się przy szopie, przez szpary dostrzegł rycerza Krzysztofa, który był przywiązany za ręce do belki umiejscowionej na poddaszu. W szopie było pięciu Prusaków, szósty pełnił wartę przed szopą.

- I co? - zapytał wracającego tropieciela Połniakowski.
- Sześciu.
- No to podchodzimy.
- Najpierw, po cichu, trzeba zdjąć wartownika.
- Dobrze, biorę go na siebie.
- Pójdę z tobą - zaoferował się Pastuszenko.
- Poradziłbym sobie - rzucił Połniakowski - ale dobrze, będziesz mnie asekurował.

Nagle z szopy doszedł krzyk...

- To rycerz - stwierdził Piotr Górecki - kiedyś tak samo wołał przez sen.
- Biją go - dodał Swayze - ruszamy!
- Ja bym poczekał z kilka minut - wtrącił Jakubiczenko - zarozumiały strasznie jest, jak trochę oberwie to mu wyjdzie na zdrowie...

Złośliwa sugestia Jakubiczenki nie znalazła jednak zrozumienia u pozostałych. Chwilę potem Połniakowski unieszkodliwił strażnika i cała grupa znalazła się pod szopą.

- Wchodzimy! - rozkazał Swayze.

Prusacy byli tak zaskoczeni, że nie próbowali nawet stawiać oporu. Szybko zostali rozbrojeni i skrępowani. Uwolniono rycerza, który nie skąpił podziękowań.

- Swayze! - zawołał Kotaszenko.
- Co jest?
- Wiesz co!
- No przecież nie będziemy ich zabijać, poddali się w końcu!
- Zgoda, jakoś to przeżyję, że nikogo nie zabiję, ale sam mówiłeś, że Doniecki kazał ich porządnie poturbować.
- Tak mówił.
- Chcę ich poturbować!
- Ja też! - wrzasnął z dziką radością Baliczenko.
- I ja!
- Związani są przecież... Tak się nie godzi... - dziwił się tropiciel.
- To się ich rozwiąże - ryknął śmiechem Kotaszenko.
- A ja - wtrącił się Jacek Światłoniewski - zajmę się tym co bił rycerza, ha ha ha.
- To już po nim! - skomentował to Czarnienko.
- Róbcie co chcecie, ja w tym nie uczestniczę - powiedział Swayze i wyszedł z szopy.

Nie wszyscy chcieli uczestniczyć w biciu Prusaków. Ostatecznie w szopie pozostali Kozacy Kotaszenko i Baliczenko, którzy po kolei bili Prusaków oraz starszy Światłoniewski, który przywiązał Brennera dokładnie w ten sam sposób, w jaki on wcześniej rycerza Krzysztofa i zaczął go okładać batem. Po godzinie trójka wyszła z szopy pozostawiając w środku szóstkę skatowanych Prusaków. Następnie cała grupa udała się w drogę powrotną do karczmy "Pod Złotym Bocianem".

piątek, 17 maja 2013

Epopeja polsko-indiańska (36)

Ekspedycja hiszpańska na kontynencie północnoamerykańskim.

- Co proponujesz Jose? - zagadnął Jose Manuel Bakuleros Fortezesa.
- Musimy odnaleźć tych Polaków i rozprawić się z nimi.
- Nie wiadomo ilu ich jest i jak są uzbrojeni. Bo od tego jeńca w normalny sposób nie dowiemy się tego, a wykorzystaniu moich metod sprzeciwia się Madeiros.
- Wyślijmy grupy zwiadowcze we wszystkich kierunkach, bo póki co nie wiemy nawet gdzie się udali. Ślady dawno już zatarte, chyba że natkniemy się na pozostałości po ich tymczasowych obozach. Poza tym może też okazać się, że są całkiem niedaleko...
- Wydam odpowiednie rozkazy. Może uda natknąć się na tubylców? Przybycie Polaków nie mogło przecież ujść ich uwadze.
- Warto spróbować.
- Zajmiemy się jeszcze tym jeńcem? Może każę Faraciniemu naszprycować go jakimiś świństwami? Wtedy zacznie wreszcie mówić!
- Lepiej nie, Madeiros nie odstępuje go na krok.
- Do stu diabłów! Przecież to jest jakiś chory układ, że my jako dowódcy musimy liczyć się z jakimś strażnikiem!
- On jest ulubieńcem Belicareza, a wiesz jak admirał jest poważany wśród żołnierzy. Nie radzę!

Grupy zwiadowcze zostały wysłane. Powróciły dzień później, ale nie udało im natrafić ani na żadne ślady Polaków, ani też na ludność tubylczą.

- Niemożliwe, żeby te tereny były kompletnie niezamieszkane! - denerwował się Bakuleros.
- Spokojnie - wtrącił się Pablo Vincento Magieros - nie rozumiem czemu tak się uparliście by szukać tych Polaków. Proponuję marsz w głąb lądu, główna grupa musi być stale osłaniana przez patrole krążące po każdej stronie. Gruntowna penetracja okolicy musi przynieść w końcu efekty.
- Masz rację Pablo - skwitował Fortezes - nie ma co zawracać sobie głowy tymi Polakami. Poznajmy dobrze okolicę, a przyjdzie moment, że natrafimy i na tubylców i na Polaków. Wszystko w swoim czasie. Pamiętajcie, że Belicarez pragnie przede wszystkim złota i srebra, a nie tego byśmy uganiali się za Polakami.
- A jeśli - zastanawiał się Magieros - oni znaleźli już złoto?
- To im je odbierzemy! - zawołał Bakuleros - a ich skrócimy o głowę, ha ha ha.
- Czyli ruszamy jutro, tak? - zapytał Fortezes.
- Ruszamy! - wrzasnął dziko Bakuleros.
- W jakim kierunku?
- Hmm... Ruszajmy na północ, coś czuję, że te dranie też się tam wybrały...

Godzinę później cały obóz zapadł w sen, poza strażami co oczywiste. Nie spał także kapitan Wilhelm Rokosz, który był coraz bardziej przygnębiony, że Hiszpanie odnaleźli miejsce lądowania jego rodaków, ale najgorsze jest to, że on może ich w żaden sposób ostrzec przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Zaczął się ruszać w różnych kierunkach, sprawdzając czy na pewno więzy są tak samo mocne w każdym miejscu. Był zdeterminowany, żeby jak najszybciej odzyskać wolność i powiadomić Michała Potylicza o Hiszpanach.

- Nie trudź się - wycedził przez zęby Pablo Madeiros - więzy są mocne, niepotrzebnie tylko się męczysz...

Rokosz przestał się szamotać nie chcąc by strażnik wstał i sprawdził, ewentualnie poprawił, więzy. Czuł bowiem, że trochę się poluzowały i gdyby przez kilka godzin nikt mu nie przeszkadzał byłaby szansa na ich zrzucenie i upragnioną ucieczkę. Postanowił odczekać dłuższy czas, by Hiszpan zasnął i dopiero wtedy przystąpić do działania. Po upływie trzech kwadransów znowu zaczął "pracować" nad więzami, czuł że niedługo uda mu je zrzucić. Nadzieje te okazały się jednak płonne, Madeiros musiał coś usłyszeć, bowiem w pewnym momencie powstał i podszedł do niego.

- Mówiłem, żebyś się nie trudził przecież - rzekł poprawiając więzy - a tak to tylko się namęczysz i obaj nie śpimy. Ucieczki ci się zachciało, tak? O! Niedoczekanie twoje! Madeirosowi jeszcze nikt nie uciekł! Nie graj ze mną, bo cię tak zwiążę, że ruszyć się nie zdołasz!

Rokosz był zrezygnowany, wiedział że tej nocy nie ma już żadnych szans na ucieczkę. Madeiros był bowiem bardzo czujny. Długo jednak nie mógł usnąć, wyobrażał sobie atak Hiszpanów na zaskoczonych, niespodziewających się niczego Polaków. W pewnym momencie poczuł, że ktoś go dotyka i uwalnia z krępujących więzów. Tajemnicza postać ostrożnie wyprowadziła go poza obóz. Kapitan dopiero po dłuższej chwili rozpoznać włoskiego trubadura Camille Steckoziniego.

- Dlaczego mi pomagasz? - zapytał zaskoczony Rokosz, gdy już znaleźli się w bezpiecznej odległości od obozu.
- Nie lubię Bakulerosa - odparł chłodno Włoch, a po chwili dodał - za tamtym drzewem znajdziesz konia. Wsiadaj i umykaj, bo do świtu już niedługo, a poza tym Madeiros może w każdej chwili się przebudzić. Powodzenia!
- Dzięki! Niech cię Bóg błogosławi trubadurze!

Steckozini pośpiesznie wracał do obozu, by nikt nie zauważył, że mógł pomóc więźniowi w ucieczce.

- Wszystko widziałem! - usłyszał nagle za sobą.
- Faracini! Ale mnie wystraszyłeś! Chyba mnie nie zdradzisz i nie powiesz Bakulerosowi?
- Nie bój się, też za nim nie przepadam. Gdyby się dowiedział to by cię zabił. W sumie to nawet dobrze, że uwolniłeś tego Polaka, bo Bakuleros chciał żebym go szprycował ... różnymi takimi... no, nie będę ci dokładnie tłumaczył, bo i tak nie wiesz. Chodzi o to, żeby więzień zaczął mówić. Takie tam eksperymenty...
- Kiedyś będą następni więźniowie...
- Wiem i niepokoi mnie to bardzo. Jestem medykiem, a nie katem! Mam leczyć, a nie robić takie rzeczy...
- Co tutaj w ogóle robiłeś? - zmienił temat Steckozini.
- Nie mogłem spać...
- Wciąż myślisz o Dolores?
- Yhm...
- Wracajmy do obozu, bo wkrótce zauważą, że więzień uciekł.

poniedziałek, 13 maja 2013

Epopeja polsko-indiańska (35)

Kuba

- Panie admirale... - nieśmiało zaczął służący wchodzący do gabinetu.
- Co jest?! - zapytał obcesowo Javier Hernandez Belicarez.
- Przybyli cyrkowcy z Europy...
- Doskonale! Przyda nam się trochę rozrywki na tym odludziu.
- Czyli mam im powiedzieć, że mogą wystąpić?
- Chyba jasno się wyraziłem Miguel?! Po obiedzie, na dziedzińcu.
- Dobrze panie admirale.

Zbliżający się występ cyrkowców zelektryzował wszystkich mieszkańców Kuby, każdy bowiem pragnął zaznać choć odrobinę rozrywki. Cyrkowców było trzech. Grupie przewodził Anglik Tom Michael, towarzyszyły mu dwie kobiety: pół Angielka pół Włoszka Kate Italian i Włoszka Malwa Topollani. Występ trwał ponad dwie godziny, widzowie bawili się znakomicie podziwiając kunszt i zręczność cyrkowców. Oklaskom nie było końca. Po zakończeniu admirał Belicarez kazał przywołać szefa grupy...

- Wystąpicie też jutro? Dobrze zapłacę...
- Stanie się według twojego życzenia admirale.

Belicarez poszedł do swojego gabinetu bardzo zadowolony, że jutro także będzie miał okazję obejrzeć występ cyrkowców. W jego głowie powoli rodził się szatański plan. Nie ukrywał przed samym sobą, że wpadły mu w oko obie artystki. Wyraźnie zaczęła nim kierować żądza by je posiąść. Nie mógł jednak otwarcie ich pojmać, nawet nie ze względu na swoich poddanych, bo z tymi akurat nie liczył się zbytnio, ale ze względu na obecność córki.

- Do diabła! Mogłem ją odesłać wcześniej do matki w Hiszpanii!

Błyskawicznie postanowił działać. Udał się pośpiesznie do pokoju córki...

- Dolores!
- Tak ojcze?
- Nie tęsknisz za matką?
- Tęsknię, ale chciałabym jeszcze z tobą trochę pobyć... Chcesz mnie odesłać, tak? Czym cię rozgniewałam?
- Niczym. Serce mi się kraje na tę myśl, ale niedługo będę musiał na pewien czas opuścić Kubę, a ty nie będziesz mogła udać się ze mną, gdyż to zbyt niebezpieczne...
- Poczekam więc aż wrócisz....
- To nie nastąpi aż tak prędko córko.
- Co zatem proponujesz ojcze?
- Za dwa dni odpływa statek do Hiszpanii, musisz nim popłynąć... Obiecałem twojej matce, że będziesz bezpieczna, a nie będę tego mógł zagwarantować nie przebywając na Kubie, zwłaszcza że odpłynę z dużą częścią wojska.
- Szkoda ojcze, że muszę tak prędko wracać, ale oczywiście podporządkuję się twojej woli.
- Wrócisz za pół roku, zapraszam cię już teraz...
- Czy matka także będzie mogła wtedy przypłynąć?
- A ona tu czego?! Jeszcze by tego brakowało!

Na tym skończyła się rozmowa, Dolores była smutna, że musi już wracać do Europy, była też zła, że nie zobaczy tak długo włoskiego medyka Faraciniego, który udał się na wyprawę pod dowództwem Jose Manuela Bakulerosa i Pablo Vincento Magierosa. Czuła, że młody Włoch nie jest jej obojętny, ale nie wiedziała jeszcze czy to jest miłość czy inne, mniejsze uczucie. Pocieszała się, że gdy wróci na Kubę za pół roku to on pewnie też wróci z wyprawy. Była też trochę zła na ojca, że po raz kolejny odtrąca jej matkę, która wciąż była jego prawowitą małżonką.

Belicarez tymczasem ułożył plan do końca. Do momentu wyjazdu córki postanowił nie podejmować żadnych kroków co do grupy cyrkowców. Póki co musiał tylko nie dopuścić do tego by opuścili Kubę, ale to akurat wydawało się prostym zadaniem. Widział bowiem błysk w oku Michaela, gdy mu oświadczył, że dobrze zapłaci. Jutro więc Anglik otrzyma propozycję kolejnego występu...

Cyrkowcy zostali zakwaterowani w pokojach oficerów, którzy wyruszyli na wyprawę.

- Nie wiem czy dobrze zrobiłeś - mówiła Kate do Michaela - to trochę nam komplikuje plany...
- Łatwo powiedzieć - odparł zagadnięty - ciężko byłoby odmówić admirałowi... zwłaszcza, że obiecał dobrze zapłacić.
- Ja myślę, że dobrze zrobiłeś - poparła go Malwa - gdybyś odmówił to admirał mógłby się jeszcze obrazić, a tak zdobędziemy jego zaufanie i przychylność. To ostatnie nawet już zdobyliśmy, bo nas zakwaterowali w pokojach oficerskich, a nie tak jak zwykle w pomieszczeniach dla służby. No i jeszcze dobrze zapłaci...
- To akurat jest mniej ważne - odparła Kate - lepiej chodźmy już spać, późno się zrobiło, a jutro musimy być w formie.
- No właśnie Tom - zaśmiała się Malwa - zmykaj do swojego pokoju.

sobota, 11 maja 2013

Karol May kłamcą?

Nie, z pewnością nie można go tak nazwać, raczej niepoprawnym fantastą, który uciekał w tworzony przez siebie samego świat. Wiele w swoich książkach zmyślił, część przerobił, ale mimo wszystko wiele faktów ujął właściwie. Indianiści przeklinają go, nazywają kłamcą, blagierem itd. Nie sposób się z nimi nie zgodzić, że zaciemnił czytelnikom odbiór Dzikiego Zachodu. Z pewnością okolicznością łagodzącą jest to, że w czasach w których przyszło mu pisać swoje dzieła nie mógł mieć dostępu do wielu elementów dostępnych dzisiaj (internet, różnego rodzaju opracowania, łatwiejsze podróżowanie itd). Trzeba wziąć też pod uwagę, że pierwsze swoje książki pisał w więzieniu, a także to, że nie był człowiekiem majętnym przez co niemożliwa raczej byłaby podróż do Ameryki celem poznania opisywanych terenów.

Mnie osobiście najbardziej denerwuje w jego twórczości zaszeregowanie Indian na dobrych i na złych. Przez to Apacze funkcjonują w ogólnej świadomości jako najszlachetniejsi z Indian, a w rzeczywistości nie było tak do końca. Apacze byli okrutni, nie stronili od kradzieży i alkoholu. Przez Maya źle postrzega się Komanczów, których on chyba nie końca nawet zna, bowiem w "Winnetou" podawał zmyślone nazwy szczepów tego plemienia, jak Rakurro czy Nainni. Komancze u Maya zawsze przegrywali z Apaczami i byli tymi złymi Indianami. W rzeczywistości Komancze prali Apaczów na potęgę, zmuszając ich do opuszczenia zajmowanych przez nich ziem, dopuszczając się niejednokrotnie prawdziwych masakr  na Apaczach, przede wszystkim na Mescalero i Lipanach. Chociaż trzeba przyznać, że akurat ci ostatni nigdy nie opuścili swoich terenów przez co bardzo często stawali się ofiarami wojowniczych Komanczów.

Maya z pewnością należy cenić za rozpopularyzowanie tematyki indiańskiej w Europie i w ogóle na świecie. Przyznać trzeba, że "Winnetou" jest znakomitą książką, żeby złapać "bakcyla"... Młody człowiek, który przeczyta tę pozycję naprawdę może zafascynować się światem Dzikiego Zachodu, a nie ma pewności, że gdyby zaczynał od innej książki efekt byłby taki sam... Ale koniecznie trzeba tę jego twórczość uzupełnić o inne pozycje z literatury przedmiotu.

Kolejną kwestią z którą często spotykam się na różnego rodzaju forach to czy Winnetou istniał naprawdę... Jasne, że nie. Postać tę wymyślił May, który w swoich książkach nawet nie wyjaśnił skąd to imię się w ogóle wzięło i co oznacza... Imię to na pewno nie pochodzi z narzecza Apaczów Mescalero... May, nagabywany przez swoich fanów, w końcu przyznał się, że imię to oznacza - Płonącą Wodę. Powstało wskutek bohaterskiego czynu młodego Apacza, który uratował życie swojemu ojcu - Inczu-Czunie. Do dzisiaj trwają spory na kim May wzorował swoją postać. Najwięcej głosów wskazuje na autentycznego wodza Apaczów, tyle że nie Mescalero, lecz Chiricahua - Cochisa, który posiadał faktycznie wiele cech głównego bohatera niemieckiego powieściopisarza. Cochise cechował się dużą inteligencją, był utalentowanym negocjatorem oraz dalekowzrocznym politykiem, pragnął także zjednoczyć wszystkich Apaczów, u Maya - co jest kompletnie niemożliwe - Winnetou był już naczelnym wodzem wszystkich Apaczów.

Dlaczego May zdecydował, że jego bohater należeć będzie akurat do Apaczów Mescalero? Oczywiście można tylko gdybać. Być może po prostu spodobała mu się sama nazwa, ładnie brzmiąca dla ucha. Być może wybrał Apaczów dlatego, że zlitował się nad ich losem - porażki z Komanczami. Być może właśnie dlatego tych ostatnich tak nie lubił. Wpływ na to mógł mieć także fakt, że Apacze najdłużej walczyli o swoją niepodległość (Cochise, Geronimo)? Niemiec musiał o nich słyszeć...

Indianiści zarzucają też Mayowi, że wymyślał języki Indian. Czemu to robił? Nie wiadomo... Być może chciał zdobyć jeszcze większy szacunek u ówczesnych czytelników, bardziej ubarwić powieść... Z geografią też nie do końca było Mayowi po drodze, choć nie koloryzował w tym temacie aż tak jak z mową Indian. Wydaje się, że działał w myśl zasady "czego nie wiem to zmyślę"...

Warto też podkreślić fakt utożsamiania się Maya do Old Schatterhanda... Od początku May był Old Schatterhandem, ale czytelnik dowiadywał się o tym, jakby pomiędzy wierszami... Im May był starszy tym bardziej bzikował na tym punkcie, często chełpił się swoim rzekomym potężnym uderzeniem pięścią, zamówił sobie u rusznikarza sztucer Henry'ego i srebrną strzelbę (taką jaką miał w powieści Winnetou)... Na pytanie zdziwionego fana, że przecież broń została w grobowcu Apacza May w lot zmyślił, że faktycznie tak było, ale odwiedzając po pewnym czasie grób przyjaciela zauważył podejrzanych osobników i wolał strzelbę odkopać by jej nie ukradziono... Co do sztucera to przechwalał się, że wkrótce w takie same zostanie wyposażona cesarska armia...