Mill

City

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

środa, 23 marca 2016

Epopeja polsko-indiańska (84)

Czarny Malik po wejściu do groty usiadł przy ognisku naprzeciw starych Indian i cierpliwie czekał aż któryś z czerwonoskórych zabierze głos… Minęła godzina i jeden z nich w końcu przemówił…

- Mata kina inaka?! Juparama y meroza!

Malik nie znał języka Indian, ale zawsze wcześniej otrzymywał specjalny napój, który sprawiał, że rozumiał każde słowo… Aby zwiększyć komfort czytelników dialogi od razu będą przetłumaczone…

- Gdzie byłeś?! Czekaliśmy na ciebie!
- Gdzie są skalpy? – wtrącił drugi starzec.

Nie było odpowiedzi… Polak wyraźnie zażenowany nie wiedział co odpowiedzieć… Ponownie zapadła cisza… Upłynęła kolejna godzina…

- Musisz zabijać! – odezwał się nagle Siwy Mokasyn – Jak zabijesz wszystkie blade twarze to damy ci za squaw Mokrą Kunę! Jej ojciec zgodził się na to.
- To prawda – potwierdził Smutny Lis i poszedł w głąb groty by za chwilę przyprowadzić wysoką Indiankę…

Malik zobaczył kobietę po raz drugi w życiu, ale już za pierwszym razem wiedział, że zrobi wszystko by ją zdobyć… Czuł, że godzinami może wpatrywać się w jej czarne oczy… Dla niej mógłby zabijać! Porwał za nóż i chciał natychmiast ruszyć do mordowania, ale Smutny Lis powstrzymał go stanowczym gestem…

- Poczekaj! Jeszcze nie jesteś gotowy!

Malik uspokoił się nieco, pragnął jak najszybciej wypełnić zadanie, ale posłusznie usiadł z powrotem na miejsce…

- Musisz kogoś poznać! – oznajmił mu Siwy Włos – Mokra Kuno przyprowadź ich!

Indianka zniknęła w głębi groty… Po dłuższym czasie wróciła z kilkoma osobami… Nie byli to jednak Indianie… Malik obserwował ich z wielkim zaciekawieniem… Wyglądali dziwnie swojsko…

- Kim jesteście?
- My z Moskwy … - odpowiedział jeden z nich.
- ?
- Jestem Warywodzia. Ten obok to Kuczunow. No i Cekierova z Lelkovą.

Czarny patrzył na nich zdziwiony, nie rozumiał co oni mają wspólnego z jego misją…

- Oni pomogą ci osiągnąć cel! – oznajmił Smutny Lis.
- Ci Rosjanie? – Malik był coraz bardziej zdziwiony…
- Tak, oni! Idź teraz wypocznij, a jutro o wschodzie słońca zaczniecie przygotowania!

Malik poszedł za Mokrą Kuną, która zaprowadziła go w głąb groty… Okazało się, że z większą grotą sąsiadowały inne mniejsze… Weszli do jednej z nich, pod ścianą leżała niedźwiedzia skóra…

- Tutaj będziesz spał – powiedziała Indianka i już miała wyjść, ale odwróciła się i szepnęła – Zabij wszystkie blade twarze i wróć tu po mnie!

Czarny chciał coś odpowiedzieć, ale Mokra Kuna szybko oddaliła się… Położył się na skórze, ale długo nie mógł zasnąć… Zastanawiał się co tutaj robią Rosjanie i jak mu mogą pomóc w zabijaniu bladych twarzy…

Tymczasem angielski tropiciel Martin Swayze von Bigay z kilkoma osobami wciąż podążał jego tropem…

- To na nic! – powiedział zdegustowany Anglik – Ruszył w te skały, ciężko będzie znaleźć ślad…
- To co wracamy? – zapytał Przemysław Janczurowski.
- Nie! Rozglądniemy się po okolicy, może jednak na coś natrafimy…
- Trzeba się rozdzielić – zaproponował Kozak Robaczenko.
- Tak zróbmy! – pochwalił pomysł Swayze – Laszlo! Idziesz ze mną!
- To idziemy… - skwitował Piotr Laszlo Tekieli.

Kilka godzin poszukiwań nie przyniosło żadnych rezultatów…

- Wracamy do obozu! – zarządził Swayze.
- Zaczekajcie! – zawołał Tekieli – Znalazłem ślad w potoku! Odcisk dużej stopy!
- To Czarnego Malika! – ucieszył się Robaczenko.

Kolejne kilka godzin poszukiwań znowu nic nie przyniosły…

- Wracamy!

Tymczasem do obozu wróciła Anna Hynowska prowadząc za sobą związanego Hiszpana Alvaro… Już z daleka wypatrzyła ją Alfreda Pawłowska…

- Ania wróciła! – krzyknęła tak donośnie, że niemal wszyscy stanęli na równe nogi…

Zastępujący dowódcę Mateusz Budzanowski także wyszedł jej naprzeciw…

- Dobrze, że wróciłaś! Martwiliśmy się o ciebie… Zwłaszcza, że Czarny Malik oszalał… Chciał zabić Swayzego!
- Jak oszalał? E! Zostawcie! To mój jeniec!

W między czasie kilka osób rzuciło się na Hiszpana i zaczęło go okładać pięściami…

- Zabić go! Zabić! – darła się Alfreda.

Hynowska błyskawicznie wpadła między Alvaro i napastników…

- Precz! To mój jeniec!
- Zabić Hiszpana! – darła się nieustannie Alfreda.
- Fredka! Zamilcz! – krzyknęła głośno Hynowska.

Napastnicy odstąpili…

- Co to za Hiszpan? – zapytał Budzanowski.
- Złapałam go niedaleko stąd…
- Szpieg?
- Myślę, że nie… Prędzej dezerter…
- Musimy być ostrożni… Przywiązać go do tamtego drzewa i pilnować jak oka w głowie!
- Ale to mój jeniec…
- Przejmuję go! Pułkownik Doniecki mianował mnie swoim zastępcą…
- A gdzie on jest?
- Pojechał w kierunku kopalni…
- Sama upilnuję Hiszpana…
- Nie! Nie możemy ryzykować… Do powrotu pułkownika ma być związany i pilnie strzeżony!
- Ja go złapałam! To niesprawiedliwe!
- Zdania nie zmienię!

Kilka godzin później do obozu wróciła grupa Swayzego…

- Anna! Dobrze, że jesteś! – zawołał Anglik – Widziałaś Czarnego Malika?
- Nie, ale podobno oszalał…
- Chciał mnie zabić!
- Nie żartuj, on by muchy nie skrzywdził…
- Naprawdę! Rzucił się na mnie z nożem!
- Dziwne…

Tymczasem Jerzy Doniecki był w drodze do kopalni…

- Pułkowniku! – zawołał w pewnym momencie Kozak Czarnienko – Tam coś jest!
- Gdzie?
- Po lewej! Ktoś siedzi pod drzewem!
- Nie zatrzymuj się! Jedziemy dalej! Gibbencione! Za tymi drzewami skręć w lewo i zakradnij się niepostrzeżenie! My zaraz wrócimy! Bądź ostrożny, nie wiadomo ilu ich jest…

Włoch postąpił zgodnie z rozkazem… Skręcił, zsiadł z konia i zaczął się skradać… Gdy był już blisko zobaczył zakapturzoną postać… Bacznie rozglądał się po okolicy, ale nie zauważył nic podejrzanego… W między czasie powoli wrócili towarzysze… Skradali się z drugiej strony… Cały czas zachowywali ostrożność, dowódca obserwował tajemniczą postać, a Czarnienko penetrował okolicę… Po godzinie obserwacji Gibbencione niepostrzeżenie podkradł się i przyłożył nóż do gardła siedzącej pod drzewem postaci…

- Tylko się rusz, a poderżnę! – syknął i zerwał kaptur… - Kobieta?

Za chwilę obok zjawili się Doniecki i Czarnienko…

- Hiszpanka chyba… - skomentował pułkownik – Trzeba szybko ustalić co tu robi i czy jest sama… Roberto! Gadaj z nią!

Gibbencione trochę znał hiszpański, więc zadał kilka pytań…

- Kim jesteś? Co tu robisz? Gdzie jest reszta?

Kobieta była wyraźnie przestraszona i milczała…

- Niemowa jakaś czy co? – denerwował się Włoch – Gadaj szybko!
- Wystraszona ciężko jest… - skomentował Czarnienko.
- Yyyy… Yyyyy… - kobieta wydawała z siebie dziwne dźwięki.
- Dajcie jej chwilę – zarządził Doniecki – I schowaj ten nóż Roberto, ona się boi…
- No i uśmiechnij się jeszcze! – zażartował Kozak.
- Może się też ukłonię? – śmiał się Włoch.

Cała trójka wybuchnęła śmiechem, kobieta wykorzystała ten moment rozluźnienia i rzuciła się do ucieczki…

- Łapcie ją! – rozkazał pułkownik – Nie może umknąć! Zawiadomi pozostałych i po naszej misji!

Kozak i Włoch ruszyli biegiem za kobietą…

- Szybka jest! – skomentował po kilku minutach biegu Gibbencione.
- No! – skwitował Czarnienko – Sprężmy się, bo wyraźnie nam wieje!

Chwilę później wyprzedził ich konno Doniecki… Dowódca szybko zajechał drogę kobiecie, która widząc, że nie ma szans zatrzymała się…

Cała czwórka wróciła na miejsce…

- Czarnienko! Przyprowadź konia i miej oko na okolicę! – rozkazał dowódca – Gibbencione! Gadaj z nią!

Włoch powtórzył pytania…

- Jestem Maria de Brasilia. Pół Portugalka, pół Hiszpanka… Jestem sama…
- Jak sama?
- Uciekłam od przyszłego męża!
- Dlaczego?
- Bo go nie kocham!
- Co robiłaś pod tym drzewem?
- Odpoczywałam i zastanawiałam się gdzie mam dalej iść…
- Gdzie są Hiszpanie?
- Nie wiem… Ja uciekłam z miasteczka Las Permas… Dwa dni drogi pieszo stąd na zachód…
- To jest blisko kopalni złota?
- A tego to nie wiem…
- Jak nie wiesz?
- Po prostu, nie wiem. Jestem w tych okolicach dopiero dwa tygodnie…

Nastała chwila milczenia…

- Co z nią zrobimy pułkowniku? – zapytał Gibbencione.
- Zastanawiam się… Zostawić jej nie możemy, bo może nas zdradzić jak napotka swoich…
- Jak trzeba to… - Włoch wyciągnął nóż…
- Nie, nie… Ona niczemu niewinna jest… Trudno, musimy ją zabrać ze sobą…
- Spowolni nas…
- Czarnienko ma najsilniejszego konia, weźmie ją… Wołaj go, ruszamy w drogę!

Tymczasem Agnieszka Jagna Dębska wciąż kręciła się w okolicy kopalni… Od spotkania z angielskim tropicielem niewiele się tutaj działo … W pierwszych dniach panował spory ruch, widocznie szukano zaginionego patrolu… Później wszystko ucichło ...

- Umrę tu z nudów… - myślała - Ciekawe kiedy będą jakieś wieści z obozu? Czy w ogóle Doniecki będzie chciał ratować rycerza Krzysztofa i pozostałych? Ciekawe co u Diego Floresa?

Rozmyślania Jagny przerwał szmer w pobliskich zaroślach… Natychmiast ukryła się… Dobrze zrobiła, bowiem za chwilę wyłoniło się kilkunastu hiszpańskich żołnierzy… Na szczęście nie zauważyli jej i przeszli dalej… Kwadrans później z kopalni wyjechała duża grupa żołnierzy…

- O! Coś się dzieje! Dużo ich! – Jagna naliczyła około 80 żołnierzy.

Postanowiła udać się za nimi… Nie mogła jednak ruszyć od razu, bo kolejna grupa Hiszpanów wyłoniła się w pobliżu…

- Co oni tak się kręcą?

Nagle w oddali rozległy się odgłosy walki…

- Nasi?

Nie mogła wyjść z ukrycia, bo wszędzie roiło się od Hiszpanów… Po kilku minutach wszystko ucichło… Zastanawiała się co się mogło stać… Po pewnym czasie Hiszpanie ulotnili się, więc ostrożnie wyszła z ukrycia… Widziała jak Hiszpanie wracają do kopalni, ale to musiały być te patrole, które kręciły się blisko, byli pieszo … Czekała na powrót tego większego oddziału… Po pewnym czasie pojawił się… Bacznie ich obserwowała … W pewnym momencie omal nie zemdlała…

- Diego!

Jeden z żołnierzy ciągnął na sznurze Floresa! Jagna nie mogła na to patrzeć, w pierwszej chwili chciała rzucić się na pomoc, ale wiedziała, że nie ma żadnych szans…

- Muszę go uwolnić! Muszę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz