Bz

Rai

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

wtorek, 1 września 2015

Epopeja polsko-indiańska (80)

(powiązane z częścią 74)

Hamburg… Statek „Nefretete” wciąż był w porcie…

- Idę z Zębiszonem do miasta  – oznajmił rano Macudowski – Jeżeli uda mi się załatwić wszystkie sprawy to w samo południe ruszamy w dalszą drogę! Nie zamierzam na nikogo czekać! Przekaż to wszystkim Kaliski!
- Dobrze – odparł głośno Wojciech Kaliski, a pod nosem dodał – połam sobie nogi oszuście…
- Co tam mamroczesz pod nosem Wojtusiu? – zainteresował się Macudowski.
- Nic nic…

Kaliski był wściekły, Macudowski nie płacił mu od początku, zawsze znajdując  wytłumaczenia takiej decyzji… Nie przekonywało to w żaden sposób, ale Kaliski nie wiedział co ma dalej z tym zrobić… Wściekłość narastała, kwestią czasu było tylko kiedy przebierze się miarka…

Po wczorajszym wypadzie na miasto większość jeszcze smacznie spała w swoich kajutach… Tylko nieliczni krzątali się zaspani po pokładzie…

- Stajenny! – darł się szlachcic Sebastian Sokoliński – Gdzie on się podział? Konie trzeba napoić! Jak go dostanę w swoje ręce to skórę wygarbuję!
- Już jestem! – pojawił się nagle Bomblicek.
- Gdzie byłeś gamoniu? Zresztą nieważne! Konie idź poić!
- Dobrze, dobrze.
- Biegiem!

Minęło kilka godzin, coraz więcej ludzi zaczęło krzątać się po pokładzie…

- O! – zawołał zbir Chochoł na widok zbira Jamroza – Jest nasza wczorajsza gwiazda! Ha ha ha!
- Ale o co chodzi? – zdziwił się Jamróz.
- Hi hi! – śmiał się zbir Dziobak – On nic nie pamięta, hi hi!
- ?

Chochoł opowiedział całe wczorajsze zdarzenie…

- Nie pamiętam… Ale dziękuję wam przyjaciele, że mnie uratowaliście z takich opresji… Ale jestem głodny, chodźmy coś przekąsić…

Cała trójka udała się w stronę kuchni…

- Gdzie?! – warknęła stojąca w wejściu Sabina Sviderkova.
- Jak to gdzie? – zdziwił się Dziobak – Głodni jesteśmy!
- Jeszcze nieczynne! – wtrąciła się druga czeska kucharka Dominika Guzikova.
- To sami się obsłużymy! – zawołał dziarsko Jamróz.

Obie kucharki wyciągnęły wałki i odważnie przyglądały się śmiałkom…

- Tak? – uśmiechała się figlarnie Sviderkova machając wesoło wałkiem.
- Chodźmy lepiej na miasto – zaproponował Dziobak – A co dzisiaj będzie na obiad?
- Knedliki! – odparła Guzikova.
- A co to jest? – zdziwił się Jamróz.
- Takie czeskie smakołyki…

Kwadrans później cała trójka siedziała w portowej tawernie…

- Co za czasy nastały panowie – narzekał Chochoł – że jakieś Czeszki rządzą  na naszym statku!
- Bez łaski! – grzmiał Jamróz – Tutaj zaraz dostaniemy pyszne smażone rybki!
- Dobrze prawisz Jamrozie! – śmiał się Dziobak.

Wkrótce cała trójka otrzymała posiłek, w między czasie z drugiego pomieszczenia zaczęła rozbrzmiewać muzyka i śpiew… Klimat zrobił się dziwnie swojski…

- Tyż mene pidmanuła,
Tyż mene pidweła,
Tyż mene mołodoho
Z uma-rozumum zweła

Jamróz nie wytrzymał i poszedł zobaczyć co to za Kozak czy inny Rusin śpiewa w niemieckiej tawernie … Okazało się, że śpiewał wysoki wąsacz, który wyglądał jakby przed chwilą był na stepach… Towarzyszył mu mężczyzna odmiennie ubrany, po zachodniemu... Wąsacz wypił szklankę wina jednym łykiem i rozpoczął kolejną pieśń…

- Szczedryk szczedryk, szedriwoczka,
pryłetiła łastiwoczka,
stała sobi szczebetaty,
hospodaria wykłykaty:
“Wyjdy, wyjdy, hospodariu,
podywysia na koszaru,
tam oweczky pokotyłyś,
a jahnyczky narodyłyś.
W tebe towar weś choroszyj,
budesz maty mirku hroszej,
W tebe towar weś choroszyj,
budesz maty mirku hroszej,
chocz ne hroszej, to połowa:
w tebe żinka czornobrowa.”
Szedrik szedrik, szedriwoczka,
pryłetiła łastiwoczka.

- Ej! – nie wytrzymał Jamróz wykorzystując fakt, że wąsacz zakończył pieśń – Coś za jeden?
- A ty coś za jeden? – zaripostował wezwany.
- Ja pierwszy zapytałem…
- Jam kniaź Sławomir Wigurko! A ten tu – ręką pokazał na leżącego na stole – to mój holenderski przyjaciel Martin Van Coolers!
- Co tu robicie?
- Ot i pytanie! Holender to tu chyba mieszka w Hamburgu, a ja przybyłem w te strony, bo…
- Bo?
- Ukraina za mała dla mnie! Ha ha ha!

Od słowa do słowa skończyło się na tym, że kniaź i zbirzy znaleźli się przy jednym stole…

- A zaśpiewaj kniaziu jeszcze co! – zachęcał Wigurkę Chochoł.

- Hej, tam gdzieś z nad czarnej wody
Wsiada na koń kozak młody.
Czule żegna się z dziewczyną,
Jeszcze czulej z Ukrainą…

- Hej hej! – wołali wesoło zbirzy.

- Wiele dziewcząt jest na świecie,
Lecz najwięcej w Ukrainie.
Tam me serce pozostało,
Przy kochanej mej dziewczynie…

Czas mijał szybko, Wigurko śpiewał kolejne pieśni, wino lało się strumieniami… Niespodziewanie w tawernie pojawił się inny zbir Chwaścior…

- Panowie! Czas wracać! Za godzinę odpływamy!
- Miło mi było poznać tak zacnych jegomości… - powiedział na pożegnanie kniaź Wigurko.
- Jakie pożegnanie? Idziesz z nami kniaziu! – zawołał Jamróz.
- A Holender?
- Jego też bierzemy! – zagalopował się Dziobak.
- No dobra…

Tymczasem na statku okazało się, że nie wszyscy wrócili z wczorajszej wyprawy… Brakowało Włocha Mario Gibbencione, kronikarzy Czerkaszenki i Dariusza Grzybowskiego – podobno załatwili sobie posadę w miejskim ratuszu – szlachcica Krystiana Szałajdowskiego i Czeszki Evy Janikovej…

- Mówiłem, że nie będziemy na nikogo czekać! – grzmiał Macudowski - Co ze zbirami?
- Chwaścior po nich poszedł – wyjaśnił szlachcic Sokoliński.
- Na nich poczekam, ale niech się śpieszą!

W kuchni trwały przygotowania do obiadu…

- Udały się nam te knedliki dzisiaj! – cieszyła się Guzikova.
- Ano udały! – odparła z uśmiechem Sviderkova – Pst! Nic nie mów!
- Co się stało?
- Coś usłyszałam…

Sviderkova zaczęła powoli zbliżać się do spiżarni…

- Kim jesteście?! – zawołała nagle na widok trzech kobiet.
- Proszę! – zawołała jedna z nich – Nie wydawajcie nas!

Sviderkovej żal się zrobiło dziewczyny…

- No dobrze, ale kim jesteście i co robicie w naszej spiżarni?
- To długa historia…
- Domyślam się, ale chętnie posłucham…
- Sabinko! – wtrąciła się Guzikova – Już czas wydawać knedliki! Ludzie zaczynają wchodzić na salę!
- No cóż… Siedźcie tutaj cichutko, a jak skończymy wydawać posiłki to wtedy wszystko opowiecie, dobrze?
- Dobrze.
- Potem was też poczęstujemy knedlikami, bo pewnie głodne jesteście…
- Dziękujemy.

Trzy kobiety w spiżarni… Były to Paulina Połniakowska, Monisława Maciejewska i Renata Jarczykowska…

- Zwariowałaś? – syknęła oburzona Guzikova – Co ty wyprawiasz? Trzeba je szybko wydać Macudowskiemu!
- Nie. Mam dobre serce… Żal mi ich… Ciekawość mnie zżera co ich skłoniło do tego, żeby dostać się na nasz statek… To pewnie miłość…
- Jak miłość to rozumiem. Idziemy wydawać knedliki, a potem nam wszystko opowiedzą!

Gdy już wszyscy byli najedzeni Czeszki wróciły do kobiet…

- Najpierw też zjedzcie, a potem opowiadajcie! – zarządziła Sviderkova.

Kobiety były bardzo głodne…

- Dominika! Przynieś jeszcze! Niech sobie biedactwa pojedzą – litowała się Sviderkova.

Po jakimś czasie Połniakowska rozpoczęła opowieść…

- Jakiś czas temu z Polski ruszyła wyprawa… W sumie to nie wiem dokąd… Wszystko było trzymane w strasznej tajemnicy… W wyprawie tej uczestniczył mąż mój – Krzysztof. Do tej pory nie mogę sobie darować, że zgodziłam się na to… To znaczy nie chciałam się zgodzić, ale on i tak nie słuchał! Czekałam, czekałam i żadnych wieści! W końcu ruszyłam do Gdańska, bo z tego miasta wyruszyła wyprawa pod dowództwem Michała Potylicza… Spóźniłam się, bo dzień wcześniej wyruszyła druga wyprawa, którą dowodził pułkownik Jerzy Doniecki… Gdy już miałam wracać bezradna do domu dowiedziałam się, że Macudowski planuje ruszyć za nimi… Postanowiłam załapać się na jego statek, ale nie chciałam jednak ruszać sama, a miały do mnie dojechać dwie – obecne tutaj – przyjaciółki… Wyjechałam im naprzeciw, ale spotkała mnie niemiła przygoda przez którą znowu się spóźniłam! Postanowiłam nie dawać za wygraną i już z przyjaciółkami wsiadłyśmy na inny statek płynący do Hamburga… Liczyłyśmy, że dogonimy „Nefretete”!
- Czegoś tu nie rozumiem – wtrąciła się Guzikova.
- Tak?
- Rozumiem miłość pchającą cię do poszukiwań męża, ale te dwie kobiety to tu po co? Ich mężowie brali udział w tej samej wyprawie?
- Nasi mężowie Bóg raczy wiedzieć gdzie są… - westchnęła smutno Maciejewska.
- Najstarsi Kozacy nie pamiętają kiedy domy rodzinne zostawili… - dodała z żalem Jarczykowska.
- Mężowie moich przyjaciółek od lat w wojsku… Strzegą granic Rzeczpospolitej, a to przed Tatarami, a to… przed wszystkimi… - wyjaśniała Połniakowska.
- Prawda jest taka, że… - ożywiła się Maciejewska – pasuje im takie życie! Dlatego postanowiłyśmy z Renatą, że my też z domu się ruszymy i będziemy towarzyszyć Paulinie!
- Pierwsze trzy lata płakałyśmy! – kontynuowała Jarczykowska – Nasi mężowie pojawiali się w domostwach raz, może dwa razy w roku… Ale teraz postanowiłyśmy, że nie będziemy marnowały życia czekając na naszych mężczyzn! Od dwóch lat doskonalimy się w walce, umiemy władać szablą nie gorzej od wielu mężczyzn, strzelamy wybornie z łuków! Monisława jest w tym prawdziwą mistrzynią!
- Pomożemy wam! – powiedziała Sviderkova – Prawda Dominisiu?
- Tak!

W między czasie zbirzy wrócili na statek…

- Kogo mi tutaj prowadzicie? – zapytał zdziwiony Macudowski.
- Wielkiego kniazia Sławomira Wigurkę i Latającego Holendra! – odpowiedział śmiejąc się zbir Dziobak.
- Wielkiego? – zdziwił się mówiąc pod nosem Wigurko.
- Biorę ich na służbę! – podjął błyskawiczną decyzję Macudowski, był bowiem świadom, że kilka osób z załogi mu odpadło, a pojawiła się szansa na uzupełnienie składu.
- Nikt tak ładnie się śpiewa jak Wigurko! – reklamował kniazia Jamróz.
- A ten drugi coś niemrawy…
- Pijany! – śmiał się Chochoł – Jak wytrzeźwieje to będzie brykał, że ho ho!
- Odpływamy za kwadrans! – zarządził Macudowski.

Minęło pół godziny…

- Do stu diabłów! – darł się Macudowski z kajuty – Mieliśmy dawno wypłynąć! Co do licha?
- Nie da rady… - odparł zbir Zębiszon.
- Jak nie da rady? Co nie da rady?
- Sam zobacz…

Macudowski wyszedł z kajuty i aż przyklęknął z wrażenia… W porcie znajdowało się kilkuset Niemców i wszyscy mieli wycelowane lufy w kierunku „Nefretete”…

- Co się stało do stu piorunów? – klnął Macudowski.
- Idzie do nas dwóch Niemców… - wyjaśnił zbir Chwaścior.

- Słucham. O co chodzi? Żądam wyjaśnień! – denerwował się Macudowski.
- Jestem kapitan Wilhelm Bintermeier – przedstawił się najpierw Niemiec – Wczoraj kilku członków pańskiej załogi obraziło hrabinę Brunhildę Von Kunickbreitner! Żądamy wydania największego prowodyra! O tego! – wrzasnął Niemiec i wskazał na zbira Chochoła.
- A jeśli nie? – odparł zawadiacko Macudowski.
- Zatopimy ten statek! – krzyknął Niemiec i wskazał na armaty w porcie.

Macudowski był przerażony, zdawał sobie sprawę, że nie mają żadnych szans w tym starciu…

- Weźmiecie go i będziemy mogli odpłynąć? – zapytał szeptem Niemca.
- Tak!
- Bierzcie go! – powiedział już na cały głos.
- Nie! – rozdarł się Chochoł – Dlaczego?
- Narozrabiałeś wczoraj tak? – syknął Macudowski – To teraz pokutuj!
- Nie oddamy Chochoła! – zawołali zbirzy – Nie oddamy Chochoła!
- Nie macie wyjścia! – tłumaczył Macudowski – Spójrzcie na te armaty! Podziurawią nas jak sito!
- Sam pójdę! – zawołał Chochoł – Nie chcę żebyście wszyscy zginęli za mnie…

Chochoł wyszedł na środek podkładu…

- Żegnajcie!

Zbir został pochwycony przez Niemców i po chwili był już na lądzie… Obrócił się jeszcze – mimo asysty przytrzymujących go Niemców – rzucił ostatnie spojrzenie na statek i na swoich towarzyszy… Chwilę później zobaczył niemieckiego babochłopa – tego samego, z którym bił się wczoraj wieczór…

- A! To znowu ty!

W tym samym momencie zarobił solidnego sierpowego w twarz, aż się skulił…

- Tak to ja!

Po chwili Niemcy zaczęli go kopać, a jeden z oficerów głośno wrzeszczał…

- Więcej szacunku! To jest pani hrabina!

Smutek panował na pokładzie „Nefretete”… Wielu odwracało wzrok by nie widzieć tego co Niemcy robią z Chochołem…

- Ruszamy! Już czas! – zakomunikował Macudowski jak gdyby nic się nie stało…

- O! Widzisz Rodaccio! – skwitowała całą sytuację Agnieszka Krzemieńska vel Angielka Agnes Flint – Problem własności kajuty sam się rozwiązał…Posiedź sobie teraz tu sama, a ja coś załatwię i zaraz wrócę…

Krzemieńska wyszła z kajuty…

- No i co teraz sierściuchu?! – powiedziała do chomika Sebka (ulubiony zwierzak Chochoła) – Szukaj pana! – zawołała rzucając chomikiem w kierunku lądu…

Krzemieńska nie wróciła do kajuty, ale skierowała się do Ukrainki Rusłany Kramerko…

- Co chciałaś? – zapytała zdziwiona Ukrainka.
- Podobno umiesz patrzeć w przyszłość…
- Może i umiem, może i nie umiem…
- To umiesz czy nie? Zdecyduj się!
- Nie bądź taka nerwowa! Teraz nie będę wróżyła, przyjdź jutro!
- Chcę wiedzieć!
- Jutro!
- Ale…
- Jutro!
- No dobrze…

Macudowski zadowolony, że w końcu statek wypłynął z Hamburga zmierzał do swojej kajuty… Po drodze spotkał Kaliskiego, który wyraźnie zagrodził mu drogę…

- Co chciałeś Wojtusiu?
- Musisz mi w końcu zapłacić!
- Oj, tyle razy ci już tłumaczyłem, że pieniądze nie są ci na statku do niczego potrzebne… Dostaniesz w swoim czasie…
- Nie! Chcę teraz!
- Wojtusiu, dam ci to jeszcze zgubisz, a u mnie twoje pieniążki będą naprawdę bezpieczne…
- Nie! Chcę teraz swoje pieniądze!
- Wojtusiu zmęczony jestem… Porozmawiamy później, przepuść mnie, położyć się muszę…

Macudowski zaczął przesuwać Kaliskiego, ale ten był już na tyle zdeterminowany, że nie zamierzał go przepuścić…

- Co widzę? Własnym oczom nie wierzę! Zejdź z drogi, bo Zębiszona zawołam!
- Płać teraz! Za wszystkie transporty zboża, które dostarczyłem i za cały okres służby jaką odbyłem!
- ?
- Płać albo w mordę dam!
- ?
- Nie udawaj głuchego! I oddaj złoto, które zabrałeś moim rodzicom!
- ?
- Płać!
- Co ty Wojtusiu? Co ty…

Kaliski był tak zdenerwowany, że Macudowski zaczął się go naprawdę bać…

- Zębi… - rozdarł się próbując przywołać Zębiszona na pomoc, ale w tym samym momencie Kaliski rzucił się na niego z pięściami i zaczął go nimi okładać…
- Ratu… - duszony Macudowski wzywał pomocy…

Kilka chwil później Kaliski wrzucił związanego i zakneblowanego Macudowskiego do kajuty…

Niebawem przed nią pojawił się Zębiszon…

- Słyszałem coś… - wybełkotał niewyraźnie zbir.
- Co?
- No nie wiem…
- To jak nie wiesz to po co człowiekowi głowę zawracasz?!

Zębiszon uważnie obserwował Kaliskiego…

- A co ty taki czerwony jesteś?
- Ja?
- No…
 - Nie wiem…
- Idę do Macudowskiego…
- Po co?
- Zobaczyć co u niego…

Kaliski zagrodził mu drogę…

- ?
- Nie można!
- ?
- Spać poszedł, źle się czuje. Powiedział, żeby go nie budzić! Mam tego pilnować!
- Aha.

„Nefretete” coraz bardziej oddalał się od Hamburga, płynąc w nieznane…

O zachodzie słońca na pokładzie pojawił się niespodziewanie Rosjanin Ivan Zbereznikov… Zaczął biegać nago, wesoło podrygując i wołając…

- Eeee!

Na pokładzie nie było nikogo prócz niego… Niemal… Bo akurat w tym momencie wyszła ze swojej kajuty tajemnicza Anna Von Stollar…

- Eeee!

- No ładnie… - rzekła do siebie zdziwiona widokiem nagiego Rosjanina… - O co takiemu chodzi?

Zbereznikov pohasał jeszcze chwilę, po czym zniknął tak samo błyskawicznie jak się pojawił… Niemka poszła w kierunku kajuty Macudowskiego…

- Wiem o wszystkim! – oznajmiła na wstępie Kaliskiemu.
- Tak?
- Jesteśmy z tobą. Moi ludzie zajmą się Zębiszonem w razie potrzeby. Jutro ogłosimy cię nowym dowódcą! Zabij Macudowskiego dzisiaj w nocy!
- Ale ja chciałem tylko odzyskać swoje pieniądze… - odparł nieśmiało Kaliski.
- Trzeba grać o całą pulę!

Von Stollar szybko zniknęła w mroku, noc zapadała już bowiem…

Kaliski wciąż tkwił pod drzwiami kajuty…

- Zabić Macudowskiego? Ja tylko… - mówił sam do siebie – Z drugiej strony co dalej? Zabiorę mu pieniądze, które mi się słusznie należą… ale co dalej? Co ja zrobiłem najlepszego? Jak on odzyska wolność to… natychmiast każe mnie zabić! Co robić, co robić? Nie mam chyba wyjścia! Muszę go zabić!

Kaliski wyprężył się i wbiegł z nożem w ręku do środka…









5 komentarzy:

  1. Anonimowy09:28



    Reinkarnacja Pizarro... on twierdził iż nie byłby w stanie podbić Tawantinsuyo bez pomocy samych Indian: przychodzili do niego masowo, tłumnie, oferowali mu swoje usługi i zdradzali współbraci... po pojmaniu Atahualpy Pizarro nadal był sam z niewielką garstką swoich żołnierzy na nieznanym i rozległym obszarze, pośród ludności, której języka i zwyczajów nawet nie znał, nic by nie zdziałał gdyby nie kolaborujący z nim Indianie, to oni go prowadzili, a nawet mu doradzali. Masowo przechodzili na jego stronę i sami zabijali lub wydawali swoich współbraci. Indiańska komercja, ale nie wśród wszystkich Indian... Inkowie dołączali do Tawantinsuyo różne plemiona, niektóre z nich były tak tchórzliwe, że poddawały się bez walki, ale ludzie tam byli małego charakteru i o naturze lisa lub żmiji, bardzo chytrzy na dobra materialne, zdradliwi i przekupni,
    w pewnym sensie podobni do konkwistadorów więc dogadywali się z nimi bez problemów: za stanowiska i inne przywileje zdradzali Inków. Pozostali ich potomkowie, obecnie klasa średnia Ameryki Pd. wśród Indian: z czasem wypaczyli historię, sfałszowali księgi, przejęli niektóre zwyczaje i zachowania dawnej inkaskiej szlachty, ale to parodyści i uzurpatorzy, nawet dawne tańce tańczą źle, bo je po swojemu nieudolnie przeinaczyli, czy raczej "przekoślawili"...obwiesili się przy tym świecidełkami jak sroki bez ładu i składu, niszcząc starożytną symbolikę dawnych ubiorów, a ich siermiężny krój i kolor to ukłon w stronę ich kościelnych protektorów, sprofanowali tęczę... no i te śmieszne europejskie chusteczki czy kapelusiki;)

    Opisywani tutaj "ludzie", ich charakter bardzo mi charakter tamtych przypomina: jacyś tchórzliwi, ale cwani, boją się czeskiej kobiety z wałkiem, kolaborują z Niemcami i bez mrugnięcia powieką wydają swoich, ale podstępnie napaść na współtowarzysza, związać go i iść na niego z nożem, a nawet zabić dla pieniędzy, na to już mają wystarczająco dużo odwagi.
    Obwoźny Cyrk na kółkach, a nie powieść, chyba że to jakaś parodia jest, ale jak na parodię za mało śmieszne i za bardzo prawdziwe...

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy05:50

    A teraz poćwiczymy sobie uśmiech smutasy:) Reinkarnację Pizarro nadal otaczają Otavalo i Mapuche chcący z nim współpracować, nie wszyscy, był tam rozłam, jak i wszędzie, ale większość przeszła na stronę konkwisty. Pizarro to obecnie gringo, nadal ma problem z pochodzeniem i określeniem siebie czy jeszcze jest świniopasem czy już nie, bo tak się nahapał, hehe... no wszystkiego, zaszczytów, dóbr materialnych, władzy, ale zadra na psychice pozostała, ponieważ nic się nie zmienia, świniopas zawsze będzie świniopasem, nawet gdyby w kolejnej reinkarnacji jakiś król mu świnie pasał i role się odwróciły, mentalności świniopasa nie da się zmienić, zmieniają się tylko dekoracje, charakter jest jaki był. Jednego nie można mu odmówić: inteligencji i odwagi, umysł też ma rozległy, z wizją, u podstaw jego działań tkwił jednak problem z pochodzeniem i wynikające z tego kompleksy. Atahualpa, jego obecna reinkarnacja, nadal walczy ze swoim bratem Huascarem, któremu mózg przeprał jego pedalski generał, bo Huascar to był ciota, władca marionetkowy, a władzę przejął uzurpator, który się nim posługiwał, nawet nie Inca. Ten generał przykleił się do Huascara, są razem już przez parę reinkarnacji, ale w każdej z nich Huascar robi za ciotę i nie jest w pełni sprawny oraz niezależny decyzyjnie. Aby było śmieszniej wojnę swoją toczą już na bardzo ograniczonym i prywatnym terenie, na powierzchni niecałych 100m kwadratowych, tak będzie z każdą wojną. Atahualpa, jego obecna reinkarnacja ma problemy z gardłem bo przez dwie reinkarnacje w bardzo krótkim czasie dwa razy mu łeb urżnęli, raz przez garotę, drugi raz to gilotyna była.Tupac Amaru to reinkarnacja Atahualpy, powrócił aby odbić imperium bo nie był ciotą tylko wojownikiem. Pizarro oczywiście był bardzo wpatrzony w Atahualpę i tak się przez te reinkarnacje zapatrzył, że odrodził się jako
    Tupac Amaru II - tym razem chciał być lepszy w rebelii, a nie konkwiście, ale nawet imię mu ukradł i rodowód szlachecki sobie sfałszował, walczyć jednak potrafił. Obecnie jeden jest na jednej półkuli, drugi na drugiej, ale i tak Pizarro odnalazł Atahualpę i najechał na jego suwerenne imperium, jak to zrobił? przez internet, hehe... dam Ci lepszą powieść niż ta którą piszesz, i to zupełnie gratis, bo swoje ciastke, podobnie jak te migające reklamy, to możesz sobie w d... wsadzić... i co? śmiesznie było? No to teraz zrób sobie fotke;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy13:44

    Ciekawe co jarał ten gość piszący komentarze przede mną ha ha ha! Coś dobrego musiało być!

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy09:52

    Geniusz pamięci reinkarnacyjnej i proste podsumowanie: zioło;) jacy to jednak niektórzy ludzie są mało skomplikowani:) Choćbyś nawet wypalił z paczkę jontów od razu, to byś czegoś takiego nie wymyślił, tutaj trzeba "być w temacie", mieć wgląd. Cóż zrobił Atahualpa gdy go za pierwszym razem garotą zadusili, a potem już jako Tupak Amaru, łeb mu ucięli? Reinkarnował się w Japonii, dla nich to normalka, rozwalał potem łby i je ucinał już jako samuraj i to masowo, robił to codziennie, był w tym dobry.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy17:01

    Jesteś w temacie jak kura w pomidorowej dziwolągu ha ha ha! Po pierwsze czytam tę powieść od samego początku i nie widziałem nigdzie, że autor wgłębiał się w tematykę Indian z obszarów o których piszesz! Autor opisując Indian pisze - jak dotąd - o Indianach z terenów dzisiejszego USA, może trochę z pogranicza z Meksykiem... Więc co mają Komancze i Apacze do Twoich Inków i Azteków baranie? Nie podoba się, nie czytaj! Mi się podoba, więc czytam! Twoim największym problemem są kłopoty osobiste, nie wiem żona od ciebie odeszła lub coś takiego i na różnych stronach (podobne stylowo komentarze już widziałem na innych blogach i stronach) wyładowujesz swoje frustracje i żale. Napisz swoją powieść jak taki mądry jesteś. Ale kto by czytał takie coś, gdzie wszystkich wyzywałbyś od świniopasów itp. Mam propozycję! Napisz o sobie, bohater tej powieści byłby wtedy niczym półbóg bez skazy! Pisz pisz!

    OdpowiedzUsuń