Bz

Rai

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

środa, 27 maja 2015

Epopeja polsko-indiańska (25-50)


25) Polska, Gdańsk.

W dalszym ciągu Doniecki i jego ludzie oczekiwali na przybycie z Nowego Świata statku pod dowództwem kapitana Wilhelma Rokosza. Statek mógł przypłynąć do gdańskiego portu już niedługo, oczywiście przy sprzyjających wiatrach. Doniecki oczywiście nie mógł wiedzieć, że "Władysław Jagiełło" został przejęty przez Hiszpanów i cumował na Kubie.

- Sprowadzić rycerza Krzysztofa! - rozkazał dowódca II wyprawy.

Po niedługim czasie wezwany zjawił się...

- Rycerzu! Weźmiesz czterech ludzi i pojedziesz do Przejazdowa wypełnić bardzo ważną misję.
- Jaką misję?
- Wszystkiego dowiesz się na miejscu od pana Podhorodeckiego. Żeby zmylić pruskich szpiegów oddalicie się z karczmy pieszo, pojedynczo. Przy klasztorze Franciszkanów będzie czekał woźnica Henryk, który dowiezie was na miejsce.
- Kogo mam wziąć?
- Obojętnie. Na kogo natrafisz tego weźmiesz. Ruszajcie natychmiast!

Niespełna dwa kwadranse później rycerz Krzysztof opuścił karczmę, następnie - w odstępach pięciominutowych - w jego ślady poszli: Piotr Laszlo Tekieli, Anglik Martin Swayze oraz Kozacy Pastuszenko i Czarnienko. Sytuację obserwował inny Kozak Jakubiczenko, który nie namyślając się wiele ruszył za nimi.

- Nie idź za mną! - warknął Czarnienko.
- Czemu?
- Nie mogę ci powiedzieć...
- To zróbmy tak, ty idź, a ja pójdę za tobą niby przypadkiem...
- Nie żartuj! Zawróć!
- Nie.
- No dobra, to chodź.

Po jakimś czasie wszyscy znaleźli się w okolicach klasztoru.

- No i gdzie ten woźnica do diabła? - denerwował się Pastuszenko.
- Doniecki wyraźnie powiedział, że tu ma czekać - wyjaśniał rycerz Krzysztof - Może coś go zatrzymało? A ty Jakubiczenko co tutaj robisz?
- Jak to co? Jadę z wami!
- Nie możesz. Doniecki wybrał naszą piątkę!
- Nic się nie stanie jak pojedziemy w szóstkę...
- Rozkaz był, że w piątkę! To niesubordynacja!
- Nie dramatyzuj. Jeden w tę czy w tamtą nie robi różnicy. Im nas więcej tym lepiej, raźniej będzie.
- Za dużo miejsca zajmiesz w powozie - wtrącił się ze śmiechem Czarnienko chcąc uspokoić atmosferę.
- Wracaj do karczmy! - wrzasnął rycerz.
- Nie!
- No dobrze - powiedział już spokojniej rycerz - Nie zamierzam się z tobą kłócić, ale po powrocie zgłoszę ten fakt Donieckiemu.
- Nie musisz zgłaszać, sam mu to powiem - odparł Jakubiczenko.

Rozmowę przerwał odgłos zbliżającego się powozu...

- Witam Waszmościów. Jestem woźnica Henryk.
- Spóźniłeś się prawie godzinę! - zagadnął Tekieli.
- Wybaczcie wielmożni panowie, ale taka była sytuacja na drodze...
- Że co? Kręcisz coś, ale nieważne, wsiadajmy i w drogę! - zawołał Tekieli.

Woźnica Henryk ruszył wolno, zbyt wolno, więc trudno się dziwić, że po upływie pół godziny pasażerowie zaczęli się niecierpliwić...

- Wolniej się nie da? - zawołał z przekąsem Pastuszenko.
- Konie zdrożone panie...
- Nie wyglądają na zdrożone! Łżesz! - krzyknął Jakubiczenko - Popędź je lepiej, bo za tydzień na miejsce nie dojedziemy!

Woźnica Henryk mruknął coś pod nosem, ale nieco przyśpieszył, jednak po kwadransie prędkość jazdy wróciła do stanu pierwotnego...

- Przyśpiesz woźnico! - zawołał Jakubiczenko.
- Konie zdrożone panie...
- Ja szybciej szedłbym niż te twoje konie! Przyśpiesz, bo cię oćwiczę!

Woźnica ze strachu przyśpieszył, ale po pewnym czasie sytuacja powtórzyła się...

- Co znowu? - zawołał wyraźnie już zdenerwowany Jakubiczenko - Przyśpiesz! Jak znowu zwolnisz to inaczej pogadamy!

Woźnica przyśpieszył, ale dla dodania sobie animuszu zaczął śpiewać...

- To jest jeszcze gorsze niż ta wolna jazda - stwierdził Swayze.
- Zamilcz chłopie! - krzyknął Tekieli - Bo uszy pękają!

Woźnica zamilkł, a po pewnym czasie prędkość jazdy zmalała jeszcze bardziej niż początkowo...

- Dosyć! - ryknął Jakubiczenko i zeskoczył z wozu, po czym zatrzymał konie - Złaź z kozła!
- Nie!
- Złaź, bo cię zrzucę!
- Nie!

Jakubiczenko nie wytrzymał, chwycił woźnicę oburącz i wytargał z kozła.

- Co robicie panie?
- Nie nadajesz się na woźnicę, sam będę powoził!
- To mój powóz!
- Oddamy ci go po powrocie.
- Jak tylko dotrę do Gdańska natychmiast zgłoszę kradzież i pobicie...
- Kradzież? Pobicie? Dobrze, skoro sobie tego życzysz!

Jakubiczenko chwycił bat i zaczął nim okładać woźnicę, który zrozumiał, że to nie przelewki i zaczął uciekać w las. Kozak gonił go przez chwilę cały czas okładając batem, aż wreszcie dał sobie spokój i wrócił do powozu.

- Ci chłopi! Coraz bardziej zuchwali się robią!
- Takiego cię jeszcze nie znałem, ha ha ha - śmiał się Czarnienko.

Jakubiczenko zastąpił woźnicę na koźle i już bez żadnych przeszkód popędzili do Przejazdowa.

- Przybyli ludzie od Donieckiego!
- Wprowadzić! - rozkazał Podhorodecki.

Chwilę później cała szóstka weszła do dworku...

- Witam, witam. Pewnie zdrożeni jesteście, wieczerza gotowa, potem porozmawiamy.

Po spożyciu sutej wieczerzy Podhorodecki zaprosił gości do osobnej izby...

- Mam ważne listy od magnatów dla pana Donieckiego. Na drogach niebezpiecznie ostatnio, pełno zbójów jakowyś, poza tym wszędzie czają się pruscy szpiedzy. Dlatego właśnie Doniecki wysłał was po te listy by bezpiecznie do niego dotarły. Przenocujecie w dworku, a rano wrócicie do Gdańska. Konno. A tak przy okazji gdzie się podział woźnica Henryk?
- Yyyy...
- Rozumiem, że nie wytrzymaliście jego "szaleńczej" jazdy, ha ha ha. Skąd ja to znam...
- Kto go zrobił woźnicą? - wypalił Czarnienko.
- To długa historia - odparł na to Podhorodecki - Mam słabość do tego chłopa, a właściwie do jego zmarłego stryja, który mi kiedyś życie uratował. A Henryk? Do roboty w polu nie nadaje się, rzemieślnik też z niego żaden - dwie lewe ręce, uparł się, że chce być woźnicą. Ze względu na pamięć jego stryja zgodziłem się... Aha, teraz z innej beczki. Czy mogę was prosić, żebyście przy okazji odwieźli do Gdańska pewną szlachciankę? Nazywa się Andżelika Koszyńska, to krewna Donieckiego i koniecznie chciała się z nim pożegnać przed wypłynięciem...
- Oczywiście, to będzie dla nas zaszczyt - odpowiedział rycerz Krzysztof.

Następnego dnia rano cała szóstka w towarzystwie szlachcianki wyruszyła w drogę i już bez większych przygód dotarła do Gdańska.


26 ) Wysłane z Kuby statki z ekspedycją wojskową pod wodzą Jose Manuela Bakulerosa i Pablo Vincento Magierosa dotarły właśnie do małej, bezludnej wyspy...

- Dawać kucharza! - zawołał Jose Fortezes.

Po kilku chwilach łódź z Januszem Rysiem i kilkoma hiszpańskimi żołnierzami dobiła do brzegu. Hiszpanie wysadzili skazańca i wrócili na statek.

- Ja wam jeszcze pokaże! - krzyczał Ryś - wy hiszpańskie lebry!

Fortezes złośliwie pomachał kucharzowi na pożegnanie...

- Tutaj ten łotr może wydzierać się ile tylko zapragnie, ha ha ha.
- Może by tak jednak strzelić do niego? - zaproponował jeden z żołnierzy.
- Nie! - stanowczo nie zgodził się Fortezes - Szkoda na niego kuli, to co go teraz spotkało będzie najlepszą karą...

Następnie dał znać by wyruszać w dalszą drogę, a sam zszedł pod pokład.

- Chodź Jose! - powiedział Bakuleros - spróbujemy jeszcze raz przesłuchać tego ptaszka. Będziesz tłumaczył...

Kapitan Wilhelm Rokosz, bo jego miał na myśli konkwistador, stał przywiązany do drewnianego słupa, gdy nagle usłyszał dźwięk zbliżających się kroków...

- Powiedz temu draniowi - zaczął Bakuleros - że jak nie powie nam zaraz, gdzie wysadził tych ludzi ze statku to marnie skończy!
- Poczekaj Bakuleros - wtrącił się Magieros - zagrajmy z nim w złego i dobrego...
- Kto będzie tym złym?
- No, tak jak zawsze ty...
- Wiedziałem, ale dobrze. Zacznij pierwszy, ja wyjdę.

Magieros, za pośrednictwem Fortezesa, oznajmił Rokoszowi, że to jest jego ostatnia szansa i jak tylko wskaże miejsce lądowania to zostanie mu zwrócona wolność. Jeżeli jednak nie dogadają się to wkroczy brutalny Bakuleros i już nie będzie żadnych układów. Następnie zaczął straszyć Rokosza wyrafinowanymi torturami w wykonaniu Bakulerosa, nawet tajemniczymi miksturami włoskiego medyka Faraciniego, które doprowadzają człowieka do obłędu. Nie przyniosło to jednak żadnych rezultatów, więc Magieros odszedł.

- Sam tego chciałeś! - zawołał na wstępie Bakuleros - wyłupię ci oczy, wyrwę język, a potem tępym nożem będę kroił po kawałeczku twoje ciało, ale tak żeby bolało jak najbardziej! Będziesz wył z bólu!

Rokosz milczał w dalszym ciągu, co wywołało jeszcze większą wściekłość konkwistadora, który wyciągnął nóż i zbliżył się do kapitana.

- Które oko mam ci najpierw wydłubać słoneczko? Prawe czy lewe?

Kapitan milczał nadal, Bakuleros przystąpił więc do dzieła, błysnęło stalowe ostrze, gdy nagle jakaś ręka chwyciła za ramię konkwistadora...

- Stój! Nie pozwalam!
- Odejdź Madeiros! Lepiej ze mną nie zadzieraj!
- Z rozkazu admirała Javiera Hernandeza Belicareza nie pozwalam! - zawołał strażnik - Admirał powierzył więźnia mojej osobie. Możesz go torturować w inny sposób, a nie tak bestialsko. Bicie, batożenie jak najbardziej, ale na wydłubywanie oczu, wyrywanie języka i krojenie nożem nie pozwolę!
- Ja tutaj jestem panem i władcą, a nie Belicarez! - ryknął Bakuleros - zabiję każdego kto mi stanie na drodze!
- Nawet Hiszpana? - zdziwił się Fortezes.
- Nawet!
- Pamiętaj, że Belicarez - mówił Fortezes - wyraźnie rozkazał, że jesteście co prawda z Magierosem dowódcami wyprawy, ale mnie upoważnił do pilnowania jego interesów i mam prawo do zgłoszenia sprzeciwu w każdej sprawie, a wy musicie to uszanować! To tak, jakby sam admirał do ciebie mówił!

Bakuleros spojrzał na Fortezesa takim wzrokiem, jakby za chwilę miał mu przebić pierś nożem, ale w ostatniej chwili powstrzymał się jednak. Wiedział bowiem, że przed wyjazdem z Kuby admirał w obecności żołnierzy mianował Fortezesa swoim namiestnikiem. Drażniła go strasznie ta trójwładza, do Magierosa przyzwyczaił się już przez lata wspólnego przebywania, ale Fortezesa zaczynał po prostu nienawidzieć. Ostatecznie schował nóż i rzekł:

- Batem, biciem i podobnymi metodami próbowaliście już zmusić go do mówienia i nie przyniosło to żadnych rezultatów. Szkoda czasu! A ty Pablo skoro taki mądry jesteś to teraz powiedz, gdzie mamy szukać miejsca lądowania tych Holendrów, czy też Polaków!
- Ja to jestem od pilnowania - odparł spokojnie Madeiros - a nie od szukania.
- Proponuję przybić do południowych wybrzeży - zaproponował Fortezes - i tam zrobić rozeznanie. W ogóle to na razie dałbym sobie spokój z tymi Polakami, bo to  jak szukanie igły w stogu siana... Jak byliśmy jeszcze na Kubie, to przypadkowo nasz patrol znalazł ślady jakiegoś obozu na plaży, ale jak szczegółowo zacząłem to analizować z dowódcami statków to były to ślady pozostawione przez jedną z naszych wypraw rozpoznawczych w głąb lądu jakieś pół roku temu... Nie mogły należeć do Polaków... Wiemy przecież, że na północ od Kuby jest bardzo rozległy ląd, może nawet bardziej niż myślimy. Płyniemy w nieznane, dopiero sami odkryjemy i zbadamy te terytoria. Trzeba się skoncentrować przede wszystkim na poszukiwaniu kruszców, poznać i prawdopodobnie pokonać tubylców, a przy odrobinie szczęścia natkniemy się na ślad tych Polaków...
- Może i dobrze prawisz Jose - powiedział już pojednawczo Bakuleros - Tak zrobimy, nie będziemy tracić czasu na szukanie, zwłaszcza że zupełnie nie znamy tych terenów. Ale wierz mi, w końcu ich dopadniemy, a wtedy marny ich los... Nawet Madeiros im nie pomoże!
- Skoro to będą twoi więźniowie - odezwał się zaczepiony strażnik - to możesz ich nawet zjeść...

Fortezes proponował, opierając się na hiszpańskich - jeszcze bardzo niedokładnych - mapach wybrzeża by skierować się na północny zachód. Obaj konkwistadorzy zaakceptowali ten pomysł.

- Myślę - stwierdził Magieros - że miejsca lądowania nie ma aż tak wielkiego znaczenia, bo i tak te terytoria są dla nas zagadką. Wylądujmy i na miejscu wszystko się wyjaśni. Poznamy miejscową ludność i to już nam da wiele cennych wskazówek. Pamiętajmy, że przede wszystkim szukamy złota! Co ci się dzieje Bakuleros? Nagle bardzo zbladłeś...
- Nie wiem, źle się poczułem...
- Za bardzo to wszystko przeżywasz...
- To nie to... Myślę, że to przez miksturę tego włoskiego medyka! Wypiłem to przed przesłuchaniem więźnia, Faracini mówił, że zacznie działać po upływie godziny...
- No to mniej więcej tyle czasu minęło...
Bakuleros nie słuchał już dalszych słów przyjaciela, ale biegiem oddalił się w ustronne miejsce... Do wieczora nikt go już nie widział...

Następnego dnia rozpętał się straszliwy sztorm, obsługa statków walczyła z żywiołem, w końcu jednak postanowiono, że dla bezpieczeństwa skierują się ku lądowi. Po jakimś czasie znaleźli się w pewnej zatoce, w której wiatr był znacznie słabszy. Zarzucono więc kotwice i łodziami zaczęto transportować ludzi, konie oraz potrzebny ekwipunek na stały ląd. W między czasie morze uspokoiło się niemal całkowicie, ale nie zmieniono już decyzji.

- Zostajemy - zawyrokował Fortezes.
- Też tak myślę - dodał Magieros - rozbijemy tymczasowy obóz na plaży, wyślemy zwiad na rekonesans po okolicy, a potem zastanowimy się nad dalszym marszem.

Po pewnym czasie do dowódców ekspedycji zgłosił się żołnierz i pokazał znalezioną na plaży monetę...

- Dziwna jakaś, na pewno nie nasza...
- To jest... - Fortezes długo przypatrywał się monecie, ale nie miał żadnych wątpliwości - polski talar!

Po dokładnym przeczesaniu plaży znaleziono jeszcze inne przedmioty i w ogóle ślady obozowiska. Na pewno te ślady nie należały do Indian, musieli je zostawić ludzie z Europy.

- Myślisz to samo co ja Bakuleros? - zapytał Fortezes.
- Tak. Prawdopodobnie przypadkowo natrafiliśmy na miejsce lądowania tych Polaków!
- Raczej na pewno - dodał Magieros - odkąd wpłynęliśmy do tej zatoki cały czas obserwowałem więźnia, stawał się coraz bardziej zaniepokojony!

Bakuleros podszedł do Rokosza, kopnął go w bok i triumfalnie zawołał:

- Widzisz polski psie! Sami natrafiliśmy na ślad twoich rodaków, ha ha ha. Twoje milczenie na nic się zdało! Ha ha ha!

Rokosz milczał, bardzo niepokoił się o przyszły los członków wyprawy Michała Potylicza. Zdawał sobie bowiem sprawę, że Hiszpanie posiadają przewagę liczebną, a przede wszystkim będą mogli z zaskoczenia uderzyć na niespodziewających się takiego obrotu sprawy Polaków. Liczył jednak, że polska wyprawa oddaliła się znacznie od wybrzeża w głąb lądu i Hiszpanom nie uda się ich tak łatwo odnaleźć. Szkoda, że nie mógł ich ostrzec, ale postanowił jednak spróbować ucieczki. Było to jednak zadanie niezwykle trudne, był bowiem zawsze mocno związany, stale pilnowany przez Hiszpanów, a dodatkowo Madeiros nie odstępował go nawet na krok.

Bakuleros po sponiewieraniu więźnia napotkał medyka...

- Faracini! Co mi wczoraj dałeś za miksturę?
- A co? Nie pomogło?
- Pomogło, pomogło... Ale co przeżyłem to przeżyłem!
- Nie mówiłem, że będzie łatwo...


27) Ciężka Ręka wraz z innymi wojownikami krążył wokół wioski Apaczów, bacznie obserwując i czyhając na dogodną okazję by uwolnić Białego Skunksa, czyli stajennego Bąbla. Sprzyjająca sposobność jednak nie nadchodziła, Bąbel był bowiem bardzo pilnie strzeżony.

Wojownika Germanopaczów niepokoiło jednak co innego, a mianowicie wielki ruch w wiosce. Po części spowodowane to było zbliżającymi się uroczystościami żałobnymi na cześć Czerwonego Mokasyna - słynnego niegdyś wodza Apaczów, drugi powód mógł być taki, że wodzowie Bizoni Róg i Cichy Bawół pałali żądzą zemsty za niedawną klęskę, więc namawiali inne szczepy Apaczów, m.in. Mescalero, Jicarilla i Chiricahua do wspólnego wykopania topora wojennego skierowanego przeciw Germanopaczom, Polomanczom, Kozakezom i Bladym Twarzom. Zwiadowcy zauważyli, że do wioski Bizoniego Roga dotarli również wodzowie Arapaho i Paunisów. Formująca się w ten sposób koalicja byłaby siłą, z którą trzeba byłoby bardzo poważnie się liczyć. Ciężka Ręka zdawał sobie także sprawę z faktu, iż po nauczce otrzymanej w wiosce Polomanczów Apacze i ich nowi sprzymierzeńcy całkowicie zmienią taktykę, nie będą już lekceważyć swoich wrogów, co spowoduje, że będą niezwykle groźni.

Bąblowi natomiast u Apaczów niczego nie brakowało, poza wolnością co oczywiste. Indianie przeznaczając kogoś na śmierć męczeńską wcześniej dbali o taką osobę, żywiąc ją bardzo dobrze, żeby podczas męczarń lepiej znosiła zadawane cierpienia. Bardziej uciążliwy dla Apaczów był stajenny, a nie oni dla niego... Najbardziej niezadowolone były squaw wytypowane do zajmowania się jeńcem.

- Nigdy wcześniej nasi wojownicy - narzekała Polny Kwiat - nie porwali kogoś takiego... On śmierdzi niczym skunks! Dużo je i jeszcze więcej brudzi! Sprzątać po nim nadążyć się nie da!
- Ręce mi opadają matko! - odpowiedziała Zwinna Antylopa - Dobrze, że Czarny Wilk wpadł na pomysł, żeby go z innymi wojownikami nosić i wrzucać do jeziora, ale i tak wokół pala trzeba sprzątać i sprzątać.
- Zauważyłam córko, że gdy wspominasz o Czarnym Wilku twoje serce raduje się bardzo...

Zwinna Antylopa zarumieniła się i od razu zmieniła temat...

- Tylko teraz jezioro nie nadaje się do kąpieli... Cała wioska musi chodzić teraz daleko, do rzeki...

W wigwamie wodza Bizoniego Roga trwała narada wodzów.

- Uroczystości żałobne już niedługo - zaczął gospodarz - Potem wspólnie ruszymy na wrogów.
- Łupów będzie dużo - powiedział zachęcająco Cichy Bawół - Konie, broń, squaw...
- Dużo skalpów! - zawołał z radością wódz Paunisów Czerwony Ogień.
- Nam zależy na koniach - wtrącił się wódz Arapaho Przyczajony Lis - Już wcześniej podkradaliśmy je Germanopaczom, ale te psy zawsze ruszały za nami w pościg i nam je odbierali.
- Najpierw trzeba zwyciężyć - przerwał mu Bizoni Róg - Potem przyjdzie czas podziału łupów. Niech mój brat będzie spokojny, odbędzie się to sprawiedliwie.
- Podział powinien - proponował wódz Apaczów Jicarilla Wielki Łoś - zależeć od liczby wystawionych wojowników.
- Mój brat dobrze mówi - poparł wódz Apaczów Mescalero Ciężki Kamień - Zgadzam się z nim całkowicie.
- Bladych Twarzy - przerwał im Bizoni Róg - nie wolno lekceważyć. Wielu Apaczów odeszło przez nich do Krainy Wiecznych Łowów. Mają konie, długie dymiące kije i ... kije, którymi potrafią rozpłatać najsilniejszych wojowników jednym uderzeniem (Indianin miał na myśli szable).
- Uff, uff!!! - zawołali wodzowie.

Cichy Bawół zauważył przestrach, zwłaszcza w oczach wodza Arapaho... Postanowił więc od razu przemówić by inni wodzowie nie pomyśleli, że Blade Twarze są jakimiś bogami nie do pokonania...

- Ich też można zwyciężyć, ale nie możemy ich lekcewazyć, jak wcześniej, musimy być dzielni i mądrzy zarazem!

Wtem do głowy przyszła mu znakomita myśl...

- Niech moi bracia idą za mną!

Wodzowie powstali i wyszli z wigwamu. Cichy Bawół poprowadził ich do pala, przy którym stał przywiązany Bąbel.

- Nie wszyscy z was mieli okazję zobaczyć Bladą Twarz - oznajmił - To jest jedna z nich!

Indianie z zaciekawieniem oglądali Bąbla...

- Nie wygląda strasznie... - stwierdził po pewnym czasie Ciężki Kamień.

Nagle Przyczajony Lis rzucił się na jeńca i zaczął go oburącz dusić. Błyskawicznie w obronie Bąbla ruszył Bizoni Róg, odciągnął wodza Arapaho ganiąc go przy tym...

- Co wódz Arapaho czyni?! Przyczajony Lis musiał zapomnieć, że Blada Twarz jest związana i nie może się bronić!

Bąbel tymczasem powoli łapał oddech, bardzo był zdziwiony niespodziewanym atakiem ze strony Indianina, zwłaszcza że do tej pory obchodzono się z nim jak z jajkiem. Krzywił się przy tym i stękał straszliwie, co wywołało pogardę Indian, którzy nie byli przyzwyczajeni do takich zachowań.

- Ta Blada Twarz ma przestrach w oczach! - zauważył Wielki Łoś.
- Nic mu przecież nie zrobiłem - śmiał się Przyczajony Lis - Zachowuje się jak baba!
- Zaraz się rozpłacze - wtórował mu Czerwony Ogień - Jeżeli wszystkie Blade Twarze są tak strachliwe to pokonamy ich z łatwością.

Bizoni Róg i Cichy Bawół spojrzeli po sobie i nie odparli nic. Wiedzieli bowiem, że inne Blade Twarze nie mogą być tak strachliwe, bo w końcu zadali Apaczom straszną klęskę w wiosce Polomanczów. Z drugiej strony byli zadowoleni, że inni wodzowie przestali bać się Bladych Twarzy i traktować ich jak niepokonanych.

Wodzom spodobała się zabawa z Bladą Twarzą, w czym najbardziej celował wódz Arapaho, który raz po raz zamierzał się tomahawkiem w kierunku Bąbla, a ten wył ze strachu. W końcu igraszki te przerwał Ciężki Kamień...

- Nie mogę już słuchać wrzasku tej płaczliwej baby! Czerwony Mokasyn był wielkim wodzem i nie godzi się, żeby na jego grobie zamęczać takiego tchórza! Poza tym nieładnie tu pachnie! Chodźmy stąd!

Bizoni Róg kazał szybko przywołać squaw odpowiedzialne za "obsługę" jeńca...

- Polny Kwiecie trzeba znów posprzątać koło pala!

Polny Kwiat z córką udały się we wskazanym kierunku, ale już z daleka czuły niemiłą woń...

- Dopiero co tam sprzątałyśmy! - denerwowała się starsza Indianka.
- Nie, nie! - wrzeszczała Zwinna Antylopa - Czarny Wilk musi nam znowu pomóc. Bladą Twarz trzeba koniecznie wykąpać w jeziorze!
- Zapytam Bizoniego Roga - wtrąciła zdenerwowana Polny Kwiat - czy Blada Twarz nie może cały czas przebywać w jeziorze!
- Wojownicy mogliby wbić pal w dno - podchwyciła córka - Nam już ręce opadają!
- Jeżeli wszystkie Blade Twarze zachowują się w ten sposób to trzeba wytępić całą ich rasę! - podsumowała wściekła Polny Kwiat.


28) Gdańsk.

Po powrocie z wycieczki cała szóstka zameldowała się u Donieckiego, rycerz Krzysztof wręczył mu listy od magnatów i oznajmił:

- Muszę panu donieść, że pomimo zakazu poszedł z nami także Jakubiczenko!

Doniecki zadowolony z otrzymania listów i przybycia krewnej  odparł łagodnie...

- Faktycznie Jakubiczenko złamał rozkaz, ale dzisiaj jestem w dobrym humorze, dlatego jako karę wyznaczam mu godzinną wartę przed karczmą...
- Taka kara to żadna kara! - uniósł się rycerz - wykazał się wysoką niesubordynacją!
- To co, w dyby mam go kazać zakuć? - roześmiał się Doniecki.

Rycerz Krzysztof nie odparł nic, ale nie był absolutnie zadowolony z takiego obrotu sprawy. Gdy natomiast wyszli z pokoju dowódcy Jakubiczenko spojrzał mu w oczy i powiedział z uśmiechem na ustach...

- Idę odbębnić tę karę rycerzu... ha ha ha.

- Jakubiczenko! Do mnie! Obaj! - zawołał Doniecki, który usłyszał tę rozmowę.

Gdy obaj znaleźli się ponownie przed obliczem dowódcy...

- Do momentu wypłynięcia - oznajmił dowódca stanowczym tonem - nie wprowadzałem żelaznej, wojskowej dyscypliny. Wierzcie mi jednak, że od chwili postawienia nogi na pokładzie statku to się zmieni. Rycerz Krzysztof ma rację, źle zrobiłeś idąc bez rozkazu z jego grupą. Tym razem potraktowałem to wykroczenie ulgowo, ale następnym razem to się tak nie skończy, możesz być tego pewien Jakubiczenko! To wszystko, możecie odejść!

Rycerz Krzysztof aż pokraśniał z zadowolenia, że przynajmniej trochę oberwało się swawolnemu Kozakowi. Jakubiczenko zwiesił zaś głowę i wyszedł z pokoju Donieckiego w całkowicie odmiennym nastroju.

Pojawienie się w karczmie szlachcianki Koszyńskiej nie uszło uwadze członkom II wyprawy...

- Kim jest ten anioł? - dopytywał się Tomasz Szlachtowski.
- To krewna Donieckiego - odpowiedział Czarnienko.
- Mów mi! Mów mi o niej jak najwięcej!
- Co ci? Zakochałeś się czy co?

Szlachtowski zawstydził się, że dał po sobie poznać, że zależy mu na szlachciance, ale w końcu wypalił...

- Muszę... Muszę ją poznać. Ty, Czarnienko, towarzyszyłeś jej w drodze. Opowiadaj!

Czarnienko uśmiechnął się, ale nie dał się dłużej prosić...

- Dobrze... Ale tak na sucho nie dam rady opowiadać... - oświadczył szelmowsko.

Szlachtowski zorientował się szybko i zawołał:

- Karczmarzu! Wina!

Czarnienko niewiele wiedział o szlachciance, ale racząc się winem opowiadał i opowiadał, zmyślając przy tym dialogi, niby swoje ze szlachcianką. Szlachtowskiemu nie było w smak, że polska szlachcianka tak się spoufaliła z jakimś Kozakiem, ale nie przerywał Czarnience i słuchał uważnie, zapamiętując każde słowo o kobiecie.

Nagle z najdalszego kąta karczemnej izby zabrzmiała muzyka, a później śpiew. Zamilkły rozmowy, wszyscy słuchali jak zahipnotyzowani słów pieśni. Była to piękna pieśń o trudnej miłości wiejskiego chłopca do pięknej mieszczanki. Słuchacze dowiadywali się o powstającym uczuciu między młodymi i o rodzicach mieszczanki sprzeciwiającej się temu związkowi.

Wtem do izby zszedł z góry Doniecki, zauroczony pięknym, osobliwym głosem muzykanta, a gdy ten zakończył śpiewać zawołał zachwycony...

- Pięknie, pięknie! Kim jesteś?
- Wędrownym grajkiem panie...
- Jak cię zwą?
- Nazywam się Musiałek.
- Nie chcesz do nas przystać? Przydałby się nam taki jak ty wirtuoz .
- Chętnie panie, chętnie.
- Doskonale, zagraj nam coś jeszcze Musiałku. Tym razem coś weselszego.

Musiałek pomyślał chwilę i rozpoczął kolejną pieśń. Tym razem była to pieśń znacznie weselsza, opisująca polowanie z udziałem pewnego księcia...

Po pewnym czasie do grajka dosiadł się rycerz Krzysztof...

- Nie ułożyłbyś grajku - rozpoczął - pieśni o mnie? Dobrze zapłacę...
- Ułożyłbym, czemu nie...
- Musiałaby to być pieśń sławiąca moją osobę, opisująca moje słynne czyny, przedstawiająca mnie w doskonałym świetle...
- Pomyślę panie, a potem ułożę, ale potrzebuję na to trochę czasu... Będziesz mi też musiał opowiedzieć o tych twoich wielkich czynach, które mam opisać...

Tymczasem do pokoju Donieckiego weszła Andżelika Koszyńska...

- Cieszę się bardzo Jurku, że cię odwiedziłam...
- Jak również krewniaczko, ja również...
- Ciotka Klara także bardzo pragnęła cię odwiedzić, ale choroba zatrzymała ją w dworku...
- Biedaczka...
- Ona zawsze cię bardzo lubiła... Kiedy wyruszacie?
- Jak tylko wróci statek z Nowego Świata...
- A jak nie wróci?
- Magnaci poruszyli tę sprawę w listach, oni bowiem też biorą taką możliwość pod uwagę... Na wszelki wypadek negocjują z holenderskim kapitanem Dirkiem Van Krupenhoffem, który jest właścicielem odpowiedniego statku...
- Mogłabym popłynąć z wami?
- To niemożliwe!
- Dlaczego? Przecież skoro w Nowym Świecie ma powstać Nowa Polska to kobiety też tam muszą się znaleźć...
- Do powstania Nowej Polski droga jeszcze daleka, a póki co nie wiemy nawet jak poszło pierwszej wyprawie... Możliwe, że wszyscy zginęli... Musisz wracać do domu...
- Już teraz? Nie mogę zostać w Gdańsku choćby kilku dni?
- Możesz, możesz.

Rozmowa zapewne trwałaby dłużej, ale Donieckiego wezwały obowiązki, bowiem przybyła kolejna grupa rekrutów. Byli to ludzie poleceni przez magnatów - organizatorów wyprawy, którzy w listach przedstawili nowych członków wyprawy... Włocha Roberto Gibenccione poleciła sama królowa Bona... Oficjalnie był kucharzem, ale Doniecki w listach przeczytał, że jest to człowiek do zadań specjalnych, mistrz walki na noże, który otrzymawszy rozkaz nie cofnie się przed zabiciem kogokolwiek... Pozostali to: szlachcice Bartosz Noworolski i Mateusz Budzanowski oraz Kozak Presucha. Magnaci podkreślali w listach osobę tego ostatniego, który podobno posiadł umiejętność jasnowidzenia... To ostatnie bardzo zaciekawiło dowódcę, więc rozkazał przyprowadzić Presuchę by z nim osobiście porozmawiać...

- Podobno widzisz przyszłość? - zapytał wprost Kozaka.
- Czasami...
- To znaczy? Bo nie za bardzo rozumiem... Czasami, czyli kiedy?
- Przyszłość nie zawsze widać dokładnie...
- Bardzo zagadkowo mówisz... To może zapytam o konkrety, czy wróci statek z Nowego Świata?
- Nie.
- ?? Nie? Skąd wiesz?
- Sprawdzałem to już na polecenie magnatów...
- Aha... Jak to sprawdzasz?
- Mam specjalny kocioł, w którym gotuję specjalny wywar i w nim widzę przyszłość...
- Czy ktoś inny może też zaglądnąć do tego kotła?
- Nie jest to wskazane, nie wszyscy mają ten dar, można stracić wzrok, a nawet umrzeć...
- Co widziałeś w tym kotle? Co z pierwszą wyprawą?
- Nie zawsze wszystko widać w kotle, czasami widzę, jak przez mgłę, a czasami wszystko bardzo przejrzyście...
- No, ale co z nimi?
- Widziałem tylko, że statek nie jest już w polskich rękach...
- A w czyich?
- Tego nie byłem w stanie dojrzeć, mgła to wszystko otaczała...
- Mówiłeś, że raz widzisz lepiej, raz gorzej... Próbowałeś ponownie?
- Nie. Nie było okazji...
- To musisz spróbować!
- Spróbuję, muszę mieć produkty do wywaru, potem kilkanaście godzin na sporządzenie. Jutro będę patrzył w przyszłość.
- Co ci jest potrzebne?
- To moja tajemnica.
- Rozumiem. Bierz się zatem do dzieła, może tym razem będziesz miał lepsze widzenie.
- Musisz wiedzieć jeszcze jedno - powiedział Presucha ściszonym głosem.
- Tak?
- Ktoś nas podsłuchuje z sąsiedniego pokoju...

Doniecki szybko wyszedł na korytarz i skinieniem ręki zawołał ku sobie Światłoniewskich (ojca i syna), którzy akurat wchodzili po schodach na górę... Razem z dowódcą weszli do sąsiedniego pokoju, gdzie ujrzeli człowieka opartego o ścianę przylegającą do pokoju Donieckiego...

- Światłoniewscy! Brać go!

Człowiek ten widząc, że przeciwnik posiada przewagę nawet nie próbował się bronić...

- Coś za jeden? - zawołał Doniecki - Gadaj szybko!
- Jestem Louze...
- Czemu podsłuchiwałeś?
- Nie podsłuchiwałem...
- Nie? Drwisz sobie?
- Nie drwię...
- Światłoniewscy! Zabierzcie go na dół, do piwnicy i wyduście co trzeba!

Chwilę później na górze pojawił się rycerz Krzysztof, który rozpoznał w pojmanym pruskiego szpiega...

- Dobrze, że mi o tym powiedziałeś rycerzu - pochwalił go Doniecki - Prusacy dalej żywo się nami interesują... A ty Presucha dobrze się spisałeś! Idź działaj!


29) W wigwamie Bizoniego Roga trwała narada wodzów...

- Nie możemy dopuścić by tę tchórzliwą Bladą Twarz - pieklił się Ciężki Kamień, wódz Apaczów Mescalero - zamęczyć na uroczystościach żałobnych poświęconych Czerwonemu Mokasynowi! Mój ojciec, Śmiały Lis wyśmiałby nas wszystkich, gdyby to zobaczył!
- Wstyd wielki by padł na nas! - poparł go Wielki Łoś, wódz Apaczów Jicarilla.
- Mam pomysł - zaproponował Cichy Bawół - w nocy poprzedzającej uroczystości ułatwić Bladej Twarzy ucieczkę, a już za wioską musi paść zabity przez jednego z naszych wojowników...
- Nie możemy dopuścić by ktokolwiek się o tym dowiedział - wtrącił przestrzegająco Bizoni Róg.
- Gdy Blada Twarz zostanie uwolniona trzeba ją umiejętnie nakierować na straże, które wcześniej zostaną uprzedzone o tym by zabić każdego obcego w pobliżu wioski...
- A jak go pojmą i przyprowadzą z powrotem? - zapytał Czerwony Ogień, wódz Paunisów.
- To będzie wstyd - syknął Ciężki Kamień - wiem co zrobimy... Wtajemniczę Krwawego Tomahawka, który będzie czatował z kilku innymi wojownikami za wioską. Skierujemy Bladą Twarz by uciekała w ich stronę...

Wodzowie nie zdawali sobie sprawy z faktu, że są podsłuchiwani... Nieoceniony Germanopacz Ciężka Ręka zakradł się bowiem wcześniej do wigwamu i ukrył pod stosem futer. Gdy wigwam opustoszał Ciężka Ręka niepostrzeżenie wykradł się i po jakimś czasie bezpiecznie wydostał poza obręb wioski, gdzie już czekali na niego towarzysze. W międzyczasie pojawił się Bolesław Chrobry...

- Czego się Ciężka Ręka dowiedział? - zapytał syn Pratelickiego Germanopacza.

Ciężka Ręka opowiedział co udało mu się podsłuchać i zaproponował:

- Na otwarty atak nie możemy się zdecydować, ponieślibyśmy zbyt duże straty, W wiosce są nie tylko Apacze różnych szczepów, ale także i Paunisi z Arapaho. Trzeba działać podstępem, mamy szczęście, że Apacze chcą sami uwolnić Białego Skunksa.
- Żeby go zaraz potem zabić... - wtrącił Bolesław Chrobry.
- Musimy go przejąć zanim dotrze w pobliże Krwawego Tomahawka. Znam go dobrze, jego imię nie jest przypadkowe, gdy rzuci tomahawkiem jego wroga zawsze czeka śmierć. Jest w tym niedoścignionym mistrzem...
- Co mój brat Ciężka Ręka radzi zatem?
- Wodzowie chcą uniknąć wstydu na uroczystościach, ale chcą też zachować to w tajemnicy. Krwawy Tomahawk nie będzie zatem z liczną grupą wojowników, będzie ich góra kilku. Trzeba ich wcześniej unieszkodliwić, a gdy nadbiegnie Biały Skunks zabierzemy go ze sobą i uciekniemy. Z pewnością będą nas ścigać...
- Plan jest dobry - pochwalił Bolesław Chrobry - ale wydaje mi się, że wodzowie dość szybko zorientują się, że coś poszło nie po ich myśli. Krwawy Tomahawk, gdyby zabił Białego Skunksa, z pewnością chciałby się pochwalić tym czynem przed wodzami, a gdy do nich nie dorze zaczną coś podejrzewać i przybędą szybko na miejsce. Poza tym oni zabicie Bladej Twarzy nie trzymaliby w tajemnicy, lecz chcieliby to raczej nagłośnić...
- Mój brat mądrze mówi - rzekł Ciężka Ręka - ale mimo wszystko będziemy mieć wystarczająco wiele czasu by się oddalić... Apacze i tak będą musieli poczekać do świtu by odnaleźć nasze ślady...

Bolesław Chrobry po rozmowie z Ciężką Ręką oddalił się, a po godzinie jazdy dotarł do tymczasowego obozu Polomanczów, Germanopaczów, Kozakezów i członków I wyprawy. Plan Ciężkiej Ręki przypadł do gustu Pratelickiemu i pozostałym dowódcom. Na wszelki wypadek zwiadowcom podesłano wsparcie w postaci dziesięciu wojowników. Wszystko miało się wyjaśnić w nocy poprzedzającej uroczystości... Uzgodniono, że potem wszyscy czym prędzej wrócą do wioski Polomanczów, która była najlepiej przygotowana do odparcia zmasowanego ataku koalicji indiańskiej.



30) Gdańsk.

- I jak idzie Światłoniewskim przesłuchiwanie tego pruskiego szpiega Louzego? - zapytał Doniecki przechodzącego akurat korytarzem Tekielego.
- Nie wiem...
- To idź sprawdź...

Tekieli zszedł do piwnicy, a gdy już znalazł się na dole krew mu w żyłach zmroziło... Więzień był cały we krwi, nieprzytomny, a głowa mu zwisała na ramię...

- Co... co... co się tutaj stało? - wydusił z siebie w końcu.
- Nic - odparł z uśmiechem Jacek Światłoniewski - przesłuchania nigdy nie widziałeś Laszlo?
- Żyje? - Tekieli zwrócił się do Macieja, syna Jacka.
- Chyba jeszcze tak...
- Taki twardy był? Powiedział co?
- Na początku nie chciał mówić, więc ojciec go lał i lał, a jak zaczął mówić to ojciec lał go dalej, aż tamten zemdlał...
- Po co go wciąż lałeś Jacku? Chciał mówić przecież!
- Bo mnie zdenerwował... - odparł starszy Światłoniewski i wyszedł z piwnicy.
- Ojciec tak się zacietrzewił, że nie mogłem go powstrzymać - opowiadał młodszy Światłoniewski.
- Jeżeli go zakatował na śmierć - podsumował Tekieli - to Doniecki wpadnie w szał...

Tymczasem więzień zaczął dawać oznaki życia...

- Chyba nie jest tak źle - zauważył młodzieniec - żyje jeszcze...
- Albo kona ... - skomentował Tekieli.

Do piwnicy wpadł ponownie starszy Światłoniewski i już chciał rzucić się na Prusaka, ale Tekieli zdążył mu zagrodzić drogę...

- Przestań! Zabijesz go w końcu!
- Będziesz gadał łotrze czy nie?! - warknął napastnik.
- Będę, będę... - wymamrotał z wielkim trudem Louze - tylko mnie już nie bij...
- Idę po Donieckiego - rzekł Tekieli - tylko nie lej go już... swoje oberwał...

Po niedługim czasie do piwnicy wszedł Doniecki, spojrzał ze zdziwieniem na więźnia całego we krwi i powiedział...

- Nie chcę nawet wiedzieć co się tutaj działo... Tekieli! Szybko sprowadź medyka, bo on zejdzie z tego świata zanim cokolwiek powie...

Sprowadzony medyk był bardzo zdziwiony widokiem Louzego, ale nie pytał o nic, lecz natychmiast nim się zajął. Po pewnym czasie więzień wyglądał już znacznie lepiej...

- Nic mu w sumie nie będzie - powiedział na koniec - chyba, że znowu przystąpicie do działania...

Louze był wystraszony, cierpiał strasznie z bólu - po całonocnym katowaniu - postanowił, że powie prawdę, byle tylko nie doszło do powtórki przesłuchania, bo czuł, że tego by już nie przeżył...

- Mów! - powiedział zachęcająco, ale zarazem rozkazująco, Doniecki.
- Przysłał mnie kapitan Hans Von Kruge, żebym pana podsłuchał. Chciał wiedzieć kiedy dokładnie ruszacie i w ogóle chciał poznać jak najwięcej szczegółów waszej misji. Najbardziej go interesował plan ataku na Prusy. Chciałem to wszystko powiedzieć temu oprawcy, ale on nie chciał słuchać, lecz bił bez przerwy...

Doniecki domyślał się już wcześniej, że Prusacy bardzo interesują się wyprawą, więc nie był tym faktem zdziwiony. Wyszedł z piwnicy i kazał zawołać do siebie starszego Światłoniewskiego...

-  Jacku... ty jesteś żołnierzem czy katem? - zapytał.
- No... żołnierzem przecież.
- Masz szczęście, że więzień żyje... Na jego ciele nie ma nawet kawałka skóry, która by nie poczuła bata...
- Kazał pan przecież wydusić z niego zeznanie...
- Więzień chciał mówić, a tyś go bił w dalszym ciągu... Godzi się tak?
- No... Biłem go, biłem, a on nic... Potem wyzwał mnie od brudnych Polaków... Mimo tej obelgi dałem mu jeszcze jedną szansę, żeby zaczął zeznawać... ale on mnie dalej obrażał... to go już zacząłem lać na dobre... to on wtedy zaczął obrażać całą moją rodzinę... tego już było za wiele... więc go lałem aż zemdlał... po ocuceniu chciał już mówić, ale ja mu na to rzekłem, że teraz to już za późno i lałem dalej, aż zemdlał na dobre... Wyszedłem po sól, żeby mu nią posypać rany, ale wtedy przyszedł Tekieli, no i dalej pan już wszystko wie...
- Rany solą??!
- No... solą.
- Ale on już chciał dawno mówić przecież! Po co jeszcze solą go sypać?!
- Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz!
- Wystarczy! Jesteście dobrym żołnierzem Światłoniewski, ale co by było gdyby więzień zmarł?
- Jednego Niemca mniej!
- Załóżmy jednak, że ten więzień czy też inny jakowyś - bo w tym przypadku akurat niemal wszystko wiedzieliśmy - miałby do przekazania bardzo cenne informacje od których zależałoby życie członków wyprawy... a ty byś takiego więźnia zakatował... co wtedy?
- No...
- No właśnie. Możesz już odejść - powiedział na koniec dowódca. W duchu zaś pomyślał, że już nigdy nie powierzy starszemu Światłoniewskiemu przesłuchiwania więźnia i wydobywania zeń informacji.

Po pewnym czasie Doniecki wyszedł z pokoju, a na korytarzu natknął się na Mateusza Budzanowskiego...

- O, dobrze, że cię widzę! Zawołaj do mnie rycerza Krzysztofa. Czeka na mnie na dole, ale teraz nie mogę zejść...

Budzanowski wrócił po dłuższej chwili...

- Nigdzie go nie ma...
- Jak to go nie ma?
- Wszędzie go szukałem, pytałem innych... ostatni raz widziano go wieczorem jak wychodził z karczmy...
- Dziwne... wczoraj z nim rozmawiałem i umówiliśmy się na dzisiaj o tej właśnie porze, niepodobne do niego by zapomniał... Poszukaj go jeszcze, weź ze sobą tego Anglika Swayzego, w końcu jest słynnym tropicielem. Wreszcie na coś się przyda...

Poszukiwania nie dawały żadnych rezultatów, w końcu późnym wieczorem Budzanowski ponownie zameldował się u Donieckiego...

- Nie możemy go znaleźć...
- A gdzie Swayze?
- Nie wiem, gdzie poszedł... Powiedział, że on tropi samotnie...
- Rano zarządzę poszukiwania na szeroką skalę. Nikomu nic nie mówił gdzie idzie i kiedy wróci? Coś się musiało stać! ... Chyba, że... Wołaj natychmiast Jakubiczenkę!

Budzanowski po kilku minutach wrócił z Kozakiem...

- Jakubiczenko! - rozpoczął Doniecki - Gdzie jest rycerz Krzysztof?
- Nie wiem...
- Słyszałeś już pewnie o tym, że zaginął... Wiesz coś na ten temat?
- Nie... dlaczego pan pyta?
- Dało się odczuć, że się zbytnio nie lubicie, miałeś do niego pretensje, że doniósł na ciebie do mnie wczoraj...
- Co pan sugeruje? Nie przepadam za nim faktycznie, ale nic bym mu nie zrobił. W końcu należymy do jednej grupy. Mówię prawdę!
- To mnie uspokoiło. Wierzę ci. Możesz odejść.



31) Gdańsk.

- Panie Doniecki! - zawołał wbiegający do pokoju dowódcy Krzysztof Klemens Romanowski.
- Co się stało? Dlaczego wcześniej nie zapukałeś? Do stodoły wbiegasz czy co?
- Nie... Przecież wbiegłem nie do stodoły, ale do pańskiego pokoju... - odpowiedział Romanowski.
- Nieważne... - skwitował Doniecki, który wiedział, że i tak w żaden sposób nie wytłumaczy mu nietaktu, jaki popełnił - O co chodzi?
- Ten Kozak Presucha będzie zaglądał do kotła i prosił, żeby pan przyszedł...

Pół godziny później Doniecki był już w pomieszczeniu Presuchy...

- Wszystko przygotowane - rzekł Presucha - zaraz zaglądnę do kotła...
- Dobrze...

Presucha zbliżył się do kotła, odchylił pokrywę, para z wywaru rozeszła się po całym pomieszczeniu... Kozak wpatrywał się w głąb kotła, wreszcie po dłuższym czasie wyciągnął głowę i rzekł do Donieckiego...

- Teraz lepiej widzę niż ostatnio... Statek "Władysław Jagiełło" nie jest już w polskich rękach... Posiedli go Hiszpanie lub Portugalczycy...
- A co z członkami wyprawy?
- Ich nie widziałem, ale spojrzę raz jeszcze...
- Spójrz!

Presucha ponownie włożył głowę do kotła i obserwował... Długo patrzył w głąb kotła, aż wreszcie wysunął głowę i oznajmił...

- Trudna sprawa...
- To znaczy?
- Widziałem atak na polski statek... Zabito niemal wszystkich, poza jednym człowiekiem, chyba kapitanem statku...
- Mówisz, że wszyscy zginęli... Hmm, to smutne...
- Wszyscy, ale było ich za mało, jak na całą pierwszą wyprawę...
- No tak! Hiszpanie musieli ich zaatakować w drodze powrotnej! Zabili załogę...
- Być może...
- Czyli Potylicz z wyprawą musiał wysiąść na ląd! A ich nie możesz zobaczyć?
- Nie widziałem ich w kotle...
- Spróbuj raz jeszcze...
- Dzisiaj już nie mogę...
- Dlaczego?
- Moc dzisiejszego wywaru została już wykorzystana. A co do Potylicza i jego ludzi to być może, że tak to określę, są poza zasięgiem... Im dalej tym gorsze widzenie w kotle...
- Spróbujesz wobec tego na statku...
- Dobrze.
- Nie zapomnij wziąć wszystkich składników do wywaru, bo na statku, a potem w Nowym Świecie będzie o nie trudno!
- To są drogie rzeczy...
- Wyślę z tobą na zakupy mojego sekretarza, on zapłaci za wszystko...
- Nie może iść ze mną, bo pozna tajemnicę wywaru...
- Przyślę go do ciebie jeszcze dzisiaj i wypłaci ci potrzebną sumę pieniędzy...

Doniecki wpadł jak burza do karczmy...

- Budzanowski! - zawołał - idź i sprowadź mi tu tego Holendra! A ty Tekieli czego chcesz?
- Co zrobić z tym pruskim szpiegiem?
- Jak to co? Niech siedzi w piwnicy i tyle! Pilnuj go.

Dwie godziny później holenderski kapitan statku Dirk Van Krupenhoff pojawił się u Donieckiego...

- Postanowione! - zawołał Doniecki - wynajmujemy pański statek.
- To dobrze - ucieszył się Krupenhoff - moja stara "Neptica" za długo już stoi w porcie. A co z zaliczką?
- Do kilku dni magnaci wypłacą ci ją, resztę dostaniesz po powrocie. Tak było uzgodnione.
- Zgadza się. Kiedy wypływamy?
- Jak tylko dostaniesz zaliczkę, zależy nam na czasie. Aha, chcę zobaczyć twój statek. Kiedy mogę?
- Kiedykolwiek, nawet teraz.
- Dobrze, to jedźmy.

Po upływie kwadransa znaleźli się w porcie...

- Tam jest! - pochwalił się Holender.
- Który to? - zapytał Doniecki.
- Ten na końcu...

Chwilę później byli na pokładzie, członkowie załogi serdecznie powitali swojego kapitana i jego gościa. Doniecki rozglądał się wszędzie i z każdą chwilą mina mu rzedła, aż w końcu zawołał ze złością:

- Co to za chlew jest?!
- Ale co się panu nie podoba?
- Jak to co? Brudno to jest!
- Przewozimy różne ładunki, czasem coś się zabrudzi, to normalne...
- To nie jest normalne! Ten statek nie był sprzątany od nowości! Pokład aż się klei z brudu, nogi nie mogę teraz od niego oderwać! W kajutach też syf!
- Nie jest tak znowu źle...
- Nie jest źle? Kpisz sobie? Ludzi będziesz przewoził, a nie stado świń! Przyjadę tu za dwa dni i jak pokład nie będzie błyszczał, a w kajutach dalej będą biegały szczury to nici z zaliczki!

Doniecki wyszedł, a zasmucony kapitan Van Krupenhoff powiedział do załogi:

- Co robimy? Chyba nie będzie wyjścia i trzeba będzie tutaj solidnie posprzątać...
- Samą wodą nie da rady... - odezwał się bosman Kurt Vergalen - poza tym my umiemy żeglować, a nie sprzątać...
- Jest wyjście - rzekł sternik Pierre Brunwijk - widziałem, że na innych statkach była ekipa sprzątająca z portu. Mogę pójść porozmawiać z ich szefową Katarzyną Madejską...
- Wiesz, że za bardzo nie mamy czym zapłacić... - skwitował kapitan.
- Wiem, ale spróbuję coś załatwić. Może uda się zapłacić dopiero z zaliczki, poczekają kilka dni...

Doniecki wrócił wściekły do karczmy, ale nikomu nie zamierzał zwierzać się z wizyty na statku Van Krupenhoffa... Miał nadzieję, że Holender wziął sobie do serca jego słowa i za dwa dni statek zastanie posprzątany...

- I co z tym rycerzem? - zapytał po drodze Budzanowskiego.
- Nie znalazł się...
- A gdzie Swayze?
- Jego też nie ma...
- Dlaczego w karczmie pełno naszych ludzi i nikt ich nie szuka? - wściekł się dowódca - idę na górę, zejdę za kwadrans i jak któregoś zobaczę na dole to usiekę! Masz zostać tylko ty jako wartownik i Tekieli do pilnowania więźnia!

Po kwadransie Doniecki z przyjemnością stwierdził, że karczma opustoszała... Nie było nikogo poza zdziwionym karczmarzem, który od czasu stacjonowania w karczmie II wyprawy przyzwyczajony był do wypełnionych izb i trudno mu było odnaleźć się w takiej pustce. W karczmie pozostała też dwójka szlachty wytypowana przez niego. W kącie pozostała jedynie lutnia grajka Musiałka i sokół Mruk należący do Kozaka Pastuszenki.

- Budzanowski! - zawołał dowódca - za dwa dni zaczniemy ładować zaopatrzenie na statek. Rano wyślij Kaczmarenkę z Kotaszenką do Mijagiego pod Gdańsk, żeby mu oświadczyli, że w każdej chwili ma być gotowy do przybycia ze swoimi Tatarami i końmi do Gdańska. Szlachtowski z Kowalskim niech jadą jutro na skład Martina Schyldera i uzgodnią ceny na wszystko co nam będzie potrzebne. Niech się z tym Niemcem potargują, bo w przeciwnym razie przysoli nam takie ceny, że włosy staną dęba.

Wieczorem Budzanowski zjawił się u Donieckiego...

- Co się stało?
- Górecki spotkał Swayzego, który mu przekazał, że znalazł trop i jest bliski rozwiązania zagadki, gdzie jest rycerz Krzysztof.
- Brzmi nieźle... Zobaczymy co z tego wyjdzie...



32) Ostatnia noc przed uroczystościami żałobnymi Czerwonego Mokasyna...

Do pala, przy którym przywiązany był stajenny Bąbel podeszli Bizoni Róg i Cichy Bawół. Błysk noża i więzień był wolny. Wodzowie zostali jednak zaskoczeni faktem, że Bąbel nie rzucił się do ucieczki. Bizoni Róg złapał go więc oburącz i odepchnął od pala, ale jeniec po chwili wrócił z powrotem...

- Trzeba będzie go wystraszyć - skwitował Cichy Bawół - ale tak, żeby całej wioski nie obudził ze snu...

Indianie obawiając się krzyków Bladej Twarzy złapali go, jeden zakrył ręką jego usta, a drugi zaczął go straszyć nożem. Dało to taki skutek, że Bąbel był śmiertelnie przerażony, oddał zduszony okrzyk... Wodzowie puścili go, licząc na to, że teraz to już zacznie uciekać... Przeliczyli się jednak, bowiem ten znowu ruszył do pala i ani myślał o ucieczce... Tego już było czerwonoskórym za wiele, zdenerwowani ruszyli na stajennego i zaczęli go okładać pięściami... Bąbel zrozumiał w końcu, że to nie przelewki, wyrwał się i zaczął uciekać, krzycząc przy tym przeraźliwie ze strachu... Indianie gonili go wymachując pięściami, umiejętnie przy tym nakierowując na miejsce w którym był zaczajony Krwawy Tomahawk z kilkoma wojownikami... Bąbel przerażony, biegł już bez ociągania, Apacze zwolnili, a następnie pewni już, że więzień nie wróci, poszli do wigwamu Bizoniego Roga, by z innymi wodzami czekać na pojawienie się Krwawego Tomahawka z wieścią o zabiciu Bladej Twarzy...

Stajenny przebiegł kilkaset metrów, gdy nagle został powalony na ziemię... Chciał krzyknąć ze strachu, ale tajemniczy napastnik zasłonił mu usta ręką i wyszeptał ostrzegawczo łamaną polszczyzną:

- Cicho! To ja Bolesław Chrobry. Przybyliśmy by cię uratować!

Słowa Polomancza uspokoiły Bąbla, który dał znać, że nie zamierza już krzyczeć... Następnie obaj oddalili się na południe, gdzie czekał na nich Ciężka Ręka z pozostałymi.

- Biały Skunks przejęty... - oznajmił Chrobry.
- Nam szczęście także dopisało - odparł Ciężka Ręka - Krwawy Tomahawk i Apacze zostali pokonani, a teraz leżą tam przy koniach. Najwyższa pora ruszyć w drogę!

Minęły dwie godziny, w wigwamie wodzowie byli już bardzo zaniepokojeni...

- Coś musiało się stać! - rozpoczął zdenerwowany Bizoni Róg.
- Krwawy Tomahawk dawno już powinien tutaj być! - wtórował mu Cichy Bawół.
- Może ta Blada Twarz zdołała im uciec,a oni puścili się w pogoń? - wysunął przypuszczenie Wielki Łoś.
- Krwawemu Tomahawkowi jeszcze nikt nie uciekł! - powiedział pewnie Ciężki Kamień.
- No, ale jeśli Blada Twarz pobiegła jednak w innym kierunku? - nie dawał za wygraną wódz Apaczów Jicarilla.
- Musimy iść sprawdzić! - zarządził ostatecznie Bizoni Róg.

Po pewnym czasie wodzowie dotarli na miejsce, w którym czatował Krwawy Tomahawk...

- Nikogo tutaj nie ma - zauważył Wielki Łoś - miałem rację, ścigają Bladą Twarz...
- Dziwne... - powiedział po chwili Ciężki Kamień - tu są ślady walki, niemożliwe by ta tchórzliwa Blada Twarz była zdolna do walki...
- Ktoś jej pomógł? - zastanawiał się Cichy Bawół - brakuje trupów, coś się tutaj nie zgadza...
- O świcie dokładnie zbadamy ślady - rzekł Ciężki Kamień - w ciemności nic nie stwierdzimy, cofnijmy się by nie zatrzeć śladów.

Wodzowie wrócili do wigwamu, po czym każdy z nich poszedł na swoje miejsce spoczynku, bowiem do świtu było jeszcze sporo czasu...

Godzinę przed świtem w wiosce zapanowało wielkie poruszenie... Do wigwamu Bizoniego Roga biegło kilku Apaczów, którzy już z daleka wołali, że Blada Twarz uciekła... Kwadrans później Apacze byli już w miejscu, gdzie czatował Krwawy Tomahawk...

- Blada Twarz nie umykała tędy - powiedział po oględzinach Ciężki Kamień, który miał opinię doskonałego tropiciela - wcześniej bowiem natchnęła się na obcych, którzy na nią, jak świadczą ślady na ziemi, napadli. Krwawy Tomahawk i kilku naszych także zostało napadniętych i pokonanych. Nie ma trupów, co znaczy, że napastnicy zabrali ich ze sobą...
- Kim mogli być ci napastnicy? - zapytał Czerwony Ogień.
- Mieli konie, więc...
- Blade Twarze? - syknął Przyczajony Lis.
- Nie - odrzekł Ciężki Kamień - Podejrzewam, że to ci odszczepieńcy...
- A jeśli to jednak inne plemię? - pytał Wielki Łoś.
- Wszystko wyjaśni się niebawem - odparł Ciężki Kamień - musimy ruszyć ich tropem.

Ostatecznie w pogoń za stajennym Bąblem i obcymi wysłano pięćdziesięciu wojowników pod dowództwem wodza Apaczów Mescalero Ciężkiego Kamienia. Reszta wróciła do wioski by wziąć udział w uroczystościach żałobnych. Wielu żałowało w duchu, że nie będzie głównej atrakcji, czyli zamęczenia Bladej Twarzy. Liczono jednak, że wkrótce uda się pochwycić nie tylko Bąbla, ale także obcych Indian, którzy pomogli więźniowi w ucieczce. Po uroczystościach miała zebrać się Rada Starszych by ustalić szczegóły ataku na odszczepieńców (Polomanczów, Germanopaczów i Kozakezów) oraz sprzymierzonych z nimi Bladych Twarzy. Przed samym rozpoczęciem uroczystości przybył Śmiały Lis, wódz Apaczów Mescalero. Ojciec Ciężkiego Kamienia i przybyli z nim wojownicy zostali przywitani z wielką radością w wiosce Bizoniego Roga.


33) Są! - zawołał Mieszko I - Mają Białego Skunksa!
- Dobrze, schodź już na ziemię - krzyknął Bolesław Krzywousty do brata zajmującego stanowisko obserwacyjne na drzewie - Ja biegnę przekazać wiadomość ojcu.

Trzy kwadranse później Ciężka Ręka i Bolesław Chrobry siedzieli już przy ognisku obok Pratelickiego.

- Dobrze się spisaliście. Apacze jednak z pewnością ruszyli w pościg...
- Nie ma co się nimi przejmować ojcze - odparł Chrobry - Ciężka Ręka tak nas prowadził, że muszą zgubić trop.
- Domyślam się, że Ciężka Ręka nie zaniedbał niczego by wyprowadzić wrogów w pole, ale nigdy nie ma zupełnej pewności. Zastanawiam się czy Apacze przejrzą nasz podstęp, że niby uciekaliście z Białym Skunksem na północ, czyli w przeciwnym kierunku niż wioska Polomanczów.
- Ich podejrzenia spadną na plemiona z północy - powiedział z przekonaniem Ciężka Ręka - nie będą ryzykować zatargu z Komanczami, Arikara czy Assiniboinami. Mają teraz jasny cel. Zniszczyć nas!
- Ilu ich dokładnie jest?
- Łącznie z Arapaho i Paunisami naliczyłem prawie 1500 wojowników.
- To wielka siła - zasmucił się Pratelicki - nie mamy z nimi żadnych szans, na jednego naszego przypada siedmiu, ośmiu wrogów! Jedyna nasza szansa to obrona w wiosce Polomanczów, która została wspaniale ufortyfikowana, ale i tak będziemy musieli w końcu ulec przeważającym siłom... Wiadomo, że mamy lepsze uzbrojenie, więcej koni, ale przewaga wroga jest zbyt wielka by mieć jakiekolwiek złudzenia...
- Mamy się poddać ojcze? - zawołał Chrobry.
- Tego nie powiedziałem. Zresztą wtedy i tak nie uniknęlibyśmy śmierci. Lepiej zginąć jak mężczyzna, w walce, z bronią w ręku!
- Dobrze powiedziane! - rzekł zbliżający się akurat Potylicz - Będziemy walczyć, trzeba będzie jeszcze bardziej wzmocnić fortyfikacje w wiosce, poza tym przygotujemy różne "niespodzianki" dla wrogów.
- Jakie? - zainteresował się Pratelicki.
- Wszystko w swoim czasie Janie... - odparł tajemniczo Potylicz - Ale na pewno możemy ich zaskoczyć, nie znają bowiem europejskich sposobów prowadzenia wojen...
- Ojcze! - zawołał Mieszko I - Długa Strzała wrócił!
- Niech przyjdzie - ucieszył się Pratelicki.

Polomancz Długa Strzała opuścił wioskę już jakiś czas temu. Pojechał, jak co roku, spotkać się ze swoim bratem Komanczem Samotnym Wilkiem. Obaj byli synami wodza Komanczów Tłustego Brzucha. Długa Strzała wiele lat temu popadł w niełaskę ojca i został przepędzony z rodzinnej wioski. Młodszy brat był z kolei ulubieńcem ojca i od pewnego czasu pełnił także funkcję wodza.

- Jak spotkanie z bratem? - zapytał na wstępie Pratelicki.
- Dobrze. Posah Tseena (w języku Komanczów - Samotny Wilk) przybył na południe nie tylko na doroczne spotkanie ze mną, ale także z zamiarem zdobycia koni. Na północ coraz częściej docierały wieści o tych zwierzętach. Nasz ojciec nie zabronił mu spotkania ze mną, ale zażądał by bez koni nie wracał.
- Tłusty Brzuch pożąda nasze konie? - zdziwił się Helmuth, który w międzyczasie zbliżył się do ogniska.
- Nie. Samotny Wilk zataił to przed nim. Nawet do Komanczów dotarła już wieść o Hiszpanach i to ich konie chcą posiąść. Powiedziałem też bratu o naszych problemach z Apaczami...
- Mów dalej Długa Strzało - powiedział zachęcająco Pratelicki.
- Chce nam pomóc, a w zamian chce koni Apaczów i udział w łupach.
- Apacze mają raptem kilka koni - wtrącił się Potylicz - czy to zadowoli Samotnego Wilka?
- On wie o tym. Pomoże nam pokonać lub przynajmniej odeprzeć Apaczów, a potem ruszy dalej na południe.
- Ilu wojowników jest z Samotnym Wilkiem? - zapytał Helmuth.
- Czterystu.
- Proponuję przyjąć pomoc Komanczów - odezwał się po chwili namysłu Pratelicki - wciąż będzie nas co prawda zbyt mało wobec liczby nieprzyjaciół, ale obrona wioski wydaje się już znacznie bardziej realna. Zwłaszcza, że mamy przewagę w koniach i broń palną.

Kwadrans później Pratelicki spotkał się na osobności z Potyliczem...

- Doskonale się złożyło panie Michale!
- Też tak myślę. Można ufać tym Komanczom?
- Sądzę, że tak. W końcu ich wodzem jest brat Długiej Strzały. Oczywiście musimy z nimi wypalić fajkę pokoju. Nie chciałem mówić przy Helmucie, bo mógłby to źle odebrać i nawet się obrazić, ale nie tylko moim zdaniem Komancze są znacznie lepsi w walce od Apaczów. Oceniłbym to tak, że 400 Komanczów jest wart tyle co 550-600 Apaczów. Oni po prostu wojnę wyssali z mlekiem matki.
- Nie boisz się Janie, że w przyszłości Komancze, podobnie jak teraz Apacze, zwrócą się przeciw wam?
- Nie można wszystkiego przewidzieć, ale póki co możemy im ufać...
- Słyszałeś, że Tłusty Brzuch wysłał ich po konie... My ich mamy znacznie więcej od Apaczów...
- Samotny Wilk nie wystąpi przeciw bratu...
- On nie, ale jak wrócą do rodzinnej wioski, Tłusty Brzuch może dowiedzieć się od innych o naszych koniach...
- Zobaczymy panie Michale co pokaże przyszłość... Teraz jednak Komancze spadli nam z nieba i byłoby samobójstwem odrzucić ich pomoc...Muszę cię zapytać o coś innego, ale obiecaj, że odpowiesz szczerze...
- Śmiało!
- Co wy właściwie tutaj robicie?

Potylicz popadł w zadumę, ale czuł, że tym razem nie będzie mógł wykręcić się byle czym. Poza tym zdążył już polubić Pratelickiego, więc po namyśle powiedział...

- Wszystko zaczęło się od tego, że do Europy poczęły docierać wieści o hiszpańskich sukcesach w Nowym Świecie, o niezliczonych bogactwach, które zaczęły spływać szerokim strumieniem do Hiszpanii. Złoto, srebro, rozumiesz?
- Doskonale. Polska chce też coś utknąć z tego tortu?
- Właśnie!
- Powiem ci tak panie Michale... My tego nie mamy... To znaczy niektórzy Indianie znają miejsca, gdzie leży złoto... My go nie potrzebujemy... Nie interesowałem się nim w ogóle dotąd... Tutaj o wiele ważniejszy jest koń, broń, kobieta, skóry, futra i to, żeby mieć pełny brzuch.
- Wiem, wiem...
- Kiedyś w potoku przypadkowo znalazłem kilka bryłek złota. Mam je w domu. Nawet nie sprawdzałem czy jest tam tego więcej. Czy o takie skarby wam chodzi?
- Hiszpanie na południu trafili na Azteków i Inków, plemiona te miały wiele złota w swoich miastach. Hiszpanie szybko ich podbili.
- Kto was wysłał? Król?
- W sumie to magnaci, ale za wiedzą i zgodą króla.
- Będą kolejni Polacy?
- Wszystko zależy od tego, jak nam pójdzie. Statek jest w drodze do kraju, chociaż może i już dopłynął na miejsce. Wtedy mają wyruszyć następni. Gdy tutaj dotrą przekażę kapitanowi Rokoszowi listy do króla i magnatów.
- Czyli Polska chce założyć tutaj kolonię?
- Tak...
- Zdajesz sobie sprawę, że wcześniej czy później doprowadzi to do wojny z Hiszpanią?
- Tak. Oni traktują Nowy Świat jako swoją własność...
- A co z Indianami? To przecież ich kraj. Tutaj żyją nie tylko Apacze, Komancze, ale także inne plemiona... Nie będą spokojnie patrzeć, jak zabieracie ich ziemię...
- Wiem Janie, ale taka jest wielka polityka, takie jest życie.
- Indianie kochają wolność, nikomu nie uda się zamienić ich w chłopów... Ani Hiszpanom, ani Polakom...
- Widzę, że okrutnie się zdenerwowałeś Janie...
- Nie... Może trochę. Wolę jednak by w tych stronach osiedlili się moi rodacy niż Hiszpanie... Nawet gdybyście się nie pojawili to prędzej czy później oni by tutaj dotarli...

Wieczorem Długa Strzała sprowadził Komanczów, z którymi wypalono fajkę pokoju. Następnie zaproszono ich wodza Samotnego Wilka na naradę wojenną...

- Proponuję wrócić do wioski - rozpoczął Helmuth - tam będziemy mieli najlepsze warunki by odeprzeć atak.
- Komancze nie będą uciekać przed tym psami Apaczami! - zawołał buńczucznie Samotny Wilk.
- Co więc proponujesz? - zapytał Jurko - Mają przecież przewagę liczebną, nie możemy ich przecież otwarcie zaatakować.
- Jeden Komancz jest więcej wart niż pięciu Apaczów! - powiedział już spokojniej wódz Komanczów - będziemy ich kąsać z ukrycia, a gdy będą już dostatecznie osłabieni, zaatakujemy i zniszczymy, a ich skalpy ozdobią nasze pasy!
- Wiele będzie zależało od taktyki Apaczów - wtrącił się Pratelicki - Jeżeli będą trzymać się razem to taka walka podjazdowa nie przyniesie zbyt wielkich rezultatów. Najlepsze co możemy zrobić to doprowadzić do tego by się rozdzielili i atakować mniejsze grupy. Podstępem można więcej zdziałać niż szaloną odwagą.
- Mój brat dobrze mówi - powiedział Samotny Wilk - Potwierdzają się słowa Długiej Strzały, że jesteś mądrym wodzem i cenisz życie swoich wojowników, by ich niepotrzebnie nie tracić.

Ostatecznie postanowiono obserwować wymarsz Apaczów, czekać na okazję do zaatakowania mniejszych grup, jeżeli by takie oddzieliły się od głównych sił. Gdyby jednak wrogowie jechali wciąż w jednej, wielkiej grupie, przygotowano różne propozycje by to zmienić. Planowano maksymalnie osłabić wroga zanim Apacze dotrą do wioski Polomanczów, gdzie wstępnie miała się odbyć główna bitwa.



34) Bezludna wyspa...

Statki dawno już zniknęły z pola widzenia, ale Janusz Ryś długo jeszcze przeklinał Hiszpanów...

- Co za lebry! Jeszcze was kiedyś dopadnę hiszpańskie zbóje to sobie zapamiętacie, że ze mną lepiej nie zaczynać!

Po pewnym czasie kucharz przestał w końcu wyzywać i zaczął rozglądać się po plaży...

- Muszę najpierw sprawdzić czy tu aby na pewno kogoś nie ma...

Kilka godzin penetracji nie dało żadnych rezultatów...

- Ale mnie załatwili! - denerwował się Ryś - żywego ducha tutaj nie ma! Ba! Nawet żadnego zwierza! Dobrze Pieszczoch, że chociaż ty tu jesteś, bo bym chyba do reszty zwariował!

Pieszczoch to był szczur, którego kucharz oswoił w hiszpańskim lochu, a następnie po kryjomu zabrał ze sobą.

- Nic to! Wieczór zbliża się nieuchronnie, trzeba zabrać się do budowy szałasu. Bo nie wiem jak ty Pieszczochu, ale ja nie zamierzam spać pod gołym niebem. A jutro zwiedzimy dalszą część wyspy. Nawet nie wiem jak jest duża...

Następnego dnia Ryś wyruszył odkrywać pozostałą część wyspy. Okazało się, że aby przejść ją całą - z południa na północ wystarczą dwie godziny. Taka sama, mniej więcej, odległość dzieliła wschodnią plażę od zachodniej.

Kucharz nie natknął się na żadną zwierzynę, nie znalazł nawet jej śladów.

- To nie tylko bezludna, ale i bezzwięrzęca wyspa - wściekał się - tylko ja i ty Pieszczochu, nikt więcej.

Penetracja wyspy okazała się bardzo czasochłonna i do wieczora pozostały raptem dwie godziny. Zaraz potem Ryś natknął się na mały strumień...

- No to Pieszczochu - rzekł z uśmiechem - przynajmniej z pragnienia nie umrzemy. Gorzej z jedzeniem. Ty to nie będziesz miał problemu, zawsze coś tam sobie skubniesz, ale ja? Nie będę przecież jadł kory drzew i tym podobnych rzeczy.

Wtem w głowie Rysia zaświtała myśl. Ryby! Jak nie w strumieniu, to w oceanie! Ba! Ale jak je złapać? Nie miał nic poza własnymi rękami. Natychmiast ruszył na poszukiwanie czegoś użytecznego do połowów. W międzyczasie przypadkiem natknął się na ... palmę kokosową. Zainteresowały go dziwne kształty owoców rosnące na tych drzewach. Oczywiście nie mógł wiedzieć, że to są kokosy, bo nie widział ich nigdy wcześniej.

- Może to da się zjeść? - zastanawiał się - Tylko jak tam się wdrapać? To jakieś dziwne drzewo jest...

Po chwili postanowił nazbierać trochę kamieni i za ich pomocą spróbować strącić owoce na ziemię. Po wielu próbach udało mu się w końcu zrzucić jeden kokos.

- Co to jest do diabła? Jak to coś ugryźć do licha ciasnego?!

Długo oglądał kokos z każdej strony i po jakimś czasie zaklnął straszliwie...

- Tyle czasu zmarnowałem do pioruna jasnego, żeby jakieś kamienie z drzewa zrzucić! Co to za kraj, że zamiast owoców kamienie na drzewach rosną?!

Wściekły wziął kokos i rzucił go z całej siły w pobliską skałę... Jakież było jego zdziwienie, gdy "kamień" pękł, a ze środka wylewać się zaczęła biała ciecz...

- A to co znowu do diaska? - zdziwił się okrutnie - czary jakieś czy jaki pierun? E! Co robisz?

Pieszczoch pobiegł w kierunku kokosa i zaczął pić białą ciecz przypominającą mleko, a następnie wzgryzł się w miąższ...

- Skoro ty to jesz... to musi być dobre, a przede wszystkim nie trujące. Dawaj kawałek!

Ryś wziął do ręki część kokosa i także zaczął jeść.

- Żeby to jakieś nadzwyczajnie dobre było to bym nie powiedział, ale na pewno lepsze to niż korzonki. Ale jutro to już muszę jakąś rybę złowić, bo jaroszem to ja na pewno nie zostanę! Poza tym nie godzi się jeść chrześcijaninowi spożywać żywności nieznanego pochodzenia...

Następnego dnia, po wielu próbach, udało mu się złapać niedużą rybę w strumieniu. Ale zanim ją zjadł musiał jeszcze stracić sporo czasu na rozpalenie ogniska. W końcu, po dłuższym czasie, zdołał wykrzesać iskrę i ognisko było gotowe. Ile jednak padło przekleństw podczas tej czynności tego nie sposób nawet opisać.

Ryś zjadł niemal całą rybę, resztkami nakarmił Pieszczocha, ale nadal był głodny...

- Przeklęci Hiszpanie! - mamrotał pod nosem - Myślą pewnie, że umrę tutaj z głodu! Nie doczekanie ich! Szkoda, że nie mam tutaj żadnych narzędzi, bo wtedy zbudowałbym łódź i odpłynął z tej wyspy! Nie wiedzą dranie z kim zadarli! Kiedyś się stąd wydostanę, a wtedy biada im! Zemsta będzie słodka!

Nagle uwagę kucharza przyciągnął krzak odległy raptem może o kilkanaście metrów...

- Wyłaź z krzaków! - ryknął Ryś - bo łeb rozwalę!



35) Kuba

- Panie admirale... - nieśmiało zaczął służący wchodzący do gabinetu.
- Co jest?! - zapytał obcesowo Javier Hernandez Belicarez.
- Przybyli cyrkowcy z Europy...
- Doskonale! Przyda nam się trochę rozrywki na tym odludziu.
- Czyli mam im powiedzieć, że mogą wystąpić?
- Chyba jasno się wyraziłem Miguel?! Po obiedzie, na dziedzińcu.
- Dobrze panie admirale.

Zbliżający się występ cyrkowców zelektryzował wszystkich mieszkańców Kuby, każdy bowiem pragnął zaznać choć odrobinę rozrywki. Cyrkowców było trzech. Grupie przewodził Anglik Tom Michael, towarzyszyły mu dwie kobiety: pół Angielka pół Włoszka Kate Italian i Włoszka Malwa Topollani. Występ trwał ponad dwie godziny, widzowie bawili się znakomicie podziwiając kunszt i zręczność cyrkowców. Oklaskom nie było końca. Po zakończeniu admirał Belicarez kazał przywołać szefa grupy...

- Wystąpicie też jutro? Dobrze zapłacę...
- Stanie się według twojego życzenia admirale.

Belicarez poszedł do swojego gabinetu bardzo zadowolony, że jutro także będzie miał okazję obejrzeć występ cyrkowców. W jego głowie powoli rodził się szatański plan. Nie ukrywał przed samym sobą, że wpadły mu w oko obie artystki. Wyraźnie zaczęła nim kierować żądza by je posiąść. Nie mógł jednak otwarcie ich pojmać, nawet nie ze względu na swoich poddanych, bo z tymi akurat nie liczył się zbytnio, ale ze względu na obecność córki.

- Do diabła! Mogłem ją odesłać wcześniej do matki w Hiszpanii!

Błyskawicznie postanowił działać. Udał się pośpiesznie do pokoju córki...

- Dolores!
- Tak ojcze?
- Nie tęsknisz za matką?
- Tęsknię, ale chciałabym jeszcze z tobą trochę pobyć... Chcesz mnie odesłać, tak? Czym cię rozgniewałam?
- Niczym. Serce mi się kraje na tę myśl, ale niedługo będę musiał na pewien czas opuścić Kubę, a ty nie będziesz mogła udać się ze mną, gdyż to zbyt niebezpieczne...
- Poczekam więc aż wrócisz....
- To nie nastąpi aż tak prędko córko.
- Co zatem proponujesz ojcze?
- Za dwa dni odpływa statek do Hiszpanii, musisz nim popłynąć... Obiecałem twojej matce, że będziesz bezpieczna, a nie będę tego mógł zagwarantować nie przebywając na Kubie, zwłaszcza że odpłynę z dużą częścią wojska.
- Szkoda ojcze, że muszę tak prędko wracać, ale oczywiście podporządkuję się twojej woli.
- Wrócisz za pół roku, zapraszam cię już teraz...
- Czy matka także będzie mogła wtedy przypłynąć?
- A ona tu czego?! Jeszcze by tego brakowało!

Na tym skończyła się rozmowa, Dolores była smutna, że musi już wracać do Europy, była też zła, że nie zobaczy tak długo włoskiego medyka Faraciniego, który udał się na wyprawę pod dowództwem Jose Manuela Bakulerosa i Pablo Vincento Magierosa. Czuła, że młody Włoch nie jest jej obojętny, ale nie wiedziała jeszcze czy to jest miłość czy inne, mniejsze uczucie. Pocieszała się, że gdy wróci na Kubę za pół roku to on pewnie też wróci z wyprawy. Była też trochę zła na ojca, że po raz kolejny odtrąca jej matkę, która wciąż była jego prawowitą małżonką.

Belicarez tymczasem ułożył plan do końca. Do momentu wyjazdu córki postanowił nie podejmować żadnych kroków co do grupy cyrkowców. Póki co musiał tylko nie dopuścić do tego by opuścili Kubę, ale to akurat wydawało się prostym zadaniem. Widział bowiem błysk w oku Michaela, gdy mu oświadczył, że dobrze zapłaci. Jutro więc Anglik otrzyma propozycję kolejnego występu...

Cyrkowcy zostali zakwaterowani w pokojach oficerów, którzy wyruszyli na wyprawę.

- Nie wiem czy dobrze zrobiłeś - mówiła Kate do Michaela - to trochę nam komplikuje plany...
- Łatwo powiedzieć - odparł zagadnięty - ciężko byłoby odmówić admirałowi... zwłaszcza, że obiecał dobrze zapłacić.
- Ja myślę, że dobrze zrobiłeś - poparła go Malwa - gdybyś odmówił to admirał mógłby się jeszcze obrazić, a tak zdobędziemy jego zaufanie i przychylność. To ostatnie nawet już zdobyliśmy, bo nas zakwaterowali w pokojach oficerskich, a nie tak jak zwykle w pomieszczeniach dla służby. No i jeszcze dobrze zapłaci...
- To akurat jest mniej ważne - odparła Kate - lepiej chodźmy już spać, późno się zrobiło, a jutro musimy być w formie.
- No właśnie Tom - zaśmiała się Malwa - zmykaj do swojego pokoju.





36) Ekspedycja hiszpańska na kontynencie północnoamerykańskim.

- Co proponujesz Jose? - zagadnął Jose Manuel Bakuleros Fortezesa.
- Musimy odnaleźć tych Polaków i rozprawić się z nimi.
- Nie wiadomo ilu ich jest i jak są uzbrojeni. Bo od tego jeńca w normalny sposób nie dowiemy się tego, a wykorzystaniu moich metod sprzeciwia się Madeiros.
- Wyślijmy grupy zwiadowcze we wszystkich kierunkach, bo póki co nie wiemy nawet gdzie się udali. Ślady dawno już zatarte, chyba że natkniemy się na pozostałości po ich tymczasowych obozach. Poza tym może też okazać się, że są całkiem niedaleko...
- Wydam odpowiednie rozkazy. Może uda natknąć się na tubylców? Przybycie Polaków nie mogło przecież ujść ich uwadze.
- Warto spróbować.
- Zajmiemy się jeszcze tym jeńcem? Może każę Faraciniemu naszprycować go jakimiś świństwami? Wtedy zacznie wreszcie mówić!
- Lepiej nie, Madeiros nie odstępuje go na krok.
- Do stu diabłów! Przecież to jest jakiś chory układ, że my jako dowódcy musimy liczyć się z jakimś strażnikiem!
- On jest ulubieńcem Belicareza, a wiesz jak admirał jest poważany wśród żołnierzy. Nie radzę!

Grupy zwiadowcze zostały wysłane. Powróciły dzień później, ale nie udało im natrafić ani na żadne ślady Polaków, ani też na ludność tubylczą.

- Niemożliwe, żeby te tereny były kompletnie niezamieszkane! - denerwował się Bakuleros.
- Spokojnie - wtrącił się Pablo Vincento Magieros - nie rozumiem czemu tak się uparliście by szukać tych Polaków. Proponuję marsz w głąb lądu, główna grupa musi być stale osłaniana przez patrole krążące po każdej stronie. Gruntowna penetracja okolicy musi przynieść w końcu efekty.
- Masz rację Pablo - skwitował Fortezes - nie ma co zawracać sobie głowy tymi Polakami. Poznajmy dobrze okolicę, a przyjdzie moment, że natrafimy i na tubylców i na Polaków. Wszystko w swoim czasie. Pamiętajcie, że Belicarez pragnie przede wszystkim złota i srebra, a nie tego byśmy uganiali się za Polakami.
- A jeśli - zastanawiał się Magieros - oni znaleźli już złoto?
- To im je odbierzemy! - zawołał Bakuleros - a ich skrócimy o głowę, ha ha ha.
- Czyli ruszamy jutro, tak? - zapytał Fortezes.
- Ruszamy! - wrzasnął dziko Bakuleros.
- W jakim kierunku?
- Hmm... Ruszajmy na północ, coś czuję, że te dranie też się tam wybrały...

Godzinę później cały obóz zapadł w sen, poza strażami co oczywiste. Nie spał także kapitan Wilhelm Rokosz, który był coraz bardziej przygnębiony, że Hiszpanie odnaleźli miejsce lądowania jego rodaków, ale najgorsze jest to, że on może ich w żaden sposób ostrzec przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Zaczął się ruszać w różnych kierunkach, sprawdzając czy na pewno więzy są tak samo mocne w każdym miejscu. Był zdeterminowany, żeby jak najszybciej odzyskać wolność i powiadomić Michała Potylicza o Hiszpanach.

- Nie trudź się - wycedził przez zęby Pablo Madeiros - więzy są mocne, niepotrzebnie tylko się męczysz...

Rokosz przestał się szamotać nie chcąc by strażnik wstał i sprawdził, ewentualnie poprawił, więzy. Czuł bowiem, że trochę się poluzowały i gdyby przez kilka godzin nikt mu nie przeszkadzał byłaby szansa na ich zrzucenie i upragnioną ucieczkę. Postanowił odczekać dłuższy czas, by Hiszpan zasnął i dopiero wtedy przystąpić do działania. Po upływie trzech kwadransów znowu zaczął "pracować" nad więzami, czuł że niedługo uda mu je zrzucić. Nadzieje te okazały się jednak płonne, Madeiros musiał coś usłyszeć, bowiem w pewnym momencie powstał i podszedł do niego.

- Mówiłem, żebyś się nie trudził przecież - rzekł poprawiając więzy - a tak to tylko się namęczysz i obaj nie śpimy. Ucieczki ci się zachciało, tak? O! Niedoczekanie twoje! Madeirosowi jeszcze nikt nie uciekł! Nie graj ze mną, bo cię tak zwiążę, że ruszyć się nie zdołasz!

Rokosz był zrezygnowany, wiedział że tej nocy nie ma już żadnych szans na ucieczkę. Madeiros był bowiem bardzo czujny. Długo jednak nie mógł usnąć, wyobrażał sobie atak Hiszpanów na zaskoczonych, niespodziewających się niczego Polaków. W pewnym momencie poczuł, że ktoś go dotyka i uwalnia z krępujących więzów. Tajemnicza postać ostrożnie wyprowadziła go poza obóz. Kapitan dopiero po dłuższej chwili rozpoznać włoskiego trubadura Camille Steckoziniego.

- Dlaczego mi pomagasz? - zapytał zaskoczony Rokosz, gdy już znaleźli się w bezpiecznej odległości od obozu.
- Nie lubię Bakulerosa - odparł chłodno Włoch, a po chwili dodał - za tamtym drzewem znajdziesz konia. Wsiadaj i umykaj, bo do świtu już niedługo, a poza tym Madeiros może w każdej chwili się przebudzić. Powodzenia!
- Dzięki! Niech cię Bóg błogosławi trubadurze!

Steckozini pośpiesznie wracał do obozu, by nikt nie zauważył, że mógł pomóc więźniowi w ucieczce.

- Wszystko widziałem! - usłyszał nagle za sobą.
- Faracini! Ale mnie wystraszyłeś! Chyba mnie nie zdradzisz i nie powiesz Bakulerosowi?
- Nie bój się, też za nim nie przepadam. Gdyby się dowiedział to by cię zabił. W sumie to nawet dobrze, że uwolniłeś tego Polaka, bo Bakuleros chciał żebym go szprycował ... różnymi takimi... no, nie będę ci dokładnie tłumaczył, bo i tak nie wiesz. Chodzi o to, żeby więzień zaczął mówić. Takie tam eksperymenty...
- Kiedyś będą następni więźniowie...
- Wiem i niepokoi mnie to bardzo. Jestem medykiem, a nie katem! Mam leczyć, a nie robić takie rzeczy...
- Co tutaj w ogóle robiłeś? - zmienił temat Steckozini.
- Nie mogłem spać...
- Wciąż myślisz o Dolores?
- Yhm...
- Wracajmy do obozu, bo wkrótce zauważą, że więzień uciekł.



37) Gdańsk.

Wczesnym rankiem u Donieckiego pojawił się angielski tropiciel Martin  Swayze.

- I co? Znalazłeś rycerza Krzysztofa?
- Tak!
- Doskonale. Gdzie jest?
- Prusacy pojmali go, trzymają go pod Gdańskiem, starej szopie.
- Ilu ich jest?
- Sześciu.
- Weź piętnastu ludzi i jedźcie go uwolnić.
- Co mamy zrobić z Prusakami?
- Hmm... Poturbujcie ich porządnie i tyle. Niepotrzebni nam kolejni jeńcy. Niedługo ruszamy. Aha, koniecznie weź ze sobą starszego Światłoniewskiego, niech się wyszumi.

Kwadrans później Swayze z grupą szlachty jechał uwolnić rycerza Krzysztofa.

Rycerz przetrzymywany był starej szopie...

- Słuchaj no gagatku! - denerwował się kapitan Von Kruge - mieszasz się w zeznaniach! Kręcisz coś! Kiedy ma nastąpić atak na Prusy? Kiedy wybuchnie powstanie?
- Mówiłem już przecież - odparł znudzony Krzysztof - nie ma jeszcze decyzji, o wszystkim decyduje król, a nie ja przecież.
- Ktoś wam musi pomóc w Prusach - zastanawiał się Prusak - powiedz kto, zdradź wszystkie kontakty! Pamiętaj, że tylko współpracą z nami zapewnisz sobie przeżycie!
- Nie wiem. Tylko Doniecki jest wtajemniczony w takie szczegóły...
- Zaraz sobie przypomnisz jak dostaniesz solidną porcję batów! Moja cierpliwość się już kończy! Przyjdę tutaj za godzinę i jak dalej nic nie powiesz to żarty się skończą. Oddam cię w ręce Brennera, a on już z ciebie wyciśnie co trzeba!

Rycerz Krzysztof od samego początku niewoli u Prusaków postanowił trzymać się wersji, którą wymyślił Doniecki, a którą już raz sprzedał Prusakom. Czyli, że Doniecki i jego ludzie popłyną statkiem do Prus by wywołać tam powstanie przeciw Hohenzollernowi.

Tymczasem Swayze z pozostałymi znalazł się w pobliżu szopy.

- Atakujemy? - zapytał Baliczenko.
- Nie. Byłem tutaj wieczorem, więc najpierw trzeba sprawdzić czy nadal jest ich tylko sześciu.
- Co za różnica? - dziwił się Kozak - wpadamy znienacka i tniemy co pod szablę podlezie!
- Spokojnie - tłumaczył Anglik - a jak w międzyczasie przybyło tutaj więcej Prusaków? Co wtedy? Wielu z nas może zginąć!
- Dla nas śmierć niestraszna! - wtrącił się Kotaszenko - jak się boisz to zostań tutaj, a my sami ich załatwimy z Baliczenką!
- Obaj dawno nikogo nie zabili - wyjaśniał Anglikowi Kaczmarenko - dlatego tak ochoczo rwą się do walki.
- Doniecki mówił, żeby ich tylko porządnie poturbować, a nie zabijać...
- E tam, a co to za różnica? - żachnął się Baliczenko.
- No, zasadnicza...
- Cicho! - syknął Krzysztof Połniakowski - pogadać sobie przyszliście czy co? Co proponujesz Swayze?
- Podkradnę się i dokładnie ich policzę. Jeżeli będzie ich faktycznie tylko sześciu wtedy podejdziemy po cichu pod szopę i zaatakujemy ich. Mamy przewagę, więc powinni się poddać.
- No i tak zrobimy - zgodził się Połniakowski - Idź!

Kilka minut później Anglik znalazł się przy szopie, przez szpary dostrzegł rycerza Krzysztofa, który był przywiązany za ręce do belki umiejscowionej na poddaszu. W szopie było pięciu Prusaków, szósty pełnił wartę przed szopą.

- I co? - zapytał wracającego tropieciela Połniakowski.
- Sześciu.
- No to podchodzimy.
- Najpierw, po cichu, trzeba zdjąć wartownika.
- Dobrze, biorę go na siebie.
- Pójdę z tobą - zaoferował się Pastuszenko.
- Poradziłbym sobie - rzucił Połniakowski - ale dobrze, będziesz mnie asekurował.

Nagle z szopy doszedł krzyk...

- To rycerz - stwierdził Piotr Górecki - kiedyś tak samo wołał przez sen.
- Biją go - dodał Swayze - ruszamy!
- Ja bym poczekał z kilka minut - wtrącił Jakubiczenko - zarozumiały strasznie jest, jak trochę oberwie to mu wyjdzie na zdrowie...

Złośliwa sugestia Jakubiczenki nie znalazła jednak zrozumienia u pozostałych. Chwilę potem Połniakowski unieszkodliwił strażnika i cała grupa znalazła się pod szopą.

- Wchodzimy! - rozkazał Swayze.

Prusacy byli tak zaskoczeni, że nie próbowali nawet stawiać oporu. Szybko zostali rozbrojeni i skrępowani. Uwolniono rycerza, który nie skąpił podziękowań.

- Swayze! - zawołał Kotaszenko.
- Co jest?
- Wiesz co!
- No przecież nie będziemy ich zabijać, poddali się w końcu!
- Zgoda, jakoś to przeżyję, że nikogo nie zabiję, ale sam mówiłeś, że Doniecki kazał ich porządnie poturbować.
- Tak mówił.
- Chcę ich poturbować!
- Ja też! - wrzasnął z dziką radością Baliczenko.
- I ja!
- Związani są przecież... Tak się nie godzi... - dziwił się tropiciel.
- To się ich rozwiąże - ryknął śmiechem Kotaszenko.
- A ja - wtrącił się Jacek Światłoniewski - zajmę się tym co bił rycerza, ha ha ha.
- To już po nim! - skomentował to Czarnienko.
- Róbcie co chcecie, ja w tym nie uczestniczę - powiedział Swayze i wyszedł z szopy.

Nie wszyscy chcieli uczestniczyć w biciu Prusaków. Ostatecznie w szopie pozostali Kozacy Kotaszenko i Baliczenko, którzy po kolei bili Prusaków oraz starszy Światłoniewski, który przywiązał Brennera dokładnie w ten sam sposób, w jaki on wcześniej rycerza Krzysztofa i zaczął go okładać batem. Po godzinie trójka wyszła z szopy pozostawiając w środku szóstkę skatowanych Prusaków. Następnie cała grupa udała się w drogę powrotną do karczmy "Pod Złotym Bocianem".


38) Gdańsk.

Wielka była radość Donieckiego na widok rycerza Krzysztofa i pozostałych, którzy zjawili się w karczmie "Pod Złotym Bocianem" cali i zdrowi.

- Cieszę się rycerzu, że się odnalazłeś! Nic ci nie jest?
- Strasznie mnie torturowali, ale byłem dzielny i nic ze mnie nie wydusili...
- Też mi tortury! Raptem dwa razy batem dostałeś... - wtrącił złośliwie Jakubiczenko.
- Widzę, że - zaśmiał się dowódca - nadal sobie słodzicie panowie... Najważniejsze, żeś żyw rycerzu, a i pozostali uszczerbku żadnego nie zaznali.

Po tych słowach Doniecki dał znać by Tomasz Szlachtowski i Mariusz Roch Kowalski poszli za nim.

- Pojedziecie zaraz na skład do Schyldera. Macie tutaj listę co trzeba zamówić. Ceny dobre uzgodnijcie, a właścicielowi powiedzcie, żeby to wszystko było gotowe za dwa dni. Ja tymczasem jadę do portu, jeszcze raz obejrzeć statek i porozmawiać z kapitanem. Gdy transporty od Schyldera zaczną nadchodzić do portu chcę byście tam byli i wszystkiego dopilnowali. Raz by sprawdzić czy Schylder wysyła co trzeba, dwa bo nie ufam temu holenderskiemu kapitanowi.

Gdy wyszli z pokoju Donieckiego Szlachtowski poczuł, że ktoś chwyta go za rękę. Zaskoczony rozpoznał szlachciankę Andżelikę Koszyńską.

- Proszę za mną panie Tomaszu...

Po chwili znaleźli się w jej pokoju...

- Nie godzi się tak wchodzić do komnaty niewiasty - powiedział zawstydzony Szlachtowski.

Kowalski, bo poszedł z ciekawości za nimi, uśmiechnął się tylko i czekał na dalszy rozwój wypadków...

- Zaraz panom wszystko wyjaśnię... Panie Tomaszu pamiętasz naszą wczorajszą rozmowę?
- Coś tam pamiętam - wybełkotał zaskoczony Szlachtowski.
- A to, że spełni pan każde moje życzenie?
- No tak, ale to jeszcze zależy jakie...
- Już wyjaśniam. Mój kuzyn, a wasz dowódca, nie chce zgodzić się na mój udział w wyprawie. To jest moje życzenie!
- ???
- Wycofujesz się waćpan?
- ??? - Szlachtowski zbladł straszliwie, nie mógł wymówić słowa, ale w końcu wypalił - To... to... niemożliwe!

Szlachcianka spojrzała na niego takim wzrokiem, że poczuł uginanie nóg...

- Doniecki mnie zabije, jak się o tym dowie... Proś o co chcesz, ale nie o to!
- Dowie się już na miejscu jak nas wszystkie zobaczy...
- Na miejscu? Wszystkie?
- Pokażcie się waćpanny!
- ???

Z sąsiedniego pomieszczenia wyszły trzy kobiety...

- Od prawej Kinga Kabatowska, Anna Żbikowska i Agnieszka Dębowska.
- Oszalałyście waćpanny! - zawołał Szlachtowski.
- Ciszej panie Tomaszu, bo jeszcze kuzyn usłyszy...
- Za mąż wam iść i dzieci rodzić - wtrącił się Kowalski - a nie szukać przygód Bóg wie gdzie!
- To jak będzie panie Tomaszu - kontynuowała Koszyńska - Jak się nie zgodzisz to obiecuję, że do końca życia słowem się do waćpana nie odezwę!

Szlachtowski nie był przygotowany na taki szantaż, czuł że zaczyna powoli ulegać, ale zdecydował się jeszcze odpowiedzieć w miarę stanowczym tonem.

- Nie mogę!

Szlachcianki odwróciły się do ściany i zaczęły płakać. Trwało to wszystko dłuższą chwilę, w końcu Szlachtowski zwrócił się do Kowalskiego.

- Ratuj przyjacielu! Co mam robić? Co mam robić?
- Rób co chcesz, jak to się wyda, a bądź pewien, że się wyda, to ja o niczym nie wiedziałem, rozumiesz?
- Jak to sobie wyobrażasz Andżeliko? - zapytał Szlachtowski.

Koszyńska odwróciła się i odparła z uśmiechem...

- Normalnie. Schowamy się w waszej kajucie i wysiądziemy dopiero na miejscu. Nie bój się, ubłagam potem Jerzego, żeby wam nic nie zrobił...
- Przypominam, że ja o niczym nie wiem - żachnął się Kowalski.
- Jak to w naszej kajucie? - zdziwił się Szlachtowski - skąd wiadomo, że będziemy mieć kajutę i ilu nas w niej zakwaterują?
- Kuzyn mówił mi, że na statku jest wiele kajut, spokojnie wystarczy by w każdej umieścić dwóch szlachciców.
- Ale nas będzie szóstka! Jak to sobie wyobrażacie?
- Normalnie. Pomieścimy się...

Obaj szlachcice wychodzili z pokoju z bardzo nietęgimi minami...

- Jak mogłeś się na to zgodzić? Przecież to szaleństwo! Wyda się prędzej czy później!
- Hmm, nie wiem, jak słyszę kobiecy płacz to nie mogę się sprzeciwić...
- One płakały na zawołanie głupcze! Ja o niczym nie wiem, pamiętaj!

Godzinę później obaj dotarli do składu Niemca Martina Schyldera. Długo nie mogli nikogo znaleźć.

- Dziwne. Nikogo nie ma... - zastanawiał się Kowalski.
- Halo! - zawołał Szlachtowski - Jest tu kto?

Za rogu ukazał się jakiś człowiek...

- Nie trzeba tak krzyczeć, głuchy nie jestem! Słucham, w czym mogę pomóc? Rafał Kafałkowski jestem.
- My od Donieckiego, duże zamówienie chcemy złożyć.
- To najlepiej prosto do Schyldera, duże zamówienia on sam realizuje.
- Gdzie jest?
- Wróci za godzinę.
- Szkoda nam czasu. Może ktoś nam poda chociaż wstępne ceny?
- Ja już kończę pracę na dzisiaj, od wstępnych cen jest Stanisław Jochymowski.
- A on gdzie jest?
- Stanisław! Stanisław!
- Co znowu? - wyglądnęła jakaś postać na samym końcu magazynu.
- Klienci od Donieckiego przyszli.
- Niech poczekają, zajęty na razie jestem! - odparł Jochymowski i wrócił w to samo miejsce z którego się wyłonił.
- Musicie poczekać - powiedział Kafałkowski - innego klienta jeszcze ma.
- Ja już czekam przeszło godzinę... - wtrącił inny mężczyzna.
- A pan to kto? - zapytał Kowalski.
- Wojciech Kaliski. Zboże przywiozłem na skład...
- Spokojnie tam! - zawołał Jochymowski - zaraz przyjdę, nie rozdwoję się przecież! Trochę cierpliwości! Pilne sprawy mam!

Powiedziawszy to wrócił do stołu przy którym siedział ze szlachcianką Agatą Piątkowską.

- Kto teraz rzuca pani Agato? Pograć człowiekowi w kości nawet nie pozwolą! Co za czasy!
- Teraz pan rzuca.

Jochymowski potrząsnął kośćmi i rzucił. Wypadły dwie jedynki...

- Szlag by to trafił! Znowu przegrałem! To wszystko przez nich, bo się człowiek śpieszy!
- Kiedy rewanż?
- No jak to kiedy? Od razu!
- A klienci?
- Co klienci? Niech czekają!

Minął kwadrans, potem drugi...

- Zaraz tam pójdę po niego! - wściekał się Kowalski - za uszy go tutaj przyprowadzę!

Kowalski już powoli kierował się w stronę, gdzie urzędował Jochymowski, ale niespodziewanie pojawił się Schylder.

- Witam waszmościów!

Kupiec najpierw musiał wysłuchać pretensji, następnie przeprosił i powiedział:

- Panie Kaliski! Zboże niech rozładują tam, gdzie zwykle. No przecież nie pierwszy raz jest pan u nas!
- No dobrze, ale byliśmy też umówieni na zaległą zapłatę!
- Czy ja panu kiedykolwiek nie zapłaciłem? Niech rozładują, załatwię tutaj z panami i będzie rozliczenie.

Kaliski z oporami, ale wyszedł i kazał swoim ludziom rozładowywać zboże...

- Dajcie listę panowie... No... widzę, że konkretne zamówienie. Na kiedy?
- Doniecki chce, żeby transporty poszły do portu za dwa dni...
- Nie ma żadnego problemu... Zaraz uzgodnimy ceny i wszystkie szczegóły.

Targi trwały długo, ale wreszcie strony osiągnęły konsensus i obaj szlachcice udali się w powrotną drogę do karczmy. Schylder rozliczył się szybko z Kaliskim, po czym ruszył na koniec składu... Zjawił się akurat w momencie, gdy gra już była zakończona, a Piątkowska zbierała się do wyjścia... Gdy wyszła ruszył na Jochymowskiego.

- Tyle razy ci mówiłem, że klient jest najważniejszy! Kaliskim się nie przejmuję, że czekał, ale ludzie Donieckiego przynieśli wielkie zamówienie, a ty sobie w kości z Piątkowską grasz? Łotrze, nikczemniku jeden, z torbami nas puścisz!
- E, tam, nic się znowu takiego nie stało...
- Nic się nie stało?! Dawaj te kości! A jak Piątkowską jeszcze raz tu zobaczę to popamiętasz!

Tymczasem Doniecki dotarł do portu, wypatrzył go z daleka kapitan Dirk Van Krupenhoff i zszedł ze statku na powitanie kłaniając się nisko...

- Statek doprowadzony do porządku? - zapytał na wstępie Doniecki.
- Oczywiście, jeszcze kończą sprzątanie, ale zmienił się nie do poznania... Zapraszam na pokład.

Gdy nań weszli, Doniecki z zadowoleniem zobaczył błyszczący się w słońcu pokład...

- No i co? Można? Jak się chce... Co to za ludzie są?
- Wynająłem ich, specjalizują się w sprzątaniu okrętów...
- No i widać efekty! A kajuty?
- Jeszcze sprzątają...
- Dobrze, chodźmy popatrzeć...

Już w pierwszych kajutach natknęli się na Katarzynę Madejską i Annę Hynowską...

- To są właśnie te panie, które mi tak pomogły...
- Witam, no widzę, że wykonałyście tutaj kawał dobrej roboty... nie poznaję tego statku, a byłem tu niedawno...
- Staramy się - odparła z uśmiechem Madejska.
- Dbamy o klienta, bowiem wiele zleceń dostajemy właśnie z poleceń - dodała Hynowska.

Doniecki sprawdził też inne kajuty i pomieszczenia, zaglądnął wszędzie i był bardzo zadowolony z efektów.

- Proszę panie Van Krupenhoff - powiedział na zakończenie - oto zasłużona zaliczka. Za dwa dni przyślę tutaj swoich ludzi, załadunek się zacznie, niedługo wypływamy!

Gdy tylko Doniecki oddalił się, Holender podszedł do obu kobiet...

- No i co? Mówiłem, że będzie zadowolony. Proszę oto połowa wynagrodzenia...
- Dlaczego tylko połowa? - warknęła Madejska.
- Jeszcze wam trochę przecież zejdzie. Jak skończycie dostaniecie resztę.
- Niech będzie!
- Jakiś problem szefowe? - zapytał zza drzwi wysoki mężczyzna.
- Nie, Czarny Maliku - powiedziała Hynowska  - Jak wam idzie?
- Ja już skończyłem, ale Morawiec i Wiecha jeszcze nie, pomogę im.
- Dobrze, tak zrób.
- Aha, Alfreda was prosi pod pokład, bo nie wie co ma dalej robić...
- Już tam zejdziemy.

Kapitan poszedł do swojej kajuty, a obie kobiety zeszły pod pokład.

- Co się stało Alfredo? - zapytała Madejska.
- Kończę już, ale tam na końcu jest jeszcze jedno pomieszczenie, nikt tam nie sprzątał, śmierdzi stamtąd strasznie, ale wejść się nie da, bo zamknięte na klucz...
- Idę zapytać Holendra. Zaraz to otworzymy. Ania, zobacz może uda wam się tam wejść.

Hynowska podeszła bliżej, próbowała otworzyć, ale po chwili zrezygnowała...

- Nie da rady, trzeba kluczem...
- Pani Anno...
- Tak, Alfredo?
- Śmierdzi stamtąd strasznie i jakieś dziwne dźwięki dochodzą... Jakby jakieś stękanie... Brrr...
- Tam nie sprzątać! - krzyczał z daleka Van Krupenhoff.
- Dlaczego? - zapytała Hynowska - Śmierdzi okropnie przecież!
- Nie sprzątać! Dobrze jest!
- Jak pan chce...




39) Kontynent północnoamerykański.

Apacze wraz ze sprzymierzonymi z nimi Paunisami i Arapaho wyruszyli z wioski Bizoniego Roga. W przeciwieństwie do pierwszego ataku na wioskę Polomanczów tym razem nie zaniedbali żadnych szczegółów i wysłali wcześniej zwiadowców. Nic dziwnego zważywszy na nauczkę jaką otrzymali za pierwszym razem.

- Co robimy ze zwiadowcami? - zapytał Helmuth Michała Potylicza - Zdejmujemy czy pozwolimy im podejść pod wioskę?
- Skoro zamierzamy ich nękać w drodze to nie ma potrzeby przepuszczać zwiadowców. Trzeba ich pojmać. Przepuszczenie ich do wioski miałoby sens tylko wtedy, gdybyśmy od razu założyli, że tam się bronimy.
- Zawiadomię zatem Janka, żeby ich pojmać.

Marsz Apaczów przebiegł bez większych zakłóceń do samego wieczora. Druga strona wyczekiwała na ewentualne odłączenie się mniejszej grupy od głównych sił by ją łatwo zniszczyć...

- Cały czas idą zwartą grupą... - narzekał Jurko.
- Będziemy ich niepokoić w nocy? - zapytał Helmuth.
- Oczywiście. Dobrze się stało, że założyli obóz nad rzeką, przejdziemy na drugą stronę, a gdy zasną zasypiemy ich gradem strzał - wyjaśniał Potylicz.
- Jestem tego samego zdania co mój biały brat - przyklasnął z zadowoleniem Samotny Wilk wódz Komanczów - Trzeba ich ciągle nękać i męczyć!
- Gdy zaatakujemy to oni nie przeprawią się przez rzekę? - zastanawiał się Jurko.
- W ciemnościach? Nie odważą się, nurt rzeki jest zbyt silny - wyjaśnił Helmuth.
- Przejdą rano - powiedział Potylicz - Być może uda się ich wciągnąć w pułapkę...

Punktualnie o północy na obóz Apaczów zaczęły spadać strzały. Chwilę później rozległo się wściekłe wycie Indian, co zwiastować mogło tylko, że część strzał dotarła do celu. Po kwadransie wszystko ucichło, ale w obozie było gwarno jak w dzień, nikt nie spał.

- Kto nas atakuje? - pytał zdziwiony Śmiały Lis wódz Apaczów Mescalero.
- Strzelali zza rzeki - wyjaśnił Cichy Bawół wódz Apaczów Lipan - nie wiadomo kto...
- Może to ci odszczepieńcy? - wysunął teorię Bizoni Róg wódz Apaczów Lipan.
- Nie wierzę... - powiedział z przekąsem Wielki Łoś wódz Apaczów Jicarilla - przecież oni nawet nie wiedzą, że na nich zmierzamy. Siedzą pewnie spokojnie w wiosce i śpią jak susły.
- Rano sprawdzimy - powiedział Ciężki Kamień wódz Apaczów Mescalero.

Do świtu jeszcze kilkakrotnie podnoszono alarm w obozie. Każdy atak trwał nie więcej niż kwadrans, a później zapadała cisza jak makiem zasiał. O świcie natychmiast wysłano dwustu wojowników za rzekę i policzono, jakie straty spowodowały nocne ataki. Okazało się, że zginęło siedmiu wojowników, a kilkunastu było rannych. Wysłany za rzekę oddział nie odnalazł już żadnych wrogów, ale z pozostawionych śladów wywnioskowano, że napastników było około stu.

Wodzowie nie mieli pojęcia z kim mają do czynienia.

- Jeśli to ci odszczepieńcy - zastanawiał się Bizoni Róg - to musieliby przyjść tu niemal wszyscy. Polomancze, Germanopacze i Kozakezi. Bladych Twarzy tutaj nie było, zostawiają inne ślady.
- Ja myślę, że to nie oni - wyrokował Ciężki Kamień - bali by się nas zaatakować. Może to byli Kiowowie?
- Prawdopodobnie tak - potwierdził Czerwony Ogień wódz Paunisów - Dziwi mnie tylko, że zaatakowali tak małą liczbą...
- Ostrzelali nas - wtrącił się Cichy Bawół - a nie zaatakowali. Może chcieli nas wystraszyć?
- Wioski Kiowów są dość daleko stąd - rzekł Śmiały Lis - Możliwe, że ta setka jest na wyprawie łowieckiej. Trzeba ich dopaść i dać nauczkę!
- A jeśli to pułapka? - zapytał nagle Bizoni Róg.
- Dokładnie sprawdziliśmy ślady - rzekł Wielki Łoś - Była ich niespełna setka. Uciekli w przeciwnym kierunku niż wioska Polomanczów. Może dopiero w trakcie ataków zorientowali się, że posiadamy wielką przewagę?

- To Kiowowie - zawyrokował Czerwony Ogień - Zaatakowali przypadkowo, a gdy zobaczyli, że jest nas znacznie więcej, skulili ogony i uciekli w popłochu. Trzeba ich dopaść! Nie będą tchórzliwe psy strzelać do moich wojowników!
- Ja pójdę za nimi! - zawołał nagle Przyczajony Lis wódz Arapaho - Skoro jest ich tylko setka to z łatwością ich pobiję! Moi wojownicy są żądni skalpów!

Wodzowie długo jeszcze rozmawiali, ale ostatecznie stanęło na tym, że w pogoń za rzekomymi Kiowami ruszyć miał Przyczajony Lis ze swoimi Arapaho. Po pokonaniu wrogów Arapaho mieli czym prędzej wrócić do głównych sił.

- Wygląda na to, że połknęli haczyk - powiedział Potylicz, gdy tylko zwiadowcy donieśli, że od głównych sił odłączyli się wojownicy Arapaho.
- Zwabmy ich do Żabiego wąwozu - zaproponował Helmuth - jest wręcz idealny na pułapkę.
- Wytłuczemy ich co do nogi! - cieszył się Samotny Wilk.

Główna kolumna Apaczów nie śpiesząc się ruszyła w dalszą drogę, ale wczesnym popołudniem wodzowie uznali, że jednak poczekają na Arapaho i rozbili obóz.

- Nie śpieszą się - skomentował Helmuth.
- Czekają na Arapaho - stwierdził Potylicz.
- Posłaniec od Janka przybył - zakomunikował Jurko - Zwiadowcy pojmani.

200 wojowników Arapaho szło w ślad za rzekomymi Kiowami...

- Dzisiaj ich już chyba nie dopadniemy - mówił Przyczajony Lis - Ale jutro ich skalpy będą naszą własnością. Howgh!
- Kiowowie szybko umykają - dziwił się Czarny Borsuk, najlepszy wojownik Arapaho - pewnie spodziewają się, że ich ścigamy...
- Drżą ze strachu tchórzliwe psy - śmiał się wódz.
- Zabijemy ich wszystkich? - dopytywał się wojownik.
- Nie, ale większość. Resztę weźmiemy jako jeńców za których Kiowowie potem nam słono zapłacą! Przenocujemy w wąwozie, kiedyś tam byłem, nadaje się bardzo dobrze na obóz.
- Nie lepiej rozbić się na prerii?
- Nie, w wąwozie. Nie lubię jak wieje.


40) Gdańsk.

Firma sprzątająca skończyła pucować "Nepticę". Holenderski kapitan Dirk Van Krupenhoff rozliczył się już ostatecznie z Katarzyną Madejską i Anną Hynowską.

- Drogo to kosztowało - mruczał sam do siebie - ale teraz jest ładnie i czysto. Najważniejsze, że Doniecki jest zadowolony...

Do portu zaczęły napływać transporty ze składu Niemca Martina Schyldera. Ładowanie na statek przebiegało pod nadzorem Tomasza Szlachtowskiego i Mariusza Rocha Kowalskiego oddelegowanych do tego przez dowódcę II wyprawy Jerzego Donieckiego. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie. Kapitan ze swojej strony wyznaczył Petera Van Guydena - swojego pierwszego oficera, aby ekwipunek był rozlokowywany w odpowiednie miejsca na statku. "Neptica" miała wypłynąć na morze już za dwa dni. Do portu często zaglądał też Doniecki by osobiście ocenić postępy prac przy załadunku. Był zadowolony z zastanych efektów.

- Wszystko przebiega należycie - rzekł z uśmiechem do Szlachtowskiego - Nadzorujcie tak dalej, a dam wam w nagrodę największą kajutę. Po mojej i kapitańskiej rzecz jasna.

Szlachtowski uśmiechnął się tylko, z jednej strony przyjął tę wiadomość z radością, bo wiedział, że tę kajutę będzie dzielił nie tylko z Kowalskim, ale także z czterema szlachciankami. Z drugiej strony zaczynał mieć coraz większe wyrzuty sumienia, że zataja ten fakt przed dowódcą.

Przygotowania do wypłynięcia były też wnikliwie obserwowane przez szpiegów pruskich. Nie zamierzali oni jednak przeszkadzać w tym procesie, zwłaszcza po nauczce jaką otrzymali niedawno od ludzi Donieckiego pod Gdańskiem. We wszystkich portach pruskich panowała zaś pełna mobilizacja, zgromadzono pokaźne siły na przyjęcie ewentualnych agresorów. Przypomnieć należy, że Prusacy uwierzyli w to co im wcześniej przekazał rycerz Krzysztof na polecenie Donieckiego, a mianowicie że Polacy mają popłynąć do Prus by wywołać tam powstanie przeciw Hohenzollernowi.

W ostatni dzień przed wyruszeniem do portu przybyli Tatarzy z Mijagibejem na czele, prowadząc konie uczestników wyprawy. Podobnie, jak przy pierwszej wyprawie, nie można było zabrać ich tyle, żeby starczyło dla każdego uczestnika.

Wieczorem do portu przybył kupiec Schylder w towarzystwie kilku ludzi.

- Co się stało panie Schylder? - zapytał zdziwiony Doniecki - Zaliczka wpłacona przecież już dawno, a na resztę umówieni jesteśmy na jutro.
- Tak wiem, nie o to chodzi...
- Więc o co? Mów...
- Stało się wielkie nieszczęście! Macudowski przejął skład!
- Nie rozumiem. Mów jaśniej! Kim jest ten Macudowski do licha?
- Mój główny konkurent...
- Jak to się stało? Przecież nie mógł przejąć takiego interesu ot tak!
- To wszystko przez mojego wspólnika Stanisława Jochymowskiego! Przegrał wszystko w kości! Macudowski wynajął szulerów, wykorzystał to, że Stanisław lubi sobie namiętnie pograć i stało się!
- Ale żeby aż skład przegrać?
- On jeszcze więcej przegrał! Dlatego jestem zgubiony! Właśnie licytują moją kamienicę!
- Ja wszystko rozumiem panie Schylder, ale co to ma ze mną wspólnego? Pozostałe pieniądze przekażę panu jutro osobiście by nie przejął tego ten Macudowski, ale więcej nic nie mogę zrobić...
- Zabierz nas ze sobą, proszę! Tutaj jesteśmy zgubieni!
- Mam co prawda już komplet, ale jestem zadowolony z naszej współpracy i pomogę. Ilu was jest?
- Ja, ten nieszczęsny Jochymowski, Rafał Kafałkowski i Piątkowski... Adam... Zginą beze mnie!
- A ten co wygląda jak kobieta?
- To właśnie Piątkowski. Młodzieniec jeszcze, zmężnieje z czasem.
- Wezmę całą waszą czwórkę, ale od razu mówię, że wszystkie kajuty zajęte już są...
- My gdziekolwiek sobie przycupniemy, bylebyśmy tylko mogli popłynąć...

Nazajutrz rano do kajuty Donieckiego zapukał Mateusz Budzanowski...

- Co się stało? Wcześnie jeszcze...
- Straż portowa chce wejść na pokład. Jest z nimi niejaki Macudowski.
- Aha, każ im czekać, ubiorę się i zaraz tam przyjdę.

Kwadrans później Doniecki wyszedł z kajuty, czekał już na niego dowódca straży i Macudowski.

- Z rozkazu króla domagam się - wrzeszczał Macudowski - wydania Niemca Martina Schyldera, jego wspólnika Stanisława Jochymowskiego i pomocnika Rafała Kafałkowskiego. Są mi winni pieniądze! Wiem, że ukryli się na tym statku!
- Jak śmiesz ochlaptusie jeden! - ryknął Doniecki - podstępnie powoływać się na króla?! Kpiny sobie z królewskiego majestatu urządzasz?!
- Żądam wydania...
- Precz! Ja tutaj jestem z rozkazu króla! Wynoś się, bo oćwiczyć jak chłopa każę!

Macudowski spojrzał na dowódcę straży, jakby u niego chciał szukać ratunku, a następnie mówił dalej, ale już znaczniej pokorniejszym tonem...

- Dochodzę tylko swoich praw...
- Niby z rozkazu króla?
- Schylder jest mi winien wiele pieniędzy...

Nagle rozmowę przerwał wielki ruch w porcie...

- Król jedzie! Król! - wołał na całe gardło Piotr Laszlo Tekieli.

Macudowski zmieszał się i zaczął się powoli oddalać...

- Dokąd to? Może zapytamy króla czy faktycznie wydał rozkaz na który się powołujesz? - śmiał się Doniecki.
- Zatrzymać go? - zapytał Jacek Światłoniewski.
- Nie trzeba, ubawiłem się przednio przez tego fircyka. Ale dla żartu możecie udać, że chcecie go pochwycić.

Światłoniewski z synem Maciejem oraz Włochem Roberto Gibbencione ruszyli czym prędzej w pościg za Macudowskim, który gdy tylko zorientował się, że go ścigają uciekał aż się za nim kurzyło...

Chwilę później na pokładzie "Neptici" znalazł się król, a za nim weszli magnaci...

- Życzę ci powodzenia pułkowniku! - rzekł Zygmunt Stary.
- Dziękuję Najjaśniejszy Panie! - odparł Doniecki kłaniając się przy tym nisko...

Wizyta była bardzo krótka, król śpieszył się bowiem do Krakowa.

- Wypływamy! - rozkazał Doniecki.
- Nareszcie! - skwitowało cicho wielu uczestników wyprawy.




41) II polska wyprawa do Nowego Świata, po wielu tygodniach oczekiwania, znalazła się wreszcie na pełnym morzu. Nadal nie było wiadomo co stało się ze statkiem "Władysław Jagiełło" i członkami I wyprawy pod dowództwem Michała Potylicza. Jego odpowiednik Jerzy Doniecki często zastanawiał się nad tym co Kozak Presucha widział w kotle... Dowódca postanowił, że za jakiś czas zleci kolejne widzenie, ale chciał przybliżyć się trochę do Nowego Świata by Presucha widział o wiele bardziej dokładnie niż ostatnim razem, bo wedle słów wróżbity widzenie jest wyraźniejsze na bliższą odległość.

Kozak Presucha dzielił kajutę ze szlachcicem Bartoszem Noworolskim...

- Co masz w tych skrzyniach Bartoszu?
- A takie tam... - odparł wymijająco Noworolski, a następnie dodał z przekąsem - Podobno jesteś słynnym wróżbitą, a nie wiesz co mam w skrzyniach?
- Wiem...
- Tak? To powiedz!
- Pszczoły. Pszczoły tam masz...
- ?? - zdziwił się szlachcic - Skąd wiesz?
- Po co ci pszczoły na statku?
- Jak to po co? To moje przyjaciółki, miałem je zostawić na pastwę losu?
- Zdechną w tych skrzyniach...
- Parę dni wytrzymają.
- Parę dni?
- A ile?

Presucha miał już odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, przypominając sobie rozkaz dowódcy, żeby nikomu nie zdradzać celu wyprawy. Doniecki miał to już zresztą sam oznajmić lada dzień.

- Myślę, że może dłużej - rzekł po chwili - Rób co uważasz, ale szkoda pszczół.
- E tam, a do miodu to pierwszy się dorwiesz!

Presucha machnął ręką i wyszedł z kajuty.

Na pokładzie przechadzał się Doniecki, w pewnym momencie natchnął się na holenderskiego kapitana Dirka Van Krupenhoffa.

- Co słychać kapitanie? - zagadnął dowódca.
- Wszystko w należytym porządku. Pogoda dopisuje, czego więcej można chcieć?

Chwilę tak sobie jeszcze pogwarzyli, następnie Doniecki kontynuował spacer, a kapitan poszedł do swojej kajuty, największej na statku. Wszedł pośpiesznie do środka, następnie odchylił wielką kotarę w rogu kajuty i rzekł z uśmiechem.

- Jak się macie gołąbeczki?

 Za kotarą siedzieli związani i zakneblowani członkowie firmy sprzątającej. Holender spojrzał na szefowe Katarzynę Madejską i Annę Hynowską...

- No, dostanę za was dużo złota od Turka Mustafy...

Następnie zerknął na mężczyzn...

- Za Morawca i Wiechę zapłaci mi lepiej niż za czarnych niewolników... Ale za Czarnego Malika spodziewam się dostać naprawdę dużo, przynajmniej dwa razy tyle...

Na koniec spojrzał na Alfredę...

- A z tobą to nie wiem co zrobię. Mustafa raczej nie będzie chciał płacić za ciebie... No nic, najwyżej będziesz szorować pokład do śmierci... Albo za burtę!

Statek w ciszy zmierzał na zachód, gdy nagle tę ciszę brutalnie przerwało głośne wołanie...

- Alarm! Alarm!
- Czego się drzesz Laszlo? - krzyknął Jakubiczenko w kierunku bocianiego gniazda, które zajmował Piotr Laszlo Tekieli.
- Alarm! Dwa statki nas gonią!

Kilka minut później na pokładzie panował już spory ruch, wszyscy zastanawiali się do kogo mogą należeć owe statki, które żwawo sunęły w stronę "Nepticy".

- Ledwo co wypłynęliśmy, a już ktoś nas ściga... - narzekał Czarnienko.
- Laszlo! Jaką banderę mają te statki? - zawołał Doniecki.
- Nie mają żadnej!

Statki zbliżały się coraz bliżej, były mniejsze i nie tak obciążone jak "Neptica", dlatego mogły rozwinąć znacznie większą prędkość. Po dwóch kwadransach były już naprawdę blisko, ucieczka nie miała już sensu. Doniecki rozkazał zatrzymać statek, obie obce jednostki podpłynęły tak blisko, że zetknęły się niemal burtami z "Nepticą"... Wszyscy w napięciu wyczekiwali na dalszy rozwój wypadków, każdy bowiem chciał wiedzieć kto ośmielił się ich ścigać... Wtem, jakby na komendę, na
pokłady tajemniczych statków zaczęły wybiegać masy uzbrojonych ludzi...

- Prusacy! - wołał Tekieli.

Była to zatem pułapka, Polacy dobyli szabel i oczekiwali na wtargnięcie przeciwników na "Nepticę"... Nagle pojawił się Presucha, Przemysław Janczurowski i Piotr Górecki. Ku zdziwieniu obu stron na wrogie statki poleciały skrzynie... Po chwili wszyscy ze zdumieniem obserwowali, że z rozbitych skrzyń zaczęły wylatywać setki, jeśli nie tysiące, pszczół. W międzyczasie Van Krupenhoff wykazał się przytomnością umysłu i zarządził błyskawiczny zwrot statku, a rozwścieczone zniszczeniem skrzynio-uli pszczoły z wściekłością zaatakowały Prusaków.

- Ognia! - wołał rycerz Krzysztof.
- Nie trzeba. Szkoda kul - wyjaśnił Van Krupenhoff - Pszczoły wystarczą...
- Kto to zrobił?! Kto?! - wołał rozwścieczony Noworolski - Presucha! Niech no ja cię dopadnę!

Na pruskich statkach sytuacja nie była do pozazdroszczenia. Wściekłe pszczoły, które już kilka dni siedziały w skrzynio-ulach, rzuciły się na Prusaków... Wielu z nich, aby się ratować zaczęło skakać do morza... "Neptica" zaś bezpiecznie płynęła dalej...

Po pewnym czasie statek dotarł w rejon Hamburga, Van Krupenhoff usilnie prosił Donieckiego o możliwość wpłynięcia do portu...

- Nie ma mowy! - wołał wzburzony Doniecki.
- Ja mam zobowiązania... - wyjaśniał Holender - Jeszcze zanim zgodziłem się was zawieźć do Nowego Świata byłem umówiony na dostawę do Hamburga...
- Co to za zobowiązania?
- Kilka skrzyń. Raz dwa je zniesiemy i płyniemy dalej.
- Sam nie wiem. Nie powinniśmy tam wpływać...
- Proszę cię pułkowniku tylko o to...
- Zgoda, ale to ma się odbyć szybko. I nikomu ani słowa gdzie płyniemy!
- Wiadomo...

Godzinę później "Neptica" wpłynęła do hamburskiego portu...

Zgodnie z obietnicą Van Krupenhoff nakazał swoim ludziom natychmiastowe przystąpienie do działania. Z pomieszczenia, które przez cały rejs było zamknięte, zaczęto wynosić skrzynie...

- Co tak śmierdzi? - zastanawiał się Mateusz Budzanowski.
- To z tych skrzyń co wynoszą... - wyjaśniał Robaczenko.

Niesamowity smród sprawił, że z kajuty wyszedł Doniecki...

- Co to za smród kapitanie? Co macie w tych skrzyniach?
- Świnie!
- Co?
- Świnie.
- Kpisz pan ze mnie?
- Nie. Poważnie mówię...
- Świnie wozisz statkiem? Po co?
- Normalnie. To nie są zwykłe świnie, ale knury kaukaskie, rozpłodowe, na specjalne zamówienie, bardzo drogie...
- Zabieraj to ze statku! Smród aż oczy wypala!

Van Krupenhoff z kilkoma ludźmi i skrzyniami po pewnym czasie dotarł do sklepu Turka Mustafy...

- Spóźniłeś się Dirk! - usłyszał na powitanie - Ilu przywiozłeś?
- Tylko dziesięciu... wielu zmarło w drodze...
- Mało. Miało być przynajmniej dwudziestu... młodych i silnych murzynów... a to co ma być? Ledwo żywe cherlaki!
- Odżywisz ich trochę i będą jak malowani...
- To są koszty i czas Dirk... Nie mogę ci zapłacić tak jak się umówiliśmy... Dam ci dwie trzecie
- Co? Niech będzie! Ale to tylko dlatego, że czas mnie goni... W Hiszpanii dostałbym za nich dwa razy tyle!
- A kobiety gdzie są? Obiecałeś mi kilka dorodnych Słowianek...
- Mam je, ale nie zdążyłem ich jeszcze przygotować. Jestem w trakcie kursu, przywiozę ci je jak będę wracał...
- Rozumiem. Chcesz sobie po prostu poużywać... Tylko, żeby nie wyglądały jak te cherlaki...
- Muszę już iść. Za jakiś czas zjawię się znowu. Bywaj Mustafo!
- Bywaj Dirk!




42) Kuba...

Admirał Javier Hernandez Belicarez wciąż przedłużał występy grupy cyrkowej Toma Michaela, który nie miał innego wyjścia i musiał się na to godzić. Anglik narażał się przez to na wyrzuty ze strony Kate Italian i Malwy Topollani...

- Ostatni raz wystąpimy jutro i opuszczamy Kubę - obiecywał kobietom.
- Trzymam cię za słowo Tom! - odparła Malwa - Mam już dość jego niezbyt wyszukanych komplementów po występach!
- Na mnie też się patrzy jakby chciał mnie pożreć żywcem - narzekała Kate.

Następnego dnia admirał żegnał w porcie córkę, która wracała do Hiszpanii. Dolores nie była szczęśliwa z tego faktu, wciąż bowiem myślała o włoskim medyku Faracinim. Ojciec obiecywał jednak, że za niecałe pół roku znowu będzie mogła go odwiedzić. Do tego czasu prawdopodobnie wyprawa powróci na Kubę. Marzyła o ponownym spotkaniu z Włochem.

Belicarez pożegnał córkę i pośpiesznie popędził z powrotem. Gdy dotarł do gabinetu kazał wezwać dowódcę garnizonu Ramona Carlosa Rodrigueza.

- Uwięzić Anglika! A kobiety nie mogą bez mojej zgody opuścić pokoju!
- A dzisiejszy występ? Może lepiej aresztować ich po nim?
- Nie! Od razu!
- Zrobię jak każesz admirale, ale sugerowałbym jednak, żeby ich pojmać po występie... Ludzie ich uwielbiają, czekają na pokaz, może dojść do awantur...
- Nie mam zamiaru przejmować się tłuszczą! Ale może masz rację, poczekam tych kilka godzin.

Tłum zgromadził się na dziedzińcu na długo przed występem cyrkowców. Powoli zbliżała się godzina rozpoczęcia, ale artyści nie pojawiali się...

- Co jest?! - denerwował się Belicarez - Dlaczego ich jeszcze nie ma?!
- Sprawdzę to - zaoferował się Rodriguez - Ramirez! Weź dwóch ludzi i dowiedz się co się stało!

Po kwadransie wrócił Ramirez...

- Nigdzie ich nie ma!
- Szukajcie ich! - zawołał wściekły Belicarez - Muszą gdzieś być!

Tłum zgromadzony na dziedzińcu wydał pomruk niezadowolenia, a po chwili pierwsi rozczarowani widzowie zaczęli rozchodzić się do swoich domostw.

Belicarez kierowany przeczuciami popędził do swojego gabinetu, a gdy tylko znalazł się w środku ryknął:

- Złodzieje! Zabrali moje klejnoty i złoto!

Natychmiast rozpoczęto poszukiwania cyrkowców, ale nie przyniosły one żadnych rezultatów. We wszystkich kierunkach ruszyły patrole żołnierzy, aby ich pojmać.

- Obawiam się admirale - rzekł Rodriguez - że oni już mogli opuścić wyspę...
- To przez ciebie! - grzmiał Belicarez - mówiłem, żeby ich pojmać, ale nie... ty mi radziłeś, żeby występ się odbył! Masz ich odnaleźć albo stracisz głowę!

Godzinę później Rodriguez z małym oddziałem wypłynął na morze, podejrzewał bowiem, że cyrkowcy uciekli z Kuby. Wciąż też trwały poszukiwania na wyspie...



43) Ekspedycja hiszpańska...

Jeszcze przed świtem odkryto ucieczkę więźnia, kapitana Wilhelma Rokosza...

- No i co Pablo? Jak pilnujesz jeńca? - zagadnął złośliwie Jose Manuel Bakuleros.

Pablo Madeiros był wściekły, jeszcze nigdy bowiem nie zdarzyło się, żeby uciekł mu więzień.

- Ktoś musiał mu pomóc! - zawołał - Konia! Daleko nie mógł uciec! Schwytam go!

Kwadrans później strażnik żwawo wyjechał z obozu.

- My też się zbierajmy - zarządził Jose Fortezes - Najwyższy czas przekonać się jak jest w głębi lądu!

Niedługo potem Hiszpanie wyruszyli na północ. We wszystkich kierunkach krążyli zwiadowcy by w porę ostrzec główną kolumnę przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Bakuleros dbał o najmniejszy nawet szczegół.

- Przezorny zawsze ubezpieczony - mawiał - niby jest nas wielu i jesteśmy dobrze uzbrojeni, ale niespodziewany atak zawsze przynosi duże straty.
- Dobrze prawisz Jose - pochwalił towarzysza Pablo Vincento Magieros - ostrożności nigdy za wiele. Myślisz, że Madeiros dogoni Polaka?
- Nie interesuje mnie to. Ale śmiech mnie ogarnia, jak sobie pomyślę co by powiedział na to admirał Belicarez... Jego najlepszy, niezawodny strażnik, a więzień mu zwiał, ha ha ha.
- Lepiej jakby go dopadł!
- Dlaczego?
- Może przecież dotrzeć do pozostałych Polaków i ich ostrzec przed nami, wtedy nie zaskoczymy ich, ale oni nas.
- Nie obawiam się ich. W końcu jest nas więcej.
- Skąd ta pewność?
- No przecież na tym ich stateczku nie mogło ich przybyć więcej niż kilkudziesięciu... Myślę, że 50-60 maksymalnie.
- A skąd wiesz, że był tylko jeden statek?
- ? W sumie racja! Wszystko przez tego Madeirosa! Jakby nie on to wyciągnąłbym z tego Polaka wszystkie informacje! Ba! On by mi nawet powiedział to czego by nie wiedział!
- Musimy być ostrożni!
- Cały czas jesteśmy!

Pochód posuwał się wolno, skrupulatnie bowiem badano okolicę, chcąc wytropić ślady miejscowej ludności. Spodziewano się, że ktoś musiał zamieszkiwać te tereny, ale widok zbrojnych konnych mógł skutecznie odstraszać.

- Jak myślisz Gianluca - spytał Camille Steckozini Faraciniego - ten Polak uszedł?
- Wszystko zależy od tego czy Madeiros zdoła go dopaść, bo jak widzisz pozostali w ogóle nie interesują się tym tematem.
- Bakuleros nie boi się, że on może zawiadomić pozostałych Polaków?
- On jest zbyt pewny siebie, założył zapewne, że sam widok hiszpańskich żołnierzy sprawi, że Polacy sami się poddadzą, ha ha ha.
- Jak w ogóle walczą ci Polacy?
- A skąd mam wiedzieć? Podobno dobrze władają szablą, to taka wschodnia broń, ale nie wiem dokładnie. Może niedługo się o tym sami przekonamy? Ty nie musisz się obawiać, w razie czego ten kapitan cię obroni, ha ha ha.
- Tak myślisz? Pokonają nas?
- A mnie skąd to wiedzieć? Nie wiem ilu jest tych Polaków. Nie myśl już o tym, bardziej pilnuj się, żeby cię jakiś dziki z łuku nie ustrzelił, ha ha ha.
- Nie jest mi wcale do śmiechu. Nie to, żebym się bał, ale lubię jasne sytuacje, a nie takie, że nic nie wiadomo.
- Spokojnie, niedługo wszystko się wyjaśni. Daj już spokój z tym. Dolores mi się dzisiaj śniła...
- Tak?
- Była na jakimś statku...
- Wierzysz w sny?
- Czasami. Ale w ten akurat nie. Bo co niby ona miałaby robić na statku, jak przecież jest na Kubie, ha ha ha.
- Jak wrócimy z wyprawy to oświadczysz się jej?
- Zwariowałeś?
- Ja? Dlaczego?
- Chcesz, żeby mnie jej ojciec za uszy na dziedzińcu powiesił?
- No nie... Mnie też chciał skrócić o głowę!
- Ciebie? Za co niby?
- Za to, że śpiewałem...
- No to sam widzisz co to za jeden!
- Straszny ten Belicarez...

Wieczorem Hiszpanie rozbili obóz. Zwiadowcy nie natknęli się na żaden, najmniejszy chociaż, ślad wskazujący, że ktoś przebywałby w okolicy...

- Dziwne - rzekł Fortezes - bardzo dziwne. Te tereny aż kuszą, żeby tu zamieszkać, a tymczasem nie ma tu żywej duszy poza nami...
- Już niedługo - odpowiedział Bakuleros - sprowadzimy hiszpańskich osadników. Minie trochę czasu i nie poznasz już tych stron.




44) Kontynent północnoamerykański...

Wojownicy Arapaho rozbili obóz w Żabim Wąwozie. Wódz Przyczajony Lis natychmiast udał się na spoczynek, pozostawiając wszystko na głowie swojego najlepszego wojownika Czarnego Borsuka. Ten nie był zadowolony z decyzji zwierzchnika dotyczącej wyboru noclegu, przeczuwał bowiem pułapkę, ale będąc bezsilny wobec wodza musiał to zaakceptować. Postanowił jednak przynajmniej podwoić straże by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa.

Komancze, osobiście dowodzeni przez Samotnego Wilka, byli w pobliżu, ale czekali z atakiem. Młody wódz był co prawda bardzo porywczy, ale nie aż tak, żeby niepotrzebnie ryzykować życie swoich wojowników. Przedwczesny atak mógł bowiem zakończyć się zbyt dużymi stratami, należało więc poczekać.

- Kiedy zaatakujemy bracie? - zapytał Polomancz Długa Strzała - O świcie?
- Nie. Wcześniej - odparł Samotny Wilk - Te psy, Arapaho będą niedługo spokojnie spać, są pewni siebie, niczego nie podejrzewają.
- Nie do końca zgadzam się z moim bratem, wystawili przecież liczne straże. Myślę, że nie można ich tak do końca lekceważyć.
- Bądź spokojny bracie. Arapaho są jak indyki, a my jak orły. Rozgnieciemy ich na miazgę.
- Chcesz ich zatem wszystkich zabić?
- Na początku miałem taki zamiar, ale potem zmieniłem zdanie. Pojmamy ich, a potem współplemieńcy będą musieli ich wykupić. Będzie to drogo kosztowało.
- Podjąłeś słuszną decyzję bracie. Nasz ojciec Tłusty Brzuch będzie zadowolony z tego co otrzymasz za nich od Arapaho.
- Też tak myślę. Chociaż jemu najbardziej zależy na zdobyciu koni. Arapaho ich nie mają... Blade Twarze mają, ale niech Długa Strzała będzie spokojny. Rozumiem, że to twoi przyjaciele, więc Komancze nie napadną na nich. Poza tym wypaliliśmy przecież z nimi fajkę pokoju.
- Hiszpanie mają mnóstwo koni...
- Wiem o tym. Jak rozprawimy się z Apaczami to ruszę na południe.

Godzinę po północy straże Arapaho zostały "ściągnięte", Komancze powoli i bardzo ostrożnie podkradali się w pobliże śpiących wrogów. Wszystko przebiegało nadzwyczaj sprawnie i niedługo potem wszyscy Arapaho byli skrępowani. Pod koniec akcji zginął tylko jeden przeciwnik, który zdołał wyrwać się dwóm Komanczom, ale chwilę później padł trafiony tomahawkiem.

- Dlaczego nas pojmaliście? - syczał wściekły Przyczajony Lis.
- Milcz psie! - wrzasnął nań Samotny Wilk - Bo zaraz stracisz skalp!

Wódz Arapaho nigdy nie należał do zbyt odważnych, nie odezwał się więc już ani słowem, nerwowo tylko przyglądał się otaczającym go wrogom. Szybko rozpoznał, że napadli na nich Komancze. Chwilę później odzyskał jednak humor, przypomniał sobie bowiem, że w pobliżu znajdują się sprzymierzeni z nim Apacze i Paunisi, którzy po jakimś czasie powinni zorientować się, że Arapaho długo nie wracają... Z drugiej strony pomyślał sobie, że Apacze mieli wolno kierować się na wioskę Polomanczów i co będzie jeśli jednak nie wrócą szukać jego oddziału? Co z nimi zrobią Komancze? Przyczajony Lis był przerażony... W ogóle przy tym nie myślał o swoich ludziach...

Czarny Borsuk siedział skrępowany obok wodza i był wściekły na to, że Przyczajony Lis koniecznie chciał obozować w Żabim Wąwozie. Na prerii Komancze tak łatwo nie mogliby ich schwytać. Jako doświadczony wojownik szybko ocenił siły wroga, w przeciwieństwie do wodza nie liczył na szybką pomoc Apaczów, bo niby skąd mogliby wiedzieć, że Arapaho wpadli w pułapkę. Po jakimś czasie zaczną coś podejrzewać i wyślą zwiadowców, ale wtedy już Komancze wywiozą ich daleko na północ. Trzeba było działać natychmiast, on lub któryś z wojowników musiał się uwolnić i zawiadomić Apaczów.



45) Kuba (powiązane z częścią 42)

Grupa cyrkowa wykorzystała zamieszanie związane z wyjazdem do Hiszpanii córki admirała Dolores i "wyczyściła" sejf Javiera Hernandeza Belicareza z wszelkich kosztowności.

- Dobrze, że już opuszczamy Kubę - stwierdziła z zadowoleniem Kate Italian - Nie mogłam już znieść tego admirała, on nas rozbierał wzrokiem...
- Powiem więcej - dodała Malwa Topollani - On nas wręcz gwałcił oczami!
- Podejrzewam, że odsyła córkę - powiedział Tom Michael - żeby nie była świadkiem. Mnie pewnie kazałby wtrącić do lochu, a was by zniewolił. Faktycznie patrzył na was tak jakby zaraz miał was schrupać...
- A mi trochę szkoda teraz wyjeżdżać - smuciła się Malwa.
- Ha ha ha - roześmiała się Kate - Ja chyba nawet wiem dlaczego.
- Tak?! To powiedz!
- Spodobał ci się ten przystojny oficer Ramon Carlos Rodriguez...
- Akurat...
- Ja tam swoje wiem...
- Dość gadania! - przerwał rozmowę kobiet Tom - Musimy natychmiast opuścić Kubę! Do łodzi mamy spory kawałek, więc ruszajmy, bo niedługo wszystko się wyda i wpadniemy w szpony Belicareza.

Pół godziny później cała trójka znajdowała się już w łodzi i pośpiesznie odbijała od brzegu.

- Gdzie płyniemy? - zapytała Malwa.
- Jak najdalej od Kuby - śmiał się Tom - Niedługo ruszą za nami.
- Ale dokąd płyniemy? - nie dawała za wygraną Malwa - Nie można przecież tak działać bez planu!
- Na północ, tam jest stały ląd. Przeczekamy jakiś czas aż sprawa ucichnie, a potem ruszymy dalej.
- Ale gdzie dalej? - pytała zdenerwowana Malwa - Przecież tutaj są wszędzie albo Hiszpanie albo dzicy!
- To pójdziemy między dzikich...
- Dziękuję bardzo! To po co nam te skarby?- Spokojnie, przeczekamy trochę, a potem zabierzemy się do Europy. Tam będziemy żyć jak królowie!
- Hiszpanie na pewno będą nas szukać! - zawołała Kate - Jak będziemy chcieli popłynąć do Europy to tylko  hiszpańskim statkiem, a wtedy zamiast do Hiszpanii czy innego kraju trafimy na Kubę, a tam to już wiadomo co nas czeka...
- Coś się wymyśli...



46) II polska wyprawa. Na morzu.

Dowódca wyprawy pułkownik Jerzy Doniecki postanowił w końcu poinformować załogę o celu podróży.

- Gdzie? Do Nowego Świata?! – złościł się Kozak Maksym Pastuszenko.
- Po co? Nas tam jeszcze brakowało! - wtórował mu Mijagibej, dowódca Tatarów - Zawracajmy! Ani myślę tam płynąć!

Doniecki zaskoczony takim obrotem sprawy w pierwszej chwili zaniemówił, ale szybko doszedł do siebie i ryknął wściekle...

- Kto jeszcze nie chce płynąć?!!!

Zapanowała cisza, nikt już nie odważył się zabrać głosu. Pułkownik odczekał chwilę, po czym już znacznie spokojniej oświadczył...

- Podpisaliście umowy i teraz już nie ma odwrotu. Ewentualnie, jak ktoś się uprze to może skoczyć do wody i wracać wpław albo zostanie wysadzony na pierwszym napotkanym brzegu, ale o to będzie już znacznie trudniej, zwłaszcza w tej chwili.

Ponownie zapadła cisza, a chwilę później Doniecki zakończył zebranie.

Pastuszenko z Mijagibejem odeszli na bok…

- Co robimy? – zapytał Tatar.
- Na razie nic. Porozmawiam z ludźmi, wybadam nastroje i zobaczymy. Ty jesteś pewien swoich ludzi?
- Ba! W ogień za mną pójdą!
- Doskonale. Wrócimy do tematu jutro.
- Zatem bunt?
- A, bunt!

Doniecki w drodze do swojej kajuty przywołał starszego Światłoniewskiego i Mateusza Budzanowskiego.

- Pilnujcie tych dwóch! Nie wiadomo co im może przyjść do głowy!

Życie na „Neptice” kwitło nie tylko na pokładzie i w kajutach, ale także pod pokładem. Nikt nie chciał zająć pomieszczenia, z którego w Hamburgu wyniesiono rzekome knury kaukaskie. Śmierdziało stamtąd niesamowicie, nikt tam nawet nie chciał wchodzić, a co dopiero przebywać…

Nieco dalej, ale już w „bezpiecznym” miejscu, w kącie ulokowała się grupa niemieckiego kupca Martina Schyldera…

- Szkoda, że nie ma tej firmy sprzątającej – narzekał Rafał Kafałkowski – Raz dwa by tam posprzątali, a tak mimo, że wolne jest przestronne pomieszczenie to musimy tkwić na tym korytarzu.
- Zostali w Gdańsku – odparł Schylder – tak jak i cały mój majątek. Przeklęty Macudowski!
- Wszystko przez Staszka! – złościł się Kafałkowski – jak można było to wszystko przegrać?!
- Dajcie już spokój – bronił się Stanisław Jochymowski – Oszukiwali. Z szulerami nie ma żartów!
- Mogło być gorzej – podsumował Schylder – Gdyby nie Doniecki Macudowski wtrąciłby nas do lochu…

Rozmowę przerwało nagłe pojawienie się Romana Więcławskiego…

- Chodźcie szybko!
- Co się stało?
- Zaczęło przeciekać pod rufą, trzeba wodę wylewać. Prędzej! Każda para rąk się przyda! Nowacki z Seremackim sami tam walczą!
- Zalewa nas? Jak to? - zdziwił się Schylder – Pewnie któryś z was coś tam kombinował. Idziemy!

Wszyscy ochoczo zerwali się do pomocy, poza Adamem Piątkowskim (dla przypomnienia była to szlachcianka Agata Piątkowska w męskim przebraniu).

- A ty młody co? – zawołał zły Więcławski – Nie pomożesz? Takiś jest?
- Zostaw go – wstawił się za Agatą Jochymowski – Źle znosi podróż, dopiero co wymiotował.
- Aha. Ta dzisiejsza młodzież… W ogóle nie przyzwyczajona do roboty!

Piątkowska została sama. Po chwili ciszy usłyszała szmer za ścianą… Pewnie szczury pomyślała… Minutę później szmer powtórzył się… Nagle ze ściany zaczęło coś odstawać, Agata wyraźnie ujrzała czyjąś rękę… Chciała już krzyknąć, ale w porę zachowała zimną krew, głównie z tego powodu, że jej krzyk mógł usłyszeć ktoś z załogi i rozpoznać w niej kobietę. Chwilę później ze ściany wyszła jakaś postać. Był to młody, bardzo szczupły mężczyzna o wychudzonej i przestraszonej twarzy.

- Coś za jeden?! – warknęła Agata.

Tajemnicza postać wystraszyła się jeszcze bardziej…

- Gadaj! Szybko!
- Michał…
- Tylko Michał?
- Tylko.
- Co tutaj robisz? Gadaj, bo zawołam resztę!
- Nie! Nie, proszę!
- No to gadaj!
- Nie zdradź nas. Musieliśmy uciekać.
- Przed kim niby? Że co ty powiedziałeś? To ilu was niby jest?
- Ja i jeszcze sześciu. Daj nam jeść i pić, proszę. Padniemy jak muchy niedługo… Proszę, proszę…
- Dobrze, ale zaraz potem opowiesz wszystko, tak?
- Tak.
- Uwaga! Szybko właź do ściany, moi towarzysze wracają, lepiej żeby cię tutaj nie znaleźli!

Chwilę później faktycznie wrócili wspomniani wyżej…

- Jeszcze nam tam trochę zejdzie – oznajmił Schylder – Agata! Przyniesiesz nam obiad z kuchni? Zjemy jak wrócimy…
- Dobrze Martinie.

Kwadrans później Agata wróciła z obiadami i od razu zapukała w ścianę.

- Tylko Michał! Chodźcie!

Ze ściany w tym samym momencie wyskoczyło po kolei sześciu mężczyzn, którzy z miejsca rzucili się na jedzenie i wodę. Agata patrzyła z przerażeniem jak pałaszują i mruczała pod nosem…

- Ciekawe co ja teraz chłopakom powiem…

Gdy tajemnicza siódemka zmiotła już wszystko Agata od razu zasypała ich gradem pytań.

- Mów teraz Tylko skąd się tutaj wzięliście! No i przedstaw najpierw towarzyszy.
- Zacznę od prawej – odparł Tylko – Dawid Łęckowski, Bartłomiej Głuchowski, Jaromir z Cebulewa, Marian Łuszczyński, Szmicior i Włoch Prostaccio.
- Cicho! – przerwała mu nagle Agata – Ktoś się zbliża, schowajcie się szybko!
- Ale jestem głodny – mówił zbliżający się Kafałkowski – Co mamy dzisiaj na obiad?

Agata nie odpowiedziała, postanowiła udawać, że śpi…
Wielkie było zdziwienie Schyldera i reszty na widok stosu pustych garnków i naczyń.

- Niemożliwe, żeby ona to wszystko zjadła… - złościł się Kafałkowski.
- Może przejęła się docinkami Donieckiego – zastanawiał się Jochymowski – że wygląda bardzo szczupło?
- Chodźcie lepiej do kuchni – zaproponował Schylder – może jeszcze coś zostało…
- Tylko już nic tutaj nie przynośmy – powiedział z przekąsem Kafałkowski – bo jak się obudzi to znowu będzie chciała jeść…

Chwilę później byli już w kuchni…

- Laszlo! – zawołał Schylder – zostało ci jeszcze coś jeszcze?
- Coś tam zostało – odparł Piotr Laszlo Tekieli – Ale przecież ten wasz Adam Piątkowski brał już wasze porcje.
- No niby tak, ale jakoś mało było…
- Jak to mało? Prosił by dołożyć trochę do każdej porcji… Chudzinka taka, więc się zlitowałem i solidnie nałożyłem…
- Jeszcze moją porcję wziął – wtrącił się Piotr Górecki – Nie miałem zbytnio ochoty na jedzenie to mu dałem.

Schylder spojrzał na Kafałkowskiego, który już miał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zdołał się powstrzymać widząc znaki Martina.
Tekieli dał im to co zostało z obiadu, nie było tego zbyt dużo, ale zawsze.

- Co ta Agata wyprawia?! – darł się po drodze Kafałkowski – Może ona jest w ciąży? Staszek nic nie wiesz na ten temat?
- Zwariowałeś?! – oburzył się Jochymowski – to porządna dziewczyna.

W czasie, gdy przebywali w kuchni, Agata zapukała w ścianę z której wyszedł Tylko Michał.

- Masz coś jeszcze do jedzenia?
- Oszalałeś? Oni i tak pomyśleli, że to wszystko ja zjadłam! Chyba wzięli mnie za jakąś świnię… Gadaj szybko skąd się tutaj wzięliście!
- Uciekliśmy przed Macudowskim!
- Wy też?
- ?
- Opowiadaj!!
- Pracowaliśmy dla niego. Na początku płacił bardzo dobrze, ale później nagle przestał i co chwilę odwlekał terminy zapłaty aż nazbierało się pół roku zaległości. Upominaliśmy się coraz częściej, ale on zawsze wymyślał jakieś powody by nie płacić. W końcu zgłosiliśmy to w sądzie, on natychmiast dowiedział się o tym fakcie i zaczął nas ścigać. Dwóch naszych zginęło z rąk jego zbirów, my uciekliśmy na statek, bo dowiedzieliśmy się, że niedługo odpływa.

Kapitan statku Dirk Van Krupenhoff wracał lekko podchmielony do własnej kajuty. Po obiedzie bowiem dowódca wyprawy zaprosił go do siebie i trochę wypili.

- Kurczę! Dawno nie miałem kobiety! – rzekł do siebie – Mam przecież za kotarą dorodne dzierlatki! 
Trzeba je wypróbować zanim je sprzedam Mustafie…

Podszedł, odchylił kotarę. Siedzieli tam związani członkowie firmy sprzątającej. Najpierw spojrzał na Alfredę…

- Nie, nie!

Następnie jego wzrok powędrował w kierunku Katarzyny Madejskiej i Anny Hynowskiej…

- Którą z was wybrać? – zastanawiał się, kobiety patrzyły na niego z przerażeniem, nie wiedziały co prawda o co chodzi, ale przeczuwały najgorsze.
- No dobra, Madejska! Bliżej jesteś! Hynowska będzie na jutro…

Holender wziął Madejską na ręce, zaniósł na łóżko i gdy tylko zaczął się do niej dobierać został zdzielony czymś ciężkim przez kogoś z tyłu, po czym padł na podłogę jak kłoda.

Van Krupenhoff ocknął się dopiero po dwóch kwadransach. Głowa bolała go potwornie. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie co się stało.

- Kto to mógł być? – zastanawiał się – Ale dlaczego nie uwolnił więźniów? Chyba, że pobiegł po resztę?

Kapitan ze zdziwieniem zobaczył, że Madejska znowu siedzi związana za kotarą…

- Nic z tego nie rozumiem… Przecież pamiętam, że ją niosłem na łóżko… Dziwne, przecież sobie tego nie wymyśliłem!

Mijały godziny , a nikt się nie zjawiał. Holendrowi przeszła już kompletnie ochota na amory i po prostu poszedł spać. Przed samym zaśnięciem zaglądnął jeszcze raz za kotarę, wszystko było w porządku. Nie był pewny, ale zasłaniając kotarę Alfreda prawdopodobnie puściła mu oko… Nie, nie chciał tego nawet sprawdzać…

Z innej kajuty wyszło dwóch mężczyzn…

- Tomasz! Tak dłużej być nie może! – narzekał Mariusz Roch Kowalski – Głodny jestem! Trzeba iść do Donieckiego i powiedzieć mu o szlachciankach! Dobrze, że Tekieli mi zawsze coś dołoży na talerz…
- Doniecki wpadnie w szał… - odparł przygnębiony Szlachtowski – Zdenerwuje się na nas okrutnie.
- Chyba na ciebie. Powrzeszczy i mu przejdzie, w końcu Koszyńska to jego kuzynka. Szybko go udobrucha…
- No, nie wiem. Poczekajmy jeszcze…
- Aż z głodu umrę? Już mi kiszki grają marsza, a dopiero co był obiad...
- Dobrze. Porozmawiam niedługo z Andżeliką.

- Budzanowski! – zawołał Doniecki.
- Tak?
- Zawołaj mi tu Tekielego, a potem idź do Kozaka Presuchy i powiedz mu, żeby się przygotował do zaglądania do kotła. Jutro.

Niebawem Tekieli zjawił się w kajucie dowódcy.

- No, muszę cię pochwalić Laszlo – zaczął Doniecki – Zapomnieliśmy wziąć na wyprawę kucharza, ale ty gotujesz naprawdę dobrze.
- Dziękuję, staram się.
- Ale za duże porcje dajesz, od jutra zmniejsz je znacznie, bo nie starczy zapasów do końca rejsu.
- A ile dni będziemy jeszcze płynąć?
- Trudno powiedzieć, ale łącznie myślę, że do 80…
- Aha…
- Żebyś się w tym wszystkim nie pogubił przyślę ci jutro Martina Swayzego, on zinwentaryzuje zapasy i wtedy będzie wiadomo jak to wszystko rozdzielić by starczyło do końca.

Tekieli wyszedł z kajuty zatroskany, zdawał sobie bowiem sprawę z tego, że są na morzu dopiero kilkanaście dni, a zapasy były już znacznie nadwątlone…

- Koniec z dokładkami!




47) Kuba

Admirał Javier Hernandez Belicarez w dalszym ciągu był przygnębiony stratą kosztowności zrabowanych przez grupę cyrkowców Toma Michaela. Aby nieco się uspokoić często wybierał się w ustronne miejsce i stamtąd w ciszy obserwował morze żywiąc skrytą nadzieję, że wypatrzy zbliżający się statek Ramona Carlosa Rodrigueza wiozący na Kubę i cyrkowców i kosztowności.

Mijały jednak kolejne dni, a nic takiego nie miało miejsca, Hiszpan powoli tracił cierpliwość. Nie działały już na niego uspokajająco ani ptasi śpiew ani szum morza, czuł że niedługo sam wyruszy na poszukiwania, bo w przeciwnym wypadku zwariuje na Kubie. Wyczekiwanie było bowiem okropne. Nagle admirał usłyszał jakiś podejrzany dźwięk dochodzący z pobliskich zarośli.

- Kto tam?! Wyłaź!

Chwilę później, jakby spod ziemi, wyłoniła się przed nim tajemnicza postać...

- Coś za jeden?

Nie było żadnej odpowiedzi, tajemniczy mężczyzna przypatrywał mu się za to bardzo uważnie...

- Gadaj! Coś za jeden? Bo straże zawołam!
- Nie lękaj się admirale. Jestem ci bardziej przyjacielem niż wrogiem...
- Coś za jeden? Mów!
- Moje nazwisko niewiele ci powie...
- Gadaj!
- Nazywam się Miron  Nicolae Bachulescu. Pochodzę z Siedmiogrodu. Niektórzy zwą mnie też Bachulą. Moim wujem był słynny hospodar wołoski Wład Palownik Drakula z dynastii Basarabów.
- Faktycznie nic mi to nie mówi. Czego chcesz?
- Czego chcę? Mogę ci pomóc...
- Mi pomóc? Ty? Niby w czym?
- Pomogę ci odzyskać to co niedawno utraciłeś...
- Ha ha ha. A co ja takiego utraciłem?
- Nie udawaj admirale. Chodzi o kosztowności...
- Co? Skąd o tym wiesz?
- Ja wiele wiem...
- Jak chcesz je odzyskać? A poza tym skąd mam wiedzieć czy nie jesteś w zmowie z tymi cyrkowcami-złodziejami?
- Gdybym był z nimi w zmowie to po co bym ci to proponował?
- No niby tak, ale nigdy nic nie wiadomo. Jak chcesz odzyskać moje skarby?
- Mam pewne zdolności, które mi w tym pomogą...
- Jakie zdolności?
- Nie mogę o tym mówić. Powinieneś niedługo docenić tylko skuteczność...
- Co chcesz w zamian?
- Dogadamy się admirale...
- Mów jaśniej, lubię konkretne układy. Czego chcesz w zamian?
- Po odzyskaniu twoich kosztowności dasz mi skrawek ziemi w posiadanie...
- Pewny siebie jesteś. Mówisz tak, jakbyś już tego dokonał. Po co ci ta ziemia?
- Chcę na niej wybudować zamek i tam się osiedlić.
- A do tego Siedmiogrodu nie wracasz?
- Tam Turcy. Poza tym tutaj mi się podoba. Jeszcze jedno admirale...
- ?
- Chcę jeszcze dwie dziewice...
- Dziewice? Po co?
- Są mi potrzebne. Więc jak, zgadzasz się na moje warunki?
- Działaj. Jeżeli odzyskam swoje kosztowności dam ci i ziemię i dziewice. Hiszpanki czy Indianki?
- To już nie ma znaczenia. Byle tylko nigdy nie były z żadnym mężczyzną.

Belicarez pośpiesznie wrócił do swojej rezydencji, ciągle pozostając pod wrażeniem tajemniczego Bachuli. Czuł się bardzo dziwnie w jego towarzystwie, podczas całego spotkania miał "gęsią skórkę". W pobliżu nie było żadnych straży, admirał blefował oznajmiając to Bachuli. Gdy tylko dotarł na miejsce kazał zawołać do siebie portugalskiego Jezuitę Alfonso Glovanteza.

- Alfonso! Jesteś człowiekiem światłym. Czy słyszałeś coś o Bachuli i Drakuli?
- Nie.
- No cóż, widocznie nie jesteś aż tak światły za jakiego się uważasz...

Glovantez udał, że nie usłyszał tej złośliwości Belicareza...

- Ale o co chodzi?
- Już o nic. Skoro nie słyszałeś o nich to możesz odejść. Nie jesteś mi potrzebny.
- Zajrzę do swoich mądrych ksiąg, może w nich odnajdę informacje na interesujący cię temat.
- Zajrzyj, zajrzyj. A teraz idź już sobie. Albo nie, czekaj!
- Tak?
- Doniesiono mi, że majstrujesz coś przy oświetleniu zamkowym...
- Ja?
- Nie, Święty Piotr! Tak ty! Po co gasisz pochodnie w zachodniej części zamku?
- Z oszczędności admirale, z oszczędności...
- Czy ktoś prosił cię o to?
- Nie. To była moja własna inicjatywa...
- Dziwnym trafem później te pochodnie odnajdują się w twojej bazylice... Zapalone! Gdzie ta twoja oszczędność zatem?! Od teraz żadnych własnych inicjatyw, słyszysz?! Skoncentruj się lepiej na znalezieniu informacji o tych dwóch co pytałem! Do tego przez te ciemności zaginął żołnierz...

Portugalczyk wrócił do siebie i od razu usłyszał...

- Gdzie byłeś?
- U Belicareza.
- Co chciał?
- Pytał o ciebie, poza tym dowiedział się, że usuwam pochodnie na zachodnim skrzydle. Zabronił mi więcej to robić. Mówił też, że zaginął żołnierz...
- Dzisiaj w nocy też usuniesz pochodnie!
- Przecież Belicarez zabronił...
- Kto lepiej płaci?
- No ty...
- To usuniesz!
- Ale Belicarez...
- Ten ostatni raz usuniesz.
- Ale...
- Milcz! Wziąłeś za to złoto?! To rób co należy!
- Admirał wpadnie w szał...
- Załatwisz sobie porządne alibi i nic ci nie zrobi.
- A co się stało z tym żołnierzem?
- A skąd ja mam wiedzieć? Pewnie zdezerterował... Takie rzeczy się zdarzają... Co z obiecaną dziewicą?
- Z jaką dziewicą?
- Nie graj ze mną Alfonso! Za tą dziewicę za którą ci zapłaciłem i to słono!
- Załatwię ci ją. Niedługo, obiecuję...

Wieczorem, w odległości kilku kilometrów od zamku, odnaleziono zwłoki żołnierza. Był pozbawiony krwi, ze śladami ugryzień na szyi. Wyglądał makabrycznie. Wiadomość o tym wstrząsnęła całą Kubą. Zaczęto opowiadać o diabłach, wilkołakach i wampirach. Na wyspie zapanował blady strach, nikt nie chciał być sam bojąc się, że powieli los nieszczęśnika. Belicarez był wściekły, rozkazał podwoić straże, chciał też ufundować wysoką nagrodę za zabicie lub pojmanie potwora bądź wampira, ale przypomniał sobie, że przez cyrkowców kasę miał niemal pustą...



48) Bezludna wyspa (powiązane z częścią 34)

- Widzę cię! Natychmiast wyłaź z tych krzaków! - darł się kucharz Janusz Ryś - bo łeb rozwalę! Pieszczochem poszczuję!

Z krzaków powoli wynurzyła się dziwna postać. Był to niewysoki mężczyzna o wystraszonej twarzy, ale za to z szelmowskim uśmiechem... Przez dłuższą chwilę obaj przyglądali się sobie nawzajem, po czym Ryś rzekł:

- Co z ciebie za dziwoląg jakiś? Jak cię zwą?

Zamiast odpowiedzi nastała cisza...

- Gadaj coś! - kontynuował kucharz - Ktoś ty? Sam jesteś czy więcej was?

Nadal panowała cisza zamiast odpowiedzi...

- Niemowa jakaś czy co? - denerwował się Ryś - Mów coś lebrze jeden, bo w łeb zdzielę!
- Ble ble ble... - wycedziła tajemnicza postać.
- Nic z tego nie rozumiem. Po jakiemu to niby?
- Bla bla bla...
- A zamknij się już ze swoim bla bla bla! Skoro tylko tak mówisz to lepiej się nie odzywaj! Trzeba będzie polskiego cię nauczyć...

Kucharz postanowił, na wszelki wypadek, sam sprawdzić czy na wyspie nie ma więcej niespodziewanych gości. Po kilku godzinach wędrówek był już niemal pewny, że na wyspie jest tylko on, nowy i Pieszczoch. Ale skąd się wziął ten Nowy? Czyżby był tu już wcześniej? Nie sposób było się, póki co, dowiedzieć od Nowego, bo mówił tylko coś w stylu: bla bla bla lub ble ble ble...

- Zrobimy tak - oznajmił Ryś przy ognisku - Nauczę cię polskiego, a ty mi wtedy wszystko opowiesz. Rozumiesz?

Tajemnicza postać kiwnęła głową, ale raczej nie rozumiała o co chodzi. Bardziej zresztą zainteresowana była rybą, którą kucharz piekł nad ogniskiem.

- Nazwę cię Pinio! Zaczynamy naukę! Ja - pokazał na siebie - Janek! Ty - pokazał na Nowego - Pinio. Powtórz!

Nowy najwyraźniej zrozumiał o co mniej więcej chodzi  i pokazując na Rysia powiedział:

- Jajanek.

Następnie pokazał na siebie i rzekł:

- Typinio.

A chwilę później jeszcze dodał, już nie pokazując na nikogo:

- Powtórz.

Ryś spojrzał na niego i wrzasnął:

- Nie! Nie! Jeszcze raz!

Za drugim razem kucharz już nie używał słów: ja, ty i powtórz. Pinio szybko załapał już o co chodzi i bezbłędnie powtórzył. Nauka trwała jeszcze kilka godzin, Ryś stwierdził z zadowoleniem:

- Nawet ci to idzie Pinio... Niegłupiś, choć nie wyglądasz... No może za jakiś  tydzień się wreszcie dogadamy. Pora już spać. Dobranoc!
- Dobranoc...
- Nie wiesz jeszcze co to znaczy - śmiał się Ryś - ale dowiesz się w swoim czasie.

Po tygodniu Pinio powtarzał już wiele polskich słów, ale nie umiał za bardzo składać jeszcze zdań. Wyglądało to mniej więcej tak...

- Janek, Pinio, Pieszczoch, głodny, ryba, ogień...
- Głodny? Rybę chcesz?- odparł kucharz - To idź i złap!
- Nie. Janek, ryba, ogień...
- Leniu jeden francowaty! Marsz stąd, bez ryby mi nie wracaj!

Pinio chciał coś jeszcze powiedzieć, ale gdy zobaczył, że Ryś chwycił za drąg i już biegł w jego kierunku, zrezygnował z mówienia i pędem popędził nad strumień...

- Bez ryby nie wracaj! Ty lebrze jeden! - wołał za nim kucharz.






49) Kontynent północnoamerykański...

- Brawo! - zawołał na powitanie Jan Pratelicki - Widzę, że moim braciom Komanczom powiodło się...
- Wszystko poszło składnie - odparł Samotny Wilk wódz Komanczów - Te psy Arapaho dały się podejść niczym baby, spali słodko, nie ponieśliśmy żadnych strat.
- A ilu Arapaho odeszło do Krainy Wiecznych Łowów? - dopytywał się Helmuth.
- Jeden - odpowiedział Polomancz Długa Strzała - Mój brat Posah Tseena postanowił pojmać wszystkich, w przyszłości weźmie za nich spory okup.
- Mądrze - skwitował Jurko.
- Apacze poszli dalej? - zapytał Samotny Wilk.
- Nie. Czekają na Arapaho - wyjaśnił Pratelicki - Co zrobisz teraz z jeńcami?
- Zostawię ich pod nadzorem 15 wojowników w bezpiecznym miejscu.
- Wkrótce Apacze zaczną szukać Arapaho... - domniemywał Helmuth.
- Nie znajdą ich - odparł krótko Komancz.

Minęło kilka dni...
Obóz Apaczów.

- Przyczajony Lis wciąż nie wraca - irytował się Cichy Bawół wódz Apaczów Lipan.
- Czyżby Kiowowie mu uciekli? - rzucił Śmiały Lis wódz Apaczów Mescalero.
- A może... - rozpoczął nieśmiało Bizoni Róg wódz Apaczów Lipan.
- Kiowowie ich pokonali? - dokończył Ciężki Kamień wódz Apaczów Mescalero.
- Przecież było ich dwukrotnie więcej... - dziwił się Wielki Łoś wódz Apaczów Jicarilla.
- A jeśli Kiowów było jednak więcej w okolicy? - wysunął przypuszczenie Czerwony Ogień wódz Paunisów.
- To wszystko jest jakieś dziwne - wypalił nagle Śmiały Lis - Niepokoi mnie, że nasi zwiadowcy nie wracają  z wioski Polomanczów... Teraz nie wracają Arapaho...
- Co proponujesz bracie? - zapytał Bizoni Róg.
- Nie możemy się rozdzielać, bo kto odłącza się od głównych sił przepada bez wieści...
- Mój ojciec ma rację - wtrącił się Ciężki Kamień - Mam propozycję....
- Mów Ciężki Kamieniu- zachęcał go Cichy Bawół.
- Wydaje mi się, że jesteśmy obserwowani. Wróg widzi, jak wyruszają nasi zwiadowcy i ich przejmuje! Inaczej nie się tego wytłumaczyć, bo do tej pory nie wróciła żadna grupa! Trzeba wysyłać pojedynczo najlepszych zwiadowców i nawet jeśli część z nich zostanie pochwycona to w końcu jeden, dwóch, może trzech dowie się o co w tym wszystkim chodzi i wróci nas o tym powiadomić...
- Ale gdzie mają iść? - zapytał Czerwony Ogień - Do wioski Polomanczów czy szukać Arapaho?

Długo jeszcze trwała narada, ostatecznie przyjęto pomysł młodego wodza Mescalero i wytypowano najlepszych zwiadowców, a następnie w największej tajemnicy zaczęli oni w różnych odstępach czasowych opuszczać obóz...

Minęło kolejnych kilka dni...

- Apacze wciąż obozują - dziwił się Jan Pratelicki.
- Nie wiedzą co się dzieje - wyjaśniał Michał Potylicz - Nie wracają zwiadowcy, Arapaho...
- No, ale nie będą przecież tutaj tak wiecznie siedzieć...
- Też tak myślę...
- Ojcze! - zawołał zbliżający się Mieszko I.
- Co się stało Mieszko?
- Wieści z wioski! Przybył Władysław Łokietek...
- Niech przyjdzie! Niech przyjdzie jak najszybciej!

Chwilę później Łokietek siedział już przy ojcu i Potyliczu...

- Mów!
- W odległości pół dnia jazdy konno od wioski widziano Hiszpanów!
- Tych jeszcze tutaj brakowało! - zawołał siedzący nieopodal Helmuth.
- Idą na wioskę? - dopytywał się Potylicz.
-  Nie. Wygląda na to, że ją ominą...
- Ilu ich jest?
- 200, ale wszyscy konno, w lśniących zbrojach i doskonale uzbrojeni.
- Co będzie jeśli jednak natrafią na wioskę? - niepokoił się Helmuth - Mamy tam zaledwie garstkę wojowników, reszta to kobiety, dzieci i starcy...
- Ujęliśmy dwóch Apaczów - dodał nagle Łokietek - Zwiadowcy. Wyglądało na to, że działali w pojedynkę.
- Apacze wciąż wysyłają zwiadowców - zastanawiał się Potylicz - wygląda na to, że teraz pojedynczo, żeby łatwiej im było się przebić... Trzeba zwiększyć czujność i spróbować ująć powracających zwiadowców. Nie wiadomo ilu ich wysłano...
- Robi się gorąco panie Michale - roześmiał się nagle Pratelicki - Z jednej strony Apacze, z drugiej Hiszpanie...
- Przynajmniej coś się dzieje - odparł, także ze śmiechem, Potylicz
- Mi nie jest do śmiechu! - zawołał zdenerwowany Helmuth - Martwię się wioskę. Jeśli Hiszpanie ją odnajdą to będzie rzeź bezbronnych kobiet i dzieci!
- Cały czas ich obserwujemy - uspokajał Łokietek - w razie niebezpieczeństwa przeniesiemy mieszkańców na Niedźwiedzią Górę. Tam Hiszpanie nigdy ich nie znajdą...
- Czułbym się lepiej, gdyby oni już tam byli... - skwitował Niemiec.
- Posłuchaj! Helmuth! - powiedział Pratelicki - Weź kilku ludzi i jedź tam!
- Jadę!



50) Kontynent północnoamerykański...

Wioska Polomanczów...

Dwaj synowie Helmutha - Biegnący Wilk Magdeburg i Zielony Liść Ratyzbona (dla przypomnienia Niemiec nazywając swoje dzieci łączył imiona indiańskie z nazwami niemieckich miast) pełnili wartę wokół wioski. W pewnym momencie ich uwagę zwróciły spłoszone ptaki...

- Schowajmy się, ktoś się zbliża...

Kwadrans później ujrzeli wynurzających się z zarośli Hiszpanów. Byli konno. Młodzi Germanopacze trwali w napięciu, nie bali się o siebie, ale o wioskę...

- To chyba tylko zwiadowcy - powiedział cicho Biegnący Wilk Magdeburg.
- Zostań tutaj - odparł brat - ja rozejrzę się po okolicy...

Niedługo sytuacja wyjaśniła się. Byli to zwiadowcy hiszpańscy...

- Szybko! Wracamy do wioski! - oznajmił bratu Zielony Liść Ratyzbona - Wszystko widzieli. Niedługo pewnie wrócą w znacznie większej sile...
- Co robimy?
- Musimy uciekać na Niedźwiedzią Górę. Tam będziemy bezpieczni.

Niespełna godzinę później mieszkańcy wioski opuszczali ją w największym pośpiechu. Nie mieliby bowiem szans w starciu z Hiszpanami. W wiosce nie było zbyt wielu wojowników, oprócz wspomnianych dwóch synów Helmutha, byli jeszcze trzej synowie Jana Pratelickiego i szlachcic Michał Józef Majewski, pozostali to kobiety, dzieci i starcy.

- Spieszcie czym prędzej na Niedźwiedzią Górę, ja będę zacierał ślady - zaoferował się Kazimierz Wielki (dla przypomnienia Jan Pratelicki nazywał swoich synów imionami królów polskich).

Jeszcze tego samego dnia Hiszpanie na czele konkwistadorów Jose Manuela Bakulerosa i Pablo Vincento Magierosa wjechali do wioski.

- Tu nikogo nie ma! - grzmiał Bakuleros.
- Musieli uciec - podejrzewał Magieros - zwiadowcy wyraźnie widzieli mieszkańców.
- Szukać śladów! - darł się Bakuleros - Daleko nie uciekli! Przecież nie mają koni!

Hiszpanie wysłali zwiadowców, ale zbliżał się wieczór, więc poszukiwanie Indian odłożono na następny dzień. Postanowiono przenocować w wiosce Polomanczów...

- Miałem kazać spalić tę wioskę - oznajmił Bakuleros - ale dobrze, że tego nie uczyniłem... Mamy przez to gdzie spać, ha ha ha.
- Dziwna ta wioska - rzekł nagle Jose Fortezes.
- Co znowu? - spytał Bakuleros.
- Widzisz ten dworek?

Fortezes pokazał ręką w kierunku domu Jana Pratelickiego...

- Widzę...
- Przecież to nie indiańska chata...
- Znów ci przeklęci Polacy!

Hiszpanie nie zaniedbali żadnych środków bezpieczeństwa, wystawili liczne straże. Nie było w końcu wiadomo ilu tubylców znajduje się w okolicy...

- Gdyby nie ten paskudny Belicarez... - narzekał włoski medyk Gianluca Faracini - nie tłukłbym się teraz po indiańskich wioskach...
- A co byś robił? - spytał Camille Steckozini.
- No jak to co? Siedziałbym teraz na Kubie, pił wino, a Dolores patrzyłaby mi prosto w oczy i wyczytywałaby z nich wszystkie moje życzenia...
- Ha ha ha, akurat...
- No, żartuję. Fakt jednak, że to przez admirała uciekłem z Kuby i dołączyłem do wyprawy...
- A Bakuleros cię nie namówił?
- Trochę też, ale głównie przez Belicareza. Nie mogłem go dłużej znieść. Córkę ma taką piękną, mądrą i dobrą, a z niego to taki drań, despota i wszystko co najgorsze!
- Wiem, wiem. Mnie przecież chciał o głowę skrócić za to, że śpiewałem...
- No sam widzisz, sam widzisz... Gość nie nadaje się na teścia w żaden sposób...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz