Moja lista blogów

par

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indianie Ameryki Północnej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indianie Ameryki Północnej. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 września 2017

Epopeja polsko-indiańska - Pierwsze 24 części

Wychodząc na przeciw prośbom czytelników - po raz kolejny - przypominam pierwsze 24 części powieści (scalone w jednym poście).

W najbliższym czasie w takim sam sposób scalone zostaną części 25-50, 51-75 i 76-85.

Z pewnością ułatwi to lekturę powieści :)

Link do części 1-24:

http://limmberro.blogspot.com/2015/04/epopeja-polsko-indianska-pierwsze-24.html

sobota, 20 lutego 2016

Epopeja polsko-indiańska (82)

Niezależnie od siebie w okolice hiszpańskiej kopalni złota Alcarta de Santa Maria dotarli: angielski tropiciel Martin Swayze Von Bigay i Jagna (Agnieszka Dębska)…

Anglik przez dwa dni skrupulatnie starał się liczyć hiszpańskich żołnierzy, a nie było to łatwe zadanie, bo ruch z i do kopalni był dość spory… Ostatecznie zdecydował, że Hiszpanów jest przynajmniej 400. Uznał, że może wracać, ale na wszelki wypadek postanowił jeszcze sprawdzić czy nie ma jakiegoś obozu lub miasteczka w niedalekiej okolicy, ale z drugiej strony kopalni, bo po drodze bowiem żadnego takiego miejsca nie napotkał…

Jagna dotarła w okolice kopalni nieco później od tropiciela, miała też inne zamiary… Przede wszystkim chciała pomóc ujętym zwiadowcom, ale szybko zorientowała się, że  nie będzie to takie proste… Część wydobywcza była bardzo dobrze strzeżona, właściwie nie było szans dostać się tam, a co dopiero myśleć o uwolnieniu jeńców… Jagna nie zamierzała się jednak poddawać…

- Musi być do cholery jakiś sposób, żeby tego dokonać! – wściekała się.

Tymczasem w kopalni…

- Rycerzu! – darł się Niemiec Dietrich – Słabnie wam wydajność! Będę musiał znowu kogoś zabić!
- Nie! Proszę nie! – błagał rycerz Krzysztof – Miejsce w którym teraz kopiemy jest dość ubogie w kruszec! Poza tym ludzie są przemęczeni!
- Nie obchodzi mnie to!
- Daj nam trochę czasu! Jutro powinniśmy dotrzeć w lepsze miejsce i znacząco poprawimy wydajność!
- Dobrze! Ale jak nie będzie tego złota tyle co powinno to… to zabiję dwóch ludzi! Nie żartuję!

Niemiec odszedł, a wśród jeńców zapanowała grobowa cisza…

- Nie damy rady – narzekał Krzysztof Połniakowski – Oni chcą coraz więcej złota, a my jesteśmy coraz słabsi… Poza tym czy oni nie widzą, że jest nas coraz mniej? Przecież zabili kilku ludzi!
- Musimy się jeszcze zmobilizować! – motywował rycerz.
- Zacznij sam kopać! – denerwował się Jacek Światłoniewski – Wtedy wzrośnie wydajność!
- Ktoś musi zarządzać… - bronił się rycerz.
- Dlaczego akurat ty? – wtrącił się Kozak Jakubiczenko.
- No właśnie! Jak wszyscy kopiemy to wszyscy! – wtórował mu inny Kozak Rych Bodczenko.
- Uwaga! Hiszpanie idą! – ostrzegł towarzyszy Krzysztof Klemens Romanowski.

Wszyscy rzucili się do pracy… Wśród jeńców panowała nerwowa atmosfera… Późnym wieczorem kilku z nich postanowiło spróbować ucieczki…

- Czemu nie bierzemy wszystkich? – dopytywał się Piotr Górecki
- To byłoby zbyt podejrzane… - wyjaśniał Kozak Kotaszenko – W większej grupie mielibyśmy mniejsze szanse. Poza tym Hiszpanie co pewien czas kontrolują czy jesteśmy. Co by było gdyby sprawdzili, że nikogo nie ma? Pogoń za nami ruszyłaby za szybko…
- Masz rację – poparł Kozaka Jarosław z Cebulewa.
- Idziemy!  Czas to pieniądz! – skomentował Bartłomiej Głuchowski i kontynuował wspinaczkę.

Dwa kwadranse później rozległ się alarm… Słychać było strzały i głośne nawoływania… Po godzinie wszystko ucichło…

Rano pojawił się Dietrich…

- Carlos! Zabij tego! – rozkazał.

Hiszpański żołnierz natychmiast wykonał polecenie…

- Jak ktoś jeszcze spróbuje ucieczki to zabijemy was wszystkich! Nawet tych co zostaną na miejscu!

Zapadła cisza, Hiszpanie odeszli…

- Myślicie, że ich zabili? – zapytał Mariusz Roch Kowalski.
- Nie wiem… - odparł Połniakowski – Trzeba było zapytać!
- Chyba żartujesz! Ten Szwab tylko patrzył kogo by to jeszcze ustrzelić!

Jagna dobrze widziała wieczorne zdarzenie, ale nie mogła nic zrobić… W pierwszym odruchu chciała rzucić się na pomoc, ale od razu porzuciła tę myśl – nie było żadnych szans by taka pomoc okazała się skuteczna… Hiszpanów było stanowczo zbyt wielu… Nie była nawet pewna czy wszyscy zginęli czy może jednak komuś udało się uciec… Hiszpanie nawet nie szukali ciał wśród skał ciągnących się wokół kopalni… Dało się jednak zauważyć wzmożony ruch z i do kopalni… Być może żołnierze ruszyli w pościg…

Dwie godziny później sama znalazła się w opałach… Nagle otoczyło ją ośmiu hiszpańskich żołnierzy…

- Nie strzelać! – zarządził sierżant – Brać ją żywcem!

Żołnierze rzucili się na nią, broniła się jak opętana wywijając szablą na wszystkie strony, ale czuła, że w końcu ulegnie przeważającej sile… Udało się jej powalić jednego, ale słabła pod naporem przeważających sił przeciwnika… Chwilę później jeden z żołnierzy wytrącił jej broń z ręki, a drugi przyłożył szpadę do gardła… Musiała się poddać… W tym samym momencie stało się coś nieprzewidzianego, na Hiszpanów rzucili się jacyś ludzie i po krótkiej walce – Jagna znowu miała broń w ręce i czynnie w niej uczestniczyła  – odnieśli zwycięstwo…

- Kim jesteś? – zapytał jeden z nich, zapewne przywódca.

Jagna nie zrozumiała, ale zorientowała się, że tajemniczy wybawca mówi po hiszpańsku…

- Jestem Diego Flores. Kiedyś hiszpański oficer, dzisiaj buntownik i pirat. Ale ty chyba nic nie rozumiesz…

Jagna wpatrywała się w Hiszpana, pragnęła mu podziękować za ratunek, ale nie rozumiała ani jednego słowa… Postanowiła spróbować po francusku, który trochę znała…

- Dziękuję ci za ratunek tajemniczy… Nazywam się Jagna. Jestem z Polski.

Na szczęście okazało się, że Hiszpan także znał ten język…

- Co tutaj robi Polka? I do tego taka urocza…
- Chcę ratować moich rodaków, którzy pracują od jakiegoś czasu w kopalni…
- Nie dasz rady, kopalnia jest pilnie strzeżona. Zginiesz, a im nie pomożesz…

Rozmowa trwała jeszcze długo, Flores zaproponował Jagnie by się do nich przyłączyła. Polka podziękowała za propozycję, ale odmówiła… Niedługo potem piraci odeszli…

- Chyba się zakochałam… - rzekła sama do siebie Jagna – Co teraz robić? Wracać do obozu czy jednak spróbować im pomóc?

Nagle do jej uszu dotarł dziwny dźwięk z okolicznych zarośli… Chwyciła za szablę i zastygła spodziewając się ataku…

- Pewnie kolejny patrol! – pomyślała.
- Nie lękaj się! – powiedział ktoś po polsku – To ja!

Za chwilę okazało się, że był to Swayze…

- Swayze?  Już myślałam, że to kolejny patrol…
- Trzeba uważać, bo szukają zbiegów z kopalni…
- Widziałeś ich? Ktoś przeżył?
- Nie jestem pewny, ale chyba dwóch uciekło, a dwóch zginęło… A ty co jesteś taka zakrwawiona?
- A… Miałam przygodę, ale już jest dobrze…

Swayze spojrzał na trupy hiszpańskich żołnierzy…

- Sama wszystkich zabiłaś?

Jagna w pierwszej chwili chciała powiedzieć Anglikowi o pomocy piratów, ale ugryzła się w język w ostatnim momencie…

- Sama! – wypaliła głośno, a pomyślała w duchu – Nie musi wiedzieć o piratach, przynajmniej na razie…
- Jestem pod wrażeniem! Ośmiu ludzi, a ty jedna! Jesteś niesamowita!
- Co zamierzasz dalej Angliku? Wracasz do obozu?
- Tak, muszę zawiadomić Donieckiego ilu jest Hiszpanów. A ty?
- Ja tu zostanę i będę obserwowała dalej kopalnię. Jak dotrzecie z pomocą, to będziecie mieć informacje z pierwszej ręki…
- Doskonale. Zmień miejsce lepiej, no i trzeba ukryć zwłoki, bo Hiszpanie się wściekną na ten widok…

Swayze pomógł Jagnie zrzucić ciała poległych do zagłębienia skalnego…

- Pewnie ich kiedyś znajdą, ale nie za szybko… Uważaj na siebie, ruszam w drogę!
- Powodzenia! Pozdrów Żbikowską ode mnie, wszystkich pozdrów!

Jagna zaraz potem także opuściła to miejsce, szybko znalazła nowe doskonale nadające się do obserwacji kopalni…

- Ciekawe gdzie jest teraz ten Flores? – myślała głośno.

Biła się z myślami… Ale coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że przystojny pirat zawrócił jej w głowie…

niedziela, 3 sierpnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (73)

Późnym wieczorem doszło do spotkania Jana Pratelickiego z wodzem Apaczów Mescalero Śmiałym Lisem. Bez większych problemów uzgodnili szczegóły jutrzejszej „małej bitwy” nad Tęczowym Potokiem… 

Stanęło na tym, że skoro świt wyjść naprzeciw siebie ma po dwudziestu wojowników z każdej ze stron, zakazane jest używanie broni palnej i łuków. Poza tą walką obie strony zobowiązały się do nie podejmowania żadnych wrogich kroków do końca dnia…

Noc szybko minęła… Punktualnie o wschodzie słońca Pratelicki na czele wybrańców pojawił się nad Tęczowym Potokiem… Wraz z nim stawili się: polscy szlachcice: Rafał Kobyłecki, Robert Pachocki, Jan Podkański, Kazimierz Barowski, dwóch Tatarów, dwóch Polomanczów, dwóch Germanopaczów, dwóch Kozakezów i ośmiu Komanczów, ale przebranych tak, żeby nie uchodzić za przedstawicieli tego plemienia… Naprzeciw nim wyszedł Apacz Mokre Drzewo i 19 Indian, poza dwoma Paunisami, byli to też Apacze.

Obie grupy patrzyły na siebie w napięciu i czekały na wyraźny sygnał od Śmiałego Lisa oznajmiający rozpoczęcie walki… Wódz Mescalero nie spieszył się z sygnałem, co wykorzystał młody Mokre Drewno wysuwając się przed swoją grupę i głośno wołając:

- Niedługo skalp wodza odszczepieńców zawiśnie u mojego pasa! – prowokował Pratelickiego – Mam nadzieję, że nie uciekniesz jak kojot z pola bitewnego?

Pratelicki uśmiechnął się, ale wiedział, że musi odpowiedzieć…

- Mokre Drewno gada więcej od starych bab! Prawdziwi wojownicy walczą, a nie wciąż gadają!

Młody Apacz miał już coś odpowiedzieć, ale Śmiały Lis dał w tym samym momencie sygnał do rozpoczęcia walki… Obie grupy z impetem ruszyły chcąc jak najszybciej zaatakować przeciwnika… Pierwsi do siebie doskoczyli Mokre Drewno i Pratelicki, żaden już nie był skory do rozmowy, teraz każdy z nich chciał jak najszybciej poczuć krew wroga… Młody Indianin z pasją rzucił się na Polaka, ale po kilkunastu zamachach tomahawkiem poczuł, że trafił na godnego rywala… Pratelicki przewidział taki scenariusz i przez pierwsze minuty walki skupił się wyłącznie na obronie, chcąc zmęczyć Apacza, następnie błyskawicznie przeszedł do ataku i tylko znakomity refleks ocalił Mokre Drewno od potężnego ciosu, który niechybnie rozpłatałby mu głowę… Od tej chwili Apacz postanowił walczyć zdecydowanie bardziej ostrożnie…

Obok w sporych opałach znalazł się Pachocki, który został zaatakowany z furią przez dwóch wrogów, a wynikało to z tego, że jeden z Apaczów natychmiast zabił Tatara… Rywalami Polaka byli dwaj doświadczeni wojownicy Apaczów: Twarda Czaszka i Wielki Grzbiet…

- Panie Pachocki! Radzisz sobie? – wołał znajdujący się kilkanaście metrów dalej Kobyłecki.
- Póki co… Tak! Ale nie wiem jak będzie dalej! Atakuje mnie dwóch drani…
- Widzę! Postaram się szybko pokonać swojego Apacza i przyjdę z pomocą!
- Czekam, mam nadzieję, że zdążysz!

Kobyłecki jednak przeliczył się oczekując, że szybko poradzi sobie z rywalem… Jego przeciwnikiem był słynny Paunis Wielkie Czoło, który był zaprawiony w walce jak mało kto, przy tym walczył bardzo dobrze w defensywie i ciężko było go zaskoczyć…

Po kwadransie sytuacja na polu bitwy wyglądała podobnie jak na początku… Z jednej strony zginęło dwóch Apaczów, a z drugiej śmierć poniósł Tatar i Kozakez… Zaczynało dawać o sobie zmęczenie, nikt się bowiem nie oszczędzał, jeden błąd mógł zadecydować o utracie życia… Z minuty na minutę zwiększała się przewaga grupy Pratelickiego, niemal równocześnie padło martwych kilku Apaczów… Pachocki, mimo przewagi swoich, wciąż zmagał się z dwoma wrogami… Można powiedzieć, że wysiłek tego człowieka dał początek sukcesowi w bitwie…

Apacze zgromadzeni wokół Tęczowego Potoku mieli coraz bardziej markotne miny, bowiem coraz bardziej jasna stawała się porażka ich reprezentantów w „małej bitwie”… Wielkie buczenie rozległo się w chwili, gdy Pratelicki tomahawkiem rozpłatał głowę Mokremu Drewnu… Chwilę później Pachocki przebił serce Twardej Czaszce… Dominacja przeciwnika nie mogła spodobać się Apaczom… Widział to wszystko wódz Śmiały Lis i dał znać swoim ludziom by panowali nad swoimi emocjami… Chwilę później Kobyłecki zabił Wielkie Czoło… Nadzieje Apaczom dało jeszcze zwycięstwo ich reprezentanta, Czarnego Dzika nad drugim z Tatarów, a chwilę później ten sam wojownik zabił jeszcze Germanopacza Czerwonego Łosia… Ryk radości Apaczów brzmiał tylko chwilę, bowiem dosłownie kilka sekund później Czarny Dzik został ugodzony w serce przez Kobyłeckiego… Jeszcze kilka minut i porażka Apaczów stała się faktem… Zwycięstwo było wielkie, straty nieznaczne – śmierć poniosło dwóch Tatarów, jeden Kozakez i jeden Germanopacz… 16 przeżyło… Apacze musieli znieść gorycz porażki, najchętniej natychmiast rzuciliby się na wrogów… Śmiały Lis wyszedł w pole w kierunku Pratelickiego, pogratulował mu zwycięstwa… Polak czuł, że wódz gratuluje mu szczerze, ale jednocześnie wiedział, że Apacze nie spoczną by pomścić dzisiejszą zniewagę… Czyli było jasne, że już jutro otwarcie wystąpią przeciw nim… Apacze wciąż nie wiedzieli ilu Komanczów jest z nimi, ale było to już drugorzędną sprawą w porównaniu z chęcią rewanżu za dzisiejszą porażkę…


Tymczasem pod Górą Niedźwiedzią…

- Jutro rano rozpoczniemy wielką ofensywę! – grzmiał konkwistador Jose Manuel Bakuleros – Zabijemy ich wszystkich! Jednego tylko oszczędzimy, by nam drogę do złota pokazał! Gdy już to zrobi i on zakończy swój marny żywot!
- Tam są kobiety i dzieci… - wtrącił się Pablo Vincento Magieros – Je te karzesz zabić?
- Tak! Po co komu dzicy? Przez nich życie straciło wielu naszych ludzi, musimy się zemścić!

Kwadrans później do obozu Hiszpanów wjechała grupa pościgowa wysłana za dezerterami…

- Przykro mi Jose Manuelu – odparł Juan Carlos Soldado – nie udało nam się pojmać dezerterów…
- Aha… Powiesić!
- ? – zdziwił się Jose Fortezes – Chcesz powiesić ich wszystkich?
- Nie. Tylko dowódcę grupy, nieudacznika!
- Panie Bakuleros! Starałem się! Zgubiliśmy trop! Nie znamy terenu! Co miałem robić? – tłumaczył się zrozpaczony Soldado.
- Dobrze, zmieniam zdanie – odparł Bakuleros – Podczas jutrzejszego szturmu pójdziesz w pierwszym szeregu!


Tymczasem dezerterzy z oddziału Bakulerosa: Hiszpan Carlos Miguel Veron i Włoch Rafael Borciotto po zgubieniu grupy pościgowej postanowili jakiś czas odpocząć…

- Czas odpocząć wreszcie drogi Carlosie! – westchnął Borciotto.
- Odpoczywaj, czas na pożegnanie!
- Nie rozumiem…
- Zbyt długo już przebywamy w swoim towarzystwie Rafaelu, czas rozłączyć się!
- Ale po co? Razem mamy większe szanse na przeżycie…
- To ty tak twierdzisz… Żegnaj!

Veron zniknął w zaroślach…

- Żartowniś z tego Verona … - powiedział sam do siebie Borciotto – Ledwie żywy jestem po tylu dniach jazdy, a temu jeszcze żarty w głowie…

Minęło kilka godzin, a Veron wciąż nie wracał…

- Chyba jednak nie żartował… - zasmucił się Borciotto – Cóż, trzeba będzie sobie radzić samemu… Może wróci jeszcze jutro z podkulonym ogonem…

Tymczasem porwany włoski medyk Gianluca Faracini znalazł się w wiosce tajemniczych Indian… Traktowali go dobrze, więc nie bał się o życie, ale bariera językowa nie pozwalała dowiedzieć się czemu właściwie został porwany… Rano po Faraciniego przyszło dwóch wojowników… Zaprowadzili go do wigwamu, który wyróżniał się wielkością na tle pozostałych wigwamów w wiosce… Musiał więc należeć do kogoś ważnego… wodza lub szamana… W środku Faracini ujrzał leżącego na niedźwiedzich skórach starszego mężczyznę…

- Rakataka! – zawołał jeden z wojowników i z szacunkiem padł na kolana… To samo zrobił drugi Indianin… Faracini wciąż stał, ale momentalnie poczuł silne kopnięcie od tyłu, więc szybko zrozumiał, że musi też paść na kolana…

- Takanaka! – zawołali dwaj wojownicy na widok młodego Indianina, który soczystym kopniakiem zmusił Faraciniego do padnięcia na kolana…

Włoch domyślił się w lot, że kopiący Indianin musi być także kimś ważnym… Prawdopodobnie mógł być synem leżącego na skórach starszego Indianina… Medyk przypuszczał, jak się potem okazało słusznie, że starszy Indianin był wodzem, a ten co go kopnął jego synem… Jego rozmyślania przerwały słowa młodszego… Obaj wojownicy w między czasie wyszli z wigwamu…

- Te! – rozpoczął Indianin – Rakataka (pokazał na starszego) inaka velo manaka! A kaka Takanaka (tu pokazał na siebie, następnie na swój toporek) figaka mukaka!

Faracini nie do końca zrozumiał… Wiedział już jak nazywają się obaj Indianie, domyślał się, że starszy jest chory i pewnie młodemu chodziło, żeby go uleczyć, a jak nie… to toporek… Wszystko jasne!
Młodszy Indianin wyszedł z namiotu pozostawiając Faraciniego sam na sam z chorym Indianinem… Włoch długo zastanawiał się jaką terapię zastosować, zwłaszcza że nie miał zbytnio możliwości porozmawiania z pacjentem… To znaczy raz spróbował, ale usłyszał tylko…

- Rakataka! A kuku kaka!

Medyk próbował rozebrać Indianina by zobaczyć czy przypadkiem nie jest on ranny, ale poskutkowało to tylko tym, że stary zaczął drzeć się głośno, po czym wpadł do wigwamu Takanaka i Faracini znowu zarobił kopniaka w plecy…

- Nie ma co! Jak tu leczyć?

Skoro nie mógł za bardzo zdiagnozować choroby postanowił działać profilaktycznie, czyli leczyć ziołami… Rozpalił szybko małe ognisko, pierwsze co zrobił to naparzył mieszankę ziół przyspieszających sen… Gdy już Indianin zasnął, medyk zabrał się szybko do dzieła, oglądnął pacjenta, ale nigdzie nie znalazł żadnych ran…

- To chyba ze starości… - rzekł do siebie – Co robić? Lewatywa! Nie zaszkodzi… Potem inne zioła!

Zabiegi Faraciniego trwały już dwa dni… Takanaka wchodził do wigwamu co kilka godzin, ale już nie kopał Włocha… Stary spał cały czas, młody Indianin ograniczał się więc do sprawdzenia czy żyje… Nie omieszkał za każdym razem wskazać na toporek, dając wyraźnie do zrozumienia medykowi co go czeka na wypadek śmierci starego…

Niedaleko wioski tajemniczych Indian kręcił się inny Włoch Camille Steckozini...

- Bakuleros nie przejmuje się tym, ale ja cię odnajdę rodaku! - mówił sam do siebie - Czuję, że jesteś gdzieś w pobliżu...



poniedziałek, 26 maja 2014

Epopeja polsko-indiańska (69)

Świt zbliżał się nieuchronnie, cała II polska wyprawa – wyłączając wartowników – spała na plaży… Tytułem wyjaśnienia należy dodać, że było to wybrzeże należące do dzisiejszego stanu Luizjana, z kolei I polska wyprawa wylądowała wcześniej trochę bardziej na zachód, w dzisiejszym stanie Teksas.

Tymczasem Kafałkowski cały czas biegł przed siebie… Nie wiedział po co i gdzie, ale czuł, że musi… Poza tym sprawiało mu to wielką przyjemność… Nie bez znaczenia było to, że kilka miesięcy przebywał na statku, brakowało mu wolności, przestrzeni…

Dopiero koło południa zatrzymał się na krótki odpoczynek, a potem znowu rozpoczął swój bieg… Kafałkowski nie wiedział, że jest obserwowany przez tubylców… Nie wiedział też, że w przyszłości  Winston Groom napisze słynną powieść „Forrest Gump”, którą później na ekrany przeniesie Robert Zemeckis, a tytułową rolę zagra Tom Hanks… Kafałkowski był właśnie trochę takim Forrestem, który przebiegł wzdłuż i wszerz Stany Zjednoczone… Właściwie to Gump był Kafałkowskim, bo ten wcześniej rozpoczął maraton po Stanach, rozpoczął go jeszcze zanim powstały Stany Zjednoczone!

Wracając do tubylców, do wioski Czikasawów biegło dwóch wojowników…

- Wodzu! – zawołał jeden z nich – Jakiś dziwny człowiek biegnie i biegnie, obserwujemy go już od wschodu słońca!
- Z jakiego jest plemienia? Jak wygląda? – zapytał Zielony Ptak.
- Nie wiem. Jest inny niż wszyscy ludzie których dotąd widzieliśmy. Inaczej ubrany, ma jaśniejszą skórę…
- Prowadźcie! Muszę go sam zobaczyć! Mówicie, że biega od wschodu słońca?
- Tak, z krótką przerwą.

Zielony Ptak czuł, że musi zobaczyć biegacza osobiście. Sam cieszył się opinią wytrwałego maratończyka… Podświadomie czuł, że musi się z nim zmierzyć… Od dawna nie miał godnego rywala w tej konkurencji…

Wódz i wojownicy wykorzystując znajomość terenu biegli by przeciąć drogę Kafałkowskiemu… Po godzinie znaleźli się na wzgórzu…

- Jest! – zawołał Biały Orzeł – Będzie tędy przebiegał jeszcze przed zachodem słońca…

Faktycznie w oddali można było dostrzec niezbyt wyraźną sylwetkę człowieka, która wraz z upływem czasu powiększała się… Wódz z coraz większym podziwem przyglądał się nieznajomemu… Zaczął zastanawiać się kto jest lepszym biegaczem – on czy tajemniczy nieznajomy… W końcu Kafałkowski przebiegł pod nimi…

- Za nim! – ryknął Zielony Ptak.
- Zabijemy go? – zapytał Biały Orzeł.
- Nie! – ryknął wódz.
- Wódz sam chce go zabić?
- Nie!

Kafałkowski biegł dalej, a za nim posuwali się trzej Indianie. Po czterech godzinach Indian było już tylko dwóch, a po następnej godzinie już tylko Zielony Ptak podążał za Kafałkowskim.

Biegli tak całą noc… Dopiero o świcie Kafałkowski zatrzymał się na chwilę by nieco odpocząć i zaspokoić pragnienie w pobliskim potoku… Zielony Ptak zatrzymał się także, był bardzo zmęczony, ale chęć rywalizacji z nieznajomym dodawała mu sił… Nagle Kafałkowski dostrzegł Indianina i rzucił się do ucieczki…

Biegli tak przez kolejne sześć godzin, Kafałkowski nie widząc czerwonoskórego postanowił chwilę odpocząć… Zielony Ptak był jednak w pobliżu, ale celowo nie pokazywał się Polakowi, pragnął bowiem także chwilę odpocząć… Po kwadransie Kafałkowski ruszył, a Indianin za nim…

Mijały dni, a Polak i Indianin wciąż biegli, robiąc tylko niezbędne przerwy… Kafałkowski przyzwyczaił się już do obecności wodza Czikasawów, nie zastanawiał się nawet z jakiego powodu Indianin biegnie za nim… Wódz szczerze podziwiał Kafałkowskiego, ciesząc się z jednej strony, że wreszcie znalazł godnego przeciwnika w bieganiu, ale z drugiej zaczynał trochę bać się porażki, bo zmęczony był niesamowicie…



wtorek, 8 kwietnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (66)

Statek "Nefretete" właśnie wypłynął z Gdańska...

- Dziwię się bardzo - rzekła Anna Von Stollar do Dziobaka, który prowadził ją do jej kajuty - że ten Macudowski nie przyszedł mnie przywitać. Nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania! Mam nadzieję, że przynajmniej moja kajuta będzie godna!
- Nie przyszedł, bo źle się poczuł - odpowiedział zbir Dziobak - Proszę to jest pani kajuta...

Von Stollar weszła do środka, tuż za nią szła czeska służąca Eva Janikova...

- No! Ujdzie... Nawet nie najgorsza... - skomentowała Von Stollar - Eva! Zobacz co słychać u Brennera i Knothe, a potem wróć szybciutko, bo musimy porozmawiać.
- Dobrze pani...
- Tyle razy już ci mówiłam, że jak jesteśmy same nie musisz mnie tak nazywać...
- No, wiem, ale muszę się przyzwyczajać... żeby mi się wśród innych nie wyrwało...
- Póki co dobrze prezentujesz się jako służąca... Ha ha ha
- Staram się Anno... To mój pierwszy dzień w życiu w tej roli...
- Już tak mamy, że co chwilę inna rola... Idź i wracaj chyżo.

Janikova wyszła, ale zaraz natknęła się na zbira Chochoła...

- Co tutaj robisz dzierlatko?
- Nie jestem żadną dzierlatką, łotrze!
- Ho ho, nie tak ostro, nie zamierzałem urazić...
- Zejdź mi z drogi, nie mam czasu...

Chochoł miał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł na ramieniu czyjś uścisk...

- To ja tam sama siedzę w kajucie, a ty tu jakieś dziewki zaczepiasz? Chochole jeden! - warknęła Agnes Flint (Agnieszka Krzemieńska).
- E tam, od razu zaczepiam... Rozmawiałem tylko... Agnieszko...
- Słyszałam! I nie mów do mnie Agnieszka! Agnes!
- A ty nie mów do mnie Chochole, lecz Chochoł! A w ogóle to o co ci chodzi? Zazdrosna jesteś czy jak?
- Ja zazdrosna? Kpisz sobie czy co? O takiego zbira?
- He he...