Bz

Rai

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

poniedziałek, 25 września 2017

Epopeja polsko-indiańska (86, II fragment)

Połączone siły I i II polskich wypraw do Nowego Świata zmierzały w kierunku południa, w pobliżu Góry Niedźwiedziej dołączył Niemiec Helmuth ze swoją rodziną i bliskimi Pratelickiego. Pozostali Polomancze, Germanopacze i Kozakezi w między czasie w zdecydowanej większości  „ulotnili się”… Pozostał tylko wierny Ciężka Ręka i kilku wojowników z rodzinami… W powietrzu czuć było straszny niepokój związany ze zbliżającymi się tysiącami dzikich ścigających Polaków… Patrole donosiły o bliskim sąsiedztwie mas złowrogich Indian…

- Dobrze Cię widzieć Helmucie! – zawołał Jan Pratelicki – A gdzie ci Hiszpanie, którzy Was atakowali? Może warto byłoby zawrzeć z nimi jakiś pakt?
- Nie wiem… - odparł Niemiec – Odstąpili jakiś czas temu i ślad po nich zaginął. Mój syn Zwinny Jeleń Norymberga ruszył za nimi, poszli na wschód…

Tymczasem Hiszpanie… Pozbawiony władzy konkwistador Jose Manuel Bakuleros tak zbałamucił pilnującego go strażnika, że ten oswobodził go, a następnie Bakuleros przy pomocy wiernych mu żołnierzy doprowadził do pojmania Jose Fortezesa i Pablo Vincento Magierosa…

- Zlekceważyliście Bakulerosa kanalie! – grzmiał – W innych okolicznościach czekałaby was tylko gałąź i sznur, ale nie czas teraz na to! Wracamy zabić tych Indian!

Hiszpanie pod wodzą Bakulerosa wrócili pod Górę Niedźwiedzią, ale nie zastali tam już Helmutha i grupy starców, kobiet i dzieci… Zamiast nich w okolicy roiło się od Komanczów, Apaczów i innych Indian…

- Strzelać! Zabijać dzikusów! – darł się Bakuleros.

Hiszpanie wyposażeni byli w armatki, które siały popłoch wśród czerwonoskórych… Indianie atakowali z różnych stron, krew lała się obficie… Po kilku godzinach nastąpił spokój…

- Jakie mamy straty Gonzalez? – pytał Bakuleros.
- 60 zabitych i wielu rannych…

Hiszpanie wciąż dysponowali blisko 100 żołnierzami, dodatkowo naprawdę wielką siłą były armatki, które dziesiątkowały Indian…

Tymczasem Indianie zwołali naradę…

- Wielu naszych odeszło do Krainy Wiecznych Łowów – rozpoczął wódz Apaczów Mescalero Śmiały Lis.
- Nie cofniemy się! – zapowiedział wódz Komanczów Tłusty Brzuch – Zaatakujemy w nocy! Podkradniemy się w pobliże Bladych Twarzy i … zabijemy się! Do świtu ich skalpy zawisną u naszych pasów! Howgh!

Hiszpanie nie zamierzali czekać do zmierzchu i po cichu zaczęli odwrót ku południu…

- Te dzikusy nie wiedzą z kim zadarli! – grzmiał Bakuleros – Jeszcze mnie popamiętają!

Odgłosy walki dotarły do polskiego obozu…

- Indianie musieli zetknąć się z Hiszpanami – skomentował dowódca pierwszej wyprawy Michał Potylicz.
- Też tak myślę! – dodał dowódca drugiej wyprawy Jerzy Doniecki – Myślę, że mamy nad nimi przynajmniej kilka godzin przewagi… Ruszajmy! Nie wiadomo czy Hiszpanie to przeżyją… Rano zwiadowcy doniosą nam co i jak…

Cała grupa ruszyła w kierunku południowym, by po kilkugodzinnym marszu zarządzić kolejny postój…

- Musimy odpocząć! – zadecydował Pratelicki – Poczekajmy na wieści od zwiadowców, wtedy podejmiemy decyzje…
- Zgoda! – zawołał Potylicz.

Większość zdecydowała się na sen, ale nie wszyscy...

Anna Hynowska nie mogła zasnąć… Od jakiegoś czasu z Polakami przebywał były hiszpański strażnik lochów Pablo Madeiros, a Hynowska miała hiszpańskiego jeńca Alvaro… Madeiros błyskawicznie przyswajał sobie język polski, co spowodowało, że Polka miała coraz lepszy kontakt ze swoim jeńcem…

- Co ma dzisiaj Alvaro wyryć na drzewie Anno? – zapytał Madeiros.
- Młoda już byłam, piękna już byłam, teraz chcę być tylko bogata! (29 maja). Po hiszpańsku ma być!

Dzień później napis na drzewie dostrzegła Maria Di Brasilia (ta sama co uciekła Kozakowi Czarnience i Włochowi Roberto Gibbencione).

- Jakie to piękne! – zawołała sama do siebie Maria, a następnie wyryła „fajne to” pod tym napisem… 
Historia ta była prawdopodobnie inspiracją dla twórców facebooka J. Takie XVI-wieczne: lubię to.

- Zwiadowcy wrócili! – wołał Budzanowski.

Kilka minut później Anglik Martin Swayze Von Bigay relacjonował…

- Hiszpanie są jakieś dwie godziny stąd, poruszają się dość szybko w naszym kierunku. Nie mogliśmy nawiązać kontaktu, bo wszędzie roi się od Indian…
- Ilu jest tych Hiszpanów? – zapytał Jerzy Doniecki.
- Około stu…
- W porządku tropicielu. Wracaj do reszty, my ruszamy dalej, żeby Indianie nie podeszli za blisko.

Anglik oddalił się…

- Co proponujecie? – zwrócił się do pozostałych Doniecki.
- Z jednej strony dobrze by było połączyć się z Hiszpanami – odparł Potylicz – Ale z drugiej strony nie wiadomo czy im ufać… Poza tym skoro Indian jest tak dużo, to chyba lepiej poświęcić Hiszpanów i oddalić się.
- Tylko dokąd zmierzamy? – wtrącił się Pratelicki – W wiosce Polomanczów nie mamy szans na obronę przed taką ilością przeciwników.  A gdy już w końcu dotrzemy do Wielkiej Wody to co dalej?
- Trudno liczyć, że akurat jakiś statek będzie przepływał… - skwitował Niemiec Helmuth.
- Macie jakieś inne wyjście? – zdenerwował się Doniecki – Skoro nie mamy szans z Indianami to musimy uciekać!
- Spokojnie! – uspokajał Potylicz – Kierujmy się na południe, a potem zobaczymy. Jak nie będzie wyjścia to będziemy walczyć, do ostatniej kropli krwi!

Kwadrans później Polacy ruszyli ku południu…

Zwiadowcy byli w stałym kontakcie z główną grupą… Kilka godzin później Piotr Laszlo Tekieli stawił się przed dowódcami…

- Indianie otoczyli Hiszpanów i nie puszczają ich dalej! Ci okopali się na pozycjach i ostrzeliwują się z armatek…
- Jak daleko są? – zapytał Potylicz.
- Cztery godziny stąd…
- Jak oceniasz szanse Hiszpanów?
- Mogą się długo bronić, szanse na przedarcie mają nikłe. Dzikich są tysiące!

Tymczasem w obozie okrążonych Hiszpanów…

Po kilku godzinach szturmów Indianie nagle całkowicie umilkli…

- Złowroga ta cisza – skomentował Pablo Vincento Magieros.
- Uwaga! – zawołał jeden z żołnierzy – Idzie w naszym kierunku pojedynczy Indianin!
- Nie strzelać! – zawołał Jose Manuel Bakuleros – To musi być poseł! Nie strzelać!

Kilka minut później Indianin stawił się przed obliczem Bakulerosa… Za pomocą gestów bardzo obrazowo przedstawił sytuację Hiszpanów, a następnie opisał żądania Indian – pozwolą odejść, ale jak ci oddadzą konie i broń…

- Jeszcze czego! – zaczął krzyczeć Bakuleros – Zostaniemy bezbronni, a oni nas potem wyrżną jak barany! Brać go!
- Przecież to poseł! Sam mówiłeś! – przerwał Magieros.
- Cicho! Bo zacznę załować, że cię kazałem uwolnić! Brać go!

Kilku żołnierzy pochwyciło Indianina, chwilę później zbliżył się doń Bakuleros…

- Giń dzikusie! – zawołał i sprawnym ruchem nożem poderżnął mu gardło – Jednego mniej!

W tej samej chwili rozległ się potężny ryk tysięcy indiańskich gardeł, który sprawił, że wielu Hiszpanom ciarki przebiegły po całym ciele. Kilka minut później rozpoczął się kolejny szturm, poprzedzony zarzuceniem Hiszpanów tysiącem strzał…

Po dwóch godzinach…

- Nasze siły topnieją… - ocenił Magieros – Znowu mamy kilku zabitych i jeszcze więcej rannych. Jose! Nie mamy szans, w końcu ulegniemy…
- Dzisiaj w nocy podejmiemy próbę przedarcia się! Damy radę!

Tymczasem Polacy postanowili zrobić dłuższy postój…

- Skoro Indianie zatrzymali się przy Hiszpanach to mamy przewagę, z tego co donoszą zwiadowcy już ponad osiem godzin. Jest szansa na dłuższy odpoczynek i pokrzepiający sen – mówił Doniecki.
- Zgadzam się, trzeba dać ludziom i koniom odpocząć – odparł Potylicz.

Po ustaleniu wart obóz pogrążył się we śnie… Pierwsi na wartę udali się Kozak Czarnienko i Włoch Roberto Gibbencione…

- Myślisz, że pułkownik wyznaczył nas pierwszych na wartę za karę? – zapytał Gibbencione.
- Chyba tak. Za to, że nam ta Brasilia uciekła…

Nie wszyscy mogli spać… Mariusz Roch Kowalski kręcił się strasznie, przewracał z boku na bok…

- Co się tak kręcisz? – syknął leżący obok Kozak Rych Bodczenko – Spać innym nie dajesz!
- Głodny jestem… Jak tu spać jak kiszki marsza grają?
- Przecież jadłeś kolację!
- Chyba kpisz wącholu! Te dwa kęsy strawy ciężko nazwać kolacją!
- To co ja ci zrobię? Uciekamy od Indian, nie mamy czasu na szukanie pożywienia! Ciesz się, że coś w ogóle dają!
- Wolę zginąć z rąk dzikich niż przymierać głodem!
- Śpij, nie marudź!

Kowalski poczekał aż Bodczenko uśnie, a następnie powoli zaczął czołgać się w kierunku zarośli…

- Pst! – wyszeptał Czarnienko – Chyba coś słyszałem, tam przy zaroślach!

Nastała cisza, obaj wartownicy nasłuchiwali…

- E tam… Zdawało ci się – skomentował Gibbencione.
- Nie idziemy sprawdzić na wszelki wypadek?
- Nie. Może jakieś zwierzę, nic tam się nie dzieje…
- Ja idę, muszę mieć spokojną głowę.
- Jak chcesz…

Kozak poszedł w kierunku, z którego słyszał podejrzany dźwięk, ale nic nie znalazł.

- Miałeś rację, musiało mi się przesłyszeć albo to było jakieś zwierzę …

Kowalski leżał w zaroślach bez ruchu, dopiero jak wartownicy oddalili się w inne miejsce wstał i powoli zaczął się oddalać…

- Muszę znaleźć coś do jedzenia! Muszę!

O świcie zarządzono pobudkę, dwa kwadranse później wymarsz. Kozak Bodczenko nie mógł znaleźć Kowalskiego… W pierwszej chwili chciał powiadomić dowódców, ale szybko zrezygnował z tego zamiaru…

- Jeszcze go za dezertera wezmą… Mam nadzieję, że wie co robi…

Jego rozmyślania przerwał Rosjanin Kuczunow.

- Kozaku! A gdzie waszmość Kowalski?
- Yyyy… Nie wiem, ale chyba poszedł w ustronne miejsce w wiadomo jakim celu, a co?
- W sumie nic. Wiem, że z niego słynny łasuch, a mnie coś żołądkiem strasznie rzuca… Polubiłem go, więc chciałem mu oddać swoje przydziałowe śniadanie…
- Daj mi!
- Nie, Tobie nie.
- To głowy nie zawracaj!

Kuczunow oddalił się, ale rozmowie przysłuchiwał się Tomasz Szlachtowski…

- Mnie możesz powiedzieć Rychu… Gdzie Mariusz?
- W nocy oddalił się, narzekał na głód…
- Poszedł na coś zapolować?
- Tak myślę…
- Przepraszam, że się wtrącę - powiedziała przechodząca obok Czeszka Cekierova - Jak pan Kowalski ma problemy to... mam odpowiednie zioła, które mu z pewnością pomogą.
- Dobrze - odparł nieco zaskoczony Szlachtowski - Powiemy mu o tym.

Cekierova oddaliła się...

- Pamiętaj Lelkova - powiedziała chwilę później do swojej rodaczki - Trzeba ludziom w potrzebie zawsze pomagać.
- To miłe. Ale mi to nikt w niczym nie pomaga!
- A co ci się dzieje moja droga?
- Nogi wchodzą mi w ... nie powiem gdzie!
- Mam specjalną maść rozgrzewającą, na pewno ci pomoże. Dać ci?
- Na razie nie, może później...

Po kilkugodzinnym marszu zarządzono krótki postój… Do głównego obozu ponownie przyjechał Tekieli z kolejnymi wiadomościami…

- W nocy Hiszpanie przedarli się przez szeregi Indian! Ponieśli duże straty, ale zrobili to! Kierują się także na południe!

- Ile mamy przewagi? – wypytywał Potylicz.
- 8, może 9 godzin… Hiszpanie w trakcie szturmów i brawurowego przedarcia stracili wiele koni, więc nie poruszają się już tak szybko jak wcześniej.
- Wracaj Laszlo do reszty i informujcie nas dalej – zarządził Doniecki – Trzeba wysłać patrole na południe, musimy wiedzieć jak daleko jeszcze mamy.
- Według mnie – wtrącił się Pratelicki – Jutro wieczorem powinniśmy dotrzeć nad Wielką Wodę.
- Znasz te okolice lepiej od nas – skomentował Potylicz – Ale wyślijmy zwiadowców, żeby sprawdzili czy nie ma tam innych Indian, Hiszpanów itd.

Grupa zbierała się do dalszego marszu, wcześniej wyruszyli zwiadowcy:  Janczurowski, Kozak Robaczenko i Przemko Nowacki.







Epopeja polsko-indiańska - Kolejne części (74-85)

Wychodząc na przeciw prośbom czytelników kontynuuję scalanie napisanych już wcześniej części... Tym razem części od 74 do 85, poniżej bezpośredni link.

Epopeja - części: 74-85

Dalsze losy opisane są w części 86 (ostatniej). Ze względu na wielowątkowość i niespotykane wręcz nagromadzenie bohaterów, głównie II, III i IV planowych owa część dzielić się będzie na kilka fragmentów.

środa, 20 września 2017

Epopeja polsko-indiańska - Pierwsze 24 części

Wychodząc na przeciw prośbom czytelników - po raz kolejny - przypominam pierwsze 24 części powieści (scalone w jednym poście).

W najbliższym czasie w takim sam sposób scalone zostaną części 25-50, 51-75 i 76-85.

Z pewnością ułatwi to lekturę powieści :)

Link do części 1-24:

http://limmberro.blogspot.com/2015/04/epopeja-polsko-indianska-pierwsze-24.html

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

sobota, 8 kwietnia 2017

Epopeja polsko-indiańska (86, fragment I)

86 część jest zarazem ostatnią (jednak ze względu na wielowątkowość powieści ostatnia część składać się będzie z kilku fragmentów).

Fragment I:

Kobiety ze statku „Nefretete” zostały porwane przez piratów z San Escobar… Łodzie oddaliły się w ciemnościach, po kilku godzinach dobiły do brzegu. Piraci wyprowadzili kobiety i rozpoczęli marsz w głąb lądu. Nie trwało to dłużej niż kwadrans…

- Zamknąć je w szopie! – zakomunikował po portugalsku gruby pirat – Pilnować dobrze!
- Nie zabawimy się z nimi teraz? – zaproponował drugi z piratów.
- Oszalałeś Victor? – burknął na niego grubas – Wiesz dobrze, że jak Krwawy Gomez dowie się o tym to każe nas ukrzyżować?!
- Wiem, wiem … Ale jakbyśmy to zrobili w tajemnicy? Nie miałem kobiety od wielu miesięcy…
- Powstrzymaj swoje żądze! Kapitan wróci, zabawi się z nimi, a potem jak zwykle je nam odda!
- Nie mogę się już doczekać Alberto!
- Spokojnie! Czekałeś tyle miesięcy to i tych kilka dni poczekasz!

Tymczasem wewnątrz szopy…

- Kto nas porwał? –denerwowała się Paulina Połniakowska.
- A skąd mam wiedzieć? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Monisława Maciejewska – Ja bardziej zastanawiam się w jakim celu, a nie kto!
- Na pewno nie dzicy… - wtrąciła się Renata Jarczykowska.
- Skąd wiesz skoro miałyśmy zasłonięte oczy? – skontrowała Czeszka Dominika Guzikova.
- Tak czuję! Poza tym od czasu do czasu coś mówili… Nie słyszałam dokładnie, ale jestem pewna, że to nie język dzikich…
- Dzikich w życiu nie widziałaś, ha ha ha.
- A Tatarzy? Ich widziałam!
- Nie kłóćcie się, zaraz to się wyjaśni – uspokajała sytuację inna Czeszka Sabina Sviderkova -  Poszukajmy jakiejś szczeliny w tej szopie i zobaczymy kto nas porwał…

Chwilę później kobiety dojrzały dwóch ludzi krzątających się wokół szopy…

- No i co? Dzicy niby? – drwiła Jarczykowska.
- Może i nie całkiem dzicy – odparła ze śmiechem Guzikova – Ale na bardzo cywilizowanych nie wyglądają. Ochlaptusy zwykłe jakieś.
- Gorzej, że te ochlaptusy mają nas w garści! – skwitowała zdenerwowana Połniakowska – Wyglądają na południowców, pewnie Hiszpanie lub Portugalczycy. Po co oni nas porwali? Jak myślicie czy nasi nas szukają? Czy nam ruszą na pomoc?
- Znając Macudowskiego nie będzie się zbytnio kwapił… - skomentowała Ukrainka Rusłana Kramerko.
 - O właśnie! Jaką widzisz przyszłość, użyj swoich mocy Rusłano – przypomniała sobie Połniakowska.
- Nie za bardzo mam jak… Wszystkie potrzebne akcesoria, w tym zioła, zostały na statku.
- Szkoda! Monisławo szkoda, że nie masz swojego łuku! Zaraz byś ustrzeliła z niego tych gagatków!
- No, nie mam… Cicho! Ktoś nadchodzi!

Do szopy podszedł pirat Victor, otworzył drzwi i patrzył na kobiety… Już miał wejść do środka, gdy zatrzymał go stanowczy głos…

- Victor! Nie waż się! Wyjdź stamtąd!

Pirat w pierwszej chwili miał ochotę nie posłuchać polecenia, ale ostatecznie wycofał się z szopy…

- Co za obleśny typ! – zawołała z niesmakiem Maciejewska – Widziałyście jak on nas patrzył?!

Kobiety były przerażone…

- Musimy uciekać, bo w końcu tu wejdą i będzie nieszczęście! – powiedziała po dłuższej chwili Połniakowska.

W tym samym momencie Jarczykowska zalała się łzami…

- Renata! Nie płacz! Wyjdziemy z tego! – pocieszała ją Połniakowska.
- A mówili nam, żebyśmy siedziały w domu… w kuchni, dzieci niańczyły… I nie posłuchałyśmy…
- Bądź dzielna! Jesteś Polką! – zawołała Maciejewska – Pokażemy tym draniom, gdzie raki zimują!
- Właśnie! Nie płaczmy, ale pomyślmy co zrobić – poparła ją Sviderkova – Proponuję najpierw wymyśleć co robimy by w razie czego obronić się przed nimi… Mam już pewien pomysł!
- Nie damy się! – wtórowała Niemka Anna Von Stollar – Lepiej zginąć niż zostać zhańbioną!

Kobiety przeszukały szopę w poszukiwaniu potrzebnych rzeczy do obrony…

Tymczasem na statku Nefretete… Dopiero blisko południa pierwsze osoby zaczęły krzątać się po pokładzie…

- Ale daliśmy wczoraj w palnik! – mówił do siebie kniaź Sławomir Wigurko – Dawno tyle wina nie wyżłopałem… Holender! Wstawaj do diabła! – kniaź ze złością kopnął Martina Van Coolersa – Pożytku z ciebie żadnego nie ma! Albo pijesz albo śpisz!
- Zaraz, zaraz… Jeszcze trochę snu nie zaszkodzi…
- A śpij cholero! Idę innych budzić, pasuje na ląd w końcu zejść, rozejrzeć się…

Wigurko ciężkim chodem szedł po pokładzie, gdy nagle z jednej z kajut wybiegł Rosjanin Ivan Zbereznikov…

- Eeeee!
- A temu co znowu?

Rosjanin pędził jak oszalały przed siebie, co chwilę przeraźliwie krzycząc te swoje „eee”…

- Niektórym to naprawdę nie można dawać alkoholu… - skomentował Wigurko i kontynuował spacer.

Przeraźliwe krzyki Zbereznikova na dobre obudziły wszystkich na „Nefretete”…

- Zamknij się! – rozdarł się zaspany Macudowski wychodząc ze swojej kajuty.
- Kaczkuny! Kaczkuny atakują! – wołał Rosjanin.
- Co? E, bredzisz coś!

Macudowski wnikliwie spojrzał na Zbereznikova i za chwilę podejrzliwie zapytał…

- Ile wy tego wina wygrzmociliście? Pozwoliłem tylko dwie beczki! Zaraz sprawdzę!

Kwadrans później… Macudowski zwołał wszystkich…

- Zawiedliście moje zaufanie! Zdobyłem się na wspaniałomyślny gest pozwalając wam na wypicie dwóch beczek wina, a wy? Wychlaliście wszystko!

Nastała chwila milczenia…

- Wyciągnę konsekwencje! Wasz żołd od początku wyprawy do chwili obecnej właśnie przepadł!
- Jak to? Jakim prawem?!
- Taka jest moja decyzja! Jeżeli ktoś nie zgadza się z nią zostanie niezwłocznie powieszony! Zębiszon do mnie! Rozejść się, za godzinę schodzimy na ląd!

Załoga rozeszła się, mrucząc pod nosami… Kniaź Wigurko podszedł do Zbereznikova…

- Gadaj o co chodzi z tymi kaczkunami!
- Kaczkuny to źli ludzie!
- Dobra, opowiadaj!
- Jako młody chłopak nająłem się do pracy u bogatej rodziny Kaczkunów, zaraz pod samą Moskwą… Płacili dobrze, byłem zadowolony, aż do pewnego czasu… Stary Kaczkun miał wielu synów i tylko jedną córkę Walentynę, strzegł jej jak oka w głowie… Wszyscy mówili, że szykuje ją dla młodego carewicza za żonę… Walentyna zakochała się we mnie, choć bojąc się starego Kaczkuna broniłem się przed tym wszelkimi sposobami… Ale kobiety są bardzo przebiegłe, w końcu dopięła swego i … stało się! Pech chciał, że byliśmy widziani i wieść o naszym romansie szybko się rozniosła… Stary Kaczkun wściekł się, poprzysiągł zemstę, zwłaszcza że plotka szybko dotarła do Moskwy i otoczenie młodego carewicza natychmiast zerwało porozumienie o ewentualnym małżeństwie… Musiałem uciekać! Kaczkuny, bo Stary miał jeszcze kilku braci, ruszyły w pościg… Udało mi się zbiec z Rosji do Polski, później dowiedziałem się, że zabili mi wszystkich bliskich… W Polsce znowu wpadli na mój trop, musiałem uciekać dalej… W Niemczech miałem przez jakiś czas spokój, ale i tam mnie znaleźli! Szczęśliwie załapałem się na waszą wyprawę… Myślałem, że odetchnę, ale skąd?!
- Jak to? Też tu są?
- Czuję ich w powietrzu! Niedługo nadejdą!
- Przestań! Nie jest łatwo ot tak popłynąć za kimś do Nowego Świata!
- Kaczkuny wszystko zrobią dla zemsty! Niedługo się przekonasz!
- Z innej beczki teraz…
- Tak?
- Denerwuje mnie ten Macudowski… Strasznie się szarogęsi… No i to, że uwięził Kaliskiego… Teraz nam żołd odebrał… Coś tu śmierdzi! Trzeba się temu przeciwstawić!
- A pomożesz mi z Kaczkunami?
- No, pomogę!
- To ja ci też pomogę!
- Jest jeszcze Van Coolers, to jest nas już trzech!

Rozmowę przerwał nagły krzyk…

- Kucharki zniknęły!

Chwilę później wszyscy ponownie zbiegli się na pokład…

- Nie ma nigdzie naszych czeskich kucharek! – oznajmił Sebastian Sokoliński.
- Spokojnie! – uspokajał Macudowski – Sprawdźcie wszędzie, może one też moje wino wczoraj piły, a teraz śpią gdzieś w jakimś kącie!

Kwadrans później…

- Gdzie są kobiety? – grzmiała załoga – Co się mogło stać?
- To ja się pytam! – ryknął Macudowski – Ja spałem, wy piliście! W dodatku moje wino!

Nagle na pokład wyszła Agnieszka Krzemieńska i Włoszka Eveline Rodaccio… Nastała cisza, wszyscy wpatrywali się w nie…

- Co się stało? – zapytała w końcu Krzemieńska.
- Kobiety zniknęły! – ryknął zbir Jamróz – W kajucie jest reszta kobiet?
- Nie, tylko my dwie…
- Dość tego! – wydarł się Macudowski – Niby kobiety zginęły, a te dwie to co? Sprawdźcie najpierw dokładnie, a potem w histerię popadajcie!

Godzinę później…

- Nie ma innych kobiet! – oznajmił zbir Dziobak – Cały statek przeszukaliśmy…
- Tylko te dwie zostały! – sprecyzował zbir Chwaścior.
- Skoro nie ma ich na statku to zobaczmy na lądzie – rozkazał Macudowski – I tak mieliśmy tam w końcu zejść!

Krzemieńska z Rodaccio wróciły do kajuty… 

- Nie rozumiem co się stało – rozpoczęła Krzemieńska – Przecież dopiero co wieczorem piłyśmy z nimi wino, gdzie one się zapodziały?

Rodaccio tylko wzruszyła ramionami i nic nie odparła…

- Chcesz to idź z nimi na ląd… Ja muszę zostać, ksiądz Simon potrzebuje opieki… Wciąż nie odzyskał przytomności, nie można go zostawić samego…

(już wkrótce dokończenie ostatniej części!)