Bz

Rai

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

czwartek, 10 grudnia 2015

Epopeja polsko-indiańska (81)

Statek Nefrete wciąż posuwał się w kierunku zachodnim… Niemiecka załoga statku nie mogąc się doczekać na jakiekolwiek decyzje kontynuowała po prostu rejs w tym kierunku…

- Ach ci Polacy… - narzekał kapitan Klaus Rodenthaler – Sami nie wiedzą czego chcą… Aż się dziwię, że ten ich kraj jeszcze istnieje…

Tymczasem w kajucie Macudowskiego Wojciech Kaliski bił się z myślami co zrobić…

- Do diabła! – mówił sam do siebie – Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem!
- Oszczędź! – mamrotał niezrozumiale zakneblowany Macudowski.

Kaliski wyjął mu knebel i od razu syknął:

- Jak zaczniesz krzyczeć to od razu poderżnę ci gardło!

Groźba podziałała nadzwyczaj skutecznie…

- Oszczędź Wojtusiu!  Oszczędź! – mówił niemal szeptem Macudowski – A cię ozłocę! Oddam ci wszystko co zechcesz!
- Tak…?  Jak tylko cię uwolnię to każesz mnie uwięzić, a potem zabić!
- Nie, nie… Czy ja cię kiedyś okłamałem?
- Prawie zawsze!
- No jak możesz tak mówić?
- Nie płacisz mi draniu od początku! Poza tym jesteś mi winny za transporty zboża do magazynu Martina Schyldera, który przejąłeś! A jeszcze okradłeś moich rodziców!
- Wszystko ci oddam, obiecuję!
- Nie wierzę ci! Poza tym jak cię zabiję to i tak wszystko co masz będzie moje!
- Mylisz się! Nie wszystko! Mam wiele dóbr w Polsce i Prusach, jak je przejmiesz?
- Nie jestem pazerny! Starczy mi to co masz w kajucie!

Kaliski ponownie zakneblował więźnia i wziął się za przeszukiwanie kajuty… Czynności te przerwało nagłe pukanie do drzwi… Kaliski zastygł… Po chwili zdecydował się jednak by je otworzyć…

- Zabiłeś go już? – dopytywała się Niemka Anna Von Stollar.
- Jeszcze nie…
- Zrób to! Bądź mężczyzną!
- Na razie go torturuję, nie może drań odejść tak po prostu… - kłamał Kaliski.
- Pomóc ci?
- Nie! Poradzę sobie! Nie przeszkadzaj.
- Dobrze. Nie spodziewałam się, że jesteś aż taki okrutny. Zaimponowałeś mi! Czy ma jeszcze oczy?
- Yyy…?  Nie przeszkadzaj!
- Przyjdę później.

Kaliski był blady jak ściana… Macudowski zakneblowany wił się jak wąż wyraźnie go nawołując…

- Czego znowu?
- Nie zabijaj!
- To już wiem, coś jeszcze?
- Wojtusiu oszczędź! Mam propozycję!
- Tak?
- Oddam ci wszystko co jestem ci winien. Potrójnie! A po powrocie do Polski zapiszę ci dwie kamienice w Gdańsku i dołożę ten skład co należał do Schyldera!

Kaliski zaczął przeliczać w głowie… Oferta była naprawdę atrakcyjna, z miejsca stałby się bardzo bogatym człowiekiem…

- Nie ufam ci draniu!
- Wojtusiu przysięgam!

Kaliski nie wiedział co ma zrobić, po chwili ponownie zakneblował więźnia… Następnie zaczął przeszukiwać kajutę… Szybko znalazł złoto i kosztowności… Wtem ponownie rozległo się stukanie do drzwi…

- Znowu pewnie ta Von Stollar! – złościł się, ale po chwili otworzył…

Tym razem jednak nie była to Niemka, lecz Ukrainka Rusłana Kramerko…

- O co chodzi?
- Chcę rozmawiać z Macudowskim!
- To niemożliwe! Chory jest!
- Mam pomóc? Potrafię uzdrawiać…
- Nie. Wszystko jest pod kontrolą. On sobie nie życzy nikogo! Śpi teraz!
- Niemiecki kapitan domaga się decyzji odnośnie kierunku żeglugi!
- No i? Ty jesteś wiedźmą i miałaś to określić za pomocą swoich mocy!
- Macudowski chciał przy tym być…
- Teraz nie może! Działaj sama, a potem przyjdź i mi powiedz!
- Jak chcesz…

Kaliski wrócił do kajuty, nie zważając już na nieme nawoływania Macudowskiego po prostu położył się obok niego i … zasnął. Nadmiar emocji spowodował wielkie zmęczenie…

Tymczasem w innej kajucie Agnieszka Krzemieńska rozmawiała z Włoszką Rodaccio… Może nie do końca była to rozmowa, bo jedna mówiła po polsku i trochę po włosku, druga zaś po włosku, ale jak to dwie kobiety w miarę się dogadały…

- Szkoda mi trochę tego zbira Chochoła…

Rodaccio niewiele rozumiała, ale nadrabiała uśmiechem…

- Ja to w ogóle szczęścia w życiu nie mam – narzekała Krzemieńska – Rodzice chcieli mnie wydać za starego dziada, który zabił moją pierwszą miłość…

Rodaccio kiwała głową wciąż się uśmiechając. W końcu Włoszka  niespodziewanie przytuliła się Krzemieńskiej…

- Tylko ty mnie rozumiesz moja mała Evellino…

Krzemieńska wzruszyła się bardzo, z jej oczu poleciały łzy… Po chwili obie płakały…

- Idę do tej Ukrainki! Niech mi powróży! Chcę wiedzieć czy znajdę jeszcze miłość w życiu!

Rodaccio najwidoczniej wyczuła sytuację i wzięła rękę Krzemieńskiej…

- Co robisz?

Chwilę później Włoszka zraniła delikatnie nożem dłoń przyjaciółki… Polała się krew…

- ? Aha, rozumiem! Ty chcesz mi powróżyć?

Rodaccio skinęła głową, a następnie rozmazała krew po całej  dłoni i zaczęła się wnikliwie przyglądać… Następnie wyciągnęła jakieś zawiniątko i wysypała na ranę szary proszek…


- Nawet nie chcę wiedzieć co to jest… - dziwiła się Krzemieńska.

Włoszka długo nie odrywała wzroku od dłoni… W pewnym momencie aż odskoczyła i zaczęła płakać…

- Co zobaczyłaś? Mów! Wszystko zniosę!
- Zakochasz się w księdzu!
- ? Tego mi jeszcze brakowało…!  Jesteś tego pewna?
- Tak!

Zmierzchało już… Wieść o tajemniczej chorobie Macudowskiego rozeszła się po statku… Ukrainka Rusłana oznajmiła wszystkim, że należy płynąć na zachód… Zbir Zębiszon postanowił czuwać pod kajutą swojego pana… Był wyraźnie zaniepokojony całą tą sytuacją…

Koło północy na pokładzie pojawiła się Paulina Połniakowska… Zbudził ją koszmarny sen, w którym zobaczyła swojego męża Krzysztofa uginającego się pod batem Hiszpanów…

- Gdzie on się włóczy? – mówiła sama do siebie – Czy wciąż żyje?

Połniakowska długo patrzyła w dal, przed oczami zaczęły się jej ukazywać różne obrazy… Czasami to już nie wiedziała czy to sen czy jej wyobraźnia…

- Odnajdę cię mężu! Choćbym cię miała szukać całe życie!

Nagle poczuła, że ktoś zaczyna ją obłapiać… Próbowała się uwolnić, ale uścisk był zbyt silny… Próbowała krzyczeć, ale napastnik zasłonił jej usta ręką… W pewnym momencie poczuła, jak rozrywa jej ubranie… Wezbrała się w sobie chcąc za wszelką cenę oswobodzić się, ale nie miała na tyle siły… Postanowiła jednak, że nie ulegnie i nagle ugryzła go w rękę …

- Do diabła! – wrzasnął napastnik po niemiecku i na chwilę puścił kobietę…
- Ratunku! – krzyczała Połniakowska – Pomocy!

Napastnikiem okazał się niemiecki marynarz Rudolf… Chwilę później znów pochwycił Połniakowską i zaczął ją odzierać z resztek szat…

- Zostaw ją rozpustniku! – zawołała Monisława Maciejewska, która przybyła z pomocą przyjaciółce.

Niemiec nie zamierzał się zatrzymywać… Monisława widząc to bez żadnych skrupułów strzeliła do niego z łuku, a że była prawdziwą mistrzynią trafiła tam gdzie chciała czyli w prawy bark… Marynarz wpadł w zwierzęcy szał, puścił Połniakowską i z niesłychaną wściekłością rzucił się na Monisławę… Ta jednak zachowała zimną krew i kolejną strzałą przebiła mu serce… Niemiec padł martwy, a obie kobiety wspólnie wyrzuciły go za burtę…

- Uciekajmy… W końcu jesteśmy tu nielegalnie! – zarządziła Monisława.
- Dzięki przyjaciółko!

Kobiety znikły pod pokładem… Kilka osób przyciągniętych hałasem wyszło na pokład, ale nie zauważając nic podejrzanego powróciło do snu…

Tymczasem kobiety były już bezpieczne w spiżarni…

- Gdzie byłyście? – zapytała zaspana Renata Jarczykowska.
- A… Dużo by opowiadać… - odparła rozdygotana jeszcze Połniakowska.
- Śpij, opowiemy ci rano… - dodała spokojnym głosem Maciejewska.
- Nie wiem jak ci dziękować Monisławo! – wyszeptała Połniakowska – Gdyby nie ty ten lubieżny Niemiec zgwałciłby mnie niechybnie!
- Od tego są przyjaciółki – rzekła skromnie Maciejewska.
- Pięknie wyglądałaś z tym napiętym łukiem! Niczym grecka Atena!

O świcie zbir Dziobak zauważył ślady krwi…

- Co tu się do diabła stało?

Nagle na pokładzie pojawił się Rosjanin Ivan Zbereznikov. Biegał nago i głośno wołał w stronę słońca:

- Eeee! Eeee!

Dziobak patrzył i nie wierzył…

- A temu co znowu? Ta krew to chyba nie twoja?
- Eeee! – rozdarł się Rosjanin i popędził w przeciwną stronę statku…

Tymczasem w kajucie Macudowskiego…

- Wyspałem się przednio! – mówił sam do siebie Kaliski – Teraz mogę na wszystko inaczej spojrzeć!

Macudowski leżał obok niego związany i zakneblowany …

- Nie zabiję cię! – oświadczył nagle Kaliski, po czym go oswobodził – Napiszesz pismo!
- Dobrze Wojtusiu, zrobię wszystko co zechcesz!

Kaliski podyktował treść pisma, w którym Macudowski zapewniał mu nietykalność, przekazał określoną ilość złota i zapisał dwie kamienice oraz skład Martina Schyldera.

Macudowski podpisał pismo, gdy nagle drzwi kajuty otwarły się i do środka wtargnęli zbirzy Dziobak i Zębiszon…

- Brać go! – zawołał Macudowski – To zdrajca!

Zbirzy natychmiast pochwycili Kaliskiego…

- No i co teraz Wojtusiu? – śmiał mu się w twarz Macudowski – Zamknąć go i pilnować! Później zdecyduję co z nim zrobię!

Zbirzy wyprowadzili Kaliskiego…

- Wiedziałem, że tak będzie! Znów mnie oszukał! – narzekał pojmany.
- Mówiłam ci, żebyś był mężczyzną! – syknęła doń  wściekle Von Stollar, gdy ją mijali po drodze.

Macudowski podarł pismo i wyszedł z kajuty…

Tymczasem Krzemieńska nie mogła wciąż dojść do siebie po wróżbie Rodaccio…

- Co ja pocznę nieszczęsna? Jaki ksiądz? Taka miłość to tylko problemy… Rzucę się chyba do morza!

Skierowała się w ustronne miejsce, z mocnym postanowieniem by naprawdę ze sobą skończyć… Usiadła na chwilę przy łodzi ratunkowej i zamarła… W łodzi leżało ciało całe we krwi… Nie wiedziała co począć, w końcu pochyliła się nad tajemniczą postacią… Po dłuższej chwili wyczuła słabo bijące serce…

- Żyje! – powiedziała cicho.

Tajemnicza postać była mężczyzną… Ubytek krwi z wielu ran spowodował utratę nieprzytomności…

- Trzeba go ratować!

Nie wiadomo skąd obok pojawiła się Rodaccio.

- Bierzemy go do naszej kajuty! Trzeba go opatrzeć...

Kobiety niepostrzeżenie przetransportowały rannego… Okazało się, że miał wiele ran pchanych, ale żył… Mijały godziny, ale nieznajomy wciąż nie odzyskiwał przytomności…

- Będzie żył – uspokajała Włoszka Krzemieńską – Dobrze, że go jednak znalazłaś, bo wkrótce umarłby z utraty krwi…
- Ciekawe kto to jest?
- Wygląda na południowca… Przeglądnijmy mu kieszenie może to da jakąś odpowiedź…
- No wiesz…
- To dla dobra sprawy…

Nieznajomy nie miał za wiele przy sobie co by mogło pomóc w jego identyfikacji… Poza złotym medalikiem z wyrytym napisem „Simon”…

- To pewnie jego imię lub nazwisko…
- Więcej dowiemy się jak odzyska przytomność…

Tymczasem Macudowski biegał wściekły po pokładzie…

- Zębiszon! Jak mogłeś do tego dopuścić?!
- Yyy… Mówił, że jesteś chory i nikogo nie chcesz widzieć! – bełkotał niezrozumiale zbir.
- Nigdy więcej ma do czegoś takiego nie dojść! Żądam pełnej ochrony!
- Rozkaz!
- Co z nim każesz zrobić? – dopytywał się zbir Chwaścior.
- Jeszcze nie wiem! Ale marny jego los! Nie wiadomo czy działał w pojedynkę?!
- ???
- Od tej chwili przed moją kajutą ma być cały czas dwóch wartowników!
- Rozkaz!
- A czy działał sam? Są odpowiednie sposoby na wydobycie z niego takich informacji! Kto umie torturować?

Nastała cisza…

- Dziobak! Ty masz to z niego wydobyć!
- Ja?
- Tak! Masz czas do wieczora!

W między czasie zbliżył się niemiecki kapitan statku …

- Chciałbym zgłosić zaginięcie marynarza Rudolfa…
- Zaginął? – roześmiał się Macudowski – Albo jest gdzieś na statku, albo poza… Ha ha ha. Pewnie spił się i leży gdzieś pod pokładem…

Dziobak przypomniał sobie krew na pokładzie, ale ugryzł się w język…

- Mam co robić… - pomyślał – Znając Macudowskiego zleci mi także szukanie Niemca…

Rozmowie przysłuchiwał się uważnie kniaź Sławomir Wigurko…

- Ciekawi mnie dlaczego ten Kaliski go więził – snuł podejrzenia w myślach – Tak bez powodu? Niemożliwe! Coś tu jest nie tak… Ale wdepnąłem w bagno!

Atmosfera na „Nefretete” stała się delikatnie ujmując dosyć nerwowa… Tymczasem Czeszka Sabina Sviderkova obserwowała z ukrycia, jak jej rodaczka Dominika Guzikova spaceruje ze szlachcicem Sebastianem Sokolińskim…

- Wyrzuć takiego drzwiami to oknem wejdzie… Nie wiadomo kiedy te gołąbeczki się umówiły na ten spacer… - śmiała się sama do siebie.







sobota, 5 grudnia 2015

Jaka Laponia? Azja Mniejsza!

Protoplastą dzisiejszego Świętego Mikołaja był biskup Miry żyjący w Azji Mniejszej (dzisiejsza Turcja), w IV wieku. Skąd więc ta fińska Laponia? W XIX wieku zaczęła kształtować się tradycja w której postać świętego skojarzono z wręczaniem prezentów. Potem dodano pojazd z reniferami i już dzisiaj każde dziecko wie, że rodzinne strony Świętego Mikołaja to Laponia, a nie zachodnie wybrzeże Turcji.  Z czasem postać ta zdobyła ogólnoświatową sławę stając się jedną z najbardziej popularniejszych w kulturze euro-amerykańskiej, prawdziwą gwiazdą bez której trudno sobie w dzisiejszych czasach wyobrazić święta Bożego Narodzenia…



Święta Bożego Narodzenia już dawno przestały być tradycją wyłącznie religijną, w wielu społeczeństwach ich religijne znaczenie zeszło na drugi plan, stając się świętami typowo rodzinnymi… Kraina radosnych emocji, zabawy i beztroski, a przede wszystkim oczekiwanie na gwiazdkowe prezenty…



Dziki konsumpcjonizm zawdzięczamy głównie specjalistom od marketingu… Dla nich nie ma żadnych świętości… Święty Mikołaj ma po prostu pomóc w realizacji celów sprzedaży… Taki już mamy teraz świat… Postać świętego stała się bardziej bajkowa niż religijna, o wiele bardziej spokrewniona z Królewną Śnieżką czy Czerwonym Kapturkiem niż z chrześcijaństwem…


Co z tą Laponią? Święta Bożego Narodzenia w kulturze Zachodu kojarzone są z zimą, a przede wszystkim ze śniegiem… Stąd ciepła Turcja kompletnie nie pasuje… Laponia jest umiejscowiona daleko na północy, śniegu z reguły masa, więc pewnie dlatego… Sama siedziba Świętego Mikołaja jednak nawet w tej Laponii się zmieniała… Pierwotnie było to wzgórze Korvatunturi w narodowym parku im. Urho Kekkonena, jednak w latach 1939/1940 trwała  wojna fińsko-radziecka i ZSRR przejął część terytorium Finlandii… Siedziba świętego znalazła się zbyt blisko granicy z Sowietami… Nastąpiło przesunięcie siedziby o 200 km na północny-wschód do Rovaniemi…

sobota, 26 września 2015

Historia - Przemówienie Hitlera z 1933 roku

Historia - Adolf Hitler na wesoło







Historia - Najwięksi hitlerowcy za młodu


niemowlę - Adolf Hitler


młody - Heinrich Himmler



14 letni Hermann Goring



młody Joseph Goebbels

Historia - Dzieci na H

Joseph Goebbels był tak oddany Adolfowi Hitlerowi, że wszystkim swoim dzieciom dał imiona zaczynające się na literę H - na cześć wodza III Rzeszy:

- Helga
- Hildegarda
- Helmut
- Hedwiga
- Holdine
- Heidrun


                                                        Joseph Goebbels
                                            minister propagandy w III Rzeszy







piątek, 11 września 2015

Historia - Rodzice Adolfa Hitlera

Wodza III Rzeszy Adolfa Hitlera znają wszyscy... Niewiele jednak wiemy o jego rodzicach... Czy byli do niego podobni fizycznie? Zdjęcia poniżej...


     
Alois Schicklgruber (Hitler)


                                               
Klara Schicklgruber (Hitler, z domu Polzl)

Ojciec Adolfa był urzędnikiem celnym. Cierpiał na kompleks niższości z powodu bycia nieślubnym dzieckiem. Nie dbał o ciepło rodzinne, zdarzało się, że bił Adolfa.

Matka Klara była trzecią żona Aloisa, co ciekawe - była służącą w jego domu, gdy ten był jeszcze z pierwszą żoną. Dodatkowo była jego dość bliską krewną (dziad Klary był najprawdopodobniej bratem ojca Aloisa), dlatego by doszło do ich ślubu potrzebna była dyspensa ze strony Kościoła. Małżeństwo nie było udane, Alois był surowym mężem.

Adolf stracił ojca w wieku 13 lat (płyn w jamie opłucnej), a matkę kilka lat później (rak). Fakt, że przyszły dyktator został sierotą w tak młodym wieku z pewnością musiał odegrać istotną rolę w jego przyszłym życiu...

wtorek, 1 września 2015

Epopeja polsko-indiańska (80)

(powiązane z częścią 74)

Hamburg… Statek „Nefretete” wciąż był w porcie…

- Idę z Zębiszonem do miasta  – oznajmił rano Macudowski – Jeżeli uda mi się załatwić wszystkie sprawy to w samo południe ruszamy w dalszą drogę! Nie zamierzam na nikogo czekać! Przekaż to wszystkim Kaliski!
- Dobrze – odparł głośno Wojciech Kaliski, a pod nosem dodał – połam sobie nogi oszuście…
- Co tam mamroczesz pod nosem Wojtusiu? – zainteresował się Macudowski.
- Nic nic…

Kaliski był wściekły, Macudowski nie płacił mu od początku, zawsze znajdując  wytłumaczenia takiej decyzji… Nie przekonywało to w żaden sposób, ale Kaliski nie wiedział co ma dalej z tym zrobić… Wściekłość narastała, kwestią czasu było tylko kiedy przebierze się miarka…

Po wczorajszym wypadzie na miasto większość jeszcze smacznie spała w swoich kajutach… Tylko nieliczni krzątali się zaspani po pokładzie…

- Stajenny! – darł się szlachcic Sebastian Sokoliński – Gdzie on się podział? Konie trzeba napoić! Jak go dostanę w swoje ręce to skórę wygarbuję!
- Już jestem! – pojawił się nagle Bomblicek.
- Gdzie byłeś gamoniu? Zresztą nieważne! Konie idź poić!
- Dobrze, dobrze.
- Biegiem!

Minęło kilka godzin, coraz więcej ludzi zaczęło krzątać się po pokładzie…

- O! – zawołał zbir Chochoł na widok zbira Jamroza – Jest nasza wczorajsza gwiazda! Ha ha ha!
- Ale o co chodzi? – zdziwił się Jamróz.
- Hi hi! – śmiał się zbir Dziobak – On nic nie pamięta, hi hi!
- ?

Chochoł opowiedział całe wczorajsze zdarzenie…

- Nie pamiętam… Ale dziękuję wam przyjaciele, że mnie uratowaliście z takich opresji… Ale jestem głodny, chodźmy coś przekąsić…

Cała trójka udała się w stronę kuchni…

- Gdzie?! – warknęła stojąca w wejściu Sabina Sviderkova.
- Jak to gdzie? – zdziwił się Dziobak – Głodni jesteśmy!
- Jeszcze nieczynne! – wtrąciła się druga czeska kucharka Dominika Guzikova.
- To sami się obsłużymy! – zawołał dziarsko Jamróz.

Obie kucharki wyciągnęły wałki i odważnie przyglądały się śmiałkom…

- Tak? – uśmiechała się figlarnie Sviderkova machając wesoło wałkiem.
- Chodźmy lepiej na miasto – zaproponował Dziobak – A co dzisiaj będzie na obiad?
- Knedliki! – odparła Guzikova.
- A co to jest? – zdziwił się Jamróz.
- Takie czeskie smakołyki…

Kwadrans później cała trójka siedziała w portowej tawernie…

- Co za czasy nastały panowie – narzekał Chochoł – że jakieś Czeszki rządzą  na naszym statku!
- Bez łaski! – grzmiał Jamróz – Tutaj zaraz dostaniemy pyszne smażone rybki!
- Dobrze prawisz Jamrozie! – śmiał się Dziobak.

Wkrótce cała trójka otrzymała posiłek, w między czasie z drugiego pomieszczenia zaczęła rozbrzmiewać muzyka i śpiew… Klimat zrobił się dziwnie swojski…

- Tyż mene pidmanuła,
Tyż mene pidweła,
Tyż mene mołodoho
Z uma-rozumum zweła

Jamróz nie wytrzymał i poszedł zobaczyć co to za Kozak czy inny Rusin śpiewa w niemieckiej tawernie … Okazało się, że śpiewał wysoki wąsacz, który wyglądał jakby przed chwilą był na stepach… Towarzyszył mu mężczyzna odmiennie ubrany, po zachodniemu... Wąsacz wypił szklankę wina jednym łykiem i rozpoczął kolejną pieśń…

- Szczedryk szczedryk, szedriwoczka,
pryłetiła łastiwoczka,
stała sobi szczebetaty,
hospodaria wykłykaty:
“Wyjdy, wyjdy, hospodariu,
podywysia na koszaru,
tam oweczky pokotyłyś,
a jahnyczky narodyłyś.
W tebe towar weś choroszyj,
budesz maty mirku hroszej,
W tebe towar weś choroszyj,
budesz maty mirku hroszej,
chocz ne hroszej, to połowa:
w tebe żinka czornobrowa.”
Szedrik szedrik, szedriwoczka,
pryłetiła łastiwoczka.

- Ej! – nie wytrzymał Jamróz wykorzystując fakt, że wąsacz zakończył pieśń – Coś za jeden?
- A ty coś za jeden? – zaripostował wezwany.
- Ja pierwszy zapytałem…
- Jam kniaź Sławomir Wigurko! A ten tu – ręką pokazał na leżącego na stole – to mój holenderski przyjaciel Martin Van Coolers!
- Co tu robicie?
- Ot i pytanie! Holender to tu chyba mieszka w Hamburgu, a ja przybyłem w te strony, bo…
- Bo?
- Ukraina za mała dla mnie! Ha ha ha!

Od słowa do słowa skończyło się na tym, że kniaź i zbirzy znaleźli się przy jednym stole…

- A zaśpiewaj kniaziu jeszcze co! – zachęcał Wigurkę Chochoł.

- Hej, tam gdzieś z nad czarnej wody
Wsiada na koń kozak młody.
Czule żegna się z dziewczyną,
Jeszcze czulej z Ukrainą…

- Hej hej! – wołali wesoło zbirzy.

- Wiele dziewcząt jest na świecie,
Lecz najwięcej w Ukrainie.
Tam me serce pozostało,
Przy kochanej mej dziewczynie…

Czas mijał szybko, Wigurko śpiewał kolejne pieśni, wino lało się strumieniami… Niespodziewanie w tawernie pojawił się inny zbir Chwaścior…

- Panowie! Czas wracać! Za godzinę odpływamy!
- Miło mi było poznać tak zacnych jegomości… - powiedział na pożegnanie kniaź Wigurko.
- Jakie pożegnanie? Idziesz z nami kniaziu! – zawołał Jamróz.
- A Holender?
- Jego też bierzemy! – zagalopował się Dziobak.
- No dobra…

Tymczasem na statku okazało się, że nie wszyscy wrócili z wczorajszej wyprawy… Brakowało Włocha Mario Gibbencione, kronikarzy Czerkaszenki i Dariusza Grzybowskiego – podobno załatwili sobie posadę w miejskim ratuszu – szlachcica Krystiana Szałajdowskiego i Czeszki Evy Janikovej…

- Mówiłem, że nie będziemy na nikogo czekać! – grzmiał Macudowski - Co ze zbirami?
- Chwaścior po nich poszedł – wyjaśnił szlachcic Sokoliński.
- Na nich poczekam, ale niech się śpieszą!

W kuchni trwały przygotowania do obiadu…

- Udały się nam te knedliki dzisiaj! – cieszyła się Guzikova.
- Ano udały! – odparła z uśmiechem Sviderkova – Pst! Nic nie mów!
- Co się stało?
- Coś usłyszałam…

Sviderkova zaczęła powoli zbliżać się do spiżarni…

- Kim jesteście?! – zawołała nagle na widok trzech kobiet.
- Proszę! – zawołała jedna z nich – Nie wydawajcie nas!

Sviderkovej żal się zrobiło dziewczyny…

- No dobrze, ale kim jesteście i co robicie w naszej spiżarni?
- To długa historia…
- Domyślam się, ale chętnie posłucham…
- Sabinko! – wtrąciła się Guzikova – Już czas wydawać knedliki! Ludzie zaczynają wchodzić na salę!
- No cóż… Siedźcie tutaj cichutko, a jak skończymy wydawać posiłki to wtedy wszystko opowiecie, dobrze?
- Dobrze.
- Potem was też poczęstujemy knedlikami, bo pewnie głodne jesteście…
- Dziękujemy.

Trzy kobiety w spiżarni… Były to Paulina Połniakowska, Monisława Maciejewska i Renata Jarczykowska…

- Zwariowałaś? – syknęła oburzona Guzikova – Co ty wyprawiasz? Trzeba je szybko wydać Macudowskiemu!
- Nie. Mam dobre serce… Żal mi ich… Ciekawość mnie zżera co ich skłoniło do tego, żeby dostać się na nasz statek… To pewnie miłość…
- Jak miłość to rozumiem. Idziemy wydawać knedliki, a potem nam wszystko opowiedzą!

Gdy już wszyscy byli najedzeni Czeszki wróciły do kobiet…

- Najpierw też zjedzcie, a potem opowiadajcie! – zarządziła Sviderkova.

Kobiety były bardzo głodne…

- Dominika! Przynieś jeszcze! Niech sobie biedactwa pojedzą – litowała się Sviderkova.

Po jakimś czasie Połniakowska rozpoczęła opowieść…

- Jakiś czas temu z Polski ruszyła wyprawa… W sumie to nie wiem dokąd… Wszystko było trzymane w strasznej tajemnicy… W wyprawie tej uczestniczył mąż mój – Krzysztof. Do tej pory nie mogę sobie darować, że zgodziłam się na to… To znaczy nie chciałam się zgodzić, ale on i tak nie słuchał! Czekałam, czekałam i żadnych wieści! W końcu ruszyłam do Gdańska, bo z tego miasta wyruszyła wyprawa pod dowództwem Michała Potylicza… Spóźniłam się, bo dzień wcześniej wyruszyła druga wyprawa, którą dowodził pułkownik Jerzy Doniecki… Gdy już miałam wracać bezradna do domu dowiedziałam się, że Macudowski planuje ruszyć za nimi… Postanowiłam załapać się na jego statek, ale nie chciałam jednak ruszać sama, a miały do mnie dojechać dwie – obecne tutaj – przyjaciółki… Wyjechałam im naprzeciw, ale spotkała mnie niemiła przygoda przez którą znowu się spóźniłam! Postanowiłam nie dawać za wygraną i już z przyjaciółkami wsiadłyśmy na inny statek płynący do Hamburga… Liczyłyśmy, że dogonimy „Nefretete”!
- Czegoś tu nie rozumiem – wtrąciła się Guzikova.
- Tak?
- Rozumiem miłość pchającą cię do poszukiwań męża, ale te dwie kobiety to tu po co? Ich mężowie brali udział w tej samej wyprawie?
- Nasi mężowie Bóg raczy wiedzieć gdzie są… - westchnęła smutno Maciejewska.
- Najstarsi Kozacy nie pamiętają kiedy domy rodzinne zostawili… - dodała z żalem Jarczykowska.
- Mężowie moich przyjaciółek od lat w wojsku… Strzegą granic Rzeczpospolitej, a to przed Tatarami, a to… przed wszystkimi… - wyjaśniała Połniakowska.
- Prawda jest taka, że… - ożywiła się Maciejewska – pasuje im takie życie! Dlatego postanowiłyśmy z Renatą, że my też z domu się ruszymy i będziemy towarzyszyć Paulinie!
- Pierwsze trzy lata płakałyśmy! – kontynuowała Jarczykowska – Nasi mężowie pojawiali się w domostwach raz, może dwa razy w roku… Ale teraz postanowiłyśmy, że nie będziemy marnowały życia czekając na naszych mężczyzn! Od dwóch lat doskonalimy się w walce, umiemy władać szablą nie gorzej od wielu mężczyzn, strzelamy wybornie z łuków! Monisława jest w tym prawdziwą mistrzynią!
- Pomożemy wam! – powiedziała Sviderkova – Prawda Dominisiu?
- Tak!

W między czasie zbirzy wrócili na statek…

- Kogo mi tutaj prowadzicie? – zapytał zdziwiony Macudowski.
- Wielkiego kniazia Sławomira Wigurkę i Latającego Holendra! – odpowiedział śmiejąc się zbir Dziobak.
- Wielkiego? – zdziwił się mówiąc pod nosem Wigurko.
- Biorę ich na służbę! – podjął błyskawiczną decyzję Macudowski, był bowiem świadom, że kilka osób z załogi mu odpadło, a pojawiła się szansa na uzupełnienie składu.
- Nikt tak ładnie się śpiewa jak Wigurko! – reklamował kniazia Jamróz.
- A ten drugi coś niemrawy…
- Pijany! – śmiał się Chochoł – Jak wytrzeźwieje to będzie brykał, że ho ho!
- Odpływamy za kwadrans! – zarządził Macudowski.

Minęło pół godziny…

- Do stu diabłów! – darł się Macudowski z kajuty – Mieliśmy dawno wypłynąć! Co do licha?
- Nie da rady… - odparł zbir Zębiszon.
- Jak nie da rady? Co nie da rady?
- Sam zobacz…

Macudowski wyszedł z kajuty i aż przyklęknął z wrażenia… W porcie znajdowało się kilkuset Niemców i wszyscy mieli wycelowane lufy w kierunku „Nefretete”…

- Co się stało do stu piorunów? – klnął Macudowski.
- Idzie do nas dwóch Niemców… - wyjaśnił zbir Chwaścior.

- Słucham. O co chodzi? Żądam wyjaśnień! – denerwował się Macudowski.
- Jestem kapitan Wilhelm Bintermeier – przedstawił się najpierw Niemiec – Wczoraj kilku członków pańskiej załogi obraziło hrabinę Brunhildę Von Kunickbreitner! Żądamy wydania największego prowodyra! O tego! – wrzasnął Niemiec i wskazał na zbira Chochoła.
- A jeśli nie? – odparł zawadiacko Macudowski.
- Zatopimy ten statek! – krzyknął Niemiec i wskazał na armaty w porcie.

Macudowski był przerażony, zdawał sobie sprawę, że nie mają żadnych szans w tym starciu…

- Weźmiecie go i będziemy mogli odpłynąć? – zapytał szeptem Niemca.
- Tak!
- Bierzcie go! – powiedział już na cały głos.
- Nie! – rozdarł się Chochoł – Dlaczego?
- Narozrabiałeś wczoraj tak? – syknął Macudowski – To teraz pokutuj!
- Nie oddamy Chochoła! – zawołali zbirzy – Nie oddamy Chochoła!
- Nie macie wyjścia! – tłumaczył Macudowski – Spójrzcie na te armaty! Podziurawią nas jak sito!
- Sam pójdę! – zawołał Chochoł – Nie chcę żebyście wszyscy zginęli za mnie…

Chochoł wyszedł na środek podkładu…

- Żegnajcie!

Zbir został pochwycony przez Niemców i po chwili był już na lądzie… Obrócił się jeszcze – mimo asysty przytrzymujących go Niemców – rzucił ostatnie spojrzenie na statek i na swoich towarzyszy… Chwilę później zobaczył niemieckiego babochłopa – tego samego, z którym bił się wczoraj wieczór…

- A! To znowu ty!

W tym samym momencie zarobił solidnego sierpowego w twarz, aż się skulił…

- Tak to ja!

Po chwili Niemcy zaczęli go kopać, a jeden z oficerów głośno wrzeszczał…

- Więcej szacunku! To jest pani hrabina!

Smutek panował na pokładzie „Nefretete”… Wielu odwracało wzrok by nie widzieć tego co Niemcy robią z Chochołem…

- Ruszamy! Już czas! – zakomunikował Macudowski jak gdyby nic się nie stało…

- O! Widzisz Rodaccio! – skwitowała całą sytuację Agnieszka Krzemieńska vel Angielka Agnes Flint – Problem własności kajuty sam się rozwiązał…Posiedź sobie teraz tu sama, a ja coś załatwię i zaraz wrócę…

Krzemieńska wyszła z kajuty…

- No i co teraz sierściuchu?! – powiedziała do chomika Sebka (ulubiony zwierzak Chochoła) – Szukaj pana! – zawołała rzucając chomikiem w kierunku lądu…

Krzemieńska nie wróciła do kajuty, ale skierowała się do Ukrainki Rusłany Kramerko…

- Co chciałaś? – zapytała zdziwiona Ukrainka.
- Podobno umiesz patrzeć w przyszłość…
- Może i umiem, może i nie umiem…
- To umiesz czy nie? Zdecyduj się!
- Nie bądź taka nerwowa! Teraz nie będę wróżyła, przyjdź jutro!
- Chcę wiedzieć!
- Jutro!
- Ale…
- Jutro!
- No dobrze…

Macudowski zadowolony, że w końcu statek wypłynął z Hamburga zmierzał do swojej kajuty… Po drodze spotkał Kaliskiego, który wyraźnie zagrodził mu drogę…

- Co chciałeś Wojtusiu?
- Musisz mi w końcu zapłacić!
- Oj, tyle razy ci już tłumaczyłem, że pieniądze nie są ci na statku do niczego potrzebne… Dostaniesz w swoim czasie…
- Nie! Chcę teraz!
- Wojtusiu, dam ci to jeszcze zgubisz, a u mnie twoje pieniążki będą naprawdę bezpieczne…
- Nie! Chcę teraz swoje pieniądze!
- Wojtusiu zmęczony jestem… Porozmawiamy później, przepuść mnie, położyć się muszę…

Macudowski zaczął przesuwać Kaliskiego, ale ten był już na tyle zdeterminowany, że nie zamierzał go przepuścić…

- Co widzę? Własnym oczom nie wierzę! Zejdź z drogi, bo Zębiszona zawołam!
- Płać teraz! Za wszystkie transporty zboża, które dostarczyłem i za cały okres służby jaką odbyłem!
- ?
- Płać albo w mordę dam!
- ?
- Nie udawaj głuchego! I oddaj złoto, które zabrałeś moim rodzicom!
- ?
- Płać!
- Co ty Wojtusiu? Co ty…

Kaliski był tak zdenerwowany, że Macudowski zaczął się go naprawdę bać…

- Zębi… - rozdarł się próbując przywołać Zębiszona na pomoc, ale w tym samym momencie Kaliski rzucił się na niego z pięściami i zaczął go nimi okładać…
- Ratu… - duszony Macudowski wzywał pomocy…

Kilka chwil później Kaliski wrzucił związanego i zakneblowanego Macudowskiego do kajuty…

Niebawem przed nią pojawił się Zębiszon…

- Słyszałem coś… - wybełkotał niewyraźnie zbir.
- Co?
- No nie wiem…
- To jak nie wiesz to po co człowiekowi głowę zawracasz?!

Zębiszon uważnie obserwował Kaliskiego…

- A co ty taki czerwony jesteś?
- Ja?
- No…
 - Nie wiem…
- Idę do Macudowskiego…
- Po co?
- Zobaczyć co u niego…

Kaliski zagrodził mu drogę…

- ?
- Nie można!
- ?
- Spać poszedł, źle się czuje. Powiedział, żeby go nie budzić! Mam tego pilnować!
- Aha.

„Nefretete” coraz bardziej oddalał się od Hamburga, płynąc w nieznane…

O zachodzie słońca na pokładzie pojawił się niespodziewanie Rosjanin Ivan Zbereznikov… Zaczął biegać nago, wesoło podrygując i wołając…

- Eeee!

Na pokładzie nie było nikogo prócz niego… Niemal… Bo akurat w tym momencie wyszła ze swojej kajuty tajemnicza Anna Von Stollar…

- Eeee!

- No ładnie… - rzekła do siebie zdziwiona widokiem nagiego Rosjanina… - O co takiemu chodzi?

Zbereznikov pohasał jeszcze chwilę, po czym zniknął tak samo błyskawicznie jak się pojawił… Niemka poszła w kierunku kajuty Macudowskiego…

- Wiem o wszystkim! – oznajmiła na wstępie Kaliskiemu.
- Tak?
- Jesteśmy z tobą. Moi ludzie zajmą się Zębiszonem w razie potrzeby. Jutro ogłosimy cię nowym dowódcą! Zabij Macudowskiego dzisiaj w nocy!
- Ale ja chciałem tylko odzyskać swoje pieniądze… - odparł nieśmiało Kaliski.
- Trzeba grać o całą pulę!

Von Stollar szybko zniknęła w mroku, noc zapadała już bowiem…

Kaliski wciąż tkwił pod drzwiami kajuty…

- Zabić Macudowskiego? Ja tylko… - mówił sam do siebie – Z drugiej strony co dalej? Zabiorę mu pieniądze, które mi się słusznie należą… ale co dalej? Co ja zrobiłem najlepszego? Jak on odzyska wolność to… natychmiast każe mnie zabić! Co robić, co robić? Nie mam chyba wyjścia! Muszę go zabić!

Kaliski wyprężył się i wbiegł z nożem w ręku do środka…









sobota, 25 lipca 2015

Epopeja polsko-indiańska (79)

 (powiązane z częścią 73)

Włoski medyk Gianluca Faracini przebywał już w wiosce tajemniczych Indian ponad tydzień… Stary Rakataka zaczynał czuć się lepiej, więc była nadzieja, że Włoch nie zginie od toporka jego syna Takanaki…

- Nie będzie źle – mówił do siebie Faracini – Lewatywa i zioła dokonały cudów. Stary mnie chyba nawet polubił, a i młody już nie straszy…

Medyk pomyślał, że dobrze mu zrobi spacer po świeżym powietrzu, ale gdy tylko wyszedł z wigwamu w jego stronę skierowało się ostrze włóczni…

- Ner!!! – warknął ostro Indianin pilnujący wigwamu wodza.
- Egrei! – powiedział spokojnie starszy Indian siedzący nieopodal i wartownik opuścił broń wymownie wskazując, że Włoch może wyjść na zewnątrz.

Faracini skorzystał, bardzo bowiem tęsknił za światłem dziennym. Przechadzał się po wiosce, ale czuł, że jest obserwowany, po pewnym czasie zorientował się, że pilnuje go trzech Indian. Po kwadransie spaceru medyk dotarł nad rzekę, więc postanowił usiąść chwilę na brzegu. Podobała mu się bardzo okolica, czuł że może tak godzinami wpatrywać się w te widoki… Błogi stan został jednak brutalnie przerwany! W centrum wioski zawrzało, po kilku minutach w ich kierunku biegło kilkunastu wojowników głośno wołając:

- Kuta! Kuta!

Indianie momentalnie pochwycili Faraciniego i zaczęli wleć w stronę wioski… Włoch nie miał pojęcia co się stało, miał tylko nadzieję, że chodziło o opuszczenie wigwamu, a nie o to, że coś złego stało się Rakatace… Szybko okazało się, że był w błędzie… Kilku Indian wepchnęło go do wigwamu, przy starym wodzu siedział młody Takanaka ze straszną miną… Wyglądało na to, że Rakataka zmarł…

- Figaka mukaka! – wycedził na widok medyka.

Włochowi nie było dane nawet podejść do Rakataki, widocznie odszedł na zawsze… Faracini był przerażony, przypomniał sobie toporek młodego wodza…

- Zginę! Co robić, co robić? – bił się z myślami.

Chwilę później trafił do innego wigwamu. Nie był tak obszerny i wyposażony, jak wigwam wodza. Właściwie to nic w nim nie było. Mijały godziny i nic się nie działo, to wyczekiwanie było jednak najgorsze. Faracini męczył się strasznie, w wigwamie było duszno i niezwykle ciasno – dwa metry na półtora…

- Niech już przyjdą i mnie zabiją! – krzyczał cicho – Dłużej tego nie wytrzymam! Duszę się!

Wiedział, że nie może wyjść na zewnątrz, ale mimo tego spróbował… Chodziło mu głównie o to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza…

- Ner!!!- wrzasnął wartownik, ten sam co pilnował wigwam Rakataki.
- Ner!!! – warknął starszy Indian, ten sam co i wtedy.

Faracini wykonał kilka głębokich oddechów i miał już wrócić do wigwamu, ale Indianie byli szybsi. Kilka ostrych kuksańców i był już z powrotem. Minęła noc, o świcie do wigwamu wtargnęło dwóch Indian wywlekając Włocha na zewnątrz… Zaciągnięto go na centralny plac wioski. Medyk widział po drodze oblizujące się na jego widok Indianki i masujących się po brzuchach Indian… Nie wiedział czemu tak się zachowują, ale był bardzo zaniepokojony… Indianie rzucili go przed Takanakę, który stał na środku placu…

- Gora byta! – zawołał po chwili młody wódz wyraźnie wskazując na wielki gliniany gar znajdujący się nieopodal.
- Gora byta! – darł się tłum Indian.

Faracini spojrzał także w stronę gara…

- Mój Boże! Oni chcą mnie ugotować i zjeść! Ratunku!

Włoch rzucił się do ucieczki, ale został błyskawicznie pochwycony przez Indian. W stronę gara skierował się sędziwy Indianin i z pomocą dwóch wojowników wsypał coś do środka… Pewnie przyprawy… Za chwilę rozniecono ogień pod garem, następnie kilku silnych Indian wrzuciło do środka nagiego Faraciniego…

- Nie! Nie! Tylko nie to! Zabijcie mnie od razu, a nie męczcie w ten sposób!

Indianie nie robili sobie nic z protestów medyka, który czuł się coraz gorzej w garze… Najbardziej dokuczała mu nieprzyjemna woń przypraw, która przyprawiała o wymioty…

- A co mi tam! – rzekł sam do siebie – Niech mają!

Po zwymiotowaniu Włoch czuł, że w zasadzie jest mu już wszystko jedno… Woda nie była jeszcze nawet ciepła…

- Może lepiej gdybym się utopił? – wpadł mu nowy pomysł do głowy – E, jeszcze nie! Popamiętają dzikusy, że ze mną zadarli!

Włoch postanowił, że przed śmiercią musi załatwić wszystkie potrzeby fizjologiczne…

- Macie dzikusy! – śmiał się z gara patrząc na świętujących Indian – Oblizujcie się! Masujcie po brzuszkach! Macie tu nową porcyjkę!

Woda stawała się coraz cieplejsza…

- Co robić? Co robić? – denerwował się – Czy mam znosić te męki czy może lepiej utopić się i przyspieszyć sprawę?

Po kwadransie zrobiło się już niezbyt wesoło… Woda była już bardzo ciepła…

- Czuję się jak kurczak w rosole! Ja chyba śnię! Ratunku!
- Gora byta! Gora byta! – darli się Indianie.
- Zaraz zemdleję! – Włoch czuł się coraz gorzej – Jest mi niedobrze!
- Wara kora! – rozległ się głośny krzyk.

Faracini wychylił się z gara i omal nie z niego nie wyskoczył z radości. Rakataka stał przed swoim wigwamem! Stary wódz żył! W tym samym momencie Włoch stracił przytomność…

- Chwała Bogu! - ucieszył się Camille Steckozini obserwujący całą sytuację z pobliskiego wzgórza na widok Indian wyciągających nieprzytomnego Faraciniego z gara - Nie byłbym w stanie mu pomóc w żaden sposób...