Mill

CB8

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

niedziela, 3 sierpnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (73)

Późnym wieczorem doszło do spotkania Jana Pratelickiego z wodzem Apaczów Mescalero Śmiałym Lisem. Bez większych problemów uzgodnili szczegóły jutrzejszej „małej bitwy” nad Tęczowym Potokiem… 

Stanęło na tym, że skoro świt wyjść naprzeciw siebie ma po dwudziestu wojowników z każdej ze stron, zakazane jest używanie broni palnej i łuków. Poza tą walką obie strony zobowiązały się do nie podejmowania żadnych wrogich kroków do końca dnia…

Noc szybko minęła… Punktualnie o wschodzie słońca Pratelicki na czele wybrańców pojawił się nad Tęczowym Potokiem… Wraz z nim stawili się: polscy szlachcice: Rafał Kobyłecki, Robert Pachocki, Jan Podkański, Kazimierz Barowski, dwóch Tatarów, dwóch Polomanczów, dwóch Germanopaczów, dwóch Kozakezów i ośmiu Komanczów, ale przebranych tak, żeby nie uchodzić za przedstawicieli tego plemienia… Naprzeciw nim wyszedł Apacz Mokre Drzewo i 19 Indian, poza dwoma Paunisami, byli to też Apacze.

Obie grupy patrzyły na siebie w napięciu i czekały na wyraźny sygnał od Śmiałego Lisa oznajmiający rozpoczęcie walki… Wódz Mescalero nie spieszył się z sygnałem, co wykorzystał młody Mokre Drewno wysuwając się przed swoją grupę i głośno wołając:

- Niedługo skalp wodza odszczepieńców zawiśnie u mojego pasa! – prowokował Pratelickiego – Mam nadzieję, że nie uciekniesz jak kojot z pola bitewnego?

Pratelicki uśmiechnął się, ale wiedział, że musi odpowiedzieć…

- Mokre Drewno gada więcej od starych bab! Prawdziwi wojownicy walczą, a nie wciąż gadają!

Młody Apacz miał już coś odpowiedzieć, ale Śmiały Lis dał w tym samym momencie sygnał do rozpoczęcia walki… Obie grupy z impetem ruszyły chcąc jak najszybciej zaatakować przeciwnika… Pierwsi do siebie doskoczyli Mokre Drewno i Pratelicki, żaden już nie był skory do rozmowy, teraz każdy z nich chciał jak najszybciej poczuć krew wroga… Młody Indianin z pasją rzucił się na Polaka, ale po kilkunastu zamachach tomahawkiem poczuł, że trafił na godnego rywala… Pratelicki przewidział taki scenariusz i przez pierwsze minuty walki skupił się wyłącznie na obronie, chcąc zmęczyć Apacza, następnie błyskawicznie przeszedł do ataku i tylko znakomity refleks ocalił Mokre Drewno od potężnego ciosu, który niechybnie rozpłatałby mu głowę… Od tej chwili Apacz postanowił walczyć zdecydowanie bardziej ostrożnie…

Obok w sporych opałach znalazł się Pachocki, który został zaatakowany z furią przez dwóch wrogów, a wynikało to z tego, że jeden z Apaczów natychmiast zabił Tatara… Rywalami Polaka byli dwaj doświadczeni wojownicy Apaczów: Twarda Czaszka i Wielki Grzbiet…

- Panie Pachocki! Radzisz sobie? – wołał znajdujący się kilkanaście metrów dalej Kobyłecki.
- Póki co… Tak! Ale nie wiem jak będzie dalej! Atakuje mnie dwóch drani…
- Widzę! Postaram się szybko pokonać swojego Apacza i przyjdę z pomocą!
- Czekam, mam nadzieję, że zdążysz!

Kobyłecki jednak przeliczył się oczekując, że szybko poradzi sobie z rywalem… Jego przeciwnikiem był słynny Paunis Wielkie Czoło, który był zaprawiony w walce jak mało kto, przy tym walczył bardzo dobrze w defensywie i ciężko było go zaskoczyć…

Po kwadransie sytuacja na polu bitwy wyglądała podobnie jak na początku… Z jednej strony zginęło dwóch Apaczów, a z drugiej śmierć poniósł Tatar i Kozakez… Zaczynało dawać o sobie zmęczenie, nikt się bowiem nie oszczędzał, jeden błąd mógł zadecydować o utracie życia… Z minuty na minutę zwiększała się przewaga grupy Pratelickiego, niemal równocześnie padło martwych kilku Apaczów… Pachocki, mimo przewagi swoich, wciąż zmagał się z dwoma wrogami… Można powiedzieć, że wysiłek tego człowieka dał początek sukcesowi w bitwie…

Apacze zgromadzeni wokół Tęczowego Potoku mieli coraz bardziej markotne miny, bowiem coraz bardziej jasna stawała się porażka ich reprezentantów w „małej bitwie”… Wielkie buczenie rozległo się w chwili, gdy Pratelicki tomahawkiem rozpłatał głowę Mokremu Drewnu… Chwilę później Pachocki przebił serce Twardej Czaszce… Dominacja przeciwnika nie mogła spodobać się Apaczom… Widział to wszystko wódz Śmiały Lis i dał znać swoim ludziom by panowali nad swoimi emocjami… Chwilę później Kobyłecki zabił Wielkie Czoło… Nadzieje Apaczom dało jeszcze zwycięstwo ich reprezentanta, Czarnego Dzika nad drugim z Tatarów, a chwilę później ten sam wojownik zabił jeszcze Germanopacza Czerwonego Łosia… Ryk radości Apaczów brzmiał tylko chwilę, bowiem dosłownie kilka sekund później Czarny Dzik został ugodzony w serce przez Kobyłeckiego… Jeszcze kilka minut i porażka Apaczów stała się faktem… Zwycięstwo było wielkie, straty nieznaczne – śmierć poniosło dwóch Tatarów, jeden Kozakez i jeden Germanopacz… 16 przeżyło… Apacze musieli znieść gorycz porażki, najchętniej natychmiast rzuciliby się na wrogów… Śmiały Lis wyszedł w pole w kierunku Pratelickiego, pogratulował mu zwycięstwa… Polak czuł, że wódz gratuluje mu szczerze, ale jednocześnie wiedział, że Apacze nie spoczną by pomścić dzisiejszą zniewagę… Czyli było jasne, że już jutro otwarcie wystąpią przeciw nim… Apacze wciąż nie wiedzieli ilu Komanczów jest z nimi, ale było to już drugorzędną sprawą w porównaniu z chęcią rewanżu za dzisiejszą porażkę…


Tymczasem pod Górą Niedźwiedzią…

- Jutro rano rozpoczniemy wielką ofensywę! – grzmiał konkwistador Jose Manuel Bakuleros – Zabijemy ich wszystkich! Jednego tylko oszczędzimy, by nam drogę do złota pokazał! Gdy już to zrobi i on zakończy swój marny żywot!
- Tam są kobiety i dzieci… - wtrącił się Pablo Vincento Magieros – Je te karzesz zabić?
- Tak! Po co komu dzicy? Przez nich życie straciło wielu naszych ludzi, musimy się zemścić!

Kwadrans później do obozu Hiszpanów wjechała grupa pościgowa wysłana za dezerterami…

- Przykro mi Jose Manuelu – odparł Juan Carlos Soldado – nie udało nam się pojmać dezerterów…
- Aha… Powiesić!
- ? – zdziwił się Jose Fortezes – Chcesz powiesić ich wszystkich?
- Nie. Tylko dowódcę grupy, nieudacznika!
- Panie Bakuleros! Starałem się! Zgubiliśmy trop! Nie znamy terenu! Co miałem robić? – tłumaczył się zrozpaczony Soldado.
- Dobrze, zmieniam zdanie – odparł Bakuleros – Podczas jutrzejszego szturmu pójdziesz w pierwszym szeregu!


Tymczasem dezerterzy z oddziału Bakulerosa: Hiszpan Carlos Miguel Veron i Włoch Rafael Borciotto po zgubieniu grupy pościgowej postanowili jakiś czas odpocząć…

- Czas odpocząć wreszcie drogi Carlosie! – westchnął Borciotto.
- Odpoczywaj, czas na pożegnanie!
- Nie rozumiem…
- Zbyt długo już przebywamy w swoim towarzystwie Rafaelu, czas rozłączyć się!
- Ale po co? Razem mamy większe szanse na przeżycie…
- To ty tak twierdzisz… Żegnaj!

Veron zniknął w zaroślach…

- Żartowniś z tego Verona … - powiedział sam do siebie Borciotto – Ledwie żywy jestem po tylu dniach jazdy, a temu jeszcze żarty w głowie…

Minęło kilka godzin, a Veron wciąż nie wracał…

- Chyba jednak nie żartował… - zasmucił się Borciotto – Cóż, trzeba będzie sobie radzić samemu… Może wróci jeszcze jutro z podkulonym ogonem…

Tymczasem porwany włoski medyk Gianluca Faracini znalazł się w wiosce tajemniczych Indian… Traktowali go dobrze, więc nie bał się o życie, ale bariera językowa nie pozwalała dowiedzieć się czemu właściwie został porwany… Rano po Faraciniego przyszło dwóch wojowników… Zaprowadzili go do wigwamu, który wyróżniał się wielkością na tle pozostałych wigwamów w wiosce… Musiał więc należeć do kogoś ważnego… wodza lub szamana… W środku Faracini ujrzał leżącego na niedźwiedzich skórach starszego mężczyznę…

- Rakataka! – zawołał jeden z wojowników i z szacunkiem padł na kolana… To samo zrobił drugi Indianin… Faracini wciąż stał, ale momentalnie poczuł silne kopnięcie od tyłu, więc szybko zrozumiał, że musi też paść na kolana…

- Takanaka! – zawołali dwaj wojownicy na widok młodego Indianina, który soczystym kopniakiem zmusił Faraciniego do padnięcia na kolana…

Włoch domyślił się w lot, że kopiący Indianin musi być także kimś ważnym… Prawdopodobnie mógł być synem leżącego na skórach starszego Indianina… Medyk przypuszczał, jak się potem okazało słusznie, że starszy Indianin był wodzem, a ten co go kopnął jego synem… Jego rozmyślania przerwały słowa młodszego… Obaj wojownicy w między czasie wyszli z wigwamu…

- Te! – rozpoczął Indianin – Rakataka (pokazał na starszego) inaka velo manaka! A kaka Takanaka (tu pokazał na siebie, następnie na swój toporek) figaka mukaka!

Faracini nie do końca zrozumiał… Wiedział już jak nazywają się obaj Indianie, domyślał się, że starszy jest chory i pewnie młodemu chodziło, żeby go uleczyć, a jak nie… to toporek… Wszystko jasne!
Młodszy Indianin wyszedł z namiotu pozostawiając Faraciniego sam na sam z chorym Indianinem… Włoch długo zastanawiał się jaką terapię zastosować, zwłaszcza że nie miał zbytnio możliwości porozmawiania z pacjentem… To znaczy raz spróbował, ale usłyszał tylko…

- Rakataka! A kuku kaka!

Medyk próbował rozebrać Indianina by zobaczyć czy przypadkiem nie jest on ranny, ale poskutkowało to tylko tym, że stary zaczął drzeć się głośno, po czym wpadł do wigwamu Takanaka i Faracini znowu zarobił kopniaka w plecy…

- Nie ma co! Jak tu leczyć?

Skoro nie mógł za bardzo zdiagnozować choroby postanowił działać profilaktycznie, czyli leczyć ziołami… Rozpalił szybko małe ognisko, pierwsze co zrobił to naparzył mieszankę ziół przyspieszających sen… Gdy już Indianin zasnął, medyk zabrał się szybko do dzieła, oglądnął pacjenta, ale nigdzie nie znalazł żadnych ran…

- To chyba ze starości… - rzekł do siebie – Co robić? Lewatywa! Nie zaszkodzi… Potem inne zioła!

Zabiegi Faraciniego trwały już dwa dni… Takanaka wchodził do wigwamu co kilka godzin, ale już nie kopał Włocha… Stary spał cały czas, młody Indianin ograniczał się więc do sprawdzenia czy żyje… Nie omieszkał za każdym razem wskazać na toporek, dając wyraźnie do zrozumienia medykowi co go czeka na wypadek śmierci starego…

Niedaleko wioski tajemniczych Indian kręcił się inny Włoch Camille Steckozini...

- Bakuleros nie przejmuje się tym, ale ja cię odnajdę rodaku! - mówił sam do siebie - Czuję, że jesteś gdzieś w pobliżu...



1 komentarz:

  1. Anonimowy23:09

    It does so through the magnets' influence on the iron contained within the blood.
    Often referred to as Rare Earth Magnets, the name is misleading.

    And we now have to decide whether to keep trying to fix our
    current one or purchase a new Mosquito Magnet Defender.



    Here is my web-site; magnesy reklamowe cena

    OdpowiedzUsuń