Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

poniedziałek, 21 listopada 2016

Epopeja polsko-indiańska (85)

Minęło kilka tygodni...

KUBA...

Esesmani pod dowództwem majora Otto Bauera niemal bez walki przejęli władzę na wyspie. Największy wpływ na ich sukces miała nowoczesna broń, która przerażała XVI-wiecznych mieszkańców Kuby...

- Kabina czasu już dotarła? - zapytał Bauer.
- Tak, jest już na miejscu - odpowiedział porucznik Hermann Roede.
- Miło jest panować tutaj - kontynuował major - ale trzeba wracać do XX wieku...
- Tak, ale sami nie damy rady...
- Cała nadzieja w profesorze Loewenbringerze...
- Tak...
- Do tego czasu delektujmy się rządzeniem nad tą wyspą... Zabawmy się! Każ przyprowadzić naszych poprzedników, ha ha ha!!!

Niedługo potem do sali przyprowadzono byłego admirała Javiera Hernandeza Belicareza i jego następcę Greka Pablo Gurkasa...

- Postanowiliśmy, że ludność na Kubie musi mieć swojego przedstawiciela - rozpoczął Bauer - z nim będziemy rozmawiać, żeby przekazywał nasze rozkazy i rozporządzenia... Nie wiemy na którego z was mamy się zdecydować, więc stoczycie pojedynek na śmierć i życie! Zaraz!

Belicarez z Gurkasem spojrzeli po sobie, Hiszpanowi aż oczy zapłonęły, bowiem szczerze nienawidził Greka, który zastąpił go na stanowisku...

- Dać im broń!

Obaj skoczyli na siebie z wielką agresją, wiedzieli że tylko jeden z nich wyjdzie z tego żywy... Niemcy bawili się przednio obserwując walkę... Po dłuższym czasie major dał znać by przerwać starcie...

- Spokojnie, spokojnie! Trzeba dać im trochę czasu na odpoczynek... Za kilka minut zaczynamy znowu!

Tymczasem w domu portugalskiego Jezuity Alfonso Glovantesa...

- Nic nie możemy zrobić ... - mówił zakonnik - Oni są z innego świata, sam widziałeś jaką mają broń.
- Zawsze można coś zrobić Alfonso, zawsze! - powiedział w pewnym momencie Bachula - Weźmiemy się za nich w nocy!
- Jak to weźmiemy? - przestraszył się Cristiano Glovantez, brat Jezuity - Ja nigdzie nie idę!
- A co będziesz robił?! - syknął na niego Bachula tak ostro, że Portugalczyk aż osunął się z krzesła - Idziemy wszyscy, zrozumiano?!

Bracia milczeli, rozumieli że nie ma z nim żartów...

Major dał znak Schymannowi by wznowił walkę... Tym razem nie było już tak agresywnego początku, co bardzo zdenerwowało niemieckich oficerów...

- Co to ma być?! - darł się Roede - Schymann! Daj im parę batów na zachętę!

Schymann już miał wypełnić polecenie, gdy nagle do środka wpadł Kastermeier i zawołał:

- Kabina czasu! Coś się dzieje!

Wszyscy Niemcy pobiegli na dziedziniec...

- Wygląda na to, że profesor działa... Być może nas wzywa! Halberstam! - zawołał Bauer - Przyprowadź wszystkich! Wracamy do siebie!

- Bierzemy kogoś stąd? - dopytywał się Roede.

- Tak, te cztery kobiety. Będą prezentem dla fuhrera. I tego tu - dowódca wskazał na przemykającego akurat chyłkiem Bachulę - on będzie prezentem ... dla doktora Mengele, ha ha ha.

Kilka minut później wszyscy Niemcy, cztery kobiety (Malwa Topollani, Kate Italian, Angelina Dudeiros i Sievioretta) oraz Bachula byli już w kabinie czasu...

- Patrz Malwa! To znowu ten dziad! - zdziwiła się Kate na widok Bachuli.

Bachula był wściekły, dał się bowiem złapać jak sztubak. Bił się z myślami co robić dalej, nie miał pojęcia po co wszyscy znajdują się w wielkim metalowym pudle... Czuł jednak, że wyjdą z tego problemy...

- Schymann! Zamknij wejście!

Esesman zamknął wejście i pomyślał w duchu - Muszę wysłać raport do Moskwy... Towarzysz Stalin na pewno się niecierpliwi...

Był doskonale zakamuflowanym sowieckim szpiegiem. Dwa lata wcześniej rosyjski wywiad dowiedział się o niemieckich planach wyprawy w przyszłość i bardzo szybko ulokował swojego człowieka w miejsce prawdziwego esesmana by mieć informacje z pierwszej ręki...

Kilka chwil później po kabinie nie było śladu... Życie na Kubie bardzo powoli wracało do normalności... Nic dziwnego, obecność esesmanów z XX wieku na XVI wiecznej Kubie musiała odcisnąć swoje piętno... Dopiero kilka dni po ich zniknięciu pojawił się królewski wysłannik Andoni Arettochages i jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył wciąż pojedynkujących się Belicareza z Gurkasem...

- Zamknąć obu! - rozkazał - Teraz ja będę namiestnikiem na Kubie!

KONTYNENT PÓŁNOCNOAMERYKAŃSKI...

Apacze i towarzyszący im Paunisi wciąż trwali na wojennej ścieżce... Ich topór wojenny skierowany był w stronę Polomanczów Jana Pratelickiego, Germanopaczów Niemca Helmutha, Kozakezów Kozaka Jurka i I polskiej wyprawy do Nowego Świata pod dowództwem Michała Potylicza. Apacze wiedzieli, że posiadają przewagę liczebną, ale wiedzieli również o Komanczach, którzy wspomagali ich wrogów... I to powstrzymywało ich przed ostatecznym atakiem.

W międzyczasie doszło do historycznego spotkania członków I i II polskiej wyprawy... Mianowicie wysłany przez Budzanowskiego (zastępującego nieobecnego pułkownika Jana Donieckiego) patrol napotkał zwiadowców wysłanych przez I wyprawę...

- Nie ma to jak spotkać Polaka w takiej głuszy! - śmiał się rozradowany Roman Więcławski - Musimy to uczcić jakimś zacnym trunkiem!
- No no! - podchwycił Robert Pachocki - Jestem jak najbardziej za, ale skąd wziąć taki trunek?
- Mamy! Własnej produkcji! - chwalił się Więcławski - Poczęstujemy!
- Ja dziękuję... - wtrącił się Rafał Kobyłecki.
- Jak to? Waćpan z nami nie wypijesz? - zirytował się Krzysztof Seremacki - Przecież tak nie można!
- Daj spokój Krzysztofie... - wtrącił się Przemko Nowacki - Będzie więcej dla nas...
- No może i masz rację przyjacielu!

Oba patrole ruszyły w kierunku obozowiska I wyprawy... Po dotarciu na miejsce...

- Mój towarzysz pojedzie przekazać zmianę - informował Pachocki - A my możemy tutaj odpocząć...
- Seremacki! Wyciągaj nalewkę!

Pachocki pociągnął kilka łyków...

- Znakomita! - zawołał Pachocki.
- Według przepisu wuja Klemensa!
- Niech żyje wuj Klemens!
- Niestety... Wuj już dawno na tamtym świecie...

Tymczasem do obozowiska dość niespodziewanie przybył wódz Komanczów Tłusty Brzuch w towarzystwie kilku wybitnych wojowników... Na powitanie wyszedł mu syn Samotny Wilk oraz Jan Pratelicki. Niespełna kwadrans później wokół centralnego ogniska ...

- Czemu zawdzięczamy twoją wizytę ojcze? - zapytał Samotny Wilk.
- Doszły mnie słuchy, że te psy Apacze wyszli poza własne wioski i szczekają...
- Zgadza się.
- Doszły mnie także słuchy, że mój syn wypalił fajkę pokoju z obecnymi tutaj wodzami, także z dowódcą Bladych Twarzy...
- Zgadza się.

Nastała chwila milczenia, dopiero po dłuższym czasie stary wódz kontynuował.

- Nie będę ganił mojego syna, który też jest wodzem... Przybyłem tutaj pomóc wam w walce z Apaczami, a potem ruszymy na południe po hiszpańskie konie! Howgh!

Samotny Wilk przedstawił ojcu jak wygląda sytuacja. Następnie długo dyskutowano nad obraniem odpowiedniej strategii walki z Apaczami. I gdy szykowano się do zapalenia fajki pokoju stało się coś niespodziewanego... Pijany Więcławski pojawił się nagle obok Tłustego Brzucha...

- Masz Czerwony! Pij! - zachęcał Komancza - Dobra nalewka! Pij!

Wódz był bardzo zdziwiony, ale nie dawał tego po sobie poznać. Dał znać ręką, że nie chce i odwrócił głowę...

- Co gardzisz? - zbulwersował się Więcławski i nie zastanawiając się wylał całą zawartość kubka na głowę wodza.

Nikt nie zdążył zareagować. Dopiero, gdy Więcławski ruszył na Komancza chcąc wlać mu nalewkę wprost do gardła rzucili się na niego Nowacki i Seremacki odciągając od wodza...

Tłusty Brzuch podniósł się, spojrzał na syna i odszedł. Samotny Wilk pośpieszył za nim, by wrócić za kilka minut...

- Niedobrze się stało! Wszyscy Komancze muszą was opuścić!

Młody wódz pośpiesznie oddalił się...

- Co teraz? - zapytał Potylicz
- Prawdopodobnie zostaniemy sami przeciw Apaczom - skwitował Pratelicki - Samotny Wilk palił z nami fajkę pokoju... Ale jego ojciec musi być wściekły, syn może go nie powstrzymać...
- Myślisz, że nas zaatakuje?
- Tego nie wiem, ale nie wykluczam...
- Kim do stu diabłów jest ta przeklęta trójka?! Gdzie oni są?

Więcławski z towarzyszami zostali szybko odnalezieni...

- Kim jesteście? Narobiliście niezłego bigosu! - grzmiał Potylicz
- Jesteśmy członkami II wyprawy - odparł Nowacki
- Tak?
- Tak. Jesteśmy w tych stronach od pewnego czasu, przypadkiem natrafiliśmy na wasz patrol...
- A ty? - zwrócił się Potylicz do Więcławskiego - Co teraz taki dziwnie spokojny jesteś?!

Więcławski był blady jak ściana... Dopiero teraz docierało do niego co zrobił...

- Nie możemy już cofnąć czasu - kontynuował dowódca I wyprawy - Stało się, teraz musimy myśleć co dalej... Opowiedzcie mi szybko o waszej wyprawie, kto dowodzi ilu was jest i gdzie stacjonujecie...

O świcie w obozie pojawił się Samotny Wilk...

- Mam dla was wiadomość! Wczorajsza zniewaga mojego ojca Tłustego Brzucha wymaga zemsty... Próbowałem go przekonać, że to wina tylko jednej Bladej Twarzy, ale na nic to się zdało... Stanęło na tym, że jesteście nietykalni do jutrzejszego wschodu słońca, od tego czasu każdy z was będzie naszym wrogiem! Nie macie szans w walce z nami, zawarliśmy pokój z Apaczami i oni także będą was niebawem ścigać! To było do Bladych Twarzy, teraz przemówię do Indian - każdy Polomancz, Germanopacz i Kozakez, który do jutrzejszego wschodu słońca opuści Blade Twarze może przyłączyć się do Komanczów, a ci którzy tego nie zrobią zginą jak Blade Twarze! Howgh!

Młody Komancz natychmiast odjechał...

- Wydajcie mnie tym dzikusom! - wołał rozpaczliwie Więcławski - Nie chcę, żebyście wszyscy zginęli przeze mnie!
- Milcz! - ryknął na niego Pratelicki - Oni nie chcą ciebie, ale nas wszystkich!

Więcławski oddalił się, za chwilę podszedł do niego Kobyłecki...

- I teraz wiesz waszmość dlaczego lepiej nie pić!
- Co waść opowiadasz?! Przecież ja niewinny jestem!
- Co? Jak?
- No tak! Przecież ja w dobrej wierze postępowałem! Pierwszy raz Indianina w życiu widziałem, co w tym złego, że chciałem go nalewką poczęstować? Zamiast pochwalić, że wobec dzikiego miły chciałem być to teraz wszyscy mają do mnie jakieś pretensje! Ja tego nigdy nie zrozumiem!

Trwały gorączkowe przygotowania do wymarszu...

- Czas nagli! - powiedział Pratelicki - Niedługo będziemy tu mieli, może i nawet ze dwa tysiące Indian!
- Musimy po drodze połączyć się z II wyprawą...
- I z nimi nie mamy żadnych szans...
- Wiem, ale nie możemy ich zostawić na pastwę Komanczów i Apaczów! Zwłaszcza, że nie spodziewają się ataku...
- Po drodze trzeba też wziąć Helmutha z kobietami, dziećmi i starcami... Ale właśnie! Gdzie my właściwie uciekamy?
- Jak najdalej...
- Wioska Polomanczów jest dobrze ufortyfikowana, ale i tak nie będziemy mieć tam szans... Za dużo ich...
- Nie zapominajmy jeszcze o Hiszpanach...
- Też są przeciw nam...
- Tak, ale może w takiej chwili...
- Może... Ruszajmy! Wołać mi tego Więcławskiego! Niech prowadzi do swoich!

W ślad za nimi ruszyli zwiadowcy Komanczów... Ich wódz Tłusty Brzuch oczekiwał na przybycie innych wodzów indiańskich, którzy pojawili się niebawem...

- Na znak mojej dobrej woli - rozpoczął Komancz - Uwolniłem Arapaho, zaraz tu przybędzie ich wódz Przyczajony Lis...

Wodzowie spojrzeli po sobie, wyraźnie zadowoleni, ale jak to Indianie nie chcieli dać tego po sobie poznać...

- Jesteście pewnie zdziwieni - kontynuował Tlusty Brzuch - że Komancze chcą się z wami sprzymierzyć...

Wodzowie milczeli...

- Komanczów jest wystarczająco wielu - mówił dalej - żeby zabić wszystkie Blade Twarze. Nasz patrol natknął się także na duży oddział Hiszpanów... Pewnie i z nimi byśmy sobie poradzili, ale nie wiemy czy nie ma ich więcej, poza tym nie chcemy, żeby Apacze i Paunisi zaatakowali nas zdradziecko od tyłu!

- Apacze nie są tchórzami! - oburzył się Wielki Łoś, wódz Apaczów Jicarilla.
- Nie ma co ukrywać, że nie przepadamy za sobą - przerwał mu Komancz - ale musimy się tymczasowo zjednoczyć i wspólnie przepędzić, a najlepiej zabić Blade Twarze! Teraz są tu Hiszpanie i Po...
- Polacy - podpowiedział mu Samotny Wilk.
- Potem przyjdą inne ich plemiona i będzie ich coraz więcej. Musimy ich zabić dopóki są jeszcze nieliczni i słabi!
- Mój brat ma wiele racji - odpowiedział Śmiały Lis, wódz Apaczów Mescalero - Ale zapomina, że Hiszpanów już jest dużo i są już bardzo silni... Może jeszcze nie w naszym sąsiedztwie, ale na południu...
- Wódz Komanczów dobrze mówi! - zawołał Czerwony Ogień, wódz Paunisów - Trzeba ich nie tylko przepędzić, ale po prostu zabić! Po co biali ludzie w ogóle tutaj przybywają? Oni chcą naszej ziemi!

Wodzowie długo jeszcze dyskutowali, w końcu zdecydowali, że ruszą w ślad za Bladymi Twarzami. Następnie zapalili fajkę pokoju, ale wszystkie strony zdawały sobie sprawę z tego, że nie będzie to trwałe...

Tymczasem dowódca II wyprawy pułkownik Jerzy Doniecki wraz z towarzyszącymi mu Kozakiem Czarnienką i Włochem Roberto Gibbencione zbliżali się w pobliże hiszpańskiej kopalni Alcarta de Santa Maria...

- Zawiodłem się na was! - grzmiał pułkownik - Jak można było nie upilnować jednej kobiety?!

Podwładni spuścili głowy, wiedzieli że nie mają żadnych szans na rozsądne wytłumaczenie... Pojmana przez nich wcześniej Maria de Brasilia uciekła ostatniej nocy i nawet nie potrafili określić podczas której warty...

- Kopalnia przed nami! - ucieszył się dowódca - Zapomnijcie już o tej kobiecie i skupmy się na ważniejszych sprawach.
- Czyli?
- Najpierw trzeba odnaleźć Jagnę Dębską, a potem ocalić naszych...

Pierwsza część zadania okazała się dziecinnie prosta, bowiem Jagna dostrzegła jak zbliżali się do kopalni i już po kilku minutach zdawała relację pułkownikowi...

Przez cały dzień obserwowali kopalnię, wszędzie pełno było hiszpańskich żołnierzy... Okazja pojawiła się następnego dnia - na konną przejażdżkę wybrały się dwie kobiety i dwóch mężczyzn, bez żadnej eskorty...

- Kim oni mogą być? - zapytał dowódca Jagnę.
- To córki namiestnika Diego Alonso Contezara!
- A mężczyźni?
- Nie wiem, ubrani po cywilnemu są...
- Dziwne, że nie ma żołnierzy do ochrony...
- Może wybrały się na randkę, bez zgody rodzica?
- Też tak uważam! Ruszamy! To nasza szansa!

Po krótkiej walce dwóch Hiszpanów zostało obezwładnionych. Doniecki szybko napisał coś na kartce i wręczył jednemu z nich...

- Jedź prosto do Contezara i nie próbujcie żadnych sztuczek! W przeciwnym razie one zginą!

Dwie godziny później z kopalni wypuszczono pojmanych członków II wyprawy... Doniecki w zamian wypuścił młodszą córkę namiestnika i drugiego z mężczyzn...

- Wszyscy jesteście? - zapytał dowódca
- Z tych co żyją wszyscy - odparł Krzysztof Połniakowski - Poza rycerzem Krzysztofem...
- Czemu go nie puścili?
- On sam nie chciał iść...
- Jak to?
- Hiszpanie go wyganiali nawet, ale on nie chciał... Za bardzo pokochał to złoto... No i wzięli go na swoją służbę...
- A Diego Flores? - dopytywała się Jagna - Jego też mieli wypuścić...
- On nie żyje... Wczoraj próbował uciec, złapali go i męczyli całą noc...

Jagna pobladła, łzy cisnęły jej się do oczu...

- Szkoda! Cholernie szkoda! - krzyczała w duszy - Nie mógł poczekać jeden dzień z tą ucieczką?! Teraz byłby wolny!

Cała grupa ruszyła w drogę powrotną... Namiestnik bardzo kochał swoje córki i ściśle trzymał się instrukcji napisanej na kartce przez Donieckiego. Bez żadnych targów wypuścił więźniów, a potem wstrzymał się od wysłania wojska... Pułkownik po dwóch dniach wypuścił drugą córkę... Na miejsce dotarli mniej więcej w tym samym czasie co I wyprawa. Doszło do pierwszego spotkania dowódców...

Potylicz szybko wyjaśnił Donieckiego jak przedstawia się sytuacja...

- Więcławskiego to ja chyba powieszę!
- Nic to nie da, czasu nie cofniemy, a zawsze to jedna para rąk więcej do walki... Zwłaszcza, że większość Polomanczów, Germanopaczów i Kozakezów uciekła...
- Z tego co mówisz dzicy mają wielką przewagę...
- Tak, ale my mamy konie, a oni tylko parę sztuk. Musimy to wykorzystać, z drugiej strony oni lepiej znają teren. Trzeba też uważać na Indian w tej okolicy, no i na Hiszpanów...
- Kiedy wyruszamy i gdzie?
- Nasze konie są bardzo zdrożone, a i ludzie potrzebują kilku godzin odpoczynku, gnaliśmy tutaj co tchu. Nie ma szans, żeby Indianie tak szybko za nami nadciągnęli.
- W porządku, odpocznijcie, a my w tym czasie zwiniemy obóz i rozstawimy liczne straże. Wyślę też kilka patroli, żeby nas przypadkiem nie zaskoczyli... Ale co dalej, gdzie uciekniemy?
- I oto jest pytanie! Na razie na południe, drogę znamy, ale co potem to nie wiem... Ani my, ani Pratelicki nie zna dalszych zakątków tego kraju... Jedno jest pewne, nie możemy dać się podejść, musimy zręcznie manewrować, żeby nas nie zaskoczyli.
- W końcu i tak trafimy na Hiszpanów albo na innych tubylców...
- Jednym i drugim ciężko zaufać...
- Nie przedłużajmy! Idźcie odpocząć, ja zadbam o resztę!

Doniecki natychmiast wysłał patrole by mieć oko na najbliższą okolicę, rozstawił też liczne straże, a pozostali zaczęli likwidację obozu...

Jeszcze przed świtem połączone polskie siły wyruszyły na południe... Indianie byli jeszcze daleko, ale nieubłaganie podążali ich tropem...

Tymczasem Ślązak Szmicior i jego dwóch towarzyszy: Dawid "Szpiegu" Łęckowski i Marian Łuszczyński nie wiedzieli o całej sytuacji i zastanawiali się co dalej począć...

- Nie ma jak w bandzie Szmiciora! - zawołał szef bandy.
- Co ty opowiadasz za bzdury?! - zdenerwował się Łuszczyński - Od początku coś jest nie tak! Najpierw gdzieś ukradkiem na statku, teraz tutaj to samo, żarcia nigdy nie ma! Mam gdzieś taką bandę, odchodzę!
- Zostań! Będzie lepiej! - próbował odwieść go od tego Szmicior - Początki zawsze są trudne!
- Nie! Odchodzę!

Zdenerwowany Łuszczyński zaczął się oddalać...

- A idź! Ale pamiętaj, że jak nasza banda będzie sławna i bogata to nie przyjmiemy cię już z powrotem!

Łuszczyński nie odwracając się machnął tylko ręką i poszedł dalej...

- Też jestem głodny - narzekał Szpiegu.
- Mam pomysł! Chodź do opuszczonego obozu, pewnie zostało jakieś jedzenie!

Po kwadransie...

- A nie mówiłem! - cieszył się Szmicior - Jedz ile wlezie i już nie narzekaj na to, że w bandzie źle!
- Najważniejsze, że głód zaspokoję! - odparł Szpiegu chwytając lekko nadgryziony kawałek mięsa - Wolę nawet nie myśleć kto to wcześniej zaczął jeść...
- Jedz, jedz! Dobre!

Jedzenia nie było wiele, ale zważywszy na to co ta dwójka jadła w ostatnich dniach można by rzec, że trafiła się im prawdziwa uczta. Po przeszukaniu całego obozowiska i zjedzeniu wszystkich niedojedzonych rzeczy przyszła pora na odpoczynek...

- Zdrzemniemy się - zakomunikował Szmicior - a potem postanowimy co dalej.
- Ja bym wolał podążyć za naszymi...
- I znowu będziesz cały czas narzekał, że nie ma co jeść lub że mało!
- A czemu nie możemy się do nich po prostu przyłączyć?
- Jesteśmy bandą!
- Dobra, zdrzemnijmy się...

Jakież było ich zdziwienie, gdy przebudzili się po kilku godzinach, a nieopodal siedziało ośmiu Apaczów...

- Spokojnie Szpiegu! Ja to załatwię!

Szmicior podniósł się, Apacze z zaciekawieniem go obserwowali...

- Czego chcecie? - zawołał Szmicior.

Indianie milczeli...

- Gadajcie czego chcecie, bo do was podejdę i wycisnę z was to! Ze Szmiciorem i jego bandą nie ma żartów!
- Chyba cię nie rozumieją...

Ślązak prężył się dumnie i już miał kontynuować mowę, gdy nagle obok jego głowy przeleciała strzała i wbiła się w drzewo rosnące obok...

- Nie ze Szmiciorem takie żarty! - zawołał - Ja was zaraz nauczę cajmery! Ja wam zaraz pokażę!

W odpowiedzi posypały się kolejne strzały, ale wszystkie były skierowane w to samo drzewo...

- Co teraz? - denerwował się Szpiegu - Bawią się z nami! Nieciekawie to wygląda...
- Spokojnie, nie denerwuj się. Ja to załatwię - Szmicior robił dobrą minę do złej gry.

Po kilku minutach Apaczom znudziło się strzelanie, zaczęli niebezpiecznie zbliżać się do Polaków...

- Co robicie?! Stójcie natychmiast! - darł się Szmicior - Bo zaraz nie będę już tak dobry!

Kwadrans później dwaj ostatni członkowie bandy Szmiciora leżeli zakopani po szyje w ziemi...

- To już po nas! - wyszeptał Szpiegu.
- Nie jest tak źle - uspokajał Szmicior - Nie zabili nas, myślę że to dobry znak.
- Ja mam złe przeczucia...
- Co oni knują tam na boku?
- I tak nie znamy ich języka... Wracają! Zacznijmy się lepiej modlić!

Indianie podeszli najpierw do Szmiciora i założyli mu na szyję mokry rzemień...

- Co robicie hultaje?! Uwolnijcie mnie to wam pokażę!

Chwilę później przyszła pora na Łęckowskiego, któremu wysmarowali twarz i całą głowę miodem... Apacze śmiejąc się oddalili się...

- O co w tym wszystkim chodzi? - zastanawiał się Szpiegu - Najważniejsze, że nas nie zabili...
- Ha! Przestraszyli się wielkiego Szmiciora!
- Przestań w końcu! Oni się ciebie w ogóle nie bali!
- Jak mówisz do szefa bandy?
- Normalnie!

Szmicior obraził się i przestał odzywać się do towarzysza...

Po jakimś czasie...

- Szmicior!
- Czego niewdzięczniku?
- Mrówki mnie gryzą! To straszne! One mnie zjedzą!
- E tam! Bądź mężczyzną! - odparł Szmicior i zerknął na Łęckowskiego - O Jezu! Idą na ciebie całe hordy!
- Pomocy!
- Nie dam rady! O... - Ślązak coraz bardziej czuł, że schnący rzemień zaciska mu się na szyi - Nie mogę mówić, bo mnie to cholerstwo wtedy bardziej dusi!
- Zginiemy! Zginiemy w strasznych męczarniach!

Szmicior nie odpowiedział już nic, czuł że niedługo wytrzyma, zaczął się pocić, coraz trudniej było mu oddychać...

- Nie tak miała skończyć banda Szmiciora! - myślał w duchu - Dobrze, że tego nie widzi dziadek Dzierżawa! Jak jego wnuk umiera w ten sposób...

Tymczasem Rafał Kafałkowski przebywał w wiosce Czikasawów...

- Dobrze mi u was czerwony bracie, ale muszę wracać do swoich. Pewnie myślą, że nie żyję, bo nawet się z nimi nie pożegnałem... Wiesz dobrze jak ja kocham biegać! A po tak długiej podróży przez Wielkie Morze nie mogłem powstrzymać się od biegu, gdy tylko stanąłem na twardej ziemi...
- Wiem - odpowiedział wódz Zielony Ptak - Miło było cię u nas gościć, zawsze będziesz tu mile widziany!
- Piękny ten wasz kraj, myślisz że przebiegliśmy go całego?
- Nie wiem, prerie i lasy, jak sam zauważyłeś, są tu bardzo rozległe. Biegaliśmy wiele tygodni, ale myślę, że jednak nie byliśmy wszędzie.
- Żegnaj Zielony Ptaku!
- Żegnaj Pędzący Wichrze!

Kafałkowski opuścił wioskę Czikasawów i ruszył na poszukiwanie członków swojej, II wyprawy... Po kilku dniach biegu zaczął się zastanawiać czy czasem nie pobłądził, gdy nagle usłyszał głośne jęki i to polsku...

- Oj, oj! Chcę już umrzeć!
- Yyyy...
- One mnie jedzą żywcem! Wchodzą mi nawet do oczu! Czy mam jeszcze nos? Bo go nie czuję już...

Kafałkowski przyśpieszył, w kilka chwil znalazł się przy cierpiących i przystąpił do ratowania...

- Nie wiem kim jesteś przyjacielu - mówił ze łzami w oczach Szpiegu - ale przybyłeś w ostatniej chwili. Jeszcze kilka minut i te mrówki wygryzłyby mi całą twarz!
- Ja też dziękuję! - powiedział zasapany Szmicior - Ten rzemień prawie już mnie udusił!
- Kto was tak urządził?
- Indianie!
- Którzy?
- ? Nie przedstawili się! Dranie! Cajmery! Szmicior dostanie ich w swoje ręce!
- Pewnie Apacze, słyszałem że lubują się w tego rodzaju torturach... Trzeba wynosić się stąd, na pewno wrócą by zobaczyć jak skończyliście...
- Niech wrócą! Drugi raz Szmiciora żywcem nie wezmą!
- Daj już spokój! Słuchajmy naszego wybawcy i wynośmy się stąd!
- Ilu ich było?
- Ośmiu...
- Szmicior załatwi sześciu, a wy po jednym i wygramy!
- Milcz wreszcie! - zdenerwował się Szpiegu - Może ich wrócić więcej! Jak się nazywasz i skąd się tutaj wziąłeś?

Kafałkowski opowiedział, że był członkiem II wyprawy, ale ostatnio samotnie przemierzał okoliczne prerie i lasy... Bardzo zdziwił się, że uratowana dwójka przybyła tutaj tym samym statkiem z Europy...

- Nie widziałem was na statku...
- To długa historia. Opowiemy ci po drodze, teraz lepiej wiejmy zanim dzicy wrócą!

Tymczasem połączone polskie siły dotarły do wioski Polomanczów, gdzie spotkali Niemca Helmutha z pozostałymi, także z kobietami, dziećmi i starcami...

- Gdzie ten silny oddział Hiszpanów? - zapytał Pratelicki.
- Odstąpili! Zmienił się u nich dowódca, natychmiast uznali, że nie ma co szturmować Góry Niedźwiedziej, aby nas zabić...
- Gdzie teraz są?
- Skierowali się na wschód, cały czas obserwują ich moi synowie.

Pratelicki szybko opowiedział niemieckiemu przyjacielowi jak wygląda sytuacja z Indianami...

- Niedobrze się stało... - skomentował Helmuth - Mówisz, że prawie wszyscy nasi Indianie uciekli?
- Garstka zaledwie została...
- Trzeba ruszać dalej, nie mamy szans obronić się w wiosce, za dużo wrogów...
- Też tak uważamy. Za godzinę ruszamy!

Przed samym wymarszem do wioski przybyli zwiadowcy: Piotr Laszlo Tekieli i Kozak Robaczenko...

- Wielkie hordy Indian idą na nas! - mówił z przejęciem Tekieli - Twój syn panie Pratelicki, Władysław Łokietek (dla przypomnienia Jan Pratelicki nazywał swoich synów imionami królów polskich) twierdzi, że do Komanczów, Apaczów, Arapaho i Paunisów dołączyły kolejne plemiona! Są ich tysiące!
- Jak daleko są?
- Dwie godziny pieszo stąd.
- Idą wszyscy razem?
- Nie, podzielili się na trzy grupy, ale wydaje się, że są ze sobą skomunikowani...
- Wyruszamy!

Tuż za wioską Polaków czekała niespodzianka! Czarny Malik z nożem w ręce biegł w ich kierunku...

- Zabiję wszystkie Blade Twarze!
- Nie mówiłem wam! - pokazał go palcem Anglik Martin Swayze Von Bigay - On oszalał!
- Zabić go! - rozkazał Michał Potylicz
- Nie! - zawołała Alfreda Pawłowska - To nasz człowiek! Tylko trochę zbzikował!

Pawłowska wybiegła naprzeciw Malika, ten widząc ją zwolnił, ale wciąż głośno wołał...

- Zejdź mi z drogi babo! Muszę zabić wszystkie Blade Twarze!
- Ale po co?
- Dla Mokrej Kuny!
- A kto to? Ale co ty nie poznajesz nas? My swoi!

Czarny Malik zatrzymał się i zaczął się zastanawiać... W tym samym momencie podbiegła do niego Anna Hynowska i zaczęła go bić po twarzy...

- Ja ci dam! Ja ci dam!

Czarny Malik zasłaniał się jak mógł, ale i tak Hynowska lała go gdzie popadnie... W końcu nie wytrzymał i zawołał...

- Przestań Anno! To ja!

Hynowska przestała go bić...

- No! Wygląda na to, że wróciłeś! Nie wiem co się z tobą działo... Co to za Mokra Kuna?
- Nie wiem...
- Jak nie wiesz? Przecież dopiero co darłeś się, że nas wszystkich pozabijasz! I że zrobisz to dla tej Kuny?
- Niemożliwe!
- Tak krzyczałeś! Najważniejsze, żeś w końcu znormalniał!

Do Malika podszedł też angielski tropiciel...

- Mnie też chciałeś zabić!
- Nie! Swayze, naprawdę nie! Nic takiego nie było!
- Tak!

Malik nie mógł uwierzyć w to co mówią... Kompletnie nie pamiętał co się z nim działo w ostatnich tygodniach...

Całe zdarzenie z pobliskich zarośli obserwowało kilka osób...

- Długi zdradził! - syknął wściekle Rosjanin Warywodzia.

Stojąca obok wysoka Indianka przyglądała się niedowierzając, w pewnym momencie łzy zaczęły spływać po jej policzku... Dwie Czeszki, Cekierova i Lelkova wykorzystując zamieszanie puściły się biegiem w stronę Polaków... Indianka porwała za łuk i strzeliła w ich kierunku! Strzała o centymetry poszybowała nad Lelkovą!

- Widzisz! Dobrze, że jestem taka mała! - cieszyła się Lelkova i przyśpieszyła - Nie tak łatwo mnie trafić!

Mokra Kuna posłała jeszcze strzałę, ale także chybiła, a za chwilę rzucił się na nią drugi Rosjanin Kuczunow...

- Nie strzelaj!

Czeszki dobiegły do zdziwionych ich widokiem Polaków... W kierunku zarośli już wcześniej ruszyło kilku z nich by za chwilę prowadzić stamtąd Kuczunowa i Mokrą Kunę. Warywodzia zdążył uciec...

- Zdrajcy! - syknął sam do siebie - Gdzie im będzie lepiej niż u Indian? Mają najlepsze zioła!

Indiance odebrano łuk i puszczono wolno, oddalając się jej wzrok zatrzymał się jeszcze na Czarnym Maliku... W spojrzeniu czerwonoskórej kobiety było tyle żalu, że Polak poczuł się dziwnie nieswojo... Indiance cisnęły się łzy do oczu, ale nie chciała dać po sobie poznać jak cierpi...

- Skąś ją znam - pomyślał Czarny Malik.

Wkrótce ruszono w dalszą drogę, nie można było zapominać, że na ich tropie są tysiące czerwonoskórych... Patrole wysłano w każdym możliwym kierunku, wszystko po to by w porę dowiedzieć się o jakimkolwiek zagrożeniu... Na południe, gdzie zmierzali pojechała czwórka: Budzanowski, Janczurowski, Niemiec Martin Schylder i Stanisław Jochymowski...

- Dobrze, że pojechaliśmy - cieszył się Jochymowski - Tyle emocji ostatnio, trzeba głowy przewietrzyć!
- A mi tam obojętnie - odparł Schylder - Czy w dużej grupie czy w mniejszej...
- Ja to wolę być w większej - włączył się do rozmowy Janczurowski - Bezpieczniej!
- To trzeba było nie jechać! - skwitował Budzanowski.
- Jak nie jechać? Dowódca wyznaczył!
- To nie narzekaj, za dużo narzekasz!
- To już nawet ponarzekać nie można? Jak nie Hiszpanie to teraz Indianie! Same kłopoty!
- Po co waszmość na wyprawę pojechałeś?! Trzeba było siedzieć spokojnie w Polsce!
- A czy ja wiedziałem, że tutaj tak będzie? Ponarzekać mogę, lżej na duszy wtedy się robi!
- To narzekaj, ale daj mi już waszmość spokój!

Tymczasem statek "Nefrete" wiozący wyprawę odwetową Macudowskiego zbliżał się do południowych wybrzeży dzisiejszych Stanów Zjednoczonych...

- Ziemia! Ziemia! - darł się zbir Jamróz.
- Nareszcie! - wtórowali mu pozostali.

Pora była już późna, więc nie zdecydowano się na zejście na ląd tego samego dnia.

- Jutro rano! - zarządził Macudowski - Z okazji odkrycia lądu daruję wam dwie beczki wina! Pijcie za to, że w końcu dopłynęliśmy i za moje zdrowie!
- Wiwat wielki Macudowski! - krzyknął zbir Dziobak.
- Wiwat! Wiwat! - wtórowali mu pozostali.

Beczki z winem szybko otworzono i zaczęło się świętowanie...

- Jutro wreszcie na stałym lądzie! - cieszył się kniaź Wigurko - Pij Holendrze!
- Piję! Twoje zdrowie! - zawołał Martin Van Coolers.
- Zaśpiewaj coś kniaziu! - zachęcał szlachcic Sebastian Sokoliński.
- Chrypkę mam przyjacielu... Dzisiaj niestety tylko picie he he

Po kilku godzinach wszyscy mężczyźni byli kompletnie pijani... Nie mogło być inaczej, bowiem zamiast dwóch beczek darowanych przez Macudowskiego wypito wszystkie...

- A to dranie! - wściekała się czeska kucharka Sabina Sviderkova - Nas to nawet nie zaproszono! Chodź Dominisiu! Może zostało jakieś wino jeszcze? My też mamy prawo do świętowania!
- Masz rację Sabinko! - odparła Guzikova - Idziemy!

Okazało się, że zostało jeszcze prawie pół beczki wina...

- Widocznie te opoje nie zauważyli, ha ha ha! - śmiała się Sviderkova - Tacy to wszystko wypiją, aż padną! Mężczyźni są dziwni! Wołaj resztę! Nie będziemy przecież same pić!

Niebawem na pokładzie pojawiły się wszystkie kobiety...

- Bawmy się! - wołała Sviderkova.

Po godzinie atmosfera zrobiła się bardzo luźna, wino robiło swoje...

- Rusłana! - zawołała nagle Renata Jarczykowska - Co nas czeka na tym dzikim lądzie?

Ukrainka Kramerko machnęła ręką...

- Nie będę patrzyła teraz... Na trzeźwo trzeba!
- E tam! - wtrąciła się Monisława Maciejewska - Popatrz, ciekawe jesteśmy!
- Nie daj się prosić! Rusłana! - wtórowała jej Paulina Połniakowska.
- Lepiej nie, ale... No dobrze, spróbuję. Muszę się przygotować...

Kramerko udała się do swojej kajuty, by wrócić po jakimś czasie z kociołkiem w ręce i kilkoma zawiniątkami...

- Przyświećcie mi! Muszę dokładnie widzieć lustro wody!

Polecenie natychmiast wykonano, Ukrainka wsypała jakiś proszek do środka, który momentalnie wzburzył wodę w kociołku...

- Co widzisz? - zapytała po cichu Agnieszka Krzemieńska
- Jeszcze nic...
- Ja też nie... - śmiała się Jarczykowska.
- Nie przeszkadzajcie! - uspokajała towarzyszki Sviderkova - Ona musi mieć spokój.

Kramerko skinęła głową, nie odrywając oczu od lustra wody, która robiła się coraz bardziej niespokojna... Rusłana długo wpatrywała się nic nie komentując, nagle cofnęła się jak opętana, odrzucając wściekle kociołek... Kobiety były przerażone...

- Mów! Mów co widziałaś? - krzyczała Krzemieńska.
- Krew! Mnóstwo krwi!
- O Boże! - wystraszyła się Połniakowska - To straszne!
- Wszyscy zginiemy? - dopytywała się Maciejewska.
- Mówiłam wam, żeby nie wróżyć teraz! - krzyknęła zdenerwowana Kramerko - Nie widziałam dokładnie, jutro muszę powtórzyć... Może to przez ten alkohol...

Atmosfera popsuła się strasznie...

- Idziemy spać! - zakomunikowała Jarczykowska
- Wina i tak już prawie nie ma - skwitowała Sviderkova.
- Dopijmy je i do spania! - podsumowała Guzikova.

Gdy kobiety zbierały się do swoich kajut, na pokładzie zaroiło się od tajemniczych postaci... Kobiety zostały pojedynczo pojmane, następnie umieszczone w kilku małych łodziach... Wszystko trwało raptem kilka minut... Łodzie odpłynęły w ciemnościach...









środa, 23 marca 2016

Epopeja polsko-indiańska (84)

Czarny Malik po wejściu do groty usiadł przy ognisku naprzeciw starych Indian i cierpliwie czekał aż któryś z czerwonoskórych zabierze głos… Minęła godzina i jeden z nich w końcu przemówił…

- Mata kina inaka?! Juparama y meroza!

Malik nie znał języka Indian, ale zawsze wcześniej otrzymywał specjalny napój, który sprawiał, że rozumiał każde słowo… Aby zwiększyć komfort czytelników dialogi od razu będą przetłumaczone…

- Gdzie byłeś?! Czekaliśmy na ciebie!
- Gdzie są skalpy? – wtrącił drugi starzec.

Nie było odpowiedzi… Polak wyraźnie zażenowany nie wiedział co odpowiedzieć… Ponownie zapadła cisza… Upłynęła kolejna godzina…

- Musisz zabijać! – odezwał się nagle Siwy Mokasyn – Jak zabijesz wszystkie blade twarze to damy ci za squaw Mokrą Kunę! Jej ojciec zgodził się na to.
- To prawda – potwierdził Smutny Lis i poszedł w głąb groty by za chwilę przyprowadzić wysoką Indiankę…

Malik zobaczył kobietę po raz drugi w życiu, ale już za pierwszym razem wiedział, że zrobi wszystko by ją zdobyć… Czuł, że godzinami może wpatrywać się w jej czarne oczy… Dla niej mógłby zabijać! Porwał za nóż i chciał natychmiast ruszyć do mordowania, ale Smutny Lis powstrzymał go stanowczym gestem…

- Poczekaj! Jeszcze nie jesteś gotowy!

Malik uspokoił się nieco, pragnął jak najszybciej wypełnić zadanie, ale posłusznie usiadł z powrotem na miejsce…

- Musisz kogoś poznać! – oznajmił mu Siwy Włos – Mokra Kuno przyprowadź ich!

Indianka zniknęła w głębi groty… Po dłuższym czasie wróciła z kilkoma osobami… Nie byli to jednak Indianie… Malik obserwował ich z wielkim zaciekawieniem… Wyglądali dziwnie swojsko…

- Kim jesteście?
- My z Moskwy … - odpowiedział jeden z nich.
- ?
- Jestem Warywodzia. Ten obok to Kuczunow. No i Cekierova z Lelkovą.

Czarny patrzył na nich zdziwiony, nie rozumiał co oni mają wspólnego z jego misją…

- Oni pomogą ci osiągnąć cel! – oznajmił Smutny Lis.
- Ci Rosjanie? – Malik był coraz bardziej zdziwiony…
- Tak, oni! Idź teraz wypocznij, a jutro o wschodzie słońca zaczniecie przygotowania!

Malik poszedł za Mokrą Kuną, która zaprowadziła go w głąb groty… Okazało się, że z większą grotą sąsiadowały inne mniejsze… Weszli do jednej z nich, pod ścianą leżała niedźwiedzia skóra…

- Tutaj będziesz spał – powiedziała Indianka i już miała wyjść, ale odwróciła się i szepnęła – Zabij wszystkie blade twarze i wróć tu po mnie!

Czarny chciał coś odpowiedzieć, ale Mokra Kuna szybko oddaliła się… Położył się na skórze, ale długo nie mógł zasnąć… Zastanawiał się co tutaj robią Rosjanie i jak mu mogą pomóc w zabijaniu bladych twarzy…

Tymczasem angielski tropiciel Martin Swayze von Bigay z kilkoma osobami wciąż podążał jego tropem…

- To na nic! – powiedział zdegustowany Anglik – Ruszył w te skały, ciężko będzie znaleźć ślad…
- To co wracamy? – zapytał Przemysław Janczurowski.
- Nie! Rozglądniemy się po okolicy, może jednak na coś natrafimy…
- Trzeba się rozdzielić – zaproponował Kozak Robaczenko.
- Tak zróbmy! – pochwalił pomysł Swayze – Laszlo! Idziesz ze mną!
- To idziemy… - skwitował Piotr Laszlo Tekieli.

Kilka godzin poszukiwań nie przyniosło żadnych rezultatów…

- Wracamy do obozu! – zarządził Swayze.
- Zaczekajcie! – zawołał Tekieli – Znalazłem ślad w potoku! Odcisk dużej stopy!
- To Czarnego Malika! – ucieszył się Robaczenko.

Kolejne kilka godzin poszukiwań znowu nic nie przyniosły…

- Wracamy!

Tymczasem do obozu wróciła Anna Hynowska prowadząc za sobą związanego Hiszpana Alvaro… Już z daleka wypatrzyła ją Alfreda Pawłowska…

- Ania wróciła! – krzyknęła tak donośnie, że niemal wszyscy stanęli na równe nogi…

Zastępujący dowódcę Mateusz Budzanowski także wyszedł jej naprzeciw…

- Dobrze, że wróciłaś! Martwiliśmy się o ciebie… Zwłaszcza, że Czarny Malik oszalał… Chciał zabić Swayzego!
- Jak oszalał? E! Zostawcie! To mój jeniec!

W między czasie kilka osób rzuciło się na Hiszpana i zaczęło go okładać pięściami…

- Zabić go! Zabić! – darła się Alfreda.

Hynowska błyskawicznie wpadła między Alvaro i napastników…

- Precz! To mój jeniec!
- Zabić Hiszpana! – darła się nieustannie Alfreda.
- Fredka! Zamilcz! – krzyknęła głośno Hynowska.

Napastnicy odstąpili…

- Co to za Hiszpan? – zapytał Budzanowski.
- Złapałam go niedaleko stąd…
- Szpieg?
- Myślę, że nie… Prędzej dezerter…
- Musimy być ostrożni… Przywiązać go do tamtego drzewa i pilnować jak oka w głowie!
- Ale to mój jeniec…
- Przejmuję go! Pułkownik Doniecki mianował mnie swoim zastępcą…
- A gdzie on jest?
- Pojechał w kierunku kopalni…
- Sama upilnuję Hiszpana…
- Nie! Nie możemy ryzykować… Do powrotu pułkownika ma być związany i pilnie strzeżony!
- Ja go złapałam! To niesprawiedliwe!
- Zdania nie zmienię!

Kilka godzin później do obozu wróciła grupa Swayzego…

- Anna! Dobrze, że jesteś! – zawołał Anglik – Widziałaś Czarnego Malika?
- Nie, ale podobno oszalał…
- Chciał mnie zabić!
- Nie żartuj, on by muchy nie skrzywdził…
- Naprawdę! Rzucił się na mnie z nożem!
- Dziwne…

Tymczasem Jerzy Doniecki był w drodze do kopalni…

- Pułkowniku! – zawołał w pewnym momencie Kozak Czarnienko – Tam coś jest!
- Gdzie?
- Po lewej! Ktoś siedzi pod drzewem!
- Nie zatrzymuj się! Jedziemy dalej! Gibbencione! Za tymi drzewami skręć w lewo i zakradnij się niepostrzeżenie! My zaraz wrócimy! Bądź ostrożny, nie wiadomo ilu ich jest…

Włoch postąpił zgodnie z rozkazem… Skręcił, zsiadł z konia i zaczął się skradać… Gdy był już blisko zobaczył zakapturzoną postać… Bacznie rozglądał się po okolicy, ale nie zauważył nic podejrzanego… W między czasie powoli wrócili towarzysze… Skradali się z drugiej strony… Cały czas zachowywali ostrożność, dowódca obserwował tajemniczą postać, a Czarnienko penetrował okolicę… Po godzinie obserwacji Gibbencione niepostrzeżenie podkradł się i przyłożył nóż do gardła siedzącej pod drzewem postaci…

- Tylko się rusz, a poderżnę! – syknął i zerwał kaptur… - Kobieta?

Za chwilę obok zjawili się Doniecki i Czarnienko…

- Hiszpanka chyba… - skomentował pułkownik – Trzeba szybko ustalić co tu robi i czy jest sama… Roberto! Gadaj z nią!

Gibbencione trochę znał hiszpański, więc zadał kilka pytań…

- Kim jesteś? Co tu robisz? Gdzie jest reszta?

Kobieta była wyraźnie przestraszona i milczała…

- Niemowa jakaś czy co? – denerwował się Włoch – Gadaj szybko!
- Wystraszona ciężko jest… - skomentował Czarnienko.
- Yyyy… Yyyyy… - kobieta wydawała z siebie dziwne dźwięki.
- Dajcie jej chwilę – zarządził Doniecki – I schowaj ten nóż Roberto, ona się boi…
- No i uśmiechnij się jeszcze! – zażartował Kozak.
- Może się też ukłonię? – śmiał się Włoch.

Cała trójka wybuchnęła śmiechem, kobieta wykorzystała ten moment rozluźnienia i rzuciła się do ucieczki…

- Łapcie ją! – rozkazał pułkownik – Nie może umknąć! Zawiadomi pozostałych i po naszej misji!

Kozak i Włoch ruszyli biegiem za kobietą…

- Szybka jest! – skomentował po kilku minutach biegu Gibbencione.
- No! – skwitował Czarnienko – Sprężmy się, bo wyraźnie nam wieje!

Chwilę później wyprzedził ich konno Doniecki… Dowódca szybko zajechał drogę kobiecie, która widząc, że nie ma szans zatrzymała się…

Cała czwórka wróciła na miejsce…

- Czarnienko! Przyprowadź konia i miej oko na okolicę! – rozkazał dowódca – Gibbencione! Gadaj z nią!

Włoch powtórzył pytania…

- Jestem Maria de Brasilia. Pół Portugalka, pół Hiszpanka… Jestem sama…
- Jak sama?
- Uciekłam od przyszłego męża!
- Dlaczego?
- Bo go nie kocham!
- Co robiłaś pod tym drzewem?
- Odpoczywałam i zastanawiałam się gdzie mam dalej iść…
- Gdzie są Hiszpanie?
- Nie wiem… Ja uciekłam z miasteczka Las Permas… Dwa dni drogi pieszo stąd na zachód…
- To jest blisko kopalni złota?
- A tego to nie wiem…
- Jak nie wiesz?
- Po prostu, nie wiem. Jestem w tych okolicach dopiero dwa tygodnie…

Nastała chwila milczenia…

- Co z nią zrobimy pułkowniku? – zapytał Gibbencione.
- Zastanawiam się… Zostawić jej nie możemy, bo może nas zdradzić jak napotka swoich…
- Jak trzeba to… - Włoch wyciągnął nóż…
- Nie, nie… Ona niczemu niewinna jest… Trudno, musimy ją zabrać ze sobą…
- Spowolni nas…
- Czarnienko ma najsilniejszego konia, weźmie ją… Wołaj go, ruszamy w drogę!

Tymczasem Agnieszka Jagna Dębska wciąż kręciła się w okolicy kopalni… Od spotkania z angielskim tropicielem niewiele się tutaj działo … W pierwszych dniach panował spory ruch, widocznie szukano zaginionego patrolu… Później wszystko ucichło ...

- Umrę tu z nudów… - myślała - Ciekawe kiedy będą jakieś wieści z obozu? Czy w ogóle Doniecki będzie chciał ratować rycerza Krzysztofa i pozostałych? Ciekawe co u Diego Floresa?

Rozmyślania Jagny przerwał szmer w pobliskich zaroślach… Natychmiast ukryła się… Dobrze zrobiła, bowiem za chwilę wyłoniło się kilkunastu hiszpańskich żołnierzy… Na szczęście nie zauważyli jej i przeszli dalej… Kwadrans później z kopalni wyjechała duża grupa żołnierzy…

- O! Coś się dzieje! Dużo ich! – Jagna naliczyła około 80 żołnierzy.

Postanowiła udać się za nimi… Nie mogła jednak ruszyć od razu, bo kolejna grupa Hiszpanów wyłoniła się w pobliżu…

- Co oni tak się kręcą?

Nagle w oddali rozległy się odgłosy walki…

- Nasi?

Nie mogła wyjść z ukrycia, bo wszędzie roiło się od Hiszpanów… Po kilku minutach wszystko ucichło… Zastanawiała się co się mogło stać… Po pewnym czasie Hiszpanie ulotnili się, więc ostrożnie wyszła z ukrycia… Widziała jak Hiszpanie wracają do kopalni, ale to musiały być te patrole, które kręciły się blisko, byli pieszo … Czekała na powrót tego większego oddziału… Po pewnym czasie pojawił się… Bacznie ich obserwowała … W pewnym momencie omal nie zemdlała…

- Diego!

Jeden z żołnierzy ciągnął na sznurze Floresa! Jagna nie mogła na to patrzeć, w pierwszej chwili chciała rzucić się na pomoc, ale wiedziała, że nie ma żadnych szans…

- Muszę go uwolnić! Muszę!

niedziela, 13 marca 2016

Epopeja polsko-indiańska (83)

Angielski tropiciel Martin Swayze Von Bigay pędził co koń wyskoczy, aby zawiadomić dowódcę II polskiej wyprawy pułkownika Jerzego Donieckiego o liczbie i miejscu przebywania Hiszpanów … 

Gdy znajdował się już w odległości kilku godzin od obozu niespodziewanie natknął się na członka firmy sprzątającej Czarnego Malika…

- Co ty tutaj robisz?

Odpowiedzi nie było, Malik spojrzał na niego błędnym wzrokiem i dopiero po dłuższej chwili odparł…

- Kim jesteś?
- ? Nie poznajesz mnie? To ja Swayze!
- Nie znam cię. Czego chcesz?

Czarny Malik poderwał się nagle z miejsca i z nożem w ręce ruszył na Anglika…

- Co ty wyprawiasz?
- Zabiję cię!

Swayze instynktownie cofnął się, napastnik zaatakował nożem, ale trafił w powietrze… Anglik widząc, że to nie przelewki wskoczył na konia i odjechał kilkadziesiąt metrów… Czarny Malik głośno krzycząc biegł za nim…

- Co się z nim stało? – zastanawiał się Swayze – Oszalał?

Nożownik był coraz bliżej, tropiciel postanowił odjechać, żeby jak najszybciej powiadomić pułkownika…

- Wracaj tu tchórzu! – słyszał wołanie za sobą.

Kilka godzin później był już w obozie i natychmiast poszedł do dowódcy…

- Hiszpanów jest przynajmniej 400. Naszych trzymają w kopalni zmuszając do niewolniczej pracy przy wydobyciu złota. Agnieszka Dębska została, żeby ich obserwować. Aha, po drodze widziałem Czarnego Malika, który wyraźnie oszalał i chciał mnie zabić! Nie chciałem z nim walczyć, więc się wycofałem… Długo biegł jeszcze za mną z nożem w ręce…

- Dziwne, ale dobrze, że żyje – odparł Doniecki – Szukamy go od dłuższego czasu. Już właściwie spisaliśmy go na straty, tylko Anna Hynowska go jeszcze szuka…
- Anna? Przecież on ją zabije! On w ogóle mnie nie rozpoznał! Miał takie błędny wzrok, że aż się przeraziłem!

Doniecki postanowił nie lekceważyć ostrzeżeń Anglika i czym prędzej wysłał kilka osób we wskazanym przez tropiciela kierunku…

- Co do Hiszpanów – kontynuował dowódca – To łatwo nie będzie. Dysponujemy zbyt małą siłą by ich otwarcie zaatakować… Ale naszych trzeba ratować…

Pułkownik szybko odszedł, najprawdopodobniej by w spokoju zastanowić się nad planem ratowania pojmanych przez Hiszpanów zwiadowców…

Czarny Malik długo pędził za tropicielem, aż w końcu zmęczony zatrzymał się… Nie był to już to ten sam człowiek, który wyszedł z Wiechosławem kilka tygodni z obozu… Towarzysz powrócił, Malik nie…

- Muszę zabijać! – mamrotał sam do siebie.

Po krótkim odpoczynku poszedł w innym kierunku, najpierw szedł wolno, ale niespodziewanie przyśpieszył, jakby się dokądś śpieszył… Po chwili biegł jak opętany by po pewnym czasie znowu zwolnić… Nagle zatrzymał się i zaczął nadsłuchiwać… Dłuższą chwilę zastygnął niczym posąg by za moment znowu ruszyć pędem… W końcu dotarł do skał, zaczął się wspinać, a gdy już był na szczycie zatrzymał się przed grotą… Wyszli z niej dwaj starzy Indianie…

- Jestem!

Czerwonoskórzy skinęli głowami i wrócili do groty. Czarny Malik wszedł za nimi…

Po rozmowie z dowódcą tropiciel postanowił dołączyć do grupy wysłanej przez Donieckiego. Bał się o Hynowską, która od jakiegoś czasu poszukiwała Malika… On był jakiś dziwny, mógł być naprawdę niebezpieczny…

- Twardy jesteś Angliku! – zaczepił go Przemysław Janczurowski – Zamiast odpocząć, bo ledwie wróciłeś… to ty znowu w siodle?
- Daleko od obozu go widziałeś? – wtrącił się Kozak Robaczenko.
- Trzy godziny drogi... Ale nie wiadomo czy i w jakim kierunku się przemieszcza. Biegł za mną dość długo…
- Ciekawe co się z nim stało… - zastanawiał się Piotr Laszlo Tekieli.
- Zachowywał się bardzo dziwnie, chciał mnie zabić… Oszalał… Nie wiem o co chodzi…

Po dwóch godzinach natknęli się na trop… Swayze zszedł z konia i zaczął oglądać ślady…

- Biegł za mną aż tak długo? To jego ślady… Tu się zatrzymał, następnie skręcił na północ…

Grupa pojechała w tym kierunku…

- Dziwne ślady jakieś … - skwitował Tekieli – raz tak jakby szedł normalnie, a za jakiś czas tak jakby biegł…
- Mówiłem wam, że oszalał…
- Może go coś ścigało?
- Nie ma żadnych innych śladów…
- A jakby to było z powietrza?
- Ale co niby? Ptaki, smoki czy jakieś nietoperze? – śmiał się tropiciel.
- Nigdy nie wiadomo – oburzył się Tekieli – Nie znamy jeszcze tych terenów na tyle by wszystko wiedzieć…

Tymczasem Anna Hynowska powoli traciła już nadzieję na odnalezienie czarnego Malika…

- Gdzie ten kaciała polazł?! – wściekała się – Jak można tutaj zabłądzić? Kpiny jakieś! Wracam do obozu, może kiedyś sam się znajdzie…

Kobieta próbowała przypomnieć sobie w którym kierunku znajduje się obóz…

- No i masz! Taka sama ze mnie łamaga jak i z tego Czarnego!

Gdy tak zastanawiała się który kierunek obrać nagle zobaczyła cień ukrywającego się przed nią człowieka…

- Wyłaź stamtąd! – krzyknęła bez zastanowienia, myśląc że ma do czynienia z Malikiem… - Bo jak w łeb przywalę to własna matka cię nie pozna!

Z zarośli wyszedł człowiek, ale nie był to Malik…

- Coś za jeden znowu?! – ryknęła zdziwiona kobieta.
- Alvaro! – odparł zapytany.

Zdziwieni byli oboje… Alvaro okazał się uciekinierem z wojska hiszpańskiego, ale bariera językowa nie pozwalała na normalną rozmowę…

Hynowska w pierwszej chwili zapomniała o ostrożności, Hiszpan wyglądał łagodnie… Ale szybko wróciła jej świadomość, że to wróg… Błyskawicznie wyciągnęła nóż i przyłożyła mężczyźnie do gardła. On nie bronił się, podniósł dwie ręce do góry na znak poddania się… Kobieta rozglądała się bacznie dookoła, Alvaro był teoretycznie niegroźny, ale prawdopodobieństwo, że jest sam było jednak małe…

- Gadaj ilu was jest?! – syknęła znienacka zapominając, że nie rozmawiają w tym samym języku.

Alvaro jednak chyba coś zrozumiał, bo zaczął wymownie gestykulować… Anna niewiele na początku rozumiała, ale Hiszpan miał dar przekazywania myśli za pomocą właśnie gestów… Powoli zaczęło się jej wszystko układać… Wyszło na to, że Alvaro jest dezerterem i jest sam, już od dłuższego czasu włóczy się po okolicy…

- No i co ja mam teraz z tobą zrobić Hiszpanie? – zastanawiała się na głos – Chyba do firmy sprzątającej cię wezmę, bo co innego? Ale jak ty jednak szpiegiem jesteś? Przenocujemy tutaj, a rano idziemy do obozu.

Hynowska przywiązała Hiszpana do gałęzi pobliskiego drzewa, a sama ułożyła się do snu trochę dalej…

Tymczasem w obozie…

Pułkownik Doniecki wezwał do siebie kilku ludzi…

- Jedziemy! Trzeba ich ratować! Reszta zostaje na miejscu i czeka! Do momentu mojego powrotu dowódcą zostaje … Mateusz Budzanowski! Ruszamy za godzinę!

Grupa ruszyła z obozu punktualnie… Poza pułkownikiem znaleźli się w niej Kozak Czarnienko i Włoch Roberto Gibbencione. Pułkownik narzucił szybkie tempo jazdy, pozostała dwójka była pod sporym wrażeniem… Po kilku godzinach dowódca zatrzymał się na krótki postój…

- Gdzie tak gnamy pułkowniku? – zapytał Czarnienko.
- Jak to gdzie? Ratować naszych!
- We trzech? – dziwił się Gibbencione.
- A co nie damy rady? – zaśmiał się Doniecki.

Kozak i Włoch spojrzeli na niego jakby oszalał… ale nie śmieli oponować… Kwadrans później dowódca zarządził koniec postoju…

- On oszalał! – wycedził Gibbencione – Ich jest 400, a nas trzech…
- Wiem, wiem… Może ma plan jakiś…
- Jaki by ten plan nie był i tak zginiemy…
- To zginiemy!

Tymczasem w obozie…

- Dlaczego Doniecki nie mianował cię swoim zastępcą tylko tego Budzanowskiego? – zastanawiała się Andżelika Koszyńska.
- Nie wiem – odparł Tomasz Szlachtowski – Skąd mam wiedzieć?
- Ale ja wiem!
- Tak?
- Tak! Bo płaczesz po tym swoim Mariuszu Rochu Kowalskim jak baba zamiast działać! Tamten cały czas wokół Donieckiego krążył, a ty? Siedzisz tu wśród skał i płaczesz!
- Nieprawda! Poza tym co ty możesz wiedzieć kobieto o prawdziwej przyjaźni?

Koszyńska machnęła ręką i odeszła… Szlachtowski wyraźnie poruszony zerwał się z miejsca by pobiec za kobietą, ale zrezygnował w ostatniej chwili…

- Masz rację przyjacielu! – skomentował całą sytuację Roman Więcławski, który akurat przechodził w pobliżu – Za kobietami nie ma co biegać! Zawsze lepiej jak to one za nami biegają! Ha ha ha!!! Chodź lepiej do nas, na jednego!
- Macie wino? – ucieszył się Szlachtowski – Ale skąd? Chyba już nikt nie ma zapasów z Polski?
- My mamy! – uśmiechnął się tajemniczo Więcławski – Idziesz?

Chwilę później obaj siedzieli już przy dwóch innych towarzyszach…

- Wyborne to winko! – zawołał wniebowzięty Szlachtowski – Skąd je macie?
- Znaleźliśmy dzisiaj przypadkiem w bagażu rycerza Krzysztofa… - wyjaśniał Krzysztof Seremacki – Jemu nie przyda się już raczej, a szkoda, żeby taki zacny napój zmarnować się miał!
- Dobrze powiedziałeś waszmość! – zaśmiał się na całe gardło Przemko Nowacki – Zdrowie!
- Dużo tego macie?
- Jeszcze dwie butelki! Na dzisiaj wystarczy, a potem będziemy się martwić…
- Pozostanie nam czekać na produkcję pana Romana!
- Jaką produkcję?

Więcławski wywołany tak jakby do tablicy poczuł się zobligowany do wyjaśnień…

- Sami wino robimy!
- Tak? Niemożliwe!
- Jak niemożliwe? Według przepisu świętej pamięci wuja Klemensa!
- ? Ale tu nie ma pewnie takich składników!
- To co? Korzystamy z innych, że tak powiem zamienników!
- Ciekawe! Będę musiał skosztować tych rarytasów!
- Nie widzę problemu, ale jeszcze parę dni trzeba poczekać…

Wesoła kompania jeszcze długo tak wesoło sobie rozmawiała… Zwłaszcza, że Seremacki znalazł jeszcze kolejne dwa wina w bagażach rycerza…

Budzanowski do swoich obowiązków zastępowania dowódcy podszedł bardzo poważnie… Pilnował, żeby obóz był strzeżony, zwiększył nawet ilość wartowników w nocy… Non stop obóz strzegło trzy osoby…

- Dobrze, że poszliśmy razem na wartę Martinie… - rozpoczął rozmowę Stanisław Jochymowski.
- O co chodzi? – zdziwił się Niemiec Schylder.
- Musimy pogadać…
- Cały czas gadamy, od wyjazdu z Gdańska codziennie…
- No tak, ale inaczej…
- To znaczy? Może lepiej nie kontynuuj!
- Muszę!
- Znajdź sobie innego rozmówcę! Ja czuję jakieś problemy!
- Słuchaj wreszcie! Bo się rozmyślę!
-?
- Muszę ci się do czegoś przyznać!
- Może lepiej nie?
- Muszę i koniec!
- Dawaj!
- Macudowski zmusił mnie do tego, żebym przegrał w kości twój majątek!
- Domyślałem się…
- Nie chciałem się zgodzić, ale on uwięził moich rodziców! Wciąż nie chciałem współpracować, to on wtedy kazał ich żywcem przypalać!
- …
- Zrozum! Nie miałem wyjścia! Nie jest miłym widokiem patrzeć się bezsilnie na to jak draby przypalają matkę i ojca! Zgodziłem się, dalszy ciąg znasz…
- Znam. Trudno…
- Wybacz mi Martin!
- No, nie wiem… Mogłeś powiedzieć wcześniej, on miał dowody, że przegrałeś wszystko w kości…
- Nie mogłem nic mówić, on cały czas miał moich rodziców… Obiecał, że ich wypuści, jak trafisz do więzienia…
- Ale uciekliśmy!
- No tak, mam nadzieję, że ten łotr wypuścił moich rodziców… Wybacz, proszę!
- Wybaczam! Gdy kiedyś wrócimy do Polski pomożesz mi odzyskać majątek!
- Pomogę! Obiecuję! Wszystko ci obiecam!

Mężczyźni padli sobie w objęcia…

- Ej! Wy tam! – krzyczał Budzanowski – Na warcie jesteście do diabła, a nie na weselu jakimś! Jeszcze raz obudzicie cały obóz to popamiętacie! Weźcie sobie jeszcze Musiałka, niech wam coś zaśpiewa!
- Wypraszam sobie! – wtrącił się wędrowny grajek – Ja sobie grzecznie śpię!

Po chwili nastała znowu nastała cisza…

Niedaleko obozu…

- Mam już tego dość! – awanturował się Marian Łuszczyński – Jak nie załatwisz żarcia to ja wychodzę z takiej bandy!
- Spokojnie! – odparł Ślązak Szmicior – Bandy ot tak nie można opuścić…
- A pokazać ci, że można? – zacietrzewił się Łuszczyński – Idę spać, a jak rano znowu nie będzie co jeść to odchodzę!

Szmicior chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał go Dawid „Szpiegu” Łęckowski…

- Nie ma sensu… Musisz załatwić jedzenie! Mi też kiszki marsza grają…
- Idziesz ze mną?
- Idę, bo i tak z głodu nie zasnę…

Chwilę później obaj ostrożnie posuwali się w kierunku obozu…

- Szpiegu! Który to już raz idziemy po żarcie?
- Nie pamiętam…
- I jak tu nie mówić, że w bandzie Szmiciora nie jest fajnie?
- Co? Obiecywałeś co innego! A tu bieda taka, że szkoda mówić!
- Początki zawsze są trudne…

sobota, 20 lutego 2016

Epopeja polsko-indiańska (82)

Niezależnie od siebie w okolice hiszpańskiej kopalni złota Alcarta de Santa Maria dotarli: angielski tropiciel Martin Swayze Von Bigay i Jagna (Agnieszka Dębska)…

Anglik przez dwa dni skrupulatnie starał się liczyć hiszpańskich żołnierzy, a nie było to łatwe zadanie, bo ruch z i do kopalni był dość spory… Ostatecznie zdecydował, że Hiszpanów jest przynajmniej 400. Uznał, że może wracać, ale na wszelki wypadek postanowił jeszcze sprawdzić czy nie ma jakiegoś obozu lub miasteczka w niedalekiej okolicy, ale z drugiej strony kopalni, bo po drodze bowiem żadnego takiego miejsca nie napotkał…

Jagna dotarła w okolice kopalni nieco później od tropiciela, miała też inne zamiary… Przede wszystkim chciała pomóc ujętym zwiadowcom, ale szybko zorientowała się, że  nie będzie to takie proste… Część wydobywcza była bardzo dobrze strzeżona, właściwie nie było szans dostać się tam, a co dopiero myśleć o uwolnieniu jeńców… Jagna nie zamierzała się jednak poddawać…

- Musi być do cholery jakiś sposób, żeby tego dokonać! – wściekała się.

Tymczasem w kopalni…

- Rycerzu! – darł się Niemiec Dietrich – Słabnie wam wydajność! Będę musiał znowu kogoś zabić!
- Nie! Proszę nie! – błagał rycerz Krzysztof – Miejsce w którym teraz kopiemy jest dość ubogie w kruszec! Poza tym ludzie są przemęczeni!
- Nie obchodzi mnie to!
- Daj nam trochę czasu! Jutro powinniśmy dotrzeć w lepsze miejsce i znacząco poprawimy wydajność!
- Dobrze! Ale jak nie będzie tego złota tyle co powinno to… to zabiję dwóch ludzi! Nie żartuję!

Niemiec odszedł, a wśród jeńców zapanowała grobowa cisza…

- Nie damy rady – narzekał Krzysztof Połniakowski – Oni chcą coraz więcej złota, a my jesteśmy coraz słabsi… Poza tym czy oni nie widzą, że jest nas coraz mniej? Przecież zabili kilku ludzi!
- Musimy się jeszcze zmobilizować! – motywował rycerz.
- Zacznij sam kopać! – denerwował się Jacek Światłoniewski – Wtedy wzrośnie wydajność!
- Ktoś musi zarządzać… - bronił się rycerz.
- Dlaczego akurat ty? – wtrącił się Kozak Jakubiczenko.
- No właśnie! Jak wszyscy kopiemy to wszyscy! – wtórował mu inny Kozak Rych Bodczenko.
- Uwaga! Hiszpanie idą! – ostrzegł towarzyszy Krzysztof Klemens Romanowski.

Wszyscy rzucili się do pracy… Wśród jeńców panowała nerwowa atmosfera… Późnym wieczorem kilku z nich postanowiło spróbować ucieczki…

- Czemu nie bierzemy wszystkich? – dopytywał się Piotr Górecki
- To byłoby zbyt podejrzane… - wyjaśniał Kozak Kotaszenko – W większej grupie mielibyśmy mniejsze szanse. Poza tym Hiszpanie co pewien czas kontrolują czy jesteśmy. Co by było gdyby sprawdzili, że nikogo nie ma? Pogoń za nami ruszyłaby za szybko…
- Masz rację – poparł Kozaka Jarosław z Cebulewa.
- Idziemy!  Czas to pieniądz! – skomentował Bartłomiej Głuchowski i kontynuował wspinaczkę.

Dwa kwadranse później rozległ się alarm… Słychać było strzały i głośne nawoływania… Po godzinie wszystko ucichło…

Rano pojawił się Dietrich…

- Carlos! Zabij tego! – rozkazał.

Hiszpański żołnierz natychmiast wykonał polecenie…

- Jak ktoś jeszcze spróbuje ucieczki to zabijemy was wszystkich! Nawet tych co zostaną na miejscu!

Zapadła cisza, Hiszpanie odeszli…

- Myślicie, że ich zabili? – zapytał Mariusz Roch Kowalski.
- Nie wiem… - odparł Połniakowski – Trzeba było zapytać!
- Chyba żartujesz! Ten Szwab tylko patrzył kogo by to jeszcze ustrzelić!

Jagna dobrze widziała wieczorne zdarzenie, ale nie mogła nic zrobić… W pierwszym odruchu chciała rzucić się na pomoc, ale od razu porzuciła tę myśl – nie było żadnych szans by taka pomoc okazała się skuteczna… Hiszpanów było stanowczo zbyt wielu… Nie była nawet pewna czy wszyscy zginęli czy może jednak komuś udało się uciec… Hiszpanie nawet nie szukali ciał wśród skał ciągnących się wokół kopalni… Dało się jednak zauważyć wzmożony ruch z i do kopalni… Być może żołnierze ruszyli w pościg…

Dwie godziny później sama znalazła się w opałach… Nagle otoczyło ją ośmiu hiszpańskich żołnierzy…

- Nie strzelać! – zarządził sierżant – Brać ją żywcem!

Żołnierze rzucili się na nią, broniła się jak opętana wywijając szablą na wszystkie strony, ale czuła, że w końcu ulegnie przeważającej sile… Udało się jej powalić jednego, ale słabła pod naporem przeważających sił przeciwnika… Chwilę później jeden z żołnierzy wytrącił jej broń z ręki, a drugi przyłożył szpadę do gardła… Musiała się poddać… W tym samym momencie stało się coś nieprzewidzianego, na Hiszpanów rzucili się jacyś ludzie i po krótkiej walce – Jagna znowu miała broń w ręce i czynnie w niej uczestniczyła  – odnieśli zwycięstwo…

- Kim jesteś? – zapytał jeden z nich, zapewne przywódca.

Jagna nie zrozumiała, ale zorientowała się, że tajemniczy wybawca mówi po hiszpańsku…

- Jestem Diego Flores. Kiedyś hiszpański oficer, dzisiaj buntownik i pirat. Ale ty chyba nic nie rozumiesz…

Jagna wpatrywała się w Hiszpana, pragnęła mu podziękować za ratunek, ale nie rozumiała ani jednego słowa… Postanowiła spróbować po francusku, który trochę znała…

- Dziękuję ci za ratunek tajemniczy… Nazywam się Jagna. Jestem z Polski.

Na szczęście okazało się, że Hiszpan także znał ten język…

- Co tutaj robi Polka? I do tego taka urocza…
- Chcę ratować moich rodaków, którzy pracują od jakiegoś czasu w kopalni…
- Nie dasz rady, kopalnia jest pilnie strzeżona. Zginiesz, a im nie pomożesz…

Rozmowa trwała jeszcze długo, Flores zaproponował Jagnie by się do nich przyłączyła. Polka podziękowała za propozycję, ale odmówiła… Niedługo potem piraci odeszli…

- Chyba się zakochałam… - rzekła sama do siebie Jagna – Co teraz robić? Wracać do obozu czy jednak spróbować im pomóc?

Nagle do jej uszu dotarł dziwny dźwięk z okolicznych zarośli… Chwyciła za szablę i zastygła spodziewając się ataku…

- Pewnie kolejny patrol! – pomyślała.
- Nie lękaj się! – powiedział ktoś po polsku – To ja!

Za chwilę okazało się, że był to Swayze…

- Swayze?  Już myślałam, że to kolejny patrol…
- Trzeba uważać, bo szukają zbiegów z kopalni…
- Widziałeś ich? Ktoś przeżył?
- Nie jestem pewny, ale chyba dwóch uciekło, a dwóch zginęło… A ty co jesteś taka zakrwawiona?
- A… Miałam przygodę, ale już jest dobrze…

Swayze spojrzał na trupy hiszpańskich żołnierzy…

- Sama wszystkich zabiłaś?

Jagna w pierwszej chwili chciała powiedzieć Anglikowi o pomocy piratów, ale ugryzła się w język w ostatnim momencie…

- Sama! – wypaliła głośno, a pomyślała w duchu – Nie musi wiedzieć o piratach, przynajmniej na razie…
- Jestem pod wrażeniem! Ośmiu ludzi, a ty jedna! Jesteś niesamowita!
- Co zamierzasz dalej Angliku? Wracasz do obozu?
- Tak, muszę zawiadomić Donieckiego ilu jest Hiszpanów. A ty?
- Ja tu zostanę i będę obserwowała dalej kopalnię. Jak dotrzecie z pomocą, to będziecie mieć informacje z pierwszej ręki…
- Doskonale. Zmień miejsce lepiej, no i trzeba ukryć zwłoki, bo Hiszpanie się wściekną na ten widok…

Swayze pomógł Jagnie zrzucić ciała poległych do zagłębienia skalnego…

- Pewnie ich kiedyś znajdą, ale nie za szybko… Uważaj na siebie, ruszam w drogę!
- Powodzenia! Pozdrów Żbikowską ode mnie, wszystkich pozdrów!

Jagna zaraz potem także opuściła to miejsce, szybko znalazła nowe doskonale nadające się do obserwacji kopalni…

- Ciekawe gdzie jest teraz ten Flores? – myślała głośno.

Biła się z myślami… Ale coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że przystojny pirat zawrócił jej w głowie…

Po co ten szum z Wałęsą?

Jak można było przypuszczać PiS zamiast rządzić zaczyna rozliczać... Wielkie zamieszanie wokół Lecha Wałęsy to też ich sprawka... Normalny człowiek zaczyna głupieć od nadmiaru informacji! Zwłaszcza, że te informacje są często sprzeczne i chaotyczne... Politycy PiS-u zostawcie tę sprawę historykom, bo się na tym po prostu nie znacie - to tak jakby hydraulik chciał nagle meble robić... O tym, że Wałęsa musiał mieć kontakty z SB wie nawet dziecko - takie były czasy, że SB robiło co chciało w naszym kraju i z każdym mogło się spotkać, najczęściej bez zgody tego kogoś (Jan Paweł II też miał kontakty z SB!). Jarosław nie miał większych kontaktów z nimi, bo wtedy dla SB był nikim... I może o to ma żal? I stąd ta cała sprawa? Nie bronię Wałęsy, ale nie lubię oskarżania bez niezbitych dowodów... Cała sprawa jest śmieszna jakby spojrzeć na to w ten sposób - agent SB obala system, a potem PiS oskarża go o współpracę z SB... Emotikon smile Znowu cały świat będzie się z nas śmiał... A właściwie o co Wałęsa jest oskarżony? Że współpracował? Ale na czym ta niby współpraca miała polegać? To wszystko trzeba wyjaśnić, ale nie przez PiS, lecz przez niezależnych historyków, ale o to teraz trudno w naszym kraju...

czwartek, 21 stycznia 2016

150.000 odwiedzin!!!

W dniu dzisiejszym została przekroczona granica 150.000 odwiedzin!!! Blog limmberro... istnieje prawie trzy lata, więc różnie na taką ilość można patrzeć... Z jednej strony dużo, z drugiej nie... Z pewnością liczba wejść byłaby większa, ale ... w między czasie założyłem blog piłkarski http://pilka---nozna.blogspot.com i naturalną koleją rzeczy musiałem rozłożyć swój wolny czas na dwa blogi... Z innych ważnych powodów tego czasu mam nie aż tak dużo, więc rzadziej zamieszczam teksty... Miejmy nadzieję, że w przyszłości to się zmieni na korzyść :)

Jako miłośnik wszelkiego rodzaju statystyk okazałbym się nie sobą gdybym z okazji okrągłego jubileuszu nie podszedł do tematu właśnie statystycznie... Przyglądnijmy się zatem kto odwiedzał blog... Z racji, że teksty są polskojęzyczne naturalnie najwięcej jest wejść z Polski, a potem już tradycyjnie Stany Zjednoczone i Niemcy...

Najwięcej wejść (państwa):

1. POLSKA - 120241
2. USA - 8416
3. NIEMCY - 6350
4. WIELKA BRYTANIA - 3413
5. ROSJA - 1468
6. FRANCJA - 1307
7. HOLANDIA - 801
8. IRLANDIA - 729
9. KANADA - 304
10. TURCJA - 271

Dla porównania - jak to wyglądało w lutym 2014 i czerwcu 2013:

LUTY 2014:

1. Polska - 52236
2. USA - 2955
3. Niemcy - 2939
4. Wielka Brytania - 1509
5. Holandia - 308
6. Francja - 262
7. Irlandia - 228
8. Rosja - 191
9. Kanada - 174
10. Norwegia - 101

CZERWIEC 2013:

1. Polska - 13176
2. USA - 971
3. Niemcy - 924
4. Wielka Brytania - 250
5. Kanada 112
6. Francja - 87
7. Holandia - 81
8. Rosja - 78
9. Włochy - 61
10. Irlandia - 31

Jak widać pierwsza czwórka nie zmienia się niemal od początku istnienia blogu... Jednak zaznaczyła się wyraźna różnica między drugim a trzecim miejscem - wcześniej różnice były minimalne. Z  najlepszej dziesiątki wypadły dwa kraje: Norwegia i Włochy, ale przy stosunkowo niewielkich różnicach państwa te mogą się znowu pojawić (np. jak będę analizował za jakiś czas 200.000). Do pierwszej dziesiątki dość niespodziewanie wskoczyła za to Turcja... Trzeba wziąć pod uwagę, że czasem jeden czytelnik regularnie odwiedzający blog poza granicami naszego kraju może wydatnie wpłynąć na miejsce danego kraju w statystykach odwiedzin... Być może jest tak właśnie z Turcją?

Co najczęściej czytają osoby odwiedzające bloga? Wynik jest dość zaskakujący, zważywszy na fakt, że najwięcej miejsca tekstowo zajmuje powieść w częściach "Epopeja polsko-indiańska"... Otóż czołówka w tej kategorii należy do ... Adolfa Hitlera!

"5" najczęściej czytanych tekstów:

1) Skąd Hitler wziął swastykę - 2407
2) Rodzice Adolfa Hitlera - 682
3) Epopeja polsko-indiańska (80) - 652
4) Język czeski zawsze śmieszny - 636
5) Przemówienie Adolfa Hitlera - 552

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Gościnne Występy - Adam z Poznania (4)

W dalszym ciągu nasza skrzynka mailowa jest zasypywana przez czytelnika Adama z Poznania... Już trzy jego żarty w przeszłości publikowaliśmy, teraz czas na kolejny...

Chińska restauracja...

Kelner pyta niespodziewanie gości:

- Jaki pies szczeka?

Goście zdziwieni, ale w pewnym momencie jeden z nich odpowiada:

- Owczarek?

- Nie.

- Jamnik?

- Nie.

- Mów pan!

- Niedogotowany!