san

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

sobota, 14 lutego 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 1)

Rok 565, Osada Słowian leżąca przy lewobrzeżnym dopływie Wisły.

Niebo nad zakolem rzeki ryczało głosem, jakiego najstarsi starcy nie pamiętali. Chmury, czarne jak smoła i ciężkie od wilgoci, zawisły tak nisko nad strzechami chat, jakby sam Perun chciał zmiażdżyć osadę swoim gniewem. Deszcz nie padał – on wręcz biczował ziemię, zamieniając piaszczyste ścieżki w rwące potoki.

Wioska, ukryta w głębi prastarej puszczy, składała się zaledwie z kilkunastu półziemianek, małych, kwadratowych chat wkopanych w ziemię. Zabudowania ustawione były w dwóch rzędach wzdłuż rzeki wijącej się u stóp osady nazywanej wówczas Srebrzanką, zwykle spokojnej i życiodajnej, dziś jednak wzburzonej, mętnej i groźnej, wdzierającej się niemal do osady.

W największej chacie usytuowanej w samym centrum, przy ognisku stał on - Wszebor, przywódca rodu. Nadsłuchiwał kobiece krzyki dobiegające z dwóch różnych chat. Los chciał, że dwie żony Wszebora - młoda, jasnowłosa Dobrochna i starsza, dumna Czębira - zaczęły rodzić w tę samą przeklętą, a może błogosławioną noc.

Nagle niebo rozdarło się na pół, oślepiający, błękitno-biały piorun uderzył w starego dęba na wzgórzu, a jego blask na moment zamarł w powietrzu, przybierając kształt rozżarzonego grotu, który celował prosto w serce osady. Chwilę później huk niemal  rozdarł bębenki w uszach i z chaty, gdzie rodziła Dobrochna dobiegł pierwszy, potężny płacz niemowlęcy, a niebawem potem podobny płacz dało się słyszeć z drugiej chaty. Mimo rzęsistego deszczu Wszebor ruszył żwawo do pierwszego zabudowania, a chwilę później stara babka odbierająca poród podała mu niemowlę i szepnęła „Masz syna”. Wszebor wziął noworodka na ręce i ucałował, po czym pośpieszył czym prędzej do drugiej chaty, gdzie okazało się, że Czębira także dała mu syna. Wszebor poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - w poprzednich latach, z różnych żon, rodziły mu się wyłącznie córki. A teraz przyszło na świat dwóch synów i to niemal równocześnie.

Gdy burza nieco zelżała, a dym z uderzonego drzewa zaczął mieszać się z mgłą, wszyscy mieszkańcy wyszli ze swoich schronień. Starszyzna - trzej mężowie o brodach sięgających pasów - podeszli do Wszebora trzymającego na rękach dwóch synów.

- To nie był zwykły deszcz Wszeborze - wycharczał najstarszy z nich, wskazując na dopalający się dąb - Niebo płakało z radości i trwogi jednocześnie. Ci dwaj nie przynieśli ze sobą spokoju. Przyniosą stal i ogień.

Wszebor spojrzał na pierwszego syna, który patrzył na świat nadzwyczaj przytomnym wzrokiem, a potem na drugiego, silnego i krzykliwego.

- Ten, przy którego pierwszym krzyku niebo rzuciło w ziemię świetlistą strzałą, będzie zwał się Grotomir - ogłosił dumy ojciec - Niech jego wola będzie celna i ostra jak grot, który nam ukazał Perun!

- Drugi, zrodzony w samym sercu grzmotu, niech nosi imię Gromomir. Niech jego imię niesie się echem po kniejach, a siła budzi respekt u wrogów.

Ludzie zaczęli wiwatować, choć w ich głosach słychać było niepokój. Kobiety dotykały ramion Wszebora, gratulując mu dwóch zdrowych dziedziców. Każdy czuł, że nowi mieszkańcy osady nie urodzili się przez przypadek - niecodzienne zjawiska pogodowe były znakiem, ale ludzie nie do końca wiedzieli jak je zinterpretować, a skoro nie wiedzieli to w ich serca wkradł się niepokój o dalsze losy osady i jej mieszkańców.

Czasy były to bowiem niezwykle trudne, wymagały hardości ducha - jeżeli nie byłeś wystarczająco silny stawałeś się ofiarą, traciłeś życie lub stawałeś się niewolnikiem.

VI wiek to okres w którym na ziemiach polskich polskich pojawili się Słowianie, mogli też pojedynczymi grupkami przybyć wcześniej. Nie było żadnej państwowości, podstawową komórką społeczną była rodzina, a większe grupy tworzyły opola (wspólnoty sąsiedzkie), z których wyłaniały się plemiona. Wszystko było jeszcze płynne. Mieszkańcy osady nad Srebrzanką nie byli jeszcze Polakami, nie czuli się też Wiślanami czy Lędzianami, byli po prostu Słowianami.

Europa była w tym czasie wędrówką ludów, chociaż z coraz większą tendencją do stałego osadnictwa. Wcześniej na ziemiach polskich mieszkali m.in. Celtowie, Germanie, lecz z biegiem czasu i między innymi pod naporem kolejnych ludów przesunęli się bardziej na Zachód. W IV wieku siłą dominującą w Europie Środkowej i Wschodniej stali się Hunowie, którzy rozbili germańskich Gotów w 375 roku i na kilka dziesięcioleci odgrywali kluczową rolę na tym obszernym terenie. Słowianie w tym czasie przesuwali się to na rozległe tereny dzisiejszej Ukrainy i Mołdawii, a następnie bardziej na południe, gdzie zaczęli graniczyć z Bizancjum.

Rzadko budowano stałe osady, jednym z powodów było prymitywne jeszcze rolnictwo polegające na uprawianiu ziemi przez kilka lat, a po jej wyjałowieniu się przenoszono siedzibę o kilka lub kilkanaście kilometrów dalej, gdzie wypalano las i użyźniano popiołem ugory.

Dzieciństwo braci minęło z jednej strony na beztroskich zabawach, z drugiej zaś pod znakiem surowej szkoły przetrwania i nieustannego hartowania ducha.

Podczas, gdy Grotomir godzinami przesiadywał na drzewach, ucząc się cierpliwości od czatujących drapieżników i konstruując swoje pierwsze łuki z jesionowego drewna, Gromomir rzucał wyzwanie rzecznym prądom, przenosząc głazy z dna rzeki, by je umiejscawiać na brzegu. W ich dorastaniu kluczową rolę odgrywały starsze siostry, które dbały o ognisko domowe, ale też wnosiły do ich życia mądrość przodków. Bolemira, najstarsza, była ostoją spokoju - to ona uczyła braci rozpoznawania ziół i opatrywania ran, co nieraz ratowało ich po bójkach z rówieśnikami. Rzepicha, rezolutna i twarda, nie ustępowała braciom w biegu przez gęstwinę, często pełniąc rolę łączniczki między ojcem a synami podczas dalekich wypraw na polowania. Radochna, najmłodsza, swoim śmiechem i pieśniami łagodziła porywczy charakter Gromomira, przypominając im wszystkim, o co walczą i czego muszą strzec w mrocznych czasach VI wieku.

Wspólnie tworzyli nierozerwalny krąg rodowy, w którym surowość ojca Wszebora mieszała się z troską sióstr.

Minęło siedemnaście zim. Osada nad Srebrzanką, choć wciąż niewielka, tętniła życiem, a jej znaczenie rosło dzięki silnej ręce Wszebora i dorastającym synom, którzy stali się żywą legendą wśród tutejszych rodów.

Słońce ledwo przebijało się przez gęste korony dębów, gdy na polanie za palisadą rozległ się głuchy łoskot. To nie był grzmot - to Gromomir trenował.

Był mężczyzną o barach tak szerokich, że musiał wchodzić do większości chat bokiem. Jego mięśnie, twarde jak wyschnięte drewno dębowe, grały pod skórą przy każdym ruchu. W dłoniach dzierżył ciężki, dwuręczny topór o szerokim ostrzu.

Z sapnięciem godnym rannego tura, chłopak zamachnął się i rąbnął w gruby pień ściętej sosny. Drewno pękło z hukiem, a drzazgi rozleciały się na kilkanaście kroków.

- Znowu za wolno, bracie - odezwał się spokojny, nieco kpiący głos z góry.

Gromomir otarł pot z czoła i spojrzał w górę. Na grubym konarze, kilka sążni nad ziemią, siedział Grotomir. Był smuklejszy od brata, ale każdy cal jego ciała był czystym ścięgnem. W jego ruchach było coś z drapieżnego kota - lekkość i pewność, której brakowało potężnemu Gromomirowi.

Grotomir nie czekał na odpowiedź. Płynnym ruchem napiął łuk, złożył się w mgnieniu oka i wypuścił strzałę. Grot śmignął tuż nad uchem brata i wbił się dokładnie w środek jabłka, które Gromomir zostawił na pieńku jako posiłek.

- Byłbym głodny, gdybyś chybił - mruknął Gromomir, wyciągając topór z drewna. W jego głosie nie było jednak złości, a jedynie szorstka braterska miłość i bezbrzeżny szacunek.
- Nigdy nie chybię, gdy stawką jest twój żołądek - odparł Grotomir, zeskakując lekko na ziemię - Ale siła to nie wszystko, Gromomirze. Ten pień nie oddaje ciosów. Wróg, którego spotkamy na szlaku, nie będzie stał i czekał, aż go rąbniesz.

Bracia stanęli naprzeciw siebie. Choć Gromomir górował nad bratem wzrostem i masą, to Grotomir zawsze prowadził ich podczas wypraw do puszczy. To on wyczuwał pułapki, on czytał z tropów jak z otwartej księgi i on decydował, kiedy uderzyć, a kiedy się wycofać.

Gromomir, mimo swojej porywczości, uznawał to pierwszeństwo bez mrugnięcia okiem. Wiedział, że jego topór jest tarczą osady, ale to umysł Grotomira jest jej mieczem.

Grotomir, często milczący, analizujący każdy podmuch wiatru. Potrafił ustrzelić biegnącego zająca z osiemdziesięciu kroków, celując prosto w oko.

Gromomir, głośny, skory do śmiechu i biesiady, ale w walce stawał się niepowstrzymaną siłą natury. W osadzie szeptano, że ma w sobie ducha starego niedźwiedzia.

- Ojciec wzywa nas do starszyzny - powiedział Grotomir, chowając łuk do łubia. - Mówią, że od wschodu idą dymy. Inne plemiona ruszają się z miejsc. Czas beztroskich łowów się kończy.

Gromomir splunął na dłonie i mocniej zacisnął palce na trzonku topora.
 

- Niech idą. Moje ostrze dawno nie piło niczego poza żywicą.

Grotomir położył dłoń na potężnym ramieniu brata.
 

- Pić będzie, bracie. Ale musimy sprawić, by to nie była nasza krew. Chodźmy, czas pokazać ojcu, że jego synowie są gotowi objąć straż.

Duchota puszczy stała się nieznośna, ale to nie wilgoć rzeki drażniła nozdrza braci. To był odór spalonego ziarna, mokrej strzechy i… mięsa. Grotomir zatrzymał się gwałtownie, unosząc dłoń. Gromomir, mimo swojej masy, zamarł w bezruchu jak posąg.

Wyszli na skraj polany, gdzie jeszcze dwa dni temu tętniła życiem zaprzyjaźniona osada. Teraz nie było tam nic, prócz czarnych kikutów belek i dymiących jam w ziemi. Grotomir przykucnął przy ziemi, badając ślady.

- To nie nasi – szepnął, wskazując na dziwne, głębokie odciski kopyt – Konie są małe, ale szybkie. I są ich setki.

Nagle z oddali dobiegł wysoki, mrożący krew w żyłach okrzyk i tętent. Bracia błyskawicznie skryli się w gęstwinie paproci na pobliskim wzniesieniu, skąd mieli widok na dolinę. To, co zobaczyli, odebrało im oddech. Przez polanę pędził oddział wojowników, jakich świat Słowian dotąd nie znał - Awarowie. Mieli skośne oczy, długie warkocze opadające na plecy i dziwne, lamelkowe zbroje, które błyszczały w słońcu niczym łuski ogromnych węży. Ale najbardziej przerażająca była ich jedność z końmi. Wydawali się zrośnięci z wierzchowcami, kierując nimi za pomocą samych ud.

Grotomir patrzył z fascynacją i trwogą, jak jeden z jeźdźców, pędząc w pełnym galopie, odwraca się w siodle i wypuszcza strzałę do uciekającego w stronę lasu psa. Łuk był krótki, dziwnie wygięty, ale strzała poleciała z siłą i prędkością, o jakiej leśny łucznik mógł tylko marzyć. Widzieli, jak Awarowie traktują niedobitków. Byli szybcy jak błyskawica - uderzali, rąbali mieczami i znikali, zanim ktokolwiek zdążył unieść topór.

Gromomir zacisnął palce na trzonku swojego topora tak mocno, że pobielały mu kłykcie. Chciał ryczeć, biec na dół, pomścić krew pobratymców.

- Musimy tam iść... - wycharczał.
- Nie - Grotomir położył mu twardą dłoń na piersi. - Jeśli teraz zginiemy, nasza osada spłonie tak samo. Widzisz ich, bracie? Na otwartym polu nie mamy szans. Są jak wiatr, którego nie dogonisz toporem. Musimy biec do ojca. Już!

 


Biegli przez puszczę, nie zważając na gałęzie smagające ich po twarzach. Grotomir prowadził, wybierając najgęstsze zarośla, gdzie konie Awarów by ugrzęzły. Gdy dotarli do wioski, ich widok - zakrwawionych od cierni i bladych z emocji - wystarczył za ostrzeżenie.

Wszebor podjął decyzję w mgnieniu oka. Nie było czasu na walkę o chaty.

- Na mokradła! - krzyknął przywódca - Brać co się da i do wody!

Dzięki przytomności umysłu Grotomira i sile Gromomira, który na własnych plecach przenosił przez grzęzawiska starców i dzieci, cała osada zdołała zniknąć w niedostępnych bagnach za rzeką. Ukryci w trzcinach, zanurzeni po pas w lodowatej wodzie, mieszkańcy patrzyli przez luki w zaroślach, jak wkrótce ich domy stają w ogniu.

Grotomir stał obok brata, patrząc na łunę pożaru.

- Zapamiętaj ten dzień, Gromomirze - szepnął - Niebo znowu płacze, ale wkrótce to my będziemy gromem. Nauczymy się z nimi walczyć. Na ich szybkość znajdziemy spryt, a na ich strzały puszczę.

Gromomir tylko skinął głową, a w jego oczach odbijał się ogień płonącej osady. Wiedział, że od teraz jego topór nie będzie już służył do rąbania sosen.

To był moment, w którym narodził się przywódca. Pośród mgieł unoszących się nad mokradłami, w prowizorycznych szałasach, gdzie zapach błota mieszał się z goryczą klęski, Grotomir nie opłakiwał spalonych chat. On kreślił palcem na wilgotnym piasku plan zemsty.

Wszebor, ojciec braci, patrzył na swojego najstarszego syna z mieszaniną dumy i lęku. Widział w jego oczach ten sam błysk, który towarzyszył piorunom w noc jego narodzin. Oddał mu dowództwo nie dlatego, że czuł się stary, ale dlatego, że wiedział: stary świat przestał istnieć. Nowy świat wymagał wilczej natury Grotomira.

Tropem agresorów ruszył brat Wszebora Strogomir, najlepszy zwiadowca w osadzie. Grotomir chciał wiedzieć o najeźdźcach wszystko, skąd przybyli, jaką dysponują liczebnością. Strogomir miał wielu przyjaciół na południu wśród Wiślan, skąd miał jedną z żon. Nowy przywódca, wspólnie z doświadczonym ojcem, raczej wykluczał ponowny atak w tym roku, nieuchronnie bowiem zbliżała się zima. Ta teoria okazała się słuszna, oddział Awarów w liczbie dwustu wojowników śpieszył na zimowe legowiska w kierunku Niziny Węgierskiej.

Trudno dziwić się, że okoliczni Słowianie nie wiedzieli nic o Awarach, którzy pierwszy raz pojawili się w tych rejonach. Wcześniej na południowe ziemi obecnej Polski zapuszczały się tylko nieliczne patrole zwiadowcze.

Awarowie pojawili się w Europie środkowej w połowie VI wieku, pierwsza pewna informacja o nich została zapisana w kronice Menandera, który pisał o ich poselstwie do Bizancjum. W 558 roku Awarowie rozbili mieszkające nad Morzem Czarnym plemiona huńskie: Barsilów i Sabirów, a w następnych latach także bułgarskich Utigurów i Kutigurów. W kolejnych latach zaatakowali Franków, wspólnie z germańskimi Longobardami pokonali germańskich Gepidów. Ulokowali się na Nizinie Węgierskiej, która była ich centrum i bazą wypadową na ościenne terytoria. Stale zagrażali Bizancjum, które wolało płacić im słony trybut niż z nimi walczyć. Podporządkowali sobie liczne plemiona Słowian, którzy także zostali zmuszeni do płacenia różnych danin, a dodatkowo byli wykorzystywani w licznych wyprawach awarskich jako tak zwane mięso armatnie, głównie przeciw Bizancjum. Podsumowując - w momencie, gdy mieszkańcy osady nad Srebrzanką po raz pierwszy zetknęli się z Awarami to ci byli niemal u szczytu swojej potęgi, będąc kluczowym graczem w tej części Europy. Na czele Awarów stał kagan, a ich państwo zwało się Kaganatem Awarskim.

Z tą potęgą postanowił walczyć Grotomir, który wiedząc, że napastnicy wrócą po zakończeniu zimy, rozpoczął do tego przygotowania.

Na piaszczystej wysepce pośród bagien stanęło sześciu młodych mężczyzn, którzy stworzyli trzon oddziału. Obaj bracia i ich kuzyni. Sobieżyr i Sęczygniew byli jeszcze młodsi od braci, ale ich atutem była niezwykła szybkość i zwinność jak u młodych kun. Głowotłuk i Pędzimir byli nieco starsi, ale znali każdy jar i niemal każdą dziuplę w tej części puszczy. Głowotłuk swoje imię zawdzięczał temu, że podczas ataków gniewu atakował swoich przeciwników głową, a że miał ją niezwykle twardą zwykle kończyło się to kontuzją rywali. Do oddziału dołączyli również starsi: Wszebor, którego doświadczenie było bezcenne oraz jego dwaj bracia: wspomniany już wcześniej Strogomir i Brodzisław, który był mistrzem w zastawianiu sideł, potrafił też niepostrzeżenie podejść każdego przeciwnika – miał opinię potrafiącego przejść po suchych liściach nie zdradzając się przy tym żadnym dźwiękiem.

- Nasi wrogowie myślą, że te lasy są puste, bo my się ich boimy - zaczął Grotomir, a jego głos, choć niski, niósł się po bagnach z niespodziewaną mocą - Myślą, że ich konie i uzbrojenie dają im władzę. Ale koń na bagnach jest tylko ciężarem, a jeździec w gęstwinie jest ślepy. Nie będziemy walczyć tak, jak oni chcą. Będziemy walczyć, tak jak uczy nas las.

Wieść o „Wilkach z Bagien” - jak zaczęto szeptać w okolicy - rozniosła się szybciej niż dym pożarów. Do obozowiska zaczęły przybywać niedobitki ze spalonych wsi. Mężczyźni, którzy stracili wszystko, z oczami pełnymi nienawiści do najeźdźcy. Grotomir przyjmował każdego, kto potrafił utrzymać oszczep lub łuk. Choć miał ledwie siedemnaście zim, nikt nie kwestionował jego rozkazów. Było w nim coś magnetycznego - chłód stratega połączony z żarem mściciela. Nawet starsi wojownicy z innych osad, widząc jak Grotomir z pomocą Brodzisława uczy młodych walki z zasadzki, pochylali głowy w geście uznania. Początki słowiańszczyzny na ziemiach polskich to okres kształtowania się pierwszych wspólnot obronnych, a oddział Grotomira stawał się właśnie zarzewiem czegoś większego niż tylko obrona jednej czy kilku wiosek.

Grotomir podzielił oddział na małe „dziesiątki”. Gromomir dowodził siłą uderzeniową - ludźmi od ciężkich toporów i krótkich włóczni. Grotomir zachował dla siebie łuczników i zwiadowców. W krótkim czasie liczebność oddziału wzrosła do 50 wojowników. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że muszą jak najlepiej przygotować się na powrót agresorów. Wszyscy więc niestrudzenie ćwiczyli walkę wręcz i słuchali wykładów młodego przywódcy dotyczących obranej taktyki walki z wrogiem. Zbudowano też całkiem nową osadę, w której ta nowa społeczność (złożona z mieszkańców osady nad Srebrzanką i tych co przeżyli z kilkunastu spalonych osad) miała przetrwać najbliższą zimę.

Aby zabezpieczyć nowopowstałą osadę przed niespodziewanym atakiem z wielu stron uczyniono zasieki, ścinano potężne drzewa tworząc nieprzebyte bariery z pni i gałęzi oraz w kilku miejscach - które aż kusiły, żeby przebyć je konno - przygotowano „wilcze doły” - ukryte doły z zaostrzonymi palami, które skutecznie wyeliminowałyby konie jeszcze przed rozpoczęciem właściwej walki. Tylko mieszkańcy wiedzieli jak z zewnątrz do niej bezpiecznie dotrzeć. Dodatkowo Grotomir zarządził całodobowe warty.

Jednak nie wszystkie serca biły w rytm wojennych bębnów Grotomira. W gęstwinie starego lasu, tam gdzie dęby splatały korony w mroczne sklepienie, czaiła się zawiść. Szybki wzrost znaczenia młodego wojownika stał się palącą solą w oku żercy Wrzaskuna. Dla kapłana, który dotąd trzymał dusze Słowian w garści, widok tłumów lgnących do syna Wszebora był nie do zniesienia.

Przed najazdem Awarów to słowo Wrzaskuna było prawem. Jako strażnik Świętego Gaju i jedyny łącznik między ludem a gniewnymi bogami, decydował o terminach zasiewów, wskazywał winnych klęsk i błogosławił wyprawy wojenne. Jego mrukliwe wyrocznie mogły zmusić cały ród do porzucenia domostw. Dziś jednak, gdy nad światem zawisło widmo zagłady, ludzie przestali pytać bogów o zdanie - woleli patrzeć na pewną dłoń Grotomira spoczywającą na łuku.

Wrzaskun, odepchnięty nieco na margines, coraz głębiej zaszywał się w Świętym Gaju. Choć oficjalnie składał ofiary za pomyślność walki, jego szeptane pod nosem inkantacje nie miały nic wspólnego z błogosławieństwem. Zamiast prosić o zwycięstwo, żerca karmił swoją nienawiść, szukając w znakach na niebie i wnętrznościach zwierząt sposobu, by podciąć nogi młodemu przywódcy. Wiedział jedno: aby on mógł znów stać się głosem bogów, Grotomir musiał upaść. A Wrzaskun był gotów pomóc losowi, nawet jeśli ceną miała być krew własnych pobratymców.

czwartek, 15 stycznia 2026

Nowa powieść na blogu!

Już niedługo pojawi się nowa powieść na tym blogu! Podobnie jak poprzednia "Epopeja polsko-indiańska" będzie publikowana w krótkich częściach. Akcja nowej powieści będzie umiejscowiona w VI wieku na ziemiach polskich.

Nie przewiduję raczej wątków czy aluzji politycznych, choć pojawienie się w powieści o początkach Słowiańszczyzny na ziemiach polskich takich postaci jak Kaczomir, Ziobrosław czy Jakimysł trochę kusi...


środa, 25 czerwca 2025

Wybory - Ktoś za to powinien beknąć

Minęło już ponad trzy tygodnie od zakończenia II tury wyborów prezydenckich, w których po oficjalnych wynikach - nieznaczną ilością głosów - wygrał Karol Nawrocki, kandydat wspomagany przez PiS. W międzyczasie pojawiły się jednak kontrowersje co do prawidłowości liczenia głosów przez komisje w różnych regionach Polski. Z całego kraju zaczęły spływać protesty wyborcze, czemu nie ma co się dziwić - obywatele Polski mają prawo wiedzieć kto naprawdę wygrał i ma dzięki temu prawo zostać prezydentem Polski.

Nie mi oceniać co w takiej sytuacji powinny zrobić osoby odpowiedzialne za przeprowadzenie wyborów, ale gołym okiem widać, że skoro są znaczące różnice w sprawdzonych (chyba 13) komisjach i z tego większość pomyłek jest na korzyść Nawrockiego to coś tu nie gra i jest pole do tego, żeby poważnie myśleć o wypaczeniu wyniku. Zwolennicy PiS-u zajadle bronią przeliczenia wszystkich głosów - czego się boją? Przecież to zostałoby przeprowadzone komisyjnie, pod okiem organów sądowych. Pozostaje jeszcze pytanie co zrobić z osobami odpowiedzialnymi za błędy w komisjach? Przecież to mieli być ludzie odpowiedzialni, cieszący się pełnym zaufaniem i co istotne - wzięli za to pieniądze! W normalnym życiu za pomyłki się płaci - jeżeli gdzieś podczas inwentaryzacji wyjdzie manko to ktoś musi je pokryć, chyba że udowodni w sądzie, że podczas spisu inwentaryzacyjnego były jakieś nieprawidłowości i cały remanent jest do podważenia, a nie jakiś fragment! 

PiS wypuścił w eter narrację, że większość protestów (niby 90% - w sumie jak oni to policzyli skoro Sąd Najwyższy nie podawał takich informacji publicznie) to są wzory z PESELEM Romana Giertycha i że ludzie wysyłali te formularze z PESELEM znanego polityka i prawnika. Po raz kolejny PiS ma ludzi za idiotów: swoich oponentów obraża takim stwierdzeniem, a zwolenników ogłupia kolejnym dyrdymałami, które to oni bezkrytycznie łykają.

Wybory prezydenckie czy parlamentarne to jedna z podstaw systemu demokratycznego i nikt nie może zastanawiać się czy wynik ogłoszony przez Państwową Komisję Wyborczą jest uczciwy czy wypaczony, a rzetelne wyjaśnienie należy się polskim obywatelom i na tym powinno zależeć nawet bardziej Sądom i innym instytucjom państwowym niż tym pierwszym. Tylko uczciwie przeprowadzone wybory dadzą pełnowartościowy mandat do pełnienia funkcji prezydenta Polski, a czy będzie to Karol Nawrocki czy Rafał Trzaskowki to już mniej istotne - ważne, żeby doszedł do tego stanowiska w uczciwy sposób. Nie może być nawet cienia wątpliwości - tylko tak polscy obywatele odzyskają, przynajmniej częściowo, zaufanie do instytucji państwowych, a w przyszłości należy opracować znacznie lepszy system liczenia i przede wszystkim kontroli liczenia oddanych głosów. Nie jesteśmy Białorusią czy Rosją, żeby takie rzeczy miały u nas miejsce. Józef Stalin powiedział kiedyś "Nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy" - chyba nie chcemy iść w tym kierunku?

Sądy powinny też zająć się nielegalną aplikacją do weryfikowania zaświadczeń jaką posiadali w prywatnych telefonach członkowie komisji związani z PiS, bowiem używanie takich aplikacji jest nielegalne w trakcie pełnienia tych funkcji. I co najważniejsze - czy mogło to wpłynąć na wynik wyborów? 



*** Uprzedzam, że komentarze zawierające słowa uznane powszechnie za wulgaryzmy nie będą publikowane!

środa, 2 kwietnia 2025

Zostań bohaterem powieści, opowiadania itd

Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

środa, 20 listopada 2024

Epopeja polsko-indiańska (Linki do całej powieści)

Wychodząc na przeciw prośbom czytelników - po raz kolejny - w jednym poście zostały zebrane wszystkie linki do całej powieści (1-24, 25-50, 51-73, 74-85, 86-96 i części specjalne I-III)


Z pewnością ułatwi to lekturę powieści :)


Link do części 1-24:

1-24 

Link do części 25-50:

25-50

Link do części 51-73:

51-73

Link do części 74-85:

74-85

Link do części 86-96:

86-96

Link do części specjalnych (I-III):

Cz. Sp. I-III


Epopeja polsko-indiańska (części specjalne 1-3)


(WSZYSTKIE TRZY CZĘŚCI SPECJALNE - W JEDNYM MIEJSCU)


Epopeja polsko-indiańska (CZĘŚĆ SPECJALNA)


                                   W KRAINIE PISUANGÓW i PLATFORÓW



Tymczasem Indianie Tonkawa wracali z porwanymi kobietami do rodzinnej wioski...

- Co to za wioska ojcze? - zapytał Zielony Królik, młodszy syn wodza i wskazał na widoczne z oddali liczne wigwamy.
- To wioska Pisuangów synu! - odparł wódz Płonące Drewno - Plemię to jest skłócone ze wszystkimi w okolicy, także z nami. Lepiej się z nimi nie zadawać...
- Ale czemu są skłóceni ze wszystkimi?
- Ciężko to wytłumaczyć... Obwiniają wszystkich w sumie o wszystko...
- Ale o co konkretnie?
- Nie chce mi się o tym mówić synu, zapamiętaj sobie, że Pisuangów należy omijać z daleka, howgh!
- Ale wytłumacz dlaczego!
- Dobrze! Plemieniem Pisuangów od jakiegoś czasu zarządza stary wódz Kaczannou, który nienawidzi wszystkich dookoła! Pisuangowie wspólnie z innymi plemionami, głównie Platforami, tworzyli silną konfederację plemienną, ale doszło do rozłamu, wielu odeszło nie mogąc znieść decyzji Kaczannou. Wodzem, który jest w pełni zależny od niego, zrobił Klęczące Pióro, który robi wszystko co mu każe. Drugim wodzem został Dwa Języki i oni obaj zarządzają w jego imieniu plemieniem. Pierwszy reprezentuje plemię na zewnątrz, a drugi odpowiada za sprawy wewnątrz plemienne. Ale nic bez zgody i wiedzy Kaczannou. Pomaga im Dwa Lica, który biega od wigwamu do wigwamu i przedstawia ludziom co postanowi Rada Starszych. A jeżeli ktoś odważy się narzekać i sprzeciwiać ich woli to wtedy Dwa Lica obgaduje go wśród współplemieńców tak strasznie, że biedak jest zaszczuty i ma dość. By zdobyć poparcie obiecają ludziom wszystko co ci tylko zechcą...
- To znaczy?
- Całe plemię poluje na bizony, ale podziału mięsa i skór dokonuje Rada Starszych. Dochodzi do tego, że ci co najbardziej popierają ich rządy wcale nie muszą uczestniczyć w polowaniach, bo i tak dostają swój udział...
- Ale to bez sensu...
- Też tak myślę, ale tak u nich jest. Ci co nie zgadzają się z tym są publicznie lżeni i obrażani.
- To dlaczego się na to wszyscy zgadzają?
- Bo są głupi! Ci co nie zgadzali się odeszli i założyli nową wioskę.
- Jakie to plemię?
- Platforowie. Ich wódz to Trzaskający Ogień. Z nimi handlujemy normalnie.

Za chwilę drogę zastąpili im wojownicy Pisuangów...

- Dokąd zmierzacie Tonkawa?
- Do swojej wioski!
- To idźcie, do naszej nie macie wstępu!
- Nie chcieliśmy skorzystać!
- W naszej wiosce panuje choroba przywleczona przez Blade Twarze, która nas dziesiątkuje!
- ?
- Idźcie dalej!
- Czym was zaraziły Blade Twarze?
- Tajemniczą chorobą...

Tą chorobą był zwykły katar, ale Indianie nie znali go wcześniej i nie byli odporni...

- Nasz szaman Szumiące Drzewo zakazał kontaktów z innymi plemionami, a wszystkim Pisuangom nakazał noszenie masek z roślin i zachowanie odpowiedniego odstępu...
- Z jakich roślin?
- Sprowadzamy je od Czejenów w dobrej cenie... Idźcie już!

Prawda była taka, że takie same maski można było zrobić na miejscu, ale Szumiące Drzewo chciał dać zarobić swojemu bratu, który wcale nie sprowadzał ich od Czejenów, ale produkował je w swoim wigwamie ...

Wioska Pisuangów...

- Dwa Lica! - zawołał Kaczannou (przez niektóre plemiona zwany też Kaczatou) - Idź i obwieść współplemieńcom, że wybory wodza zostały odwołane ze względu na chorobę! Tym samym dalej wodzem pozostaje Klęczące Pióro!
- Ale po tym jak odeszli Platforowie to on był jedynym kandydatem!
- Na wszelki wypadek ogłoś! I że będzie wodzem jeszcze przez pięć następnych wiosen!
- Ale...
- Idź i mnie nie denerwuj! Aha i powiedz wszystkim, że Trzaskający Ogień sympatyzuje z Bladymi Twarzami i Apaczami!
- Ludzie są głodni, nie interesuje ich wódz Platforów...
- Milcz! Niech idą nazbierać korzonków do lasu!
- Ale...
- A ci co są zdrowi niech idą polować na bizony! Bo nie ma co dzielić!
- Tylko...
- Co?
- Większość czeka, żeby coś dostać, a nie żeby iść na polowanie!
- Załatw to! Nie cierpię takich sytuacji!
- Bo odkąd odeszli Platforowie nie za bardzo ma kto chodzić na polowania...
- Nie interesuje mnie to! Masz wszystko załatwić, rozmawiaj, obiecuj! Klęczące Pióro i Dwa Języki niech ci pomogą!

Dwa Lica był wściekły! Ludzie byli głodni i źli, polityka rozdawnictwa Pisuangów wprowadziła po prostu wygodnictwo i każdy tylko czekał, aż coś dostanie, a nie żeby coś zrobić samemu...

- Wszystko zaczęło się walić - przeklinał pod nosem - jak tylko odeszli Platforowie! Oni polowali i pracowali, a teraz? Kaczannou buja w obłokach, nie wie jak jest! Co mam robić, co mam robić? Już nawet moje kłamstwa nie przynoszą żadnych rezultatów! Żadne plemię nie chce nam udzielać pożyczek w postaci żywności, bo wiedzą, że nie oddamy!

Dwa Lica dotarł do wigwamu zamieszkanego przez Dwa Języki ...

- Radź co robić!
- Nie ma już co rozdawać!
- Jak to?
- Platforowie odeszli i nie ma kto polować!
- Co teraz?
- Nie wiem... Nie ma skąd pożyczyć!
- A co powiesz ludziom?
- Ty im masz mówić! Powiedz, że jest świetnie! Że wszyscy są przeciwko nam i dlatego przez jakiś czas będzie biednie...
- Zwalić wszystko na Platforów?
- Tak! Że ich działania spowodowały chorobę i głód!
- A jak dojdzie do wojny?
- Nasz wódz wojenny Szalony Bawół da radę!
- Przecież on jest wciąż na etapie wyjaśniania nieszczęśliwego wypadku poprzedniego wodza, brata Kaczannou...
- Ale podobno przygotował nowe dzidy i lepsze strzały...

Niedługo potem Kaczannou kazał zwołać Radę Starszych. Stary wódz odkąd wybuchła zaraza stronił od innych, ale nie zamierzał nie wpływać na losy plemienia, komunikując się sygnałami dymnymi. Jego wigwam stale strzegło przynajmniej czterech wojowników, zachowując przy tym odstęp wielu metrów według zaleceń szamana Szumiącego Drzewa, dla zwykłych Pisuangów było to dwa metry. Po wysłaniu sygnałów Kaczannou powrócił do wigwamu i urządził sobie drzemkę.

Narada Rady Starszych...

- Kaczannou wpadł na genialny pomysł - zaczął Klęczące Pióro - żeby najbardziej chorych wysłać do Platforów, bo dlaczego oni mają być zdrowi?
- Nie ma szans! - skontrował Słabe Żebro - Odkąd odeszli są z nami na wojennej ścieżce!
- Ale... - wtrącił się Dwa Języki - Z niektórymi Pisuangami są spokrewnieni, wiem że utrzymują kontakty. Można to wykorzystać!
- Ludzie są głodni - narzekał Dwa Lica - ich teraz nie interesują Platforowie! Lepiej radźmy co zrobić by zapędzić ich do polowań! Oni tylko czekają, żebyśmy im wszystko dali! Na nic moje kłamstwa w takiej sytuacji!
- Twoje kłamstwa tracą na sile - skomentował Klęczące Pióro - może trzeba cię wymienić?
- A kto im naobiecywał? - odgryzł się Dwa Lica i spojrzał wściekle na Dwa Języki.
- Ja mówiłem, że tak będzie - odparł wskazany - Poza tym to nie ja, ale Błyszczące Korale! Ja bym nie obiecywał...

U Indian kobiety raczej nie miały szans na karierę inną niż w swoim wigwamie, ale Kaczannou wypatrzył gdzieś jedną i zrobił z niej wodza! Później jednak zastąpił ją Dwa Języki ...

W końcu ustalono wstąpienie na wojenną ścieżkę przeciw Platforom, ale mającą na celu nie wojnę samą w sobie, ale zdobycie pożywienia, czyli kradzież. Dwa Lica miał obwieścić kolejne obietnice za udział w wyprawie.

- Obiecaj im - mówił Klęczące Pióro - że wszyscy co wezmą udział w wyprawie dostaną tyle żywności ile sami uniosą!
- Skąd pewność, że wyprawa skończy się szczęśliwie? - niepokoił się Dwa Języki.
- Nasz wybitny wódz wojenny Szalony Bawół opracuje specjalny plan, dzięki któremu nasze powodzenie będzie tak pewne jak to, że po nocy wstaje słońce. W razie jakby nas nakryli Platforowie to przejdziemy do innego planu również opracowanego przez Szalonego Bawoła.
- Ach, szkoda że nie mogę ich postawić przed Sądem Plemiennym! - narzekał Słabe Żebro.
- A jak wyrok byłby inny niż oczekiwania? - zadrwił Klęczące Pióro.
- Nie kpij sobie, Sąd Plemienny zrobi wszystko co mu każe! Dokładnie tak jak ty wykonujesz bez szemrania wszystkie polecenia Kaczannou!
- Nieprawda! Wykonuję je ponieważ w pełni się z nimi zgadzam! Jakbym się nie zgadzał to bym ich nie wykonywał, jestem niezależnym wodzem!
- Tak, tak...
- Wiem! - zawołał wesoło Dwa Lica - Powiem ludziom, że brakuje jedzenia, bo Platforowie je nam podkradali! Że celowo przeganiają bizony z naszych terenów łowieckich, żebyśmy umarli z głodu! A Blade Twarze obiecały im wodę ognistą za nasze skalpy! Że chcą sprzedać obcym plemionom nasze wigwamy, nasze tereny łowieckie! Że nie idziemy kraść, ale odebrać co nasze!
- Wracasz do formy Dwa Lica! - ucieszył się Dwa Języki - Podburzasz jak kiedyś, działaj, niech twoje słowa będą celniejsze od topora! O świcie ruszamy!
- Od jakiego topora? - zapytał milczący dotąd Ociężały Suseł.
- Nieważne!
- Ale ja chcę wiedzieć!
- A co na to Kaczannou? - wtrącił nieśmiało Klęczące Pióro.
- Na pewno się zgodzi!
- Przypomniałem sobie! - wrzasnął Klęczące Pióro - Jutro przyjeżdża do nas wysłannik Bladych Twarzy, na handel.
- To ty zostaniesz, w końcu masz według słów Kaczannou reprezentować nasz lud na zewnątrz!
- Nie będą nam tu Blade Twarze - zacietrzewił się Klęczące Pióro - w obcych językach mówić co mamy robić!
- Przywiezie wodę ognistą!
- No to zostanę!

Członkowie Rady Starszych rozeszli się, przy ognisku długo jeszcze siedział Ociężały Suseł i zastanawiał się o co chodzi z tym toporem...

- Wiem! Dwa Języki słabo rzuca toporem, więc życzył by słowa Dwóch Lic były celniejsze! Jestem genialny!

Dwa Lica biegał od wigwamu do wigwamu, obiecywał, zachęcał, a czasami wręcz straszył. W efekcie zdecydowana większość Pisuangów stawiła się skoro świt by uczestniczyć w wyprawie ... Wojownicy jednak szemrali, że najpierw kazano im nie wychodzić z wigwamów, nosić maski z roślin itd, a teraz nagle kazano iść na wyprawę. Wkrótce pojawił się szaman Szumiące Drzewo i zbeształ wielu za nie zachowywanie odstępów lub brak masek. Gdy przybyli znamienitsi Pisuangowie wszyscy razem ruszyli w okolice wigwamu Kaczannou.

- Kaczannou! Sławo sław!
Pisuangów zbaw!
Kaczannou, Kaczannou!

Stary wódz tradycyjnie spał jeszcze, ale chcąc nie chcąc wyszedł przed wigwam i ruchem ręki pozdrowił uczestników wyprawy. Następnie mlaskając co chwila postanowił przemówić...

- Przez Platforów nasza wioska jest w ruinie! Idźcie i odbierzcie im to co nam się należy!

- Kaczannou, Kaczannou!

Tymczasem w wiosce Platforów...

Wódz Trzaskający Ogień przechodząc akurat wśród wigwamów natrafił na grupkę wojowników gorąco dyskutujących o Pisuangach...

- Macie rację! Mi też trochę szkoda, w końcu żyliśmy z nimi od lat, ale nie można było inaczej! Kaczannou i jego grupa cały czas łamali ustalone wcześniej zasady plemienne. Robili wszystko, żeby mieć poparcie, ale tak naprawdę nie robili nic, żeby było lepiej. Wciąż tylko szczuli i szczuli! Im można było wszystko, nam i innym nic lub niewiele. Chcieli żebyśmy polowali, ale mięso i skóry, żeby oni dzielili. Dość!

Wódz poszedł w kierunku swojego wigwamu, po drodze spotkał Bez Mokasynów i Toczącego się Kamyka.

- Dobrze, że jesteście z nami! - powiedział z radością.
- Wybraliśmy mniejsze zło - odparł Bez Mokasynów - Wiesz dobrze, że różnimy się, ale od Pisuangów różnimy się jeszcze bardziej!
- Wierzę, że część Pisuangów w końcu przejrzy na oczy i pozbawi wodzostwa Kaczannou! - skwitował Trzaskający Ogień - Niektórych jednak nie można obudzić, bo po prostu udają, że śpią.
- Nie możemy być zależni tylko i wyłącznie od polowań! - wypalił nagle Toczący się Kamyk - Musimy zacząć uprawę ziemi!
- Póki co to na głód nie narzekamy, ale jestem za - odpowiedział Trzaskający Ogień - Szkoda tylko wojowników Pisuangów, że mają takich wodzów... Tam już nie tylko zaraza, ale i głód zagląda ludziom w oczy. Chciałem być wodzem wszystkich plemion, nie tak jak Klęczące Pióro, który wyraźnie popierał tylko Pisuangów, a resztą chciał pomiatać!
- Moje plemię - wtrącił się Bez Mokasynów - chciał przekupić...
- Moje też! - dodał Toczący się Kamyk.
- Ale dopiero wtedy - skwitował wódz Platforów - jak zaczął się bać, że poparcie samych Pisuangów nie wystarczy do zwycięstwa!
- Racja! - przyznali obaj zgodnie.
- Za kilka dni wybory wodza - oznajmił Trzaskający Ogień - Mam ochotę pójść i powalczyć! Jesteście ze mną?

Obaj wskazani uchylali się od jednoznacznej odpowiedzi...

- Powiedziałem na początku rozmowy - rozpoczął w końcu Bez Mokasynów - że idąc z tobą wybraliśmy mniejsze zło, więc masz odpowiedź!
- Zobaczymy - rzucił niedbale Toczący się Kamyk.
- Chcę być wodzem, nie tylko Platforów! - krzyknął głośno Trzaskający Ogień - ale i wszystkich plemion dawnej Konfederacji Plemiennej! Będę tak samo traktował i Platfora i Pisuanga i każdego innego! Chcę być i będę przeciwieństwem Klęczącego Pióra!
- A co zrobisz z Kaczannou jak wygrasz? - spytał Toczący się Kamyk.
- Musi odejść! Dla dobra wszystkich musi odejść!
- Czyli nie każesz go zabić? - dopytywał się Bez Mokasynów.
- Nie. Dla niego większym ciosem będzie, że będzie musiał dożyć starości w samotności, bez żadnych przywilejów!
- Ale on już jest stary!
- Musi odejść! On jest za to wszystko odpowiedzialny! Nie Klęczące Pióro, nie Dwa Języki, ale on! Oni też wyrządzili wiele zła, ale to za jego namową! Podzielił wszystkie plemiona, które wcześniej żyły obok siebie w zgodzie, trzeba z tym skończyć!
- Podobno część Pisuangów ma oddać głosy na ciebie, ale na razie boją się ujawniać...
- Słyszałem o tym! Trzeba walczyć o lepsze czasy dla wszystkich naszych plemion!
- Masz poparcie wszystkich poprzednich wodzów!
- Wiem! Bardzo Ognista Woda i Wałęsający się Bizon wyraźnie są za mną... Ten drugi od dawna jest zgorszony łamaniem praw plemiennych przez Kaczannou i jego ludzi!
- Strzeż się Dwóch Lic, on gdy cię zobaczy będzie jątrzył i opowiadał ludziom, że chcesz sprzedać ich dobra Apaczom i Paunisom, no i pewnie wymyśli inne brudne historie!
- Wiem, wiem. Pewnie zacznie wmawiać Pisuangom, że jestem pół Apaczem lub coś podobnego...
- Cała preria cię popiera!
- Wiem, wiem. 27 do 1!

* Skojarzenia z sytuacją w Polsce w XXI wieku są tylko i wyłącznie przypadkowe i nie były zamierzone przez autora powieści

 

 

 

Epopeja polsko-indiańska (II część specjalna)

 W KRAINIE PISUANGÓW I PLATFORÓW II

 

Po wygranych przez Klęczące Pióro wyborach na wodza zapanował chwilowy chaos... Jego konkurent Trzaskający Ogień przegrał o włos, głównie dlatego, że nie do końca zostały uwzględnione głosy z odległych wiosek znajdujących się poza Krainą Pisuangów i Platforów oraz przez stuprocentowe poparcie dla Klęczącego Pióra uzyskane wśród najstarszych członków plemienia - obóz Trzaskającego Ognia słusznie wskazywał na fakt, że głosy wsród nich zbierane były przez osoby sympatyzujące z Pisuangami, ale nie zostało to uwzględnione... Po wyborach, z uwagi na związki pokrewieństwa, doszło do ponownego połączenia Pisuangów i Platforów... Nie z racji wspólnych poglądów, ale właśnie z uwagi na bliskie pokrewieństwo...

Wódz naczelny Kaczannoe mógł odetchnąć, ale tylko na chwilę, bowiem zaraza przybierała na sile i to dość znacząco... Szaman Szumiąca Wierzba i wódz Dwa Języki poza maseczkami z roślin nie zabezpieczyli plemiona w żaden inny sposób... Kaczannoe musiał więc znaleźć wyjście by odwrócić uwagę od zarazy... I znalazł! Kazał ogłosić, że każda kobieta - squaw musi rodzić dzieci co chwilę, czyli zaraz po urodzeniu musi jak najszybciej znowu zachodzić w ciążę - wszystko to po to by odrobić straty jakie plemię poniosło przez zarazę... Kobiety nie zamierzały się temu podporządkowywać! Wybuchł  bunt squaw na czele którego stanęła Lamparcia Skóra... Squaw zaczęły pokojowo spacerować między wigwamami... Wojownicy odpowiedzalni za spokój w wiosce nie wiedzieli jak się wobec nich zachowywać, początkowo przyglądali się tylko co robią squaw, stopniowo jednak zaczęła pojawiać się presja ze strony rządzących by ten bunt rozgonić, ale wojownicy przystali jedynie na poszturchiwanie... Presja z góry jednak była nieustająca, w końcu postanowiono, że na squaw wysłany zostanie Bąk Plemienny i jego Plemieńcy, czyli radykałowie widzący kobiety jedynie jako istoty rodzące dzieci, pracujące i gotujące...

- One mają rodzić, a nie pyskować! - darła się Wiecznie Głodna Baba - To wszystko po to, żeby nasze plemię znowu było potężne! Jak to doskonale wymyślił nasz wódz naczelny Kaczannoe.

Dwa Lica nie próżnował, biegał od wigwamu do wigwamu przedstawiając sytuację wygodną dla rządzących. Wielu jednak sympatyzowało z buntem squaw, Kaczannoe wezwał więc Dwa Lica i polecił mu zorganizować dzień pieśni, wszystko po to, żeby odwrócić uwagę od buntu. Szumiąca Wierzba wtrącił, żeby zachowywać odstęp i nosić maseczki z roślin.

Dwa Lica szybko wziął się do roboty, zaangażował - może nie najlepszych pieśniarzy - ale sympatyzujących lub przynajmniej otwarcie nie występujących przeciw władzy Pisuangów. Wystąpić mieli: Zamglone Oczy, Szalony Chłopiec, Świeży Świerzb oraz bracia Gołe i Spasione  Świstaki.

Kaczannoe kazał wezwać przed swoje oblicze Dwa Języki, z którego coraz mniej był zadowolony. Fama niosła, że w niedalekiej przyszłości będzie go miał zastąpić Obaita Zorlena, którym wódz naczelny Pisuangów był coraz bardziej zachwycony.

- Dwa Języki sobie nie radzi... - wycedził stary wódz.

- Jak to? Jak to? Idzie mi przecież świetnie!

- Nie powiedziałbym... Zdław bunt squaw i zacznij sobie lepiej radzić z zarazą, bo cię wymienię! Howgh! Idź mi już stąd! Aha, przyślij mi tu zaraz Klęczące Pióro!

Dwa Języki chciał jeszcze coś odpowiedzieć, ale wściekły wzrok Kaczannoe połączony z machnięciem ręki skutecznie go przed tym powstrzymał. Znał dobrze starego, w takim stanie lepiej było z nim nie dyskutować...

- Parszywy Słabe Żebro! To on pode mną dołki kopie!

Już następnego dnia Dwa Języki zorganizował Dzień Pieśni, wcześniej oczywiście porządnie go rozreklamował tradycyjnie biegając od wigwamu do wigwamu i zachęcając do przybycia. Wytyczne Szumiącej Wierzby zostały wypełnione, na łące widzowie zachowywali odległość około 2 metrów i mieli założone maseczki.

Pierwszy wystąpił Szalony Chłopiec...

- Jesteś szalona dzido ma! Trafiasz we wroga nie raz, nie dwa. Jesteś szalona!

Kilkuminutowy występ został nagrodzony okrzykami radości, Szalony Chłopiec był bowiem dość popularny.

Następnie zaczął śpiewać Świeży Świerzb...

- Wigwamy we wzory łohohoho! Czerwony Tomahawk łohohoho! Strzały pierzaste łohohoho! Squaw młode i kształtne łohohoho!

Ten występ bardzo rozgrzał widzów, którzy rozochoceni poza okrzykami radości zaczęli jeszcze rytmicznie machać rękoma...

Kolejnym wykonawcą był zespół Gołe i Spasione Świstaki... 

- Tu na razie jest zaraza, ale nas to nie przeraża! 

Od razu zaśpiewali drugą pieśń...

- Tak bardzo bardzo tego chcę, że ciągle do Mannitou modlę się!

I na koniec pojawił się ulubieniec tłumów, zwłaszcza jednak Pisuangów, Zamglone Oczy...

- Przez twe oczy, twe oczy zamglone zwarioooowaaaaałeeeeem! Odnalazłem w nich booooowiem caaaaały blaaaaaaask!

Tłum zaczął skandować "Zamglone Oczy! Zamglone Oczy!", doszło do prób tańcowania, ale w porę interweniował Szumiąca Wierzba wpadając niczym błyskawica w środek tańczących, paru odpychając, reszcie grożąc palcem i poskutkowało...

Na drugi dzień Kaczannoe wezwał do siebie Sasinkę Tatankę...

- Wodzowie innych plemion dostrzegają zagrożenie jakie wiąże ze sobą pojawienie się Bladych Twarzy. W wiosce Czejenów zorganizowana ma być narada przedstawicieli plemion jak temu przeciwdziałać...

- Ale mamy tam przecież Tuskara...

- Milcz! Przecież jakiś czas temu zakazałem wymawiać to imię!

- Wybacz Kaczannoe! A więc mamy tam tego, którego imienia nie można wymawiać...

- To wszystko jego wina!

- Tak wodzu! To człowiek straszny i winny wszystkiemu!

Kaczannou przez chwilę milczał... Po czym wybuchnął...

- Jak ja go nienawidzę!

Chwilę potem jednak szybko się uspokoił...

- Ale nie o tym miałem mówić... Pojedziesz i spróbujesz mieć wpływ na organizację wszystkich ustalonych działań, weźmiesz ze sobą Dwa Języki. On umie łgać lepiej od ciebie...

- Tak wodzu!

- Jak tylko będzie to możliwe to zorganizujesz, a ty to najlepiej potrafisz, kolejne zebranie u nas! Wtedy będziemy dominować!

- Tak wodzu!

- No, idź już!

Dzień Pieśni nie powstrzymał buntu squaw, które dalej przechadzały się wśród wigwamów. Prowokowało to rządzących do bardziej radykalnych działań i prowokacji. Już nie tylko Plemieńcy atakowali niemal otwarcie kobiety, ale i wojownicy odpowiedzialni za porządek w wiosce stawali się coraz bardziej brutalni. Sytuację wykorzystywali różni ludzie, którzy m.in. pomalowali wigwam czarownika we wzory, z którymi identyfikowały się zbuntowane kobiety, a może to była po prostu prowokacja... Doprowadziło to do sytuacji, że Plemieńcy ustawili silne straże przed wspomnianym wigwamem... 

- Jak któraś się zbliży - groził Plemienny Bąk - to macie być bezlitośni!

- Bić te baby! - zachęcał Pyskata Tarcza - Mają dzieci rodzić, a nie plątać się bez celu!

W międzyczasie przez wioskę gruchnęła wieść, że Ociężały Suseł był widziany nago wśród squaw z innych plemion!

- To nieprawda! To jest prowokacja - bronił się wspomniany.

Kolejnym skandalem, który spowodował znaczący spadek poparcia dla Pisuangów była wizyta Wiecznie Głodnej Baby w wigwamie odnowy, a było to stanowczo zakazane podczas zarazy.

- Co za plugawy kłamca to wymyślił?! Spałam cały czas w swoim wigwamie, a nie żadna tam odnowa! Niech mu za karę krosty na ryju wyrosną za te podłe kłamstwa!

Wódz Klęczące Pióro też sobie nic nie robił z obostrzeń, w ogóle podczas drugiej kadencji był mało widoczny. Robił to co mu kazał Kaczannoe i tyle. Teraz postanowił pojechać w góry, jakby nic się nie działo ważnego w wiosce.

- Co robisz? - czynił mu wyrzuty Szumiąca Wierzba - Przecież tam w górach jest pełno innych Indian, przywleczesz kolejną zarazę jeszcze!

- Jadę i koniec! Kaczannoe powiedział, że nie będę mu kilka dni potrzebny... Muszę raz na jakiś czas samotnie pochodzić po górach!

- A niech jedzie! - wtrącił się Brzydki Bizon - I tak na nic nie przyda się teraz... 

Brzydki Bizon był jednym z zaufanych Kaczannoe, słynął z tego, że uwielbiał palić fajkę pokoju i robił to niemal bez przerwy.

Dwa Lica znowu biegał od wigwamu do wigwamu i oznajmiał ludziom...

- Tuskar przysłał nam 300 strzał, ale łuków to już nie!

Całej sytuacji w wiosce przyglądał się uważnie wspomniany Tuskar i Trzaskający Ogień, a także i inni opozycyjnie nastawieni prominentni wojownicy...

- Co robić Tuskarze? Przecież Pisuangowie zamieniają naszą wioskę w ruinę!

- Nic nie róbcie... Oni sami się załatwią... Ludzie w końcu nie wytrzymają...

- A co z Gowinnoe?

- Z tym zdrajcą?

- Tak. Popadł w niełaskę Kaczannoe i teraz szuka sojuszników...

- Był już kiedyś z nami, jest niepewny jak szmata na wietrze!

Tymczasem Gowinnoe nie wiedział co ma robić, intrygi Kaczannoe spowodowały, że część jego sprzymierzeńców odsunęła się od niego i jego pozycja radykalnie spadła. Zastanawiał się co czynić, brał pod uwagę nawet to, że znowu zostanie Platforem...

- Tylko czy mnie przyjmą po tym co zrobiłem? A może zwiążę się z innymi? Toczący się Kamyk odpada, ale może by tak związać się z grupą dowodzoną przez Bez Mokasynów... No, nie wiem... No, nie wiem...

 

 

Epopeja polsko-indiańska (3 część specjalna)

 W KRAINIE PISUANGÓW i PLATFORÓW III

Wielkimi krokami zbliżał się indiański Indial w San Escobar (odpowiednik dzisiejszego Mundialu), na którym nie mogło zabraknąć reprezentantów plemienia Pisuangów i Platforów. Na indialu grało się w tak zwanego misjonarza, a gra miała swój początek na dalekim południu, gdzie grupa Indian zabiła niegdyś hiszpańskiego misjonarza, a potem zaczęła kopać jego odciętą głowę. Gra błyskawicznie zdobyła wielką popularność, a że nie wszyscy mieli okazję zdobyć głowę misjonarza, wymyślono inny sposób - okrągły kamień został dokładnie obszyty skórą bizona. Zasady gry były mniej więcej podobne jak w dzisiejszej piłce nożnej, oczywiście nie było spalonego, nie było też sędziego ani VAR-u, a w spornych sytuacjach decyzje podejmowała Rada Starszych, złożona z przedstawicieli wszystkich plemion uczestniczących w Indialu. Na czas mistrzostw zakopano wszystkie topory wojenne.

Czytelnikom, którzy nie przeczytali poprzednich dwóch części specjalnych, potrzeba pokrótce wyjaśnić, że plemionami Pisuangów i Platforów zarządzał stary wódz Kaczannou, który nienawidził wszystkich dookoła. Wodzem, w pełni zależnym od niego, mianował Klęczące Pióro, który robił wszystko co ten mu kazał. Drugim wodzem został Dwa Języki. Ci dwaj wodzowie zarządzali w jego imieniu plemieniem. Pierwszy reprezentował plemię na zewnątrz, a drugi odpowiadał za sprawy wewnątrzplemienne. Ale nic bez zgody i wiedzy Kaczannou. Pomagał im Dwa Lica, który biegał od wigwamu do wigwamu i przedstawiał ludziom wszystko, co postanowi Rada Starszych. A jeżeli ktoś odważył się narzekać i sprzeciwiać ich woli, to wtedy Dwa Lica obgadywał go wśród współplemieńców tak strasznie, że zaszczuty biedak miał dość. By zdobyć poparcie obiecywali ludziom wszystko, czego ci tylko pragnęli... Całe plemię polowało na bizony, ale podziału mięsa i skór dokonywała Rada Starszych. Dochodziło do tego, że ci co najbardziej popierali ich rządy, wcale nie musieli uczestniczyć w polowaniach, bo i tak dostawali swój udział... Ci zaś, którzy nie zgadzali się z tym byli publicznie lżeni i obrażani.

Z okazji zbliżającego się Indialu wódz Dwa Języki spotkał się z drużyną plemienną na czele której stał wódz drużyny Lewa Strzała i wódz taktyczny 711 Fryzur.

- Godnie reprezentujcie nasze plemię - rozpoczął mowę Dwa Języki - żebyśmy z was byli dumni!

- Będzie ciężko - odparł 711 Fryzur - Inne plemiona są bardzo silne, ciężko będzie wyjść nawet z grupy.

- Jeżeli wyjdziecie z grupy - zaczął obiecywać wódz - to dam wam w nagrodę po 30 skór bizonich lub niedźwiedzich i dwa wigwamy pełne mięsa.

- Możemy dostać jakieś gwarancje? - wtrącił się Lewa Strzała.

- Śmiesz wątpić w prawdziwość moich słów? - zdenerował się Dwa Języki.

Lewa Strzała już miał coś odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język... Sytuację szybko rozładował Broniący Większość Strzałów racząc wszystkich płomiennym uśmiechem...

Spotkanie dobiegło końca, drużyna wyruszyła w podróż do San Escobar, a Dwa Języki powoli wracał do swojego wigwamu.

- Ciamajdy jedne - śmiał się pod nosem - gdzie oni tam wyjdą z grupy, ha ha ha.

Rozpoczął się Indial, nasza drużyna w pierwszym meczu zremisowała z Aztekami, potem wygrała z kolejnym rywalem i w ostatnim meczu przegrała, ale dzięki lepszemu bilansowi zajęła drugie miejsce i jednak wyszła z grupy. Gra naszych, mimo że skuteczna, nie podobała się nikomu. Pojawiły się głosy o mało atrakcyjnej taktyce ustalonej przez wodza 711 Fryzur. Jednak w krainie Pisuangów i Platforów nastała umiarkowana radość, a sami Pisuangowie najbardziej cieszyli się, że z Indialu odpadli znienawidzeni przez nich Apacze. Kolejną przeszkodą miało być plemię, które wygrało poprzedni Indial. Szanse naszych były znikome...

Wieść o sukcesie szybko dotarła do wioski Pisuangów i Platforów...

- Co teraz zrobisz? - śmiał się Sasinka Tatanka, który akurat przebywał w wigwamie Dwóch Języków

- Muszę coś wymyślić. Trzeba będzie wszystkich wysłać na polowanie, niech te skóry się znajdą!

- To się nie uda... Ludzie sami skór nie mają, nikt ich nam nie chce sprzedać, bo nie mamy czym zapłacić... Bizony też zaczęły nas omijać szerokim łukiem... Głód i chłód zaczyna zaglądać wszystkim w oczy.

- Nie wyglądasz na głodnego...

- No ja nie, ty nie, Kaczonnou też nie, ale ludzie tak i są źli.

- Trzeba będzie znowu coś im obiecać...

- To nic nie da, zaczynają kumać, że nasze obiecanki to cacanki. Wielu otwarcie opowiada się za Tuskarem.

- A co na to Kaczannou?

- Bredzi coś, że on nie wiedział, że jest tak źle. A ty jeszcze obiecujesz te hojne nagrody...

- Odwołam to... Wyprę się!

- Jak to?

- Była przy tym tylko drużyna... Jak będą domagać się nagrody to rozpuści się wieść, że są chciwi i pazerni! Już to trzeba zrobić zanim wrócą z San Escobar! Ludzie ich zlinczują nie nas, przecież wiedzą, że i tak oni mają lepiej niż przeciętny mieszkaniec naszej wioski... Tak zrobimy, wołaj szybko Dwa Lica, niech działa!

Wieść o obietnicy wodza przeciekła jednak do mieszkańców wioski, Dwa Lica nie próżnował, biegał od wigwamu do wigwamu i szczuł wszystkich na piłkarzy...

- Po co Lewej Strzale i innym kolejne skóry? Przecież i tak mają ich bez liku! Lewa Strzała jeszcze podczas gry u Apaczów zarobił tyle, że jego squaw może codziennie w innej chodzić! Za wynik na Indialu dostaną przecież skóry od Indiańskiego Związku Gry w Misjonarza! Są pazerni i chciwi!

Wkrótce do gry wkroczył sam Kaczannou zwołując zebranie Rady Starszych na które zaproszeni zostali najważniejsi Pisuangowie.

- Dlaczego mnie okłamujecie? - rozpoczął wódz naczelny mlaskając co drugie, trzecie słowo - Skór brakuje, mięsa brakuje! A mówiliście, że wszystko jest!

W wigwamie narad zapadła grobowa cisza, dopiero po dłuższej chwili odezwał się Pusty Dzban...

- Wodzu! To wszystko przez Tuskara!

- Przestań głupcze! - wrzasnął Kaczannou - ty faktycznie masz jakąś obsesję na jego punkcie! Poza tym kwestia: wina Tuskara, należy do mnie! Niestety, po latach naszych rządów nie wszystko już możemy zwalić na niego...

- Wodzu! - wtrącił się Dwa Lica - Ciemny lud wszystko kupi!

- Już nie, już nie... Co za króliczy bobek obiecał naszym graczom nagrodę?!

- Wodzu! - odezwał się ze skruchą Dwa Języki - To ja tak bezmyślnie chlapnąłem. Nikt nie wierzył, że mogą wyjść z grupy! Ale już to odkręcamy, wyjdzie na to, że gracze są pazerni i chciwi, napuściliśmy na nich społeczeństwo, a to potrafimy najlepiej!

- Co ze skórami i mięsem dla ludzi? Nie mają w co się odziać, nie mają z czego zrobić wigwamów, nie mają co jeść! Klęczące Pióro ty żyjesz?

- Zamknij się ty oszuście! Nie dam się więcej nabrać! - zaczął krzyczeć zaczepiony.

- Że co?

- Oj, przepraszam... Zamyśliłem się na chwilę, myślałem że znowu ktoś podszedł pod wigwam i udaje wodza innego plemienia.

- A ty mu wszystkie tajemnice plemienne zdradziłeś - śmiał się Brzydki Bizon.

- Ja się uczę, ja się cały czas uczę! Mam plan! Skoro bizonów nie ma, a jeleni jak na lekarstwo to musimy przenieść wioskę!

- Gdzie niby?

- Apacze mają mnóstwo mięsa i skór, przenieśmy się w ich pobliże...

- Nigdy! - krzyknął Pyskata Tarcza, a momentalnie wtórował mu Pusty Dzban - Dzieci nam zaczną apaczyć!

- Wy tępe bawole zady! - zdenerwował się Kaczannou - myślicie, że Apacze pozwolą nam bezkarnie polować na swoich terenach łowieckich?!

- Trwa indial - wtrącił się Słabe Żebro - w tym czasie nie mogą wykopać toporów wojennych...

- Nie... To bez sensu - marudził Kaczannou - Macie do jutra wymyśleć skąd wziąć mięso i skóry! Wynocha!

- Może by tak... - zaczął nieśmiało Ociężały Suseł - Poprosić Tuskara, żeby załatwił pożyczkę mięsną od Apaczów lub innych plemion?

- Milcz! Precz mi stąd wszyscy!

Wyszli jak struci, doskonale zdawali sobie sprawę, że doprowadzili plemię do ruiny. Zaczynało brakować niemal wszystkiego. Popierająca ich jeszcze część plemienia (Pisuangowie) nie chciała polować, czekała na to, żeby wszystko dostać od rządzących, z kolei pozostała część (Platforowie) nie chciała dłużej być frajerami, co wszystkich utrzymują. Dlatego spora grupa polowała z Apaczami i Komanczami, pozostali zaś we własnym zakresie - po kryjomu, żeby lwia część zdobyczy nie padła ofiarą pasożytniczej części społeczeństwa.

Tymczasem drużyna plemienna przegrała kolejny mecz z aktualnymi mistrzami prerii, prezentując jednak znacznie lepszą grę niż wcześniej - nawet Zielony Podawacz zaczął grać w końcu na miarę oczekiwań, ale nikogo już to nie obchodziło, bo wszyscy - za sprawą doskonałej propagandy Dwóch Lic - mieli ich za chciwych i pazernych.