Mill

CB8

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

sobota, 15 marca 2014

Epopeja polsko-indiańska (62)

Kontynent północnoamerykański…

- Apacze! Apacze idą! – darł się Jan Daniel Rożnawski biegnąc w stronę ogniska przy którym siedział dowódca I wyprawy Michał Potylicz w towarzystwie Jana Pratelickiego i wodza Komanczów Samotnego Wilka.
- Milcz! – zawołał wściekle Komancz – tylko stare baby wrzeszczą na wojennej ścieżce!

Rożnawski wyraźnie zażenowany nie wiedział co odpowiedzieć na ten atak… Wyratował go z opresji Potylicz zadając pytanie…

- Ilu ich jest?
- Sześciu…
- To o co tyle krzyku? – śmiał się Pratelicki – to pewnie zwiadowcy…
- Nie – wtrącił się Germanopacz Ciężka Ręka niespodziewanie pojawiając się, czym wzbudził wielki podziw Samotnego Wilka – wydaje mi się, że to posłańcy.
- Posłańcy? – zdziwił się Pratelicki – do kogo niby?
- Do nas.
- Gdzie ich widzieliście? – zapytał wódz Komanczów.
- Niedaleko stąd. Wyraźnie nas szukają…
- Skoro tak to przyprowadźcie ich do nas… - skwitował Pratelicki.

Kwadrans później dwóch Apaczów, pozostali musieli poczekać, zbliżyło się do ogniska… Brakowało przy nim wodza Komanczów, a zamiast niego pojawił się Kozak Jurko.

- Siadajcie! – rzekł na wstępie Pratelicki.
- Wodzowie Apaczów przysłali nas na rozmowę – rozpoczął starszy Indianin – Ja nazywam się Biała Sowa, a ten młody, ale już słynny wojownik, to Mokre Drzewo…
- Wiele lat już żyję na tym świecie – odparł ze śmiechem Pratelicki – ale nie słyszałem o Mokrym Drzewie… Widocznie nie jest tak słynny za jakiego się uważa…
- Mokre Drzewo jest niezwyciężony! Zdobył wiele skalpów na wrogach i dokonał wielkich czynów! – uniósł się młodzieniec.
- Nie słyszałem – skwitował krótko Polak – A ty Jurko słyszałeś?
- Też nie!

Mokre Drzewo uczynił krok jakby miał ruszyć na Pratelickiego, ale błyskawicznie powstrzymał go Biała Sowa. Cofnął się, ale nie omieszkał zaatakować Polaka słownie…

- Nasi wodzowie chcą otwartej bitwy z wami! Chyba, że tchórz was nie opuści by podjąć takie wyzwanie i nadal będziecie kąsać z ukrycia!
- To Apacze działają w sposób typowy dla tchórza – odpowiedział spokojnie, ale butnie zarazem Pratelicki – próbowali nas zaskoczyć w wiosce, nie zawiadamiając o wykopaniu topora wojennego! Czy tak postępują prawdziwi wojownicy?
- Wiemy, że są z wami Komancze! Ilu ich jest? – zawołał Mokre Drzewo.
- A kim ty jesteś, żeby mówić do mnie takim tonem? Jestem wodzem Polomanczów, a ty kim?
- Jesteś wodzem odszczepieńców!
- Niech Apacz baczy na to co mówi, bo zapomnę, że jesteś posłańcem!
- Wszystkich was zabijemy! Wasze skalpy ozdobią nasze pasy!
- Dość tego! Mów co ci kazali wodzowie albo zamilcz i odejdź!
- Kto Mokremu Drzewu zabroni?
- Ja!
- Nie boję się ciebie! Mokre Drzewo nikogo się nie boi!

Starszy Indianin dał mu znać, że teraz on będzie prowadził rozmowę…

- Nasi wodzowie chcą walki. Proponują po dwudziestu wojowników z każdej strony, broń dowolna, ale bez używania długich grzmiących kijów i łuków.
- Co da zwycięstwo w tym starciu? – zapytał rzeczowo Jurko.
- Tego wodzowie nie powiedzieli… Walka odbyłaby się jutro o wschodzie słońca nad Tęczowym Potokiem obok Lisiej Skały. Wybrani wojownicy będą walczyć, a reszta może przyglądać się…
- Kto nam zaręczy, że nie uderzycie na nas skrycie?
- Do końca dnia obie strony nie mogą podjąć żadnych wrogich kroków.
- Jeszcze jedno…
- ?
- Chcę walczyć z tym pyszałkiem! – Pratelicki wskazał wymownie na Mokre Drzewo.
- Rozgniotę cię jak robaka! – wrzasnął zaczepiony.
- Chcę spotkać się z… ze Śmiałym Lisem… Nie słyszałem, żeby złamał kiedykolwiek dane słowo. Z nim ustalę szczegóły.
- Przekażę to Śmiałemu Lisowi, jak i pozostałym wodzom. Gdzie i kiedy mielibyście się spotkać?
- Skoro bitwa ma odbyć się jutro o świcie to spotkam się z wodzem Apaczów Mescalero dzisiaj o zachodzie słońca. W tym miejscu, gdzie ma się odbyć jutrzejsza bitwa.
- Przekażę. Myślę, że Śmiały Lis zgodzi się na spotkanie.
- Będę czekał. Sam i mam nadzieję, że wódz także przyjedzie sam.

Apacze odeszli.

- Pojawia się pytanie – rozpoczął Potylicz – czy można im ufać?
- Tego nigdy do końca nie wiadomo, ale Indianie z reguły dotrzymują umów… Obawiam się czegoś innego… - odpowiedział Pratelicki.
- Tak?
- Ta mała bitwa ma służyć przede wszystkim temu by Apacze zorientowali się ilu nas jest… Chcą wiedzieć ilu jest z nami Komanczów…
- Jak wygląda okolica wokół Tęczowego Potoku?
- No właśnie jest to teren dość otwarty. Celowo wybrali to miejsce, żeby nas policzyć. Gdy zorientują się, że mają znaczną przewagę to jutro jeszcze nie zaatakują, ale następnego dnia już tak…
- Co proponujesz?
- Z jednej strony myślę, że lepiej by nad Tęczowym Potokiem nie było Komanczów, ale z drugiej żeby byli… Sam nie wiem co lepsze…
- Uważam, że Komancze nie powinni z nami iść. Musimy trzymać Apaczów w ciągłej niepewności.
- Chyba masz rację, ale teraz przekonaj jeszcze Samotnego Wilka… Właśnie tutaj zmierza…
- A, właśnie! Kogo wystawimy? Bo rozumiem, że spotkanie z tym Śmiałym Lisem to tylko formalność?
- Ja będę walczył na pewno, w końcu wyzwałem Mokre Drzewo.
- Moi ludzie też będą walczyć!
- Cieszy mnie to.
- Nie boisz się tego Apacza?
- Mokre Drzewo? Bądź spokojny…
- Trochę martwię, widziałeś sam, że to potężne chłopisko…
- Myślę, że poradzę sobie z nim.

Długo jeszcze trwała narada kogo wystawić. Samotny Wilk wściekał się, że Komancze nie będą mogli udać się nad Tęczowy Potok, ale w końcu dał się przekonać. Wódz wymógł jednak, żeby jego wojownicy także mogli wziąć udział w małej bitwie.

Ostatecznie stanęło na tym, że wytypowano ośmiu Komanczów, dwóch Polomanczów, dwóch Germanopaczów, dwóch Kozakezów. Pozostałych sześciu miał wystawić Potylicz. Chętnych nie brakowało, w końcu dowódca postanowił, że Polskę reprezentować będą: Rafał Kobyłecki, Robert Pachocki, Jan Podkański i Kazimierz Barowski oraz dwóch Tatarów.

- Wilhelmie! Powiedz im, że ja też chcę walczyć! – wołał Hiszpan Pablo Madeiros (były strażnik więzienny)
- Już postanowione – odparł kapitan Wilhelm Rokosz – trzeba było zgłosić się wcześniej.
- A skąd mogłem wiedzieć? Nie rozumiem jeszcze po polsku…

Do Kobyłeckiego i Pachockiego podszedł Jan Daniel Rożnawski…

- Podziwiam was! Żeby iść bić się z dzikimi…
- Ktoś musi! – odparł spokojnie Kobyłecki.
- A ty czemu nie zgłosiłeś się Jasiu? – zaczepił Rożnawskiego Pachocki.
- Ja?
- No, no…
- Yyyy… Nie zdążyłem.
- Jak to nie zdążyłeś? Wszyscy o tym trąbili od dwóch godzin!
- Byłem na spacerze…
- Szukał szczęścia w zaroślach, ha ha ha – śmiał się Kobyłecki.

Godzinę przed zachodem słońca Pratelicki odjechał na spotkanie z wodzem Apaczów…

Tymczasem w okolicy wioski Polomanczów pod górą Niedźwiedzią…

- Co robimy? – zapytał Jose Fortezes.
- A co mamy robić? – odparł wściekle Jose Manuel Bakuleros – trzeba ich wszystkich zabić!
- Niepotrzebnie straciliśmy tylu ludzi, wielu też jest rannych…
- Dlatego tym bardziej te dzikusy muszą za to zapłacić! Zabijemy ich wszystkich! Nie! Jednego zostawimy żywego, doprowadzi nas potem do złota! A potem i jego zabijemy!
- Skąd pewność, że oni mają złoto?
- Czuję to! To złoto jest już moje!
- Twoje? A Belicarez?
- No dobrze… Nasze! Hej Juan! Przyślij mi tutaj szybko tego włoskiego medyka! Znowu mnie boli!

Chwilę później Włoch Gianluca Faracini przyszedł do namiotu Bakulerosa…

- Jestem!
- No nareszcie! Dłużej się nie dało?! Naparz mi tych ziół co ostatnio, bo mi pomogły. Jak ranni?
- Właśnie od nich wracam…
- No i?
- Kilku zmarło, nic nie mogłem zrobić. Jeszcze nie wiem co będzie z Carlosem Vivasem, a reszta jest w stabilnym stanie.
- Parz te zioła! Boli mnie strasznie!

Faracini naparzył zioła, a następnie opuścił namiot konkwistadora i udał się jeszcze raz do rannych. Po stwierdzeniu, że wszystko jest w porządku udał się w kierunku swojego namiotu…

- Jak tam Gianluca? – zapytał napotkany po drodze Włoch Camille Steckozini.
- Ciężki dzień miałem, idę spać, bo padam na brodę…
- Dobranoc w takim razie.
- Dobranoc.

Medyk jeszcze na dobre nie ułożył się do snu, gdy nagle dwie postacie rzuciły się na niego, a po obezwładnieniu wyniosły z namiotu…

- Uważaj, żeby mu się nic nie stało – powiedział jeden z nich w nieznanym języku – czarownik musi być żywy.
- Wiem, wiem. Idź szybko, bo nas Hiszpanie jeszcze zauważą…

Obie postacie niepostrzeżenie wyniosły Faraciniego z obozu Hiszpanów i ruszyły w ciemność…

Tymczasem Steckozini wyszedł ze swojego namiotu…

- Kurczę pieczone! Coś nie mogę spać… Szkoda, że Faracini był zmęczony, bo byśmy jakieś winko wypili, a tak to co? Wszyscy śpią, poza strażami… A co mi tam! Sam się napiję! Śpij Gianluca, bo jutro znowu do rannych pójdziesz… Niech ci się Dolores przyśni! Ha ha ha. Taki to ma dobrze, a ja? Wiecznie samotny…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz