Mgła na bagnach Lędzian zrobiła się gęsta jak śmietana, a ołowiane niebo zdawało się dotykać czubków obumarłych wierzb. Ostatni wóz Batymira z głośnym mlaśnięciem osiadł w czarnym mule aż po same osie, grzebiąc resztki nadziei uciekinierów.
Szlakiem ucieczki, bez jednego szmeru, nadciągnęli ludzie
Grotomira. Mur stu słowiańskich wojowników otoczył moczary ciasnym półokręgiem.
Na widok uniesionych toporów i błyszczących w półmroku grotów oszczepów,
hardość „Zakutych Łbów” pękła jak sucha gałąź.
Dzbanosław natychmiast upuścił swoją broń w gęstą
rzęsę wodną, a Błaszczasław z głośnym lamentem padł na kolana, próbując
zasłonić się belami skradzionych materiałów. Kaczomir, choć trząsł się tak
mocno, że dzwoniły mu mosiężne ozdoby przy kaftanie, zaczął skomleć, plując
śliną.
- Litości! Grotomirze! To pomyłka, jakieś nieporozumienie! - wrzeszczał
piskliwie, cofając się w błoto.
Grotomir podszedł bliżej, patrząc na nich z
obrzydzeniem. Uniósł dłoń, nakazując swoim ludziom wstrzymanie ataku.
- Nie zamierzam brudzić słowiańskiej stali na wasze tchórzliwe karki - rzekł
zimno młody wódz, odstępując od pierwotnego zamiaru pozbawienia ich życia - Wasza
krew splamiłaby tę ziemię.
- Ależ Grotomirze, oni zasłużyli na śmierć! - warknął
Giertymir, opierając się na ciężkim toporze - Ale puszcza rządzi się prawem.
Żądam zwołania sądu i wiecu dla nich! Nawet największego łotra i zdrajcę należy
sprawiedliwie osądzić przed obliczem bogów i ludzi, zanim puszcza wyda wyrok.
- Tak zrobimy! - zgodził się Grotomir - ale nie tu na
tych cuchnących bagnach. Chodźmy stąd.
Po jakimś czasie udało się opuścić bagna, niemal w tym
samym momencie z szuwarów, od strony wschodniego szlaku wyłoniła się dziwna
karawana. Byli to arabscy handlarze niewolnikami - mężczyźni o ciemnych licach,
odziani w długie, wełniane burnusy, na których bieliły się kryształy pustynnej
soli. Ich zwiadowcy od dawna węszyli za żywym towarem na ziemiach Lędzian. Na
ich czele szedł brodaty kupiec, którego czarne oczy natychmiast rozbłysły na
widok klęczących uciekinierów.
Kupiec podszedł, ignorując napięcie, bacznie przyjrzał
się „Zakutym Łbom”. Jego wzrok najdłużej zatrzymał się na potężnej posturze
Batymira.
- Ten wielki za wozem... bardzo silny mężczyzna - zamruczał Arab, dotykając palcem jego mięśni - Przykuje wzrok na targach w Kalifacie. Da dobre srebro w kopalniach. Ale to małe, tłuste coś w zniszczonym kaftanie? - wskazał na Kaczomira - Do niczego się nie przyda, tylko mlaszcze, krzyczy i śmierdzi strachem.
Kaczomir, słysząc to, zaczął gorączkowo potakiwać i krzyczeć:
- Tak! Kup mnie, panie! Zrobię wszystko!
Arab popatrzył na niego jak na zepsute daktyle,
splunął w błoto i zwrócił się do Grotomira:
- Dorzuć tego grubasa, co wciąż mamrocze pod nosem o gaszeniu łuczyw
(Suskomira), a dam ci za tego małego krzykacza pół worka soli i trzy żelazne
noże. To ostateczna cena. Więcej ten głupek nie jest wart.
- Zgoda - odparł Grotomir, a Gromomir zaciągnął już
pętlę na szyi Kaczomira - Sól się przyda na zimę.
Nagle ziemia zatętniła pod kopytami koni, a ptactwo z
wrzaskiem zerwało się z trzcin. Z gęstwiny boru wyjechał potężny, dwustuosobowy
oddział zbrojnych. Była to istna, niesamowita mieszanka - częściowo germańscy
Wandalowie, nielicznie pozostali na tych ziemiach i żyjący ramię w ramię ze
Słowianami, a częściowo wojownicy z różnych słowiańskich plemion.
Na ich czele jechał on -
Trampomir. Był to mąż z natury porywczy, z którego emanował niezmierzony
narcyzm. Posiadał głos jak dzwon, a jego gęsta czupryna miała kolor dojrzałego,
jaskrawego prosa.
Trampomir zatrzymał konia tuż przed Grotomirem,
nałożył na głowę czerwoną czapę mądrości i spojrzał na zgromadzonych z góry, z
ogromnym uśmiechem. Czapę nosił dumnie jako swój magiczny artefakt, co według
niego dawało mu prawo do decydowania o losach świata. Jego imię oznaczało
„wędrujący dla pokoju”, a życiową misją, którą sam sobie nadał, było godzenie
wszystkich ze wszystkimi. Zwoływał tak zwane „wiece cudów” na których zawierał najwspanialsze
umowy w dziejach Słowiańszczyzny. Tuż za nim jechał kapłan Rydzymir, który
podczas swojej misji u Lędzian ubłagał go o interwencję.
- Spójrzcie na to. Co tu się dzieje? To jest
niesamowite - zaczął Trampomir, a jego głos rozniósł się po bagnach niczym
grzmot Peruna - Przyprowadziłem tu dwustu zbrojnych. Najlepszych ludzi,
wierzcie mi, absolutnie najwspanialszych. Część z nich to Wandalowie, pochodzenie
i krew wandalijska to jest coś potężnego. Ja sam pochodzę od Wandalów, to są
niesamowici ludzie. Przybywam, bo poprosił mnie Rydzymir. Zrobiliśmy idealną
rozmowę. Totalnie idealną.
Trampomir zsiadł z konia, podszedł do związanego
Kaczomira i poklepał go po tłustym ramieniu, na co arabscy kupcy zareagowali
pomrukiem niezadowolenia.
- Ten tutaj to Kaczomir? To jest świetny człowiek,
wspaniały wojownik - oznajmił głośno Trampomir, obracając się do Grotomira i
Giertymira - Bardzo twardy Słowianin. Jeden z najtwardszych, jakich widziałem.
Znam najlepsze słowa i wszystkie sposoby, żeby to rozwiązać. A wy co robicie?
Wy nie macie zielonego pojęcia, co robicie. Oddajecie go tym ludziom pustyni?
Za sól? To jest totalna katastrofa! Ci kupcy to są totalni przegrani, wierzcie
mi. Ja zrobiłem dla pokoju więcej niż ktokolwiek inny w dziejach puszczy. Moje
wiece to są wiece cudów na których są zawierane najwspanialsze umowy.
Grotomir zmrużył oczy, mocniej zaciskając palce na
rękojeści topora.
- Ten „wspaniały człowiek”, Trampomirze, sprowadził na nas Awarów Tarkana.
Zdradził naszą osadę nad Srebrzanką.
Trampomir machnął lekceważąco ręką, aż czerwona czapa
przechyliła mu się na czoło.
- Słyszałem o Tarianie, czy jak mu tam. Totalny nieudacznik. Jego ludzie to
byli totalni nieudacznicy, nie mieli szans ze mną. Kaczomir po prostu
negocjował. Ja znam się na negocjacjach, mam najlepsze układy. Kaczomir chciał
wielkości. Wspólnie uczynimy Słowiańszczyznę wielką! To wam mówię. Pokój
zostanie wprowadzony, ja go wprowadzę osobiście. Nikt nie będzie nikogo
sprzedawał, nikt nie będzie nikogo rąbał. To byłaby totalna katastrofa, a my
robimy tylko wielkie rzeczy.
Suskomir, siedząc w błocie obok Batymira, uniósł wzrok
na jaskrawą czuprynę wodza i szepnął cicho:
- A nie mówiłem? Trzeba było udawać, że nas nie ma... Teraz ten w czerwonej
czapce pogodzi nas tak, że z tego pokoju kości nam popękają.
- Nie narzekaj Suskomirze… - skomentował Bochemir -
Ten w czerwonej czapce nas ratuje…
Atmosfera na moczarach stała się gęsta od napięcia.
Sto toporów Grotomira i Giertymira stanęło naprzeciw dwustu zbrojnych nowo
przybyłego narcyza. Sąd, którego żądał Giertymir, właśnie zamieniał się w teatr
jednego człowieka, podczas gdy z południa, o czym nikt na bagnach jeszcze nie
wiedział, nadciągała prawdziwa, krwawa nawałnica Kaganatu.
Nagle ktoś z „Zakutych łbów” zaczął skandować, a za
nim poszli inni…
- „Trampomir, Trampomir!”
Atmosfera robiła się coraz mniej napięta, a po chwili
rozbroił ją zupełnie Trampomir mówiąc do Grotomira…
- To co? Mam kazać rozłożyć Owalny Namiot Dobrych Umów?

