Bz

Rai

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

środa, 23 marca 2016

Epopeja polsko-indiańska (84)

Czarny Malik po wejściu do groty usiadł przy ognisku naprzeciw starych Indian i cierpliwie czekał aż któryś z czerwonoskórych zabierze głos… Minęła godzina i jeden z nich w końcu przemówił…

- Mata kina inaka?! Juparama y meroza!

Malik nie znał języka Indian, ale zawsze wcześniej otrzymywał specjalny napój, który sprawiał, że rozumiał każde słowo… Aby zwiększyć komfort czytelników dialogi od razu będą przetłumaczone…

- Gdzie byłeś?! Czekaliśmy na ciebie!
- Gdzie są skalpy? – wtrącił drugi starzec.

Nie było odpowiedzi… Polak wyraźnie zażenowany nie wiedział co odpowiedzieć… Ponownie zapadła cisza… Upłynęła kolejna godzina…

- Musisz zabijać! – odezwał się nagle Siwy Mokasyn – Jak zabijesz wszystkie blade twarze to damy ci za squaw Mokrą Kunę! Jej ojciec zgodził się na to.
- To prawda – potwierdził Smutny Lis i poszedł w głąb groty by za chwilę przyprowadzić wysoką Indiankę…

Malik zobaczył kobietę po raz drugi w życiu, ale już za pierwszym razem wiedział, że zrobi wszystko by ją zdobyć… Czuł, że godzinami może wpatrywać się w jej czarne oczy… Dla niej mógłby zabijać! Porwał za nóż i chciał natychmiast ruszyć do mordowania, ale Smutny Lis powstrzymał go stanowczym gestem…

- Poczekaj! Jeszcze nie jesteś gotowy!

Malik uspokoił się nieco, pragnął jak najszybciej wypełnić zadanie, ale posłusznie usiadł z powrotem na miejsce…

- Musisz kogoś poznać! – oznajmił mu Siwy Włos – Mokra Kuno przyprowadź ich!

Indianka zniknęła w głębi groty… Po dłuższym czasie wróciła z kilkoma osobami… Nie byli to jednak Indianie… Malik obserwował ich z wielkim zaciekawieniem… Wyglądali dziwnie swojsko…

- Kim jesteście?
- My z Moskwy … - odpowiedział jeden z nich.
- ?
- Jestem Warywodzia. Ten obok to Kuczunow. No i Cekierova z Lelkovą.

Czarny patrzył na nich zdziwiony, nie rozumiał co oni mają wspólnego z jego misją…

- Oni pomogą ci osiągnąć cel! – oznajmił Smutny Lis.
- Ci Rosjanie? – Malik był coraz bardziej zdziwiony…
- Tak, oni! Idź teraz wypocznij, a jutro o wschodzie słońca zaczniecie przygotowania!

Malik poszedł za Mokrą Kuną, która zaprowadziła go w głąb groty… Okazało się, że z większą grotą sąsiadowały inne mniejsze… Weszli do jednej z nich, pod ścianą leżała niedźwiedzia skóra…

- Tutaj będziesz spał – powiedziała Indianka i już miała wyjść, ale odwróciła się i szepnęła – Zabij wszystkie blade twarze i wróć tu po mnie!

Czarny chciał coś odpowiedzieć, ale Mokra Kuna szybko oddaliła się… Położył się na skórze, ale długo nie mógł zasnąć… Zastanawiał się co tutaj robią Rosjanie i jak mu mogą pomóc w zabijaniu bladych twarzy…

Tymczasem angielski tropiciel Martin Swayze von Bigay z kilkoma osobami wciąż podążał jego tropem…

- To na nic! – powiedział zdegustowany Anglik – Ruszył w te skały, ciężko będzie znaleźć ślad…
- To co wracamy? – zapytał Przemysław Janczurowski.
- Nie! Rozglądniemy się po okolicy, może jednak na coś natrafimy…
- Trzeba się rozdzielić – zaproponował Kozak Robaczenko.
- Tak zróbmy! – pochwalił pomysł Swayze – Laszlo! Idziesz ze mną!
- To idziemy… - skwitował Piotr Laszlo Tekieli.

Kilka godzin poszukiwań nie przyniosło żadnych rezultatów…

- Wracamy do obozu! – zarządził Swayze.
- Zaczekajcie! – zawołał Tekieli – Znalazłem ślad w potoku! Odcisk dużej stopy!
- To Czarnego Malika! – ucieszył się Robaczenko.

Kolejne kilka godzin poszukiwań znowu nic nie przyniosły…

- Wracamy!

Tymczasem do obozu wróciła Anna Hynowska prowadząc za sobą związanego Hiszpana Alvaro… Już z daleka wypatrzyła ją Alfreda Pawłowska…

- Ania wróciła! – krzyknęła tak donośnie, że niemal wszyscy stanęli na równe nogi…

Zastępujący dowódcę Mateusz Budzanowski także wyszedł jej naprzeciw…

- Dobrze, że wróciłaś! Martwiliśmy się o ciebie… Zwłaszcza, że Czarny Malik oszalał… Chciał zabić Swayzego!
- Jak oszalał? E! Zostawcie! To mój jeniec!

W między czasie kilka osób rzuciło się na Hiszpana i zaczęło go okładać pięściami…

- Zabić go! Zabić! – darła się Alfreda.

Hynowska błyskawicznie wpadła między Alvaro i napastników…

- Precz! To mój jeniec!
- Zabić Hiszpana! – darła się nieustannie Alfreda.
- Fredka! Zamilcz! – krzyknęła głośno Hynowska.

Napastnicy odstąpili…

- Co to za Hiszpan? – zapytał Budzanowski.
- Złapałam go niedaleko stąd…
- Szpieg?
- Myślę, że nie… Prędzej dezerter…
- Musimy być ostrożni… Przywiązać go do tamtego drzewa i pilnować jak oka w głowie!
- Ale to mój jeniec…
- Przejmuję go! Pułkownik Doniecki mianował mnie swoim zastępcą…
- A gdzie on jest?
- Pojechał w kierunku kopalni…
- Sama upilnuję Hiszpana…
- Nie! Nie możemy ryzykować… Do powrotu pułkownika ma być związany i pilnie strzeżony!
- Ja go złapałam! To niesprawiedliwe!
- Zdania nie zmienię!

Kilka godzin później do obozu wróciła grupa Swayzego…

- Anna! Dobrze, że jesteś! – zawołał Anglik – Widziałaś Czarnego Malika?
- Nie, ale podobno oszalał…
- Chciał mnie zabić!
- Nie żartuj, on by muchy nie skrzywdził…
- Naprawdę! Rzucił się na mnie z nożem!
- Dziwne…

Tymczasem Jerzy Doniecki był w drodze do kopalni…

- Pułkowniku! – zawołał w pewnym momencie Kozak Czarnienko – Tam coś jest!
- Gdzie?
- Po lewej! Ktoś siedzi pod drzewem!
- Nie zatrzymuj się! Jedziemy dalej! Gibbencione! Za tymi drzewami skręć w lewo i zakradnij się niepostrzeżenie! My zaraz wrócimy! Bądź ostrożny, nie wiadomo ilu ich jest…

Włoch postąpił zgodnie z rozkazem… Skręcił, zsiadł z konia i zaczął się skradać… Gdy był już blisko zobaczył zakapturzoną postać… Bacznie rozglądał się po okolicy, ale nie zauważył nic podejrzanego… W między czasie powoli wrócili towarzysze… Skradali się z drugiej strony… Cały czas zachowywali ostrożność, dowódca obserwował tajemniczą postać, a Czarnienko penetrował okolicę… Po godzinie obserwacji Gibbencione niepostrzeżenie podkradł się i przyłożył nóż do gardła siedzącej pod drzewem postaci…

- Tylko się rusz, a poderżnę! – syknął i zerwał kaptur… - Kobieta?

Za chwilę obok zjawili się Doniecki i Czarnienko…

- Hiszpanka chyba… - skomentował pułkownik – Trzeba szybko ustalić co tu robi i czy jest sama… Roberto! Gadaj z nią!

Gibbencione trochę znał hiszpański, więc zadał kilka pytań…

- Kim jesteś? Co tu robisz? Gdzie jest reszta?

Kobieta była wyraźnie przestraszona i milczała…

- Niemowa jakaś czy co? – denerwował się Włoch – Gadaj szybko!
- Wystraszona ciężko jest… - skomentował Czarnienko.
- Yyyy… Yyyyy… - kobieta wydawała z siebie dziwne dźwięki.
- Dajcie jej chwilę – zarządził Doniecki – I schowaj ten nóż Roberto, ona się boi…
- No i uśmiechnij się jeszcze! – zażartował Kozak.
- Może się też ukłonię? – śmiał się Włoch.

Cała trójka wybuchnęła śmiechem, kobieta wykorzystała ten moment rozluźnienia i rzuciła się do ucieczki…

- Łapcie ją! – rozkazał pułkownik – Nie może umknąć! Zawiadomi pozostałych i po naszej misji!

Kozak i Włoch ruszyli biegiem za kobietą…

- Szybka jest! – skomentował po kilku minutach biegu Gibbencione.
- No! – skwitował Czarnienko – Sprężmy się, bo wyraźnie nam wieje!

Chwilę później wyprzedził ich konno Doniecki… Dowódca szybko zajechał drogę kobiecie, która widząc, że nie ma szans zatrzymała się…

Cała czwórka wróciła na miejsce…

- Czarnienko! Przyprowadź konia i miej oko na okolicę! – rozkazał dowódca – Gibbencione! Gadaj z nią!

Włoch powtórzył pytania…

- Jestem Maria de Brasilia. Pół Portugalka, pół Hiszpanka… Jestem sama…
- Jak sama?
- Uciekłam od przyszłego męża!
- Dlaczego?
- Bo go nie kocham!
- Co robiłaś pod tym drzewem?
- Odpoczywałam i zastanawiałam się gdzie mam dalej iść…
- Gdzie są Hiszpanie?
- Nie wiem… Ja uciekłam z miasteczka Las Permas… Dwa dni drogi pieszo stąd na zachód…
- To jest blisko kopalni złota?
- A tego to nie wiem…
- Jak nie wiesz?
- Po prostu, nie wiem. Jestem w tych okolicach dopiero dwa tygodnie…

Nastała chwila milczenia…

- Co z nią zrobimy pułkowniku? – zapytał Gibbencione.
- Zastanawiam się… Zostawić jej nie możemy, bo może nas zdradzić jak napotka swoich…
- Jak trzeba to… - Włoch wyciągnął nóż…
- Nie, nie… Ona niczemu niewinna jest… Trudno, musimy ją zabrać ze sobą…
- Spowolni nas…
- Czarnienko ma najsilniejszego konia, weźmie ją… Wołaj go, ruszamy w drogę!

Tymczasem Agnieszka Jagna Dębska wciąż kręciła się w okolicy kopalni… Od spotkania z angielskim tropicielem niewiele się tutaj działo … W pierwszych dniach panował spory ruch, widocznie szukano zaginionego patrolu… Później wszystko ucichło ...

- Umrę tu z nudów… - myślała - Ciekawe kiedy będą jakieś wieści z obozu? Czy w ogóle Doniecki będzie chciał ratować rycerza Krzysztofa i pozostałych? Ciekawe co u Diego Floresa?

Rozmyślania Jagny przerwał szmer w pobliskich zaroślach… Natychmiast ukryła się… Dobrze zrobiła, bowiem za chwilę wyłoniło się kilkunastu hiszpańskich żołnierzy… Na szczęście nie zauważyli jej i przeszli dalej… Kwadrans później z kopalni wyjechała duża grupa żołnierzy…

- O! Coś się dzieje! Dużo ich! – Jagna naliczyła około 80 żołnierzy.

Postanowiła udać się za nimi… Nie mogła jednak ruszyć od razu, bo kolejna grupa Hiszpanów wyłoniła się w pobliżu…

- Co oni tak się kręcą?

Nagle w oddali rozległy się odgłosy walki…

- Nasi?

Nie mogła wyjść z ukrycia, bo wszędzie roiło się od Hiszpanów… Po kilku minutach wszystko ucichło… Zastanawiała się co się mogło stać… Po pewnym czasie Hiszpanie ulotnili się, więc ostrożnie wyszła z ukrycia… Widziała jak Hiszpanie wracają do kopalni, ale to musiały być te patrole, które kręciły się blisko, byli pieszo … Czekała na powrót tego większego oddziału… Po pewnym czasie pojawił się… Bacznie ich obserwowała … W pewnym momencie omal nie zemdlała…

- Diego!

Jeden z żołnierzy ciągnął na sznurze Floresa! Jagna nie mogła na to patrzeć, w pierwszej chwili chciała rzucić się na pomoc, ale wiedziała, że nie ma żadnych szans…

- Muszę go uwolnić! Muszę!

niedziela, 13 marca 2016

Epopeja polsko-indiańska (83)

Angielski tropiciel Martin Swayze Von Bigay pędził co koń wyskoczy, aby zawiadomić dowódcę II polskiej wyprawy pułkownika Jerzego Donieckiego o liczbie i miejscu przebywania Hiszpanów … 

Gdy znajdował się już w odległości kilku godzin od obozu niespodziewanie natknął się na członka firmy sprzątającej Czarnego Malika…

- Co ty tutaj robisz?

Odpowiedzi nie było, Malik spojrzał na niego błędnym wzrokiem i dopiero po dłuższej chwili odparł…

- Kim jesteś?
- ? Nie poznajesz mnie? To ja Swayze!
- Nie znam cię. Czego chcesz?

Czarny Malik poderwał się nagle z miejsca i z nożem w ręce ruszył na Anglika…

- Co ty wyprawiasz?
- Zabiję cię!

Swayze instynktownie cofnął się, napastnik zaatakował nożem, ale trafił w powietrze… Anglik widząc, że to nie przelewki wskoczył na konia i odjechał kilkadziesiąt metrów… Czarny Malik głośno krzycząc biegł za nim…

- Co się z nim stało? – zastanawiał się Swayze – Oszalał?

Nożownik był coraz bliżej, tropiciel postanowił odjechać, żeby jak najszybciej powiadomić pułkownika…

- Wracaj tu tchórzu! – słyszał wołanie za sobą.

Kilka godzin później był już w obozie i natychmiast poszedł do dowódcy…

- Hiszpanów jest przynajmniej 400. Naszych trzymają w kopalni zmuszając do niewolniczej pracy przy wydobyciu złota. Agnieszka Dębska została, żeby ich obserwować. Aha, po drodze widziałem Czarnego Malika, który wyraźnie oszalał i chciał mnie zabić! Nie chciałem z nim walczyć, więc się wycofałem… Długo biegł jeszcze za mną z nożem w ręce…

- Dziwne, ale dobrze, że żyje – odparł Doniecki – Szukamy go od dłuższego czasu. Już właściwie spisaliśmy go na straty, tylko Anna Hynowska go jeszcze szuka…
- Anna? Przecież on ją zabije! On w ogóle mnie nie rozpoznał! Miał takie błędny wzrok, że aż się przeraziłem!

Doniecki postanowił nie lekceważyć ostrzeżeń Anglika i czym prędzej wysłał kilka osób we wskazanym przez tropiciela kierunku…

- Co do Hiszpanów – kontynuował dowódca – To łatwo nie będzie. Dysponujemy zbyt małą siłą by ich otwarcie zaatakować… Ale naszych trzeba ratować…

Pułkownik szybko odszedł, najprawdopodobniej by w spokoju zastanowić się nad planem ratowania pojmanych przez Hiszpanów zwiadowców…

Czarny Malik długo pędził za tropicielem, aż w końcu zmęczony zatrzymał się… Nie był to już to ten sam człowiek, który wyszedł z Wiechosławem kilka tygodni z obozu… Towarzysz powrócił, Malik nie…

- Muszę zabijać! – mamrotał sam do siebie.

Po krótkim odpoczynku poszedł w innym kierunku, najpierw szedł wolno, ale niespodziewanie przyśpieszył, jakby się dokądś śpieszył… Po chwili biegł jak opętany by po pewnym czasie znowu zwolnić… Nagle zatrzymał się i zaczął nadsłuchiwać… Dłuższą chwilę zastygnął niczym posąg by za moment znowu ruszyć pędem… W końcu dotarł do skał, zaczął się wspinać, a gdy już był na szczycie zatrzymał się przed grotą… Wyszli z niej dwaj starzy Indianie…

- Jestem!

Czerwonoskórzy skinęli głowami i wrócili do groty. Czarny Malik wszedł za nimi…

Po rozmowie z dowódcą tropiciel postanowił dołączyć do grupy wysłanej przez Donieckiego. Bał się o Hynowską, która od jakiegoś czasu poszukiwała Malika… On był jakiś dziwny, mógł być naprawdę niebezpieczny…

- Twardy jesteś Angliku! – zaczepił go Przemysław Janczurowski – Zamiast odpocząć, bo ledwie wróciłeś… to ty znowu w siodle?
- Daleko od obozu go widziałeś? – wtrącił się Kozak Robaczenko.
- Trzy godziny drogi... Ale nie wiadomo czy i w jakim kierunku się przemieszcza. Biegł za mną dość długo…
- Ciekawe co się z nim stało… - zastanawiał się Piotr Laszlo Tekieli.
- Zachowywał się bardzo dziwnie, chciał mnie zabić… Oszalał… Nie wiem o co chodzi…

Po dwóch godzinach natknęli się na trop… Swayze zszedł z konia i zaczął oglądać ślady…

- Biegł za mną aż tak długo? To jego ślady… Tu się zatrzymał, następnie skręcił na północ…

Grupa pojechała w tym kierunku…

- Dziwne ślady jakieś … - skwitował Tekieli – raz tak jakby szedł normalnie, a za jakiś czas tak jakby biegł…
- Mówiłem wam, że oszalał…
- Może go coś ścigało?
- Nie ma żadnych innych śladów…
- A jakby to było z powietrza?
- Ale co niby? Ptaki, smoki czy jakieś nietoperze? – śmiał się tropiciel.
- Nigdy nie wiadomo – oburzył się Tekieli – Nie znamy jeszcze tych terenów na tyle by wszystko wiedzieć…

Tymczasem Anna Hynowska powoli traciła już nadzieję na odnalezienie czarnego Malika…

- Gdzie ten kaciała polazł?! – wściekała się – Jak można tutaj zabłądzić? Kpiny jakieś! Wracam do obozu, może kiedyś sam się znajdzie…

Kobieta próbowała przypomnieć sobie w którym kierunku znajduje się obóz…

- No i masz! Taka sama ze mnie łamaga jak i z tego Czarnego!

Gdy tak zastanawiała się który kierunek obrać nagle zobaczyła cień ukrywającego się przed nią człowieka…

- Wyłaź stamtąd! – krzyknęła bez zastanowienia, myśląc że ma do czynienia z Malikiem… - Bo jak w łeb przywalę to własna matka cię nie pozna!

Z zarośli wyszedł człowiek, ale nie był to Malik…

- Coś za jeden znowu?! – ryknęła zdziwiona kobieta.
- Alvaro! – odparł zapytany.

Zdziwieni byli oboje… Alvaro okazał się uciekinierem z wojska hiszpańskiego, ale bariera językowa nie pozwalała na normalną rozmowę…

Hynowska w pierwszej chwili zapomniała o ostrożności, Hiszpan wyglądał łagodnie… Ale szybko wróciła jej świadomość, że to wróg… Błyskawicznie wyciągnęła nóż i przyłożyła mężczyźnie do gardła. On nie bronił się, podniósł dwie ręce do góry na znak poddania się… Kobieta rozglądała się bacznie dookoła, Alvaro był teoretycznie niegroźny, ale prawdopodobieństwo, że jest sam było jednak małe…

- Gadaj ilu was jest?! – syknęła znienacka zapominając, że nie rozmawiają w tym samym języku.

Alvaro jednak chyba coś zrozumiał, bo zaczął wymownie gestykulować… Anna niewiele na początku rozumiała, ale Hiszpan miał dar przekazywania myśli za pomocą właśnie gestów… Powoli zaczęło się jej wszystko układać… Wyszło na to, że Alvaro jest dezerterem i jest sam, już od dłuższego czasu włóczy się po okolicy…

- No i co ja mam teraz z tobą zrobić Hiszpanie? – zastanawiała się na głos – Chyba do firmy sprzątającej cię wezmę, bo co innego? Ale jak ty jednak szpiegiem jesteś? Przenocujemy tutaj, a rano idziemy do obozu.

Hynowska przywiązała Hiszpana do gałęzi pobliskiego drzewa, a sama ułożyła się do snu trochę dalej…

Tymczasem w obozie…

Pułkownik Doniecki wezwał do siebie kilku ludzi…

- Jedziemy! Trzeba ich ratować! Reszta zostaje na miejscu i czeka! Do momentu mojego powrotu dowódcą zostaje … Mateusz Budzanowski! Ruszamy za godzinę!

Grupa ruszyła z obozu punktualnie… Poza pułkownikiem znaleźli się w niej Kozak Czarnienko i Włoch Roberto Gibbencione. Pułkownik narzucił szybkie tempo jazdy, pozostała dwójka była pod sporym wrażeniem… Po kilku godzinach dowódca zatrzymał się na krótki postój…

- Gdzie tak gnamy pułkowniku? – zapytał Czarnienko.
- Jak to gdzie? Ratować naszych!
- We trzech? – dziwił się Gibbencione.
- A co nie damy rady? – zaśmiał się Doniecki.

Kozak i Włoch spojrzeli na niego jakby oszalał… ale nie śmieli oponować… Kwadrans później dowódca zarządził koniec postoju…

- On oszalał! – wycedził Gibbencione – Ich jest 400, a nas trzech…
- Wiem, wiem… Może ma plan jakiś…
- Jaki by ten plan nie był i tak zginiemy…
- To zginiemy!

Tymczasem w obozie…

- Dlaczego Doniecki nie mianował cię swoim zastępcą tylko tego Budzanowskiego? – zastanawiała się Andżelika Koszyńska.
- Nie wiem – odparł Tomasz Szlachtowski – Skąd mam wiedzieć?
- Ale ja wiem!
- Tak?
- Tak! Bo płaczesz po tym swoim Mariuszu Rochu Kowalskim jak baba zamiast działać! Tamten cały czas wokół Donieckiego krążył, a ty? Siedzisz tu wśród skał i płaczesz!
- Nieprawda! Poza tym co ty możesz wiedzieć kobieto o prawdziwej przyjaźni?

Koszyńska machnęła ręką i odeszła… Szlachtowski wyraźnie poruszony zerwał się z miejsca by pobiec za kobietą, ale zrezygnował w ostatniej chwili…

- Masz rację przyjacielu! – skomentował całą sytuację Roman Więcławski, który akurat przechodził w pobliżu – Za kobietami nie ma co biegać! Zawsze lepiej jak to one za nami biegają! Ha ha ha!!! Chodź lepiej do nas, na jednego!
- Macie wino? – ucieszył się Szlachtowski – Ale skąd? Chyba już nikt nie ma zapasów z Polski?
- My mamy! – uśmiechnął się tajemniczo Więcławski – Idziesz?

Chwilę później obaj siedzieli już przy dwóch innych towarzyszach…

- Wyborne to winko! – zawołał wniebowzięty Szlachtowski – Skąd je macie?
- Znaleźliśmy dzisiaj przypadkiem w bagażu rycerza Krzysztofa… - wyjaśniał Krzysztof Seremacki – Jemu nie przyda się już raczej, a szkoda, żeby taki zacny napój zmarnować się miał!
- Dobrze powiedziałeś waszmość! – zaśmiał się na całe gardło Przemko Nowacki – Zdrowie!
- Dużo tego macie?
- Jeszcze dwie butelki! Na dzisiaj wystarczy, a potem będziemy się martwić…
- Pozostanie nam czekać na produkcję pana Romana!
- Jaką produkcję?

Więcławski wywołany tak jakby do tablicy poczuł się zobligowany do wyjaśnień…

- Sami wino robimy!
- Tak? Niemożliwe!
- Jak niemożliwe? Według przepisu świętej pamięci wuja Klemensa!
- ? Ale tu nie ma pewnie takich składników!
- To co? Korzystamy z innych, że tak powiem zamienników!
- Ciekawe! Będę musiał skosztować tych rarytasów!
- Nie widzę problemu, ale jeszcze parę dni trzeba poczekać…

Wesoła kompania jeszcze długo tak wesoło sobie rozmawiała… Zwłaszcza, że Seremacki znalazł jeszcze kolejne dwa wina w bagażach rycerza…

Budzanowski do swoich obowiązków zastępowania dowódcy podszedł bardzo poważnie… Pilnował, żeby obóz był strzeżony, zwiększył nawet ilość wartowników w nocy… Non stop obóz strzegło trzy osoby…

- Dobrze, że poszliśmy razem na wartę Martinie… - rozpoczął rozmowę Stanisław Jochymowski.
- O co chodzi? – zdziwił się Niemiec Schylder.
- Musimy pogadać…
- Cały czas gadamy, od wyjazdu z Gdańska codziennie…
- No tak, ale inaczej…
- To znaczy? Może lepiej nie kontynuuj!
- Muszę!
- Znajdź sobie innego rozmówcę! Ja czuję jakieś problemy!
- Słuchaj wreszcie! Bo się rozmyślę!
-?
- Muszę ci się do czegoś przyznać!
- Może lepiej nie?
- Muszę i koniec!
- Dawaj!
- Macudowski zmusił mnie do tego, żebym przegrał w kości twój majątek!
- Domyślałem się…
- Nie chciałem się zgodzić, ale on uwięził moich rodziców! Wciąż nie chciałem współpracować, to on wtedy kazał ich żywcem przypalać!
- …
- Zrozum! Nie miałem wyjścia! Nie jest miłym widokiem patrzeć się bezsilnie na to jak draby przypalają matkę i ojca! Zgodziłem się, dalszy ciąg znasz…
- Znam. Trudno…
- Wybacz mi Martin!
- No, nie wiem… Mogłeś powiedzieć wcześniej, on miał dowody, że przegrałeś wszystko w kości…
- Nie mogłem nic mówić, on cały czas miał moich rodziców… Obiecał, że ich wypuści, jak trafisz do więzienia…
- Ale uciekliśmy!
- No tak, mam nadzieję, że ten łotr wypuścił moich rodziców… Wybacz, proszę!
- Wybaczam! Gdy kiedyś wrócimy do Polski pomożesz mi odzyskać majątek!
- Pomogę! Obiecuję! Wszystko ci obiecam!

Mężczyźni padli sobie w objęcia…

- Ej! Wy tam! – krzyczał Budzanowski – Na warcie jesteście do diabła, a nie na weselu jakimś! Jeszcze raz obudzicie cały obóz to popamiętacie! Weźcie sobie jeszcze Musiałka, niech wam coś zaśpiewa!
- Wypraszam sobie! – wtrącił się wędrowny grajek – Ja sobie grzecznie śpię!

Po chwili nastała znowu nastała cisza…

Niedaleko obozu…

- Mam już tego dość! – awanturował się Marian Łuszczyński – Jak nie załatwisz żarcia to ja wychodzę z takiej bandy!
- Spokojnie! – odparł Ślązak Szmicior – Bandy ot tak nie można opuścić…
- A pokazać ci, że można? – zacietrzewił się Łuszczyński – Idę spać, a jak rano znowu nie będzie co jeść to odchodzę!

Szmicior chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał go Dawid „Szpiegu” Łęckowski…

- Nie ma sensu… Musisz załatwić jedzenie! Mi też kiszki marsza grają…
- Idziesz ze mną?
- Idę, bo i tak z głodu nie zasnę…

Chwilę później obaj ostrożnie posuwali się w kierunku obozu…

- Szpiegu! Który to już raz idziemy po żarcie?
- Nie pamiętam…
- I jak tu nie mówić, że w bandzie Szmiciora nie jest fajnie?
- Co? Obiecywałeś co innego! A tu bieda taka, że szkoda mówić!
- Początki zawsze są trudne…