Mill

City

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

środa, 30 kwietnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (68)

Statek wiozący II polską wyprawę odpłynął z wyspy na której zostawił kilka osób i płynął w poszukiwaniu stałego lądu… Budzanowski wciąż siedział w bocianim gnieździe i wytężał wzrok w nadziei na wypatrzenie lądu…

- Ej! Budzanowski! – wołał z dołu rycerz Krzysztof.
- Czego?
- Może teraz ja tam wejdę i popatrzę?
- Nie! Dowódca mi kazał tu siedzieć i wypatrywać! Nie przeszkadzaj!
- Ale ja też chcę!
- Nie!

Rycerz Krzysztof zdenerwowany udał się w kierunku kajuty dowódcy, aby ten wpłynął na Budzanowskiego… Już miał wejść do środka, ale…

- Teraz nie można! – stanowczo powiedział Jacek Światłoniewski i zagrodził mu drogę.
- Czemuż to?
- Dowódca odbywa teraz rozmowę ze szlachciankami i kazał nie przeszkadzać…
- Aha, w porządku, to ja zaczekam…

W środku znajdowały się trzy szlachcianki: Andżelika Koszyńska, Agnieszka Dębska i Anna Żbikowska…

- Wytłumaczcie mi waćpanny dlaczego mimo zakazu postanowiłyście skrycie popłynąć z nami? – rozpoczął Jerzy Doniecki.
- Przygoda? – odparła nieśmiało Koszyńska – Tak! Tak tak, kuzynie! Przygoda!
- To nie jest wyprawa dla kobiet! – kontynuował dowódca – Może być niebezpiecznie! A co będzie jak zaatakują nas Hiszpanie lub tubylcy?
- Ty nas obronisz kuzynie…
- Za daleko jesteśmy od kraju by zawrócić, a wierzcie mi, że tak bym uczynił! Sam nie wiem co mam teraz z wami robić…
- Przydamy się! – zawołała wesoło Dębska – Możemy gotować! Kobiety są potrzebne!
- Walczyć też umiemy! – wtórowała jej Żbikowska – Agnieszka strzela lepiej niż nie jeden mężczyzna!
- Nikt nie oczekuje od was byście walczyły…
- Ale możemy kuzynie! Pamiętasz jak uczyłeś mnie walki na szable?
- To były takie dziecięce zabawy tylko…
- Ale tak mi się spodobało, że ćwiczyłam często i może mistrzem nie jestem, ale byle komu nie ulegnę!
- Kuzynko… I wy waćpanny… Nikt od was nie oczekuje takich zdolności… Ale dość o tym, do czasu znalezienia lądu zajmiecie moją kajutę, bo nie godzi się, żeby waćpanny mieszkały wspólnie z kawalerami… Rozgośćcie się, a ja idę coś jeszcze załatwić…

Doniecki wyszedł z kajuty…

- O! Dobrze, że pana widzę… - zaczepił go natychmiast rycerz.
- Co się stało?
- Budzanowski cały czas siedzi w bocianim gnieździe i nie chce dać się zmienić!
- To jak chce to niech siedzi…
- Ale ja też bym chciał… Budzanowski zmęczony jest, zaśnie jeszcze i przepłyniemy obok lądu…
- Budzanowski!
- Tak?
- Nie śpisz tam?
- Nie! Skąd takie podejrzenia pułkowniku? Pewnie ten rycerz tam jątrzy na dole!
- Hmm… Długo już tam siedzisz, zmęczony być musisz, za dwie godziny zmieni cię rycerz Krzysztof!
- Rozkaz – odparł głośno Budzanowski, a pod nosem – a to szelma jedna!
- Zadowolony? – zapytał rycerza dowódca.
- Tak!

Doniecki poszedł dalej, wyraźnie kierując się w stronę kajuty Szlachtowskiego i Kowalskiego…

- Witam waszmościów!
- My też witamy! Coś się musiało ważnego wydarzyć, że sam dowódca nas odwiedza – powiedział Mariusz Roch Kowalski.
- Wprowadzam się tutaj! – odparł z uśmiechem Doniecki – Szlachtowski! Warta na pokładzie aż do dotarcia do stałego lądu! Natychmiast!

Wskazany wstał i wyszedł z kajuty…

- Kowalski! Mów jak wam minęła podróż w towarzystwie szlachcianek!
- Yyyy…
- Nie bój się, mów prawdę, jak na spowiedzi!

Kowalski opowiedział jak było, kładąc szczególny nacisk, że to szlachcianki zmusiły Szlachtowskiego do tego by mogły popłynąć… Zwłaszcza Koszyńska…

- Moja krew… - powiedział pod nosem Doniecki.

Dwie godziny później…

- Budzanowski! Złaź! – wołał rycerz Krzysztof.

Z kierunku bocianiego gniazda dało się słyszeć kilka przekleństw, ale Budzanowski pamiętając rozkaz dowódcy powoli zszedł na pokład… Rycerz ochoczo zaczął wdrapywać się w przeciwnym kierunku, a gdy już był na miejscu ujrzał na pokładzie wędrownego grajka…

- Musiałek! – zawołał – Gdzie się ukrywałeś? Co z pieśnią o mnie?

Musiałek spojrzał w górę i szybko uciekł…

- Poczekaj no gałganie jeden! – grzmiał rycerz – Dopadnę cię jeszcze!

W kajucie dowódcy…

- Martwię się o Kingę… - powiedziała nagle ze łzami w oczach Koszyńska.
- Trzeba było jej nie pozwolić na to by została na wyspie… - wtrąciła się Żbikowska.
- Łatwo ci powiedzieć… Ona wymogła to na mnie…
- Jak niby wymogła? – oburzyła się Dębska – Trzeba było jej nie puszczać i koniec!
- Jeszcze w Polsce kazała mi przysiąc, że jej nie powstrzymam…
- Ty mogłaś jej nie powstrzymywać, ale trzeba było nam powiedzieć, a my byśmy ją powstrzymały… - skwitowała Żbikowska.
- Nie. Ona by nigdy mi tego nie wybaczyła… Co ona teraz tam biedna sam pocznie…
- No, sama tak całkiem nie jest… - skomentowała Dębska – Zostali też inni. Pastuszenko, Mijagibej, Baliczenko i Morawiec…
- I tego właśnie obawiam się najbardziej – zasmuciła się Żbikowska.

Tomasz Szlachtowski spacerował po pokładzie…

- Co tam panie Tomaszu? – zapytał go napotkany Przemysław Janczurowski.
- Dowódca zły na mnie…
- Za co?
- Za szlachcianki…
- E, tam! Kuzynka go udobrucha, przejdzie mu…
- Mam pełnić wartę na pokładzie aż do czasu dopłynięcia do stałego lądu…
- To niedługo zapewne, tak myślę… Przecież ta wyspa nie mogła tak być sama na oceanie…
- Oby! Ale jak coś to wytrzymam jak długo będzie trzeba… A czemu idziesz z szablą w ręce?
- Ja? No tak… Szukam tego drania rycerza!
- Rycerza Krzysztofa? Co ci zrobił, żeby go szablą potraktować?
- Już ja wiem co on mi zrobił! Niech go ja dopadnę to popamięta!

Szlachtowski dalej przechadzał się po pokładzie, w pewnym momencie natknął się na Kozaka Czarnienkę…

- Co chciałeś?
- Waćpanna Andżelika wiadomość prosiła przekazać…
- Mów!
- Pyta czy nie żywisz do niej urazy, że przez nią musisz teraz wartę pełnić…
- Nie żywię…

Kuchnia…

- Co robimy Martinie? – zapytał Piotr Laszlo Tekieli – Mówimy o wszystkim Donieckiemu?
- Sam nie wiem… - odparł Anglik Martin Swayze von Bigay.
- Jakiś drań lub dranie kradną nam ryby… Najgorsze, że nie wiadomo kim jest lub są!
- Ja bym jeszcze poczekał z informowaniem dowódcy… Idę powęszę trochę. Skoro ten ktoś nie jest członkiem załogi to gdzieś musi siedzieć! Znajdę go!
- Idź, a ja pilnuję ryb, bo zbliża się pora obiadowa, a jakby znowu nam je ukradziono to my wylądujemy w garze…

Szlachtowski wciąż spacerował po pokładzie… W pewnym momencie spotkał Włocha Roberto Gibbencione…

- Co tam wypatrujesz w oddali Roberto?
- Ziemi! Już mi się nudzi na tym statku!
- Rycerz Krzysztof wytęża wzrok z bocianiego gniazda…
- Nudzi mi się, więc też patrzę… Zaraz wróci Czarnienko i będziemy się bić…
- Co? Dlaczego? O co?
- Z nudów…
- Na pięści?
- Nie. Na szable…
- Ale tak na poważnie?
- Przecież mówiłem, że z nudów…
- A sekundantów macie?
- Skoro tak sobie tylko poćwiczymy to po co sekundanci? Nie będzie to przecież walka na śmierć i życie…
- Aha, no tak…

Szlachtowski poszedł dalej… Kolejną osobą na którą natrafił był kapitan statku Peter Van Guyden…

- Jak tam kapitanie? Kiedy dopłyniemy do stałego lądu?
- A skąd ja mam to wiedzieć?
- No jak to? Przecież jesteś kapitanem!
- Na razie tylko pełniącym obowiązki… Nie mam map, więc skąd mam wiedzieć… Płyniemy w kierunku północno-zachodnim i może gdzieś dopłyniemy…
- Aha… A co z Dirkiem Van Krupenhoffem?
- A skąd mi to wiedzieć? Doniecki trzyma go pod strażą i nie wiem co będzie dalej… Póki nic nie wiadomo to ja jestem kapitanem…

Szlachtowski przechadzał się dalej…

- Kurczę! Moglibyśmy już dopłynąć, bo mi nogi wchodzą w…!

Tymczasem w kajucie rycerza Krzysztofa… Dla przypomnienia rycerz wynajmował połowę kajuty Niemcowi Martinowi Schylderowi, Stanisławowi Jochymowskiemu, Rafałowi Kafałkowskiemu i Adamowi Piątkowskiemu (w przebraniu, faktycznie Agata Piątkowska)…

- Długo jeszcze będziemy tak płynąć? – narzekał Kafałkowski.
- Pewnie nie… - odparł Schylder.
- Kafałkowski nie narzekaj! Źle ci? – mówił Jochymowski.
- Ciekawe ile ten rycerz będzie chciał za wynajem… Czuję, że nas z torbami puści… - narzekał dalej Kafałkowski – Chciałbym już dopłynąć na miejsce i wreszcie opuścić ten statek! Źle się tutaj czuję!
- Towarzystwo ci nie odpowiada? – powiedział zaczepnie Jochymowski.
- A żebyś wiedział, że też! Ale najbardziej dokucza mi brak przestrzeni!
- Pewnie zły jesteś na to, że na zmianę z Agatą śpicie z rycerzem, ha ha… - śmiał się Schylder.
- Nawet nie… Poza tym lepiej spać z rycerzem niż z wami dwoma… Duszę się na tym statku, ja potrzebuję otwartych przestrzeni!
- Wyjdź na pokład i będziesz miał przestrzeń! – kpił Jochymowski.
- Nie o to mi chodzi! – oburzył się Kafałkowski – Ja potrzebuję otwartych, niczym nieskrępowanych przestrzeni!
- To musisz jeszcze trochę poczekać… - skwitowała Agata Piątkowska.
- Nie mogę się doczekać! Mam dość tej kajuty, tego statku, wszystkich!

Kafałkowski wstał z łóżka i poszedł się przejść…

- Ja tego nie wytrzymam! Nie wytrzymam! Dopłyńmy już!

Mijały godziny i nic się nie działo… W między czasie Budzanowski zmienił w bocianim gnieździe rycerza Krzysztofa, a kilka minut później już wołał:

- Ziemia! Ziemia!
- Kurczę! – wściekał się rycerz – chwilę dłużej i mnie przypadłby ten zaszczyt!
- Gdzie ją widzisz? – wołali z dołu sternicy.
- Płyńcie bardziej na północ…

Pokład wypełnił się całkowicie, każdy chciał zobaczyć ziemię… Powtórzono manewr z poprzedniego razu, czyli na ląd wysłano łódź, a statek płynął dalej wzdłuż brzegu by sprawdzić czy to znowu wyspa czy już może stały ląd… Wyglądało na to, że tym razem był to już większy fragment lądu…

W łodzi zwiadowczej znaleźli się: Kozak Czarnienko, Włoch Gibbencione i kilku Tatarów, a w ostatniej chwili wskoczył do niej Kafałkowski…

- Gdzie waść tak się spieszysz? – zapytał z uśmiechem Czarnienko.
- Ja muszę, ja muszę!

Po dotarciu na brzeg pierwszy z łodzi wyskoczył Kafałkowski i zaczął biec w kierunku zarośli…

- Widocznie za potrzebą tak biegnie… - śmiał się Gibbencione.

Zwiadowcy przez godzinę sprawdzali okolicę, ale nie natknęli się na nic podejrzanego, dali więc znać, że można rozpocząć masowe opuszczanie statku…

- A gdzie ten Kafałkowski? – przypomniał sobie nagle Czarnienko.
- Myślisz, że dalej siedzi w zaroślach? – zastanawiał się Gibbencione – Podejdę bliżej i spróbuję go zawołać…

Włoch oddalił się, a za chwilę słychać było donośne wołanie…

- Kafałkowski! Kafałkowski! Gdzie jesteś?

Z zarośli nie było słychać żadnego odzewu, więc zaniepokojony Gibbencione bardziej zdecydowanie rozpoczął poszukiwania… Po jakimś czasie dał sobie spokój i wrócił do pozostałych…

- Nigdzie go nie ma…

Po kilku godzinach wszystkie osoby, konie i inne rzeczy zostały przetransportowane na ląd…

- Czyżby to był już koniec naszej współpracy panie Doniecki? – spytał Peter Van Guyden.
- Na to wygląda, ale nie odpływajcie jeszcze… Trzeba dokładnie sprawdzić okolicę, za kilka dni odpłyniecie.
- W porządku. Co mam zrobić z Van Krupenhoffem?
- Sam nie wiem. Jesteś kapitanem podejmij więc sam decyzję.
- Pozostaje mi go albo uwolnić albo zabić… W tym pierwszym przypadku stracę stanowisko kapitana…
- Wstrzymaj się z podjęciem decyzji do momentu naszego rozstania…
- W porządku…

II polska wyprawa do Nowego Świata rozgościła się już na dobre na brzegu, tymczasem wciąż nie wracał Kafałkowski… Zaniepokojeni towarzysze kontynuowali poszukiwania… Zaangażowali nawet angielskiego tropiciela…

- Ja mam go szukać? Niby dlaczego? – denerwował się Swayze.
- Jesteś tropicielem czy nie? – zawołał z oburzeniem Jochymowski.
- No, niby tak. Teraz już ciemno, nic nie znajdę, ale rano przyglądnę się śladom…
- Dzicy! – zawołał nagle Schylder
- Gdzie? – z przerażeniem krzyknęli wszyscy obok.
- Dzicy go pewnie porwali!
- Uspokój się Martin – powiedział Jochymowski – Ciemno już, nie znamy terenu, a rano Anglik zobaczy ślady i sprawa się wyjaśni…
- My tu przy ognisku siedzimy – kontynuował prawie płacząc Schylder – a on tam biedny Bóg wie gdzie… Nie wiadomo nawet czy żyje!
- Znajdziemy go! – obiecywał Jochymowski.

Nieco dalej od pozostałych zebrali się członkowie firmy sprzątającej…

- Co robimy? – zapytał Czarny Malik.
- O co ci chodzi? – odparła pytaniem na pytanie Anna Hynowska.
- Jak to o co? Wysiedliśmy na obcej ziemi, nie wiadomo co dalej, a ty pytasz o co mi chodzi?!
- Spokojnie. Będzie dobrze – wtrąciła się Katarzyna Madejska.
- Czy wy nie rozumiecie, że tutaj nie ma statków do sprzątania?! Wracajmy do Gdańska!
- Żeby nas znowu ci Holendrzy pojmali i sprzedali jako niewolników? – denerwował się Wiecha.
- A nas do haremu… - dodała Hynowska.
- Przecież to Van Krupenhoff, a nie tamci!
- Cholera wie co zrobią tamci jak nie będzie na statku reszty Polaków!
- A mi się tutaj podoba – odparła Alfreda Pawłowska.
- Fredka! Co ty tutaj chcesz sprzątać? Las? Plażę?– kpił Czarny Malik.
- Niech każdy odpowiada za siebie, ale tylko z Donieckim będziemy bezpieczni – skwitowała Hynowska – Idę spać, zmęczona jestem, jutro porozmawiamy.
- Masz rację Aniu! Jutro też jest dzień… - potwierdziła Madejska.

Czarny Malik kipiał ze złości, ale widząc, że wszyscy poszli spać zrobił to samo…










piątek, 25 kwietnia 2014

niedziela, 20 kwietnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (67)

Statek „Neptica” spokojnie płynął w kierunku Nowego Świata… Uczestnicy II polskiej wyprawy wiedzieli, że niedługo powinni dopłynąć na miejsce, ale nie przypuszczali, że znajdują się już tak blisko celu…

Kryjówka w ścianie…

- Umieram z głodu – narzekał głośno Włoch Prostaccio – Szpiegu! Poszedłbyś po jakieś jedzenie…
- Ja już byłem! Teraz kolej na następną osobę… Może ty byś poszedł? – odpowiedział hardo Dawid „Szpiegu” Łęckowski.
- Nie. Ty idź, wiesz co i jak, a ja bym stracił tylko niepotrzebnie mnóstwo czasu na rozeznanie sytuacji…
- Co racja to racja! Prostaccio mądrze prawi! -  wtrącił się Bartłomiej Głuchowski.
- Właśnie! Szpiegu idź! – nalegali pozostali.
- No dobrze, ale Prostaccio niech najpierw opowie coś ciekawego!
- Kiszki marsza grają, a temu opowieści zachciało się! – zawołał zdenerwowany Marian Łuszczyński.
- Bo nie pójdę!
- Prostaccio! – zawołał Łuszczyński – Opowiedz mu szybko coś i niech idzie po żarcie!
- Ale o czym? – zdziwił się Włoch.
- Wszystko jedno! Byle szybko i nie o jedzeniu!
-No! Opowiadaj! – wtórował Łuszczyńskiemu Ślązak Szmicior.
- Stop! – zawołał Szpiegu – Skoro mi ma opowiadać to ja wybieram temat! Niech opowie skąd się wziął w Polsce!

Prostaccio zastanowił się chwilę, po czym rozpoczął opowieść…

- Trzy lata temu przybyłem z Genui… No, a teraz śmigaj po jedzonko…
- Co? Kpisz sobie?! Masz powiedzieć czemu trafiłeś do Polski! Dokładnie! Źle ci było w ojczystym kraju?
- Było mi cudownie! Musiałem uciekać, dlatego opuściłem Genuę i Włochy!
- Mów, mów! – zachęcał Szmicior – Teraz też uciekasz, tyle że z Polski… To przez tego drania Macudowskiego!
- Szmicior! Nie przeszkadzaj! Niech mówi! – złościł się Łuszczyński – Bo Szpiegu nigdy po jedzenie nie pójdzie!
- Zacznę od początku – kontynuował Prostaccio – Pracowałem u mistrza Speglattiego, na wsi pod Genuą. Speglatti cały czas mi powtarzał, że zapowiadam się na dobrego rzeźbiarza… Ale z czegoś trzeba było żyć, więc wieczorami pracowałem w karczmie, żeby mieć na utrzymanie… Speglatti płacił bowiem raz na jakiś czas, w zależności od sprzedaży rzeźb… Jedną rzeźbę czasami wykonywało się przez kilkanaście miesięcy… Mistrz pochodził z bogatej rodziny, więc nie narzekał na brak środków do życia… Ale ja musiałem z czegoś żyć, bo z tych jego zaliczek wyżyć nie było sposób… Wszystko było dobrze, ale do czasu… Pewnego razu wracałem późnym wieczorem z karczmy, a tu nagle jak nie błyśnie! Aż z wrażenia przycupnąłem! Ledwie doszedłem do siebie, usłyszałem głos: - „Prostaccio! To ty nicponiu?” Co miałem robić? Odpowiedziałem, że ja… W między czasie spojrzałem w stronę skąd cały czas mocno błyskało… I znowu aż przycupnąłem z wrażenia i ze strachu zarazem! Postać którą ujrzałem była niezwykle wysoka… Miała przynajmniej cztery metry! W ręku trzymała potężną siekierę… Gdy tak przyglądałem się znowu usłyszałem głos: - „Prostaccio! Chcesz żyć?” „Pewnie, że chcę!” – odpowiedziałem wystraszony… „To ściągaj ubranie i uciekaj!” Postać przybliżyła się i zaczęła wymachiwać siekierą, niewiele więc zastanawiając się zrzuciłem  ubranie i nagi pobiegłem do domu… Przepadły pieniądze, jakie zarobiłem przez dwa tygodnie pracy w karczmie… Był to bowiem dzień wypłaty… Skoro świt ruszyłem na miejsce spotkania z dziwną postacią i znalazłem ubranie, ale niestety brakowało pieniędzy… Przez kilka dni bałem się wracać sam wieczorem z karczmy, ale tajemnicza postać nie pojawiała się… W końcu zajęty pracą przy rzeźbach i w karczmie, udało mi się niemal zapomnieć o nieprzyjemnym spotkaniu… Aż do czasu następnej wypłaty… Sytuacja bowiem powtórzyła się i znowu straciłem pieniądze! Najgorsze było to, że nie miałem za co zapłacić za wynajmowany pokój… Mistrz nie miał podobno z czego dać mi zaliczki, bo rodzina miała mu wysłać pieniądze dopiero za jakiś czas, a to co miał musiał zostawić na własne potrzeby… Pieniądze ze sprzedaży rzeźby miały pojawić się najwcześniej za trzy miesiące… Udało mi się wyprosić u gospodarza, że zapłacę jak tylko dostanę kolejną wypłatę w karczmie… Wtedy dotarło do mnie, że tajemnicza postać pojawia się właśnie w dniu wypłaty… Postanowiłem, że nie będę wtedy odbierał pieniędzy, ale w innym terminie… Nie mogłem sobie już pozwolić na stratę kolejnych pieniędzy… To groziło bankructwem! I tak byłem już na strasznym minusie! Nadszedł dzień wypłaty, oznajmiłem właścicielowi karczmy, że nie chciałbym dzisiaj odbierać wypłaty… Toscani odparł, że jest mu to obojętne kiedy odbiorę… Ustaliliśmy, że w dniu jutrzejszym… Wróciłem do domu bez przygód… Kilkakrotnie chodziłem  w różne strony, ale tajemnicza postać nie ukazała się… Zaczynałem żałować, że nie wziąłem jednak wypłaty i w końcu ruszyłem z powrotem do karczmy… Toscani zdziwił się, że jednak chcę ją odebrać… Kazał chwilę poczekać i po kwadransie przyniósł należne mi pieniądze… „Trzymaj Prostaccio!” Pożegnałem się i popędziłem do domu… Będąc pośrodku drogi usłyszałem głos: „Prostaccio! To ty nicponiu?” Po raz trzeci musiałem wracać nago do domu, a o świcie poszedłem po ubrania, ale niestety – tak jak zawsze – nie było w nich pieniędzy… Co miałem zrobić? Nie miałem za co żyć, nie miałem za co zapłacić za czynsz… Z tej rozpaczy okradłem gospodarza, ale jego rodzina zorientowała się i podniosła alarm… Musiałem uciekać… Postanowiłem udać się do Francji lub Niemiec, ale napotkałem na grupę jadącą do Polski… Mało wiedziałem o waszym kraju, poza tym, że królową była Włoszka Bona Sforza… Postanowiłem spróbować… Zadowolony Szpiegu?
- Tak… Zastanawiam się tylko, który cię okradał… Myślę, że albo właściciel karczmy albo… ten twój mistrz lub gospodarz…
- Jak to?
- Z tego co mówiłeś łatwo zorientować się, że okradano cię zawsze jak dostawałeś wypłatę… A kto wiedział kiedy dostajesz wypłatę?
- Jezu! Racja! I karczmarz, bo to on w końcu mi płacił i mistrz, bo mu mówiłem!
- Dobra! Nieważne! – przerwał brutalnie rozmowę Łuszczyński – Później pogadacie! Szpiegu! Marsz po jedzenie!
- Idę!

Szpiegu kilka minut później był w kuchni… Zastanowiło go trochę, że ryby leżą na stole i nikt ich nie pilnuje… A przecież nie tak znowu dawno ukradł kilka rybek i ten fakt nie mógł pozostać nie zauważony… Mimo to ruszył w kierunku stołu i już miał chwytać za ryby, ale powstrzymał go głos dochodzący z wejścia do kuchni…

- Zostaw to złodzieju!

Obejrzał się i zobaczył Piotra Laszlo Tekielego i Anglika Martina Swayzego von Bigaya przesuwających się z siekierami w dłoniach w jego kierunku…

- Ładnie to tak kraść czyjąś własność?! – syczał Tekieli.
- Nie wyjdziesz stąd żywy! – wtórował mu Swayze.
- Panowie! Nie zabijajcie! Nie zrobiłem przecież nic złego! – wołał przestraszony Szpiegu.

Napastnicy spojrzeli po sobie…

- Co z nim zrobimy? – zaczął Tekieli.
- Jakąś karę musi ponieść… Kim on w ogóle jest i skąd wziął się na naszym statku?
- Nie wiem… Zwiążmy go i włóżmy do beczki po kapuście… Potem zastanowimy się co dalej…
- No właśnie… Trzeba iść jeszcze trochę ryb złowić, by jutro na obiad było co podać…
- Idziemy! Teraz można uznać, że kuchnia jest bezpieczna…

Kryjówka w ścianie…

- Gdzie do diabła jest ten Szpiegu?! – wściekał się Łuszczyński – Ile można iść do kuchni i z powrotem?!
- Może coś go zatrzymało?  - wysunął przypuszczenie Szmicior.
- E, tam! – grzmiał dalej Łuszczyński – Pewnie dorwał się dziadyga jeden do żarcia, a my tu z głodu umieramy!
- To może pójdę sprawdzić? – zaproponował Ślązak.
- Idź! A jak jest tak jak mówię to zabij go na miejscu!

Szmicior wyszedł z kryjówki i wolno skradał się w kierunku kuchni… Po dotarciu na miejsce zastanowiła go dziwna cisza panująca w środku… Pułapka? Mimo panujących ciemności rozglądał się dookoła, mimo ciszy wytężał słuch… W pewnym momencie potknął się o beczkę…

- Co za cholera! – przeklnął cicho.

Już miał przesunąć się dalej, ale nagle zobaczył poruszającą się głowę w tejże beczce…

- Jezu! A to co znowu?

Mimo strachu zbliżył się w kierunku beczki… Okazało się, że szamocząca się głowa należała do Łęckowskiego… Szpiegu był związany i zakneblowany… Szmicior wyciągnął mu szmaty w ust…

- Dobrze, że jesteś Szmicior!
- Kto ci to zrobił?
- Takich dwóch! Przyłapali mnie na tym, że chciałem ukraść ryby…
- Gdzie oni są?
- Poszli dalej łowić…
- Aha…
- Uwolnij mnie…
- No, nie wiem…
- Jak to nie wiesz? Nie drwij sobie!
- Uwolnię, jak obiecasz, że będziesz w mojej bandzie…
- W jakiej bandzie?
- W bandzie Szmiociora!
- Po co ci ta banda?
- No jak to po co? Żeby zemścić się na tym przebrzydłym Macudowskim!
- Przecież on został w Polsce, a my płyniemy do Nowego Świata!
- Będziesz w bandzie czy mam cię zostawić w tej beczce?!
- No dobrze, będę w twojej bandzie!
- I jeszcze… żeby nie było tak łatwo… zaśpiewaj piosenkę na cześć Szmiciora lub jego bandy!
- Zwariowałeś?
- Śpiewaj!

Szpiegu chwilę zastanowił się, po czym zanucił cicho…

- Wszyscy co znają Szmiciora, wiedzą że to kawał bandziora…
- Doskonale! Jak chcesz to potrafisz! Zostajesz oficjalnie przyjęty do bandy!

Niedługo potem obaj znaleźli się z powrotem w kryjówce… Wszyscy, poza Tylko, dostali po rybce…

- Mało! – narzekał Łuszczyński – ale teraz przynajmniej będę mógł zasnąć…

Kajuta Mariusza Rocha Kowalskiego i Tomasza Szlachtowskiego…

- Moje panie! – rozpoczął zdenerwowany Kowalski – tak dalej być nie może! Jestem głodny i niewyspany! Szlachtowskiemu nieraz mówiłem, żeby poszedł do dowódcy i powiedział jak jest! W końcu waćpanna Koszyńska jest kuzynką Donieckiego!

Kobiety były trochę zaskoczone słowami Kowalskiego… Już mu miała odpowiedzieć Andżelika Koszyńska, ale powstał potworny hałas na pokładzie…

- Coś się stało! – zawołał Szlachtowski, zadowolony że przerwana została nieprzyjemna dla niego mowa Kowalskiego – Idę sprawdzić co się dzieje!

A stało się coś bardzo ważnego i to dosłownie przed chwilą… Otóż pełniący wartę na bocianim gnieździe Mateusz Budzanowski zobaczył ziemię…

- Ziemia! Ziemia! – wołał wciąż.
- Gdzie ona jest? – krzyczeli do niego z dołu holenderscy sternicy – z dołu nic nie widać!
- Płyńcie bardziej na południe!

Dopiero po kilku minutach wszyscy członkowie załogi mogli dostrzec fragment lądu…

- Dopłynęliśmy! – wołała Koszyńska z przyjaciółkami, które w tej euforii także wybiegły na pokład.
- Andżeliko! – powiedział nagle Jerzy Doniecki – Czy możesz mi wytłumaczyć co tutaj robisz?  A te inne waćpanny?
- Yyyy… - Koszyńska nie wiedziała co odpowiedzieć – Nie cieszysz się z widoku kuzynki?
- Cieszę się, cieszę… Oczywiście. Ale miałaś nie płynąć!
- Ale skoro tutaj już jestem?
- No, teraz to już na to nic nie poradzę…
- Kuzynie! Nie gniewaj się…
- Ciekawe gdzie przebywałyście podczas rejsu…
- …
- W mojej kajucie… - odezwał się Szlachtowski.
- Porozmawiamy o tym później – odparł zmierzywszy go przenikliwym głosem pułkownik, następnie zmienił temat – Czarnienko! Weź kilku ludzi i popłyńcie na brzeg! Trzeba najpierw sprawdzić  co tam jest!

Kozak Czarnienko, Włoch Roberto Gibbencione i kilku Tatarów wsiadło do małej łodzi i kierowało się ku lądowi… Statek tymczasem, popłynął dalej wzdłuż brzegu… Wkrótce okazało się, że wyprawa nie natrafiła na stały ląd lecz na wyspę…

Po dwóch godzinach reszta załogi także zeszła na brzeg, każdy chciał choć chwilę pochodzić po ziemi…
Celem II wyprawy nie było zasiedlenie małej wyspy, lecz odszukanie I wyprawy i ewentualna kolonizacja, ale większego fragmentu lądu… Doniecki postanowił więc ruszać dalej, a na wyspie zostawił buntowników: Kozaka Pastuszenkę i niedawnego przywódcę Tatarów Mijagibeja oraz Morawca, który mimo że był członkiem firmy sprzątającej nie kwapił się do sprzątania… Na wyspie postanowił też zostać Kozak Baliczenko, który miał już dosyć podróży morskiej…

- Na pewno chcesz tu zostać Baliczenko?
- Tak! Mianujesz mnie księciem tej wyspy?
- Nie rozśmieszaj mnie… Skoro chcesz zostań…

„Neptica” ruszyła dalej… Bez zgody Donieckiego na wyspie zostali też: Tylko Michał, który prawie już umierał z głodu w kryjówce w ścianie i szlachcianka Kinga Kabatowska, która z miejsca zakochała się w tej wyspie i postanowiła, że założy na niej swoją pustelnię i poświęci się całkowicie Bogu...

- Jak mogłaś jej na to pozwolić? – ruszyły z pretensjami Agnieszka Dębska i Anna Żbikowska.
- Nie chciałam, ale wymogła to na mnie! – broniła się Koszyńska.

Rozmowę przerwało pojawienie się Budzanowskiego…

- Pan Doniecki prosi waćpanny na rozmowę!


wtorek, 8 kwietnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (66)

Statek "Nefretete" właśnie wypłynął z Gdańska...

- Dziwię się bardzo - rzekła Anna Von Stollar do Dziobaka, który prowadził ją do jej kajuty - że ten Macudowski nie przyszedł mnie przywitać. Nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania! Mam nadzieję, że przynajmniej moja kajuta będzie godna!
- Nie przyszedł, bo źle się poczuł - odpowiedział zbir Dziobak - Proszę to jest pani kajuta...

Von Stollar weszła do środka, tuż za nią szła czeska służąca Eva Janikova...

- No! Ujdzie... Nawet nie najgorsza... - skomentowała Von Stollar - Eva! Zobacz co słychać u Brennera i Knothe, a potem wróć szybciutko, bo musimy porozmawiać.
- Dobrze pani...
- Tyle razy już ci mówiłam, że jak jesteśmy same nie musisz mnie tak nazywać...
- No, wiem, ale muszę się przyzwyczajać... żeby mi się wśród innych nie wyrwało...
- Póki co dobrze prezentujesz się jako służąca... Ha ha ha
- Staram się Anno... To mój pierwszy dzień w życiu w tej roli...
- Już tak mamy, że co chwilę inna rola... Idź i wracaj chyżo.

Janikova wyszła, ale zaraz natknęła się na zbira Chochoła...

- Co tutaj robisz dzierlatko?
- Nie jestem żadną dzierlatką, łotrze!
- Ho ho, nie tak ostro, nie zamierzałem urazić...
- Zejdź mi z drogi, nie mam czasu...

Chochoł miał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł na ramieniu czyjś uścisk...

- To ja tam sama siedzę w kajucie, a ty tu jakieś dziewki zaczepiasz? Chochole jeden! - warknęła Agnes Flint (Agnieszka Krzemieńska).
- E tam, od razu zaczepiam... Rozmawiałem tylko... Agnieszko...
- Słyszałam! I nie mów do mnie Agnieszka! Agnes!
- A ty nie mów do mnie Chochole, lecz Chochoł! A w ogóle to o co ci chodzi? Zazdrosna jesteś czy jak?
- Ja zazdrosna? Kpisz sobie czy co? O takiego zbira?
- He he...



sobota, 5 kwietnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (65)

Gdańsk

- Długo jeszcze będziemy czekać? – denerwował się zbir Jamróz.
- Wszystko na to wskazuje, że nie – dodał zbir Dziobak – Stajenny Bomblicek konie już na pokład wprowadził…

Bomblicek był dalekim czeskim kuzynem stajennego Bąbla (uczestnik I polskiej wyprawy do Nowego Świata).

- To nie rozumiem na co jeszcze czekamy! – pieklił się Jamróz – Ja nie lubię czekać!
- Spytaj Macudowskiego – rzekł przechodząc obok zbir Chochoł.
- Już pytałem…
- No i… ?
- Mamy czekać i tyle!
- To może Zębiszona zapytaj… Nie odstępuje Macudowskiego na krok…
- Zębiszona lepiej nie pytać… Wybełkota coś tam, a i tak nic z tego nikt nie zrozumie…
- Kozę mu szef sprowadził…
- ? Kozę? Po co?
- A skąd mi to wiedzieć?
- Po co mu do diabła ciężkiego koza na statku?
- Nie wiem, może lubi mleko?

Chochoł poszedł dalej, za rogiem czekała na niego kobieta…

- Jesteś wreszcie!
- A no jestem!
- Pokażesz mi wreszcie naszą kajutę?
- Hola, hola! Toż to moja kajuta!
- No tak, ale mówiłeś, że mnie przygarniesz…
- Chodź!

Ruszyli w kierunku statku… Tą kobietą była Agnieszka Krzemieńska…

- Chochole!
- Co znowu? Poza tym mówiłem ci już nieraz, że nie lubię jak się do mnie mówi „Chochole”! Chochoł ma być!
- No dobrze już, będę pamiętała, obiecuję! A ty pamiętaj, że od teraz jestem Angielką Agnes Flint.
- A co za różnica?
- Zasadnicza! Pamiętaj!

Kilka chwil później znaleźli się w kajucie Chochoła…

- No i jak ci się podoba panno Agnes?
- Cudów nie ma, ale w porządku. O Boże!
- Co znowu?
- Szczur po tobie łazi!
- A… To nie jest szczur…
- To mysz jakaś!
- Też nie…
- A co to niby jest?!
- Chomik…
- ?
- Nazywa się Sebek. On też z nami płynie…
- Co?! Chyba nie w tej kajucie?
- W tej!
- Nie!!!
- Nie bój się go, jest oswojony, chcesz go pogłaskać?
- Nie! Nie ma mowy! Zabierz to ode mnie!
- Ha ha ha. Chomika się boi, ha ha ha. Chodź Sebek, pokażę ci statek, spędzimy tutaj trochę czasu…

Zbir powiedziawszy to wyszedł z kajuty… Ale zanim na dobre rozpoczął spacer po pokładzie usłyszał kobiece głosy… Odwrócił się i zobaczył dwie kobiety…

- Przepraszam! Szukamy kuchni! – zapytała jedna z nich.
- Nie wiem, gdzie jest, dopiero co wszedłem…
- Szczur!
- Chomik…

Kobiety oddaliły się, spoglądając od czasu do czasu bojaźliwie w kierunku Chochoła… Były to czeskie kucharki: Sabina Sviderkova i Dominika Guzikova…

Dwie godziny później na pokład wszedł Macudowski…

- Przybyła już ta baba? Zapomniałem jak się nazywa…
- Nie, jeszcze nie… - odparł Zębiszon.
- Nigdy do końca nie wiem co mówisz – rzekł pod nosem Macudowski – więcej się domyślam… Sokoliński! Jak wygląda sytuacja?
- Nie ma jeszcze tej kobiety… Ale za to wszędzie pełno Prusaków…
- O, tam widzę tego ich dowódcę! Weź Kaliskiego i zapytajcie go czy długo jeszcze…

Wspomniana dwójka zeszła z pokładu i skierowała się w kierunku kapitana Von Kruge, tymczasem Macudowski zszedł pod pokład, a tam spotkał Bomblicka…

- Stajenny! Czemu te konie takie wychudzone? Miałeś o nie dbać! Mam kazać cię wychłostać?
- Nie są wychudzone panie! Inne światło tu jest niż na górze, takie złudzenie…
- Ja ci tam zaraz złudzenie! Jak nie zaczniesz opiekować się końmi jak należy to wylądujesz w morzu! Zrozumiałeś?
- Tak… Ale…
- Żadne tam ale! Nicponiu jeden! Konie mają być dobrze odżywiane i myte! Za to ci płacę draniu! Przyjdę tu za kilka dni i sprawdzę!
- No… właśnie o to chodzi, że jeszcze nic nie dostałem, a już długo opiekuję się tymi końmi…
- A po co ci talary na statku gamoniu? Jeść dostaniesz, pić dostaniesz, spać masz gdzie!
- Aha, czyli rozumiem, że jak dopłyniemy na miejsce to mi pan wypłaci te talary?
- Tak! Ile razy mam to powtarzać? Idę! Pilnuj koni!

Powiedziawszy to poszedł z powrotem na pokład…

- No i?
- Mówi, że mamy czekać… ale już podobno niedługo – poinformował Sokoliński.
- A może by tak nagle ruszyć? – zaproponował zbir Chwaścior – Przecież nie zdążyliby wtargnąć na statek…
-Też o tym myślałem, ale nie… - Macudowski pamiętał, że w Prusach znajdowała się zdecydowana większość jego majątku – Idę do swojej kajuty, jak przybędzie ta Von Stollar to mnie zawiadomcie!

Po drodze spotkał Ukrainkę Rusłanę Kramerko…

- No! Już niedługo znajdziemy się na pełnym morzu… Pokażesz wtedy co potrafisz!
- Pokażę! Dzisiaj miałeś mi zapłacić zaliczkę…
- Po co ci złoto na statku… Dam ci później, jak wrócimy…
- Nie! Uzgodniliśmy, że w dniu wypłynięcia dostanę sakiewkę!
- No, dobrze. Trzymaj!

Macudowski już miał ukryć się w kajucie by chwilę się zdrzemnąć, ale zza rogu wyszli dwaj kronikarze…

- Chcieliśmy uzgodnić na co położyć akcent przy opisywaniu dnia wypłynięcia… - rozpoczął Czerkaszenko – ja bym proponował…

Nie skończył, bowiem przerwał mu drugi kronikarz Dariusz Grzybowski…

- Jego propozycja jest mniej ciekawa od mojej! Ja proponuję…
- Dosyć! – wrzasnął Macudowski – Dajcie mi święty spokój! Piszcie co chcecie i jak chcecie, a ja za jakiś czas to ocenię…
- Ale… - kontynuował Grzybowski.
- Żadne ale! Precz!

Niedługo było mu dane odpocząć we własnej kajucie, nie minęła godzina, a do drzwi dobijał się zbir Dziobak…

- Czego znowu? – krzyknął obudzony.
- Anna Von Stollar przybyła! Są też z nią ci dwaj Prusacy…
- No i dobrze. Zaprowadź ją do jej kajuty i tych dwóch też.  Powiedz kapitanowi Klausowi, żeby wypływał… Ja chcę spać!