Bz

Rai

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

wtorek, 31 grudnia 2013

środa, 25 grudnia 2013

Epopeja polsko-indiańska (57)

Gdańsk

Za kilka dni z gdańskiego portu miał wyruszyć statek „Nefretete”. Macudowski wynajął go razem z niemiecką załogą by udać się w pościg za „Nepticą” na której płynęła II polska wyprawa do Nowego Świata. Macudowski pragnął zemsty na dowódcy tejże wyprawy Jerzym Donieckim, który publicznie nazwał go ochlaptusem. Nie mógł tego przeżyć, bolało go to strasznie. Nieznany mu był kierunek w jakim udał się Doniecki, dlatego zaangażował słynną Ukrainkę Rusłanę Kramerko, która posiadała zdolności mogące nakierować „Nefretete” na właściwy trop.

Poza nią zatrudnił wielu zbirów by pokonać uczestników II wyprawy. Byli to zaprawieni w bojach zabijacy dla których uśmiercenie człowieka było jak dla innego zabicie muchy. Same ich pseudonimy budziły respekt, wręcz strach, m.in.: Zębiszon, Chwaścior, Chochoł, Jamróz czy Dziobak.

Zdecydowanie najgroźniejszym z nich wszystkich był Zębiszon. Właściwie nazywał się Andrzej Sułek, pochodził z Podola. Paradoksalnie kiedyś wiódł spokojny żywot, będąc człowiekiem bardzo wyciszonym i ułożonym. Za bardzo nawet, co wykorzystywali wszyscy wokół, aż doszło do tego, że wchodzili mu na głowę. W końcu Andrzej stał się pośmiewiskiem całej okolicy, każdy bezkarnie stroił sobie z niego żarty i prawdopodobnie byłoby tak do tej pory, gdyby w pewnym momencie nie przesadzono. Mianowicie zabito jego ulubione kozy: Mariolę i Matyldę… W Andrzeju coś pękło, wpadł w nieopisany szał i zabił kilkunastu najbardziej podejrzanych o ten czyn. Następnie musiał uciekać z Podola, by nie zawisnąć na stryczku. Śmierć tylu osób nie mogła mu jednak ujść płazem, z Podola ruszyła liczna grupa pościgowa, aż w końcu został ujęty w Zamościu. Zamierzono powiesić go na miejscu, ale sprzeciwili się temu zamojscy radni, argumentując to tym, że nawet taki morderca musi najpierw stanąć przed sądem. Wtrącono go do lochu i dobrze pilnowano. Znalazł się w celi z dwom innymi więźniami, którzy nie znając go, a wyglądał bardzo niepozornie, zaczęli z niego szydzić. W nocy Andrzej przegryzł im gardła i stąd właśnie wziął się jego pseudonim. Następnie uwolnił się z więzów, zabił strażników i uciekł. Kilka lat spędził poza granicami Rzeczpospolitej, a gdy nieco o nim ucichło powrócił do kraju. Zabijał niemal codziennie – tak to mu weszło w krew. Gdy robiło się zbyt gorąco i wymiar sprawiedliwości deptał mu po piętach, opuszczał Polskę, by powrócić po jakimś czasie. Właśnie teraz, po półrocznym pobycie na Węgrzech, powrócił do ojczyzny i zawitał do Gdańska.

- Kaliski! – zawołał Macudowski.
- Tak?
- Idziemy!
- Dokąd to?
- Dowiesz się po drodze…
- Ale ja lubię wcześniej…
- Po drodze!

Macudowski śpieszył właśnie do Zębiszona by go zatrudnić. W przeszłości niejednokrotnie korzystał już z usług tego seryjnego mordercy i zawsze był bardzo zadowolony. Kwadrans później dotarli do zbira, który bez większych problemów zgodził się na warunki. W drodze powrotnej Macudowski tak się śpieszył, że potrącił starszą kobietę…

- Co robisz? – darła się leżąc na ziemi staruszka.
- Z drogi starucho! – wrzasnął Macudowski i popędził dalej…
- Biada ci! Biada! Ty niewychowany nieokrzesańcu! – wołała – Synkowie! Synkowie!

Macudowski z Kaliskim oddalili się już znacznie, gdy w pewnym momencie zagrodziło im drogę ośmiu ludzi…

- Stać! – zakomunikował głosem nie znoszącym sprzeciwu najwyższy z nich – Który to potrącił naszą matkę?!

Macudowski zląkł się, znajdowali się bowiem w dość odosobnionym miejscu, a napastnicy mieli czterokrotną przewagę…

- On! – wskazał ręką na Kaliskiego – To on!
- Że co? – oburzył się wskazany.
- Cicho! – wycedził przez zęby Macudowski – zapłacę ci za to…
- Co tam mruczycie? Matka kazała nauczyć kultury tego co ją potrącił… Szybko do domu nie wróci, jeśli w ogóle, a jak wróci to nie o własnych siłach. Ha ha ha!
- Nie gadaj z nimi Barnabo! Trzeba zrobić co matka kazała i wracamy do karczmy. Raz, dwa gadać mi tu, który tak potraktował naszą matkę?! Bo obaj oberwiecie!
- Już mówiłem! – odparł Macudowski – to on!

Kaliski bił się z myślami, napastników było ośmiu, więc szans nie miał zbytnio wielkich, żeby nie powiedzieć żadnych, a zapłata Macudowskiego była dość wirtualna… Poza tym mógł tego nie przeżyć…

- Nie! – wrzasnął Kaliski, gdy szli w jego kierunku – To on potrącił waszą matkę!

Macudowski skorzystał w między czasie z okazji, że napastnicy zwrócili się w kierunku jego podwładnego i zaczął się powoli oddalać, ale szybko został schwytany…

- Mam tego dość! – zawołał Barnaba – Skoro żaden nie chce się przyznać to lanie otrzymają obaj! Nie będziemy wzywać przecież matki by rozpoznała który!
- Tak zlejmy obu! – wtórowali mu bracia.
- Panie Barnabo! – wtrącił się Macudowski – a jakbyśmy się jakoś dogadali?
- Co sugerujesz?
- Mam wypchaną sakiewkę…
- Aha… Ale i tak byśmy ci ją zabrali przecież…
- Hmm, rozumiem… To jedną dostaniecie teraz, a drugą potem…
- Na pewno?
- Obiecuję!
- A co z tamtym?
- ? Za niego też mam płacić? On nie wart za wiele!
- Aha, skoro nie wart za wiele to ty zostaniesz z nami jako zakładnik, a on niech pędzi po sakiewkę!
- Sam bym poszedł, on nie wie, gdzie ją trzymam.
- Nie. Źle ci z oczu patrzy, nie wykupisz go zapewne.

Macudowski chcąc nie chcąc musiał powiedzieć Kaliskiemu, gdzie ten znajdzie potrzebną sakiewkę…

- Tylko wracaj szybko!

Bracia z Macudowskim udali się do karczmy… Siedzieli tam i siedzieli, a Kaliski nie wracał…

- Co z tym twoim człowiekiem? – śmiał się Barnaba – mówiłeś, że to kwadrans drogi, a już trzy godziny minęły…
- No, nie wiem… - Macudowski był zły na Kaliskiego, nie miał zupełnie pojęcia, dlaczego jeszcze nie wraca…

Tymczasem Kaliski był już w drodze do domu…

- A niech go zakatują nawet! Drania jednego! Ja swoje mam i to z nawiązką! Mogę spokojnie do ojca wracać…

Minęły kolejne dwie godziny…

- No, gołąbeczku! Twój człowiek wrócić nie zamierza…
- Nie wiem co się stało…
- Chwilę tutaj jeszcze będziemy, ale jak nie wróci do tego czasu to…
- To?
- Skończysz w Wiśle z poderżniętym gardłem!
- Przecież wam zapłaciłem!
- Tak, ale tylko jedną sakiewkę…

Macudowski zaczął się poważnie denerwować, przeczuwał że Kaliski go zdradził. Znikąd nie było widać ratunku… Próbował jeszcze mamić Barnabę tym, że ma środki by się wykupić, ale ani on ani bracia nie chcieli o tym słyszeć…

- Skończysz na dnie Wisły…
- Dam wam dwie sakiewki złota!
- Nie widzę ich…
- Dam trzy!
- Przestań! Dosyć tego, bracia bierzcie go! Idziemy nad Wisłę!

Dwóch z braci chwyciło Macudowskiego i wszyscy wyszli z karczmy…

- Żywcem czy najpierw go zabijemy? – zapytał Witold, najmłodszy z braci.
- Czekaj… Niech pomyślę… - odparł Barnaba.
- Nie! – darł się Macudowski – Nie! Ozłocę was, tylko mnie nie zabijajcie!
- Za późno… - odparł Barnaba – Witold zdziel go w łeb, tak żeby ogłuszyć, kamień przywiążcie do szyi i na dno z draniem! Nikt nie będzie bezkarnie potrącał naszej matki!
- Stać! – zawołał tajemniczy głos.
- A ty kto? – zapytał Barnaba.

Postać zbliżyła się nieco, ale wystarczająco by ją rozpoznać…

- Zębiszon… - rzekł Barnaba.
- Tak to ja… Zostawcie go!
- Oczywiście, oczywiście.

Macudowski odetchnął z ulgą… Czterej z braci zgodziło się wstąpić na jego służbę. Gdy już zostało wszystko wyjaśnione wszyscy popędzili do siedziby Macudowskiego…

- Gdzie Kaliski?! – zawołał  na wstępie Macudowski.
- Był tu, wszedł do środka, a potem powiedział, że jedzie do pana – wyjaśniał Dziobak, który akurat miał służbę.

Kwadrans później Macudowski na czele 20 zbirów jechał w kierunku rodzinnej wsi Kaliskiego… Postanowił zrobić mu niespodziankę… Gdy dotarli na miejsce, Macudowski poszedł sam… W izbie poza Kaliskim znajdowali się jego rodzice… Jakież było jego zdziwienie, gdy nagle wszedł Macudowski i usiadł przy stole…

- Jak się miewasz Wojtusiu?
- Ja?
- Tak ty!
- A… Nie najgorzej…
- Kto to jest synu? – wtrącił się ojciec Kaliskiego.
- Kończmy tą komedię! – warknął Macudowski – Oddaj wszystkie złoto, które mi ukradłeś!
- Yyyy…
- Co on mówi Wojciechu? – zapytała matka Kaliskiego.
- Pośpiesz się! – zawołał Macudowski – Bo zbirów zawołam!

Kwadrans później leżały przed nim wszystkie zrabowane przez Kaliskiego sakwy…

- Mało!
- To wszystko co wziąłem…
- Mało! Dawaj jeszcze!
- Nie mam!
- Bo dworek i wieś spalę! Kamień na kamieniu tu nie zostanie!

Po upływie kolejnego kwadransa przed Macudowskim pojawiły się kolejne kosztowności…

- Jedziemy! – rozkazał Macudowski – Chyba, że zostajesz z rodzicami?
- Nie! Jadę!

Wstali obaj i wyszli… Kaliski był bardzo przygnębiony… Z dala słychać było wołanie jego ojca…

- Wojciechu! Wojciechu! Ty synu marnotrawny! Przeklinam cię!

A jeszcze parę godzin temu sytuacja wyglądała zgoła inaczej… Ojciec nie mógł nachwalić się syna jak to znakomicie szło mu w handlu zbożem… Aż tu nagle przybył Macudowski i odebrał wszystkie sakiewki ze złotem, a przy okazji ograbił jego rodziców z ich oszczędności… Kaliski wiedział, że nie ma po co wracać już do rodzinnej wsi, wiedział też, że jeszcze bardziej nienawidzi Macudowskiego…
Po powrocie do Gdańska Macudowskiego czekała kolejna niespodzianka… Ledwie wszedł do domu został ogłuszony… Po jakimś czasie ocknął się w swoim gabinecie otoczony przez kilka osób...

- Kim jesteście? Co tutaj robicie?
- Milcz! – zawołał jeden z nich – My zadajemy pytania! Zrozumiałeś?!
- To pytajcie…
- Podobno płyniesz za Jerzym Donieckim?
- No, niech będzie, że tak…
- Odpowiadaj tylko tak lub nie! Bo ci łeb rozwalę!
- Tak…
- No, już lepiej! Robisz szybkie postępy…
- …
- Gdzie popłynął Doniecki?
- Nie wiem…

Zamiast odpowiedzi Macudowski otrzymał cios w twarz po którym upadł na ziemię…

- Gdzie popłynął Doniecki?!
- Nie wiem, naprawdę…
- To jak chcesz za nim płynąć bęcwale jeden??!!
- Wynająłem Ukrainkę Kramerko, ona posiada zdolności by naprowadzić mnie na właściwy trop…
- Posłuchaj teraz…
- Tak?
- Jestem kapitan Von Kruge…
- A więc Prusacy?
- Ktoś ci pozwolił mówić? Milcz, bo znowu oberwiesz… Mam ci przedstawić pewną propozycję…
- ?
- Albo zgodzisz się na nią albo zginiesz!
- To chyba nie mam wyboru…
- Zabierzesz ze sobą na wyprawę trzy osoby od nas… Jeżeli im się coś stanie zostaną skonfiskowane twoje majątki w Prusach…

Macudowski przeraził się, w Prusach bowiem znajdowało się blisko 80 procent jego posiadłości ziemskich…

- Zgoda! Co to za te trzy osoby?
- Anna Von Stollar, Knothe i Brenner.
- Wypływamy w sobotę, niech przyjdą do portu…
- Mylisz się. Wypływacie w niedzielę.
- Czemu w niedzielę?
- Von Stollar nie zdąży wcześniej. Jedzie prosto z Królewca.

Po wyjściu Prusaków do Macudowskiego wszedł służący i oznajmił…

- Trzech ludzi chce się z panem widzieć…
- Co? Mam dosyć na dzisiaj… Albo dobra, ale zanim tu ich wpuścisz zawołaj Zębiszona…

Macudowski tyle przeżył ostatnio, że tym razem wolał nie zostawać sam… Obecność Zębiszona gwarantowała mu bezpieczeństwo…

- Wchodźcie i mówcie czego chcecie! Najpierw ty z prawej! Szybko!
- Jestem Czerkaszenko…
- Czego chcesz?
- Słyszałem, że organizujesz wyprawę… Chcę zostać jej kronikarzem… Już raz pełniłem taką rolę podczas łowów królewskich w Tykocinie…

Macudowski już miał się zgodzić, ale wyprzedził go drugi z gości…

- Ja będę lepszym kronikarzem! – wołał – Mam większe doświadczenie! Opisywałem sejmiki, debaty sądowe i tym podobne sprawy! Nazywam się Dariusz Grzybowski…
- W sumie jest mi to obojętne, który… - zaczął Macudowski, ale nie skończył, bowiem obaj kronikarze rzucili się sobie do gardeł… Zaczęli tarzać się po podłodze i wzajemnie okładać pięściami…  W końcu Macudowski zapytał trzeciego gościa… - Ty też jesteś kronikarzem?
- Ja nie…
- To kim jesteś?
- Jestem Włochem Mario Gibbencione…
- Czego chcesz?
- Mój brat jest na statku którym dowodzi Jerzy Doniecki…
- Nie możesz płynąć – oznajmił szczerze Macudowski – Prawdopodobnie będę musiał ich wszystkich zabić…
- Nie!
-  Nie powstrzymasz mnie… Twój brat zapewne też straci życie…
- Nie!
- Niestety tak. Odejdź, bo każę Zębiszonowi także i ciebie zabić…
- Nie!
- Nie denerwuj mnie człowieku!
- Nie zabijaj mi brata! Sam go zabiję!
- ? Aha… Ciekawe. Opowiesz mi o tym?
- Tak, ale nie w tej chwili. Opowiem ci o tym, jak będę mu podrzynał żyły, dobrze?
- He, he. Możemy tak się umówić. Zębiszon! Gdzie ci dwaj kronikarze?
- Walczą jeszcze… Żaden nie potrafi przechylić szali na swoją korzyść…
- Poczekajmy jeszcze trochę…

Po upływie dwóch godzin…

- Który wygrał Zębiszonie?
- Nic się nie zmieniło…
- Rozdziel ich zatem i powiedz, że biorę ich obu…

Zbir Chochoł siedział w karczmie „Pod szarą brzozą”… W pewnym momencie przez drzwi wbiegła kobieta… Młoda brunetka… Wbiegła, jakby ją diabeł gonił… Po chwili wbiegło za nią dwóch mężczyzn, którzy rzucili się na nią…

- Nie pij więcej – mruknął sam do siebie Chochoł.

Jeden z mężczyzn chwycił brunetkę za włosy i ciągnął ją w stronę wyjścia… Chochoł siedział dalej spokojnie i raczył się winem, gdy przeszywające wołanie kobiety postawiło go na równe nogi… Wiedział już, że to nie sen… że mu się nie wydaje…

- Ratunku! Pomocy!

Chochoł zerwał się i błyskawicznie rzucił na drabów… Chwilę później leżeli bez czucia przy drzwiach, a on zaprosił kobietę do stołu…

- Proszę usiądź… Musisz mi wiele opowiedzieć…
- Dobrze wybawco…
- Karczmarzu wina! – zawołał Chochoł, a potem zwrócił się do kobiety – opowiadaj… mamy całą noc.
- Od czego zacząć?
- Najlepiej od początku… Jak masz na imię?
- Agnieszka…
- Ładnie… Moja ostatnia kobieta nazywała się właśnie Agnieszka…
- Ooo… Co się z nią stało?
- Nie wiem…
- Jak to nie wiesz? Przecież to była twoja ostatnia kobieta jak rzekłeś…
- O, właśnie… Dobrze powiedziane, była… Miałaś o sobie opowiadać…
- A ty jak masz na imię?
- Ja? Chochoł…
- Nie ma takiego imienia…
- Jak to nie ma? Tak się nazywam…
- To pseudonim…
- No niech ci będzie… Sławomir… Ale wolę jak mnie nazywają Frankiem… Miałaś opowiadać…
- Zaczynam… Nazywam się Agnieszka Krzemieńska… Byłam szczęśliwą dziewczyną, prawie kobietą, gdy moi rodzice dwa lata temu oznajmili, że postanowili wydać mnie za bogatego sąsiada…
- To źle mieć bogatego męża?
- On jest starszy prawie o 40 lat!
- Aha, to zmienia postać rzeczy…
- Teraz nadeszła pora ślubu… Nie mogłam się z tym pogodzić i uciekłam… Tym bardziej, że on zabił mojego ukochanego… Tych dwóch wysłał za mną w pogoń… Na nic zdała się nawet zmiana nazwiska i tak mnie znaleźli… Gdyby nie ty wieźliby mnie teraz z powrotem, by jutro postawić przed ołtarzem z tym starcem…
- Zmiana nazwiska?
- Tak? Udawałam Angielkę Agnes Flint…
- Czemu akurat tak?
- Znam trochę ten język, Agnes oznacza Agnieszkę, a Flint Krzemień…
- Aha…
- Pomożesz mi? Ten wstrętny starzec w końcu znowu mnie odnajdzie…
- Nawet jak wsiądziesz na statek?
- To znaczy?
- Wypływam niedługo na pokładzie pewnego statku, jak chcesz to  możesz też popłynąć…
- Chcę! Byle dalej od tego starucha!


Macudowski jeszcze tego samego dnia udał się do portu by sprawdzić czy wszystko w porządku… Nie pojechał sam, nie chcąc ryzykować podobnych przeżyć co ostatnio… Towarzyszyło mu kilku zbirów i szlachcic Sebastian Sokoliński… 

piątek, 13 grudnia 2013

50.000 odwiedzin...

W dniu dzisiejszym została przekroczona granica 50.000 odwiedzin! Wypada podziękować czytelnikom za liczne zaglądanie na blog i pozostaje mieć nadzieję, że pozytywna tendencja zostanie zachowana... W przyszłości postaram się zwiększyć częstotliwość publikowania postów... Myślę, że w pojawią się nowe tematy, a stare będą kontynuowane...

czwartek, 12 grudnia 2013

Epopeja polsko-indiańska (56)

Kontynent północnoamerykański…

Do obozu Apaczów powrócił jeden ze zwiadowców. Wywołało to wielkie poruszenie wśród wodzów, którzy chcieli w końcu dowiedzieć co się dzieje. Zwiadowca został zaproszony do wigwamu w którym czekali wszyscy wodzowie.

- Mów Czarny Kruku czego się dowiedziałeś – zachęcił go na wstępie Bizoni Róg wódz Apaczów Lipan.
- Dotarłem do wioski Polomanczów. Są tam tylko kobiety z dziećmi, starcy, kilku wojowników do ochrony wioski i jedna Blada Twarz.
- Może reszta jest na polowaniu? – zastanawiał się Czerwony Ogień wódz Paunisów.
- Nie – odparł Czarny Kruk – w drodze powrotnej spotkałem Szybkiego Borsuka, a on widział Polomanczów, Germanopaczów, Kozakezów i Blade Twarze w pobliżu naszego obozu…
- Co?! – zawołał zdziwiony Wielki Łoś wódz Apaczów Jicarilla – ci odszczepieńcy są tak blisko nas?!
- Mało tego – kontynuował zwiadowca – są z nimi też Komancze…
To ostatnie słowo wywołało wśród wodzów, może nie panikę, ale jednak mały przestrach…
- Komancze? – odezwał się po dłuższej chwili Cichy Bawół wódz Apaczów Lipan – co oni robią tutaj na południu? A co z Arapaho? Nasze przypuszczenia, że udali się w pościg za Kiowami były błędne. Założę się, że Przyczajony Lis i jego ludzie wpadli w pułapkę.

Rozmowy trwały jeszcze długo, ale wodzowie nie mogli zdecydować się na jakieś konkretne działania. Gdyby mieli do czynienia tylko z „odszczepieńcami” i Bladymi Twarzami to pewnie natarliby na nich niemal natychmiast, ale w stosunku do Komanczów czuli zauważalny respekt.

Tymczasem w sąsiednim obozie…

- Niedobrze – rzekł Jan Pratelicki – Nie udało nam się wyłapać wszystkich zwiadowców wroga…
- Skąd te przypuszczenia? – zapytał Michał Potylicz.
- Rafał Kobyłecki widział jak do obozu Apaczów powrócił jeden z nich…
- A co Kobyłecki tam robił?
- Był na zwiadach razem ze Zwinnym Jeleniem Norymbergą, synem Helmutha.
- Nie wiadomo gdzie był i co widział ten Apacz … - wtrącił się Jurko.
- Trzeba założyć, że widział wystarczająco wiele – mówił Pratelicki – oni też mogą wiedzieć o Komanczach…
- Radźmy co robimy – rzekł na to Jurko.
- Trzeba zwiększyć ostrożność – mówił dalej Pratelicki – wiele będzie zależało od tego co zrobią Apacze…
- Zależy czy wiedzą dokładnie ilu nas jest – powiedział Potylicz – Nie wiedzą chyba ilu jest z nami Komanczów i tu mamy przewagę.
- Ciężka Ręka przybył! Ma ważne informacje! – wołał biegnąc w ich kierunku Robert Pachocki.
Chwilę później Germanopacz Ciężka Ręka pojawił się osobiście…
- Udało mi się ponownie podsłuchać wodzów. Apacze wiedzą o nas, że jesteśmy w pobliżu,  o Komanczach też. Wiedzą też, że w wiosce nie ma wojowników…
- Czy wiedzą ilu jest z nami Komanczów? – zapytał Potylicz – Bo to jest teraz najważniejsze…
- Tego nie wiedzą… Długo naradzali się, ale właśnie przez obecność Komanczów nie wiedzą co mają robić… W końcu odłożyli decyzję do jutra…

Tymczasem Helmuth z kilkoma Germanopaczami powrócił do wioski Polomanczów. Zaniepokoił go widok pustej wioski…

- Mam nadzieję, że zdołali uciec… - zastanawiał się głośno.

Niemiec krążył po wiosce szukając jakichkolwiek śladów, gołym okiem dało się zauważyć niedawną obecność Hiszpanów... Na szczęście nigdzie nie było widać żadnych śladów walki…

- Helmuth! – zawołał w pewnym momencie ktoś z pobliskich zarośli…
- Dobrze, że cię widzę Kazimierzu Wielki! Mów co się tutaj stało!
- W porę zdążyliśmy uciec na Górę Niedźwiedzią, ale Hiszpanie krążą w pobliżu i istnieje zagrożenie, że mogą w końcu też tam się skierować.
- A ty co tutaj robisz?
- Zostałem na wszelki wypadek, jakby ktoś od nas wrócił do wioski.
- Ilu ich jest?
- Dwustu.
- Idziemy! Każda para rąk może mieć znaczenie, gdyby Hiszpanie odkryli, gdzie ukryli się nasi. Na szczęście da się tam doskonale bronić nawet przed liczebniejszym wrogiem.

Gdy byli już niedaleko usłyszeli strzały…

- Prędzej! Śpieszmy się! Tam są nasze rodziny! – krzyknął wściekle Helmuth i ruszył żwawiej do przodu tak szybko, że pozostali mieli problemy by za nim nadążyć…

Nie słyszeli już strzałów, czyżby już nieliczni obrońcy nie żyli, a Hiszpanie rozprawiali się z bezbronnymi kobietami, dziećmi i starcami? Chwilę później ujrzeli ich, jak wspinali się w kierunku Góry Niedźwiedziej…

- Nie jest źle – pomyślał Niemiec – jeszcze nie dotarli do naszych, jest nadzieja…

Helmuth postanowił, że ominą atakujących Hiszpanów i wejdą na górę z drugiej strony i tam wesprą obrońców… Zwłaszcza, że co pewien czas napastnicy zmuszeni byli zatrzymywać się, bo z góry leciały w ich kierunku strzały…

- Brać tych dzikusów! – darł się Jose Manuel Bakuleros – Zabić! Zabić ich!

Helmuth spojrzał na niego wściekle, przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że łatwo mógłby go teraz zastrzelić, ale zwyciężył rozsądek. Nic by mu nie dało zabicie pojedynczego Hiszpana, którego słusznie uznał za przywódcę, ale sami oddaliby życie, bo wrogów było za dużo, a potem napastnicy w końcu zdobyliby Górę Niedźwiedzią i zapewne wymordowali obrońców.

Po dwóch godzinach Helmuth ze swoją grupą zameldował się na górze…

- Dobrze, że jesteś ojcze – powiedział na powitanie Biegnący Wilk Magdeburg – Hiszpanie są coraz bliżej…
- Mam pomysł! – wypalił nagle Michał Majewski – potrzebuję dwóch ludzi! Szybko!

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować szlachcic pociągnął za sobą dwóch Indian…
Hiszpanie faktycznie zbliżali się, położenie obrońców nie było zbyt ciekawe… Oczywiście mogli się jeszcze bronić, ale prędzej czy później musieliby ulec przytłaczającej przewadze wroga…

- Co ten Majewski wymyślił? – zastanawiał się Helmuth, ale tylko przez chwilę, bowiem musiał pomyśleć o zorganizowaniu obrony… Postanowił zaangażować też kobiety i starszych chłopców… Z dołu dało się słyszeć głośne krzyki konkwistadora Bakulerosa zagrzewające żołnierzy do zwiększonego wysiłku…
Helmuth nie próżnował, na Hiszpanów posypały się strzały z łuków i kamienie, ale nie zatrzymywało to w wydatny sposób parciu napastników ku górze… Niemiec z przerażeniem myślał o tym co się stanie, gdy wedrą się na górę… Nie było znikąd nadziei… Był zły na polskiego szlachcica, że zabrał mu dwóch ludzi i poszedł nie wiadomo gdzie… Przydaliby się bardzo…

- Chyba nie uciekli? – powiedział głośno sam do siebie…

Niebawem wyjaśniło się co robił w tym czasie Polak i obaj Indianie… Niespodziewanie na głowy Hiszpanów zaczęła lać się woda… Wielu z nich zostało zmiecionych na dół, a że spadli z dużej wysokości ponosili śmierć na miejscu…

- Suchy Potok! Suchy Potok! – wołali biegnąc Indianie, a za nimi szedł polski szlachcic…
- Co się stało? – nie mógł się nadziwić Helmuth – Jak to zrobiliście?

Okazało się, że Majewski ostro pracował w tym czasie, wspólnie z Indianami zdołał zmienić bieg potoku i skierować go na nowe koryto, co spowodowało „śmiertelny prysznic” dla wielu Hiszpanów…

- Brawo! Brawo! – wołał Helmuth – Dostałeś Waść indiańskie imię… Osuszając potok zostałeś bohaterem.

Zgoła odmienne nastroje panowały na dole… Bakuleros był wściekły, chodził tam i z powrotem,  jak rozjuszony byk… Jego towarzysz, konkwistador Pablo Vincento Magieros szybko policzył straty… Okazało się, że zginęło 30 Hiszpanów, a 5 było rannych… Tymi ostatnimi błyskawicznie zajął się włoski medyk Gianluca Faracini. Pomagał mu inny Włoch, trubadur Camille Steckozini…

- Parszywe dzikusy! – grzmiał Bakuleros – Zabiję ich wszystkich! Każdego napotkanego dzikiego od razu zabijam!