pekao

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

niedziela, 7 czerwca 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 6)

Mgła na bagnach Lędzian zrobiła się gęsta jak śmietana, a ołowiane niebo zdawało się dotykać czubków obumarłych wierzb. Ostatni wóz Batymira z głośnym mlaśnięciem osiadł w czarnym mule aż po same osie, grzebiąc resztki nadziei uciekinierów.

Szlakiem ucieczki, bez jednego szmeru, nadciągnęli ludzie Grotomira. Mur stu słowiańskich wojowników otoczył moczary ciasnym półokręgiem. Na widok uniesionych toporów i błyszczących w półmroku grotów oszczepów, hardość „Zakutych Łbów” pękła jak sucha gałąź.

Dzbanosław natychmiast upuścił swoją broń w gęstą rzęsę wodną, a Błaszczasław z głośnym lamentem padł na kolana, próbując zasłonić się belami skradzionych materiałów. Kaczomir, choć trząsł się tak mocno, że dzwoniły mu mosiężne ozdoby przy kaftanie, zaczął skomleć, plując śliną.

- Litości! Grotomirze! To pomyłka, jakieś nieporozumienie! - wrzeszczał piskliwie, cofając się w błoto.

Grotomir podszedł bliżej, patrząc na nich z obrzydzeniem. Uniósł dłoń, nakazując swoim ludziom wstrzymanie ataku.

- Nie zamierzam brudzić słowiańskiej stali na wasze tchórzliwe karki - rzekł zimno młody wódz, odstępując od pierwotnego zamiaru pozbawienia ich życia - Wasza krew splamiłaby tę ziemię.

- Ależ Grotomirze, oni zasłużyli na śmierć! - warknął Giertymir, opierając się na ciężkim toporze - Ale puszcza rządzi się prawem. Żądam zwołania sądu i wiecu dla nich! Nawet największego łotra i zdrajcę należy sprawiedliwie osądzić przed obliczem bogów i ludzi, zanim puszcza wyda wyrok.

- Tak zrobimy! - zgodził się Grotomir - ale nie tu na tych cuchnących bagnach. Chodźmy stąd.

Po jakimś czasie udało się opuścić bagna, niemal w tym samym momencie z szuwarów, od strony wschodniego szlaku wyłoniła się dziwna karawana. Byli to arabscy handlarze niewolnikami - mężczyźni o ciemnych licach, odziani w długie, wełniane burnusy, na których bieliły się kryształy pustynnej soli. Ich zwiadowcy od dawna węszyli za żywym towarem na ziemiach Lędzian. Na ich czele szedł brodaty kupiec, którego czarne oczy natychmiast rozbłysły na widok klęczących uciekinierów.

Kupiec podszedł, ignorując napięcie, bacznie przyjrzał się „Zakutym Łbom”. Jego wzrok najdłużej zatrzymał się na potężnej posturze Batymira.

- Ten wielki za wozem... bardzo silny mężczyzna - zamruczał Arab, dotykając palcem jego mięśni - Przykuje wzrok na targach w Kalifacie. Da dobre srebro w kopalniach. Ale to małe, tłuste coś w zniszczonym kaftanie? - wskazał na Kaczomira - Do niczego się nie przyda, tylko mlaszcze, krzyczy i śmierdzi strachem.

Kaczomir, słysząc to, zaczął gorączkowo potakiwać i krzyczeć:

- Tak! Kup mnie, panie! Zrobię wszystko!

Arab popatrzył na niego jak na zepsute daktyle, splunął w błoto i zwrócił się do Grotomira:

- Dorzuć tego grubasa, co wciąż mamrocze pod nosem o gaszeniu łuczyw (Suskomira), a dam ci za tego małego krzykacza pół worka soli i trzy żelazne noże. To ostateczna cena. Więcej ten głupek nie jest wart.

- Zgoda - odparł Grotomir, a Gromomir zaciągnął już pętlę na szyi Kaczomira - Sól się przyda na zimę.

Nagle ziemia zatętniła pod kopytami koni, a ptactwo z wrzaskiem zerwało się z trzcin. Z gęstwiny boru wyjechał potężny, dwustuosobowy oddział zbrojnych. Była to istna, niesamowita mieszanka - częściowo germańscy Wandalowie, nielicznie pozostali na tych ziemiach i żyjący ramię w ramię ze Słowianami, a częściowo wojownicy z różnych słowiańskich plemion.

Na ich czele jechał on - Trampomir. Był to mąż z natury porywczy, z którego emanował niezmierzony narcyzm. Posiadał głos jak dzwon, a jego gęsta czupryna miała kolor dojrzałego, jaskrawego prosa.




Trampomir zatrzymał konia tuż przed Grotomirem, nałożył na głowę czerwoną czapę mądrości i spojrzał na zgromadzonych z góry, z ogromnym uśmiechem. Czapę nosił dumnie jako swój magiczny artefakt, co według niego dawało mu prawo do decydowania o losach świata. Jego imię oznaczało „wędrujący dla pokoju”, a życiową misją, którą sam sobie nadał, było godzenie wszystkich ze wszystkimi. Zwoływał tak zwane „wiece cudów” na których zawierał najwspanialsze umowy w dziejach Słowiańszczyzny. Tuż za nim jechał kapłan Rydzymir, który podczas swojej misji u Lędzian ubłagał go o interwencję.

- Spójrzcie na to. Co tu się dzieje? To jest niesamowite - zaczął Trampomir, a jego głos rozniósł się po bagnach niczym grzmot Peruna - Przyprowadziłem tu dwustu zbrojnych. Najlepszych ludzi, wierzcie mi, absolutnie najwspanialszych. Część z nich to Wandalowie, pochodzenie i krew wandalijska to jest coś potężnego. Ja sam pochodzę od Wandalów, to są niesamowici ludzie. Przybywam, bo poprosił mnie Rydzymir. Zrobiliśmy idealną rozmowę. Totalnie idealną.

Trampomir zsiadł z konia, podszedł do związanego Kaczomira i poklepał go po tłustym ramieniu, na co arabscy kupcy zareagowali pomrukiem niezadowolenia.

- Ten tutaj to Kaczomir? To jest świetny człowiek, wspaniały wojownik - oznajmił głośno Trampomir, obracając się do Grotomira i Giertymira - Bardzo twardy Słowianin. Jeden z najtwardszych, jakich widziałem. Znam najlepsze słowa i wszystkie sposoby, żeby to rozwiązać. A wy co robicie? Wy nie macie zielonego pojęcia, co robicie. Oddajecie go tym ludziom pustyni? Za sól? To jest totalna katastrofa! Ci kupcy to są totalni przegrani, wierzcie mi. Ja zrobiłem dla pokoju więcej niż ktokolwiek inny w dziejach puszczy. Moje wiece to są wiece cudów na których są zawierane najwspanialsze umowy.

Grotomir zmrużył oczy, mocniej zaciskając palce na rękojeści topora.

- Ten „wspaniały człowiek”, Trampomirze, sprowadził na nas Awarów Tarkana. Zdradził naszą osadę nad Srebrzanką.

Trampomir machnął lekceważąco ręką, aż czerwona czapa przechyliła mu się na czoło.

- Słyszałem o Tarianie, czy jak mu tam. Totalny nieudacznik. Jego ludzie to byli totalni nieudacznicy, nie mieli szans ze mną. Kaczomir po prostu negocjował. Ja znam się na negocjacjach, mam najlepsze układy. Kaczomir chciał wielkości. Wspólnie uczynimy Słowiańszczyznę wielką! To wam mówię. Pokój zostanie wprowadzony, ja go wprowadzę osobiście. Nikt nie będzie nikogo sprzedawał, nikt nie będzie nikogo rąbał. To byłaby totalna katastrofa, a my robimy tylko wielkie rzeczy.

Suskomir, siedząc w błocie obok Batymira, uniósł wzrok na jaskrawą czuprynę wodza i szepnął cicho:

- A nie mówiłem? Trzeba było udawać, że nas nie ma... Teraz ten w czerwonej czapce pogodzi nas tak, że z tego pokoju kości nam popękają.

- Nie narzekaj Suskomirze… - skomentował Bochemir - Ten w czerwonej czapce nas ratuje…

Atmosfera na moczarach stała się gęsta od napięcia. Sto toporów Grotomira i Giertymira stanęło naprzeciw dwustu zbrojnych nowo przybyłego narcyza. Sąd, którego żądał Giertymir, właśnie zamieniał się w teatr jednego człowieka, podczas gdy z południa, o czym nikt na bagnach jeszcze nie wiedział, nadciągała prawdziwa, krwawa nawałnica Kaganatu.

Nagle ktoś z „Zakutych łbów” zaczął skandować, a za nim poszli inni…

- „Trampomir, Trampomir!”

Atmosfera robiła się coraz mniej napięta, a po chwili rozbroił ją zupełnie Trampomir mówiąc do Grotomira…

- To co? Mam kazać rozłożyć Owalny Namiot Dobrych Umów?