pekao

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

niedziela, 7 czerwca 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 6)

Mgła na bagnach Lędzian zrobiła się gęsta jak śmietana, a ołowiane niebo zdawało się dotykać czubków obumarłych wierzb. Ostatni wóz Batymira z głośnym mlaśnięciem osiadł w czarnym mule aż po same osie, grzebiąc resztki nadziei uciekinierów.

Szlakiem ucieczki, bez jednego szmeru, nadciągnęli ludzie Grotomira. Mur stu słowiańskich wojowników otoczył moczary ciasnym półokręgiem. Na widok uniesionych toporów i błyszczących w półmroku grotów oszczepów, hardość „Zakutych Łbów” pękła jak sucha gałąź.

Dzbanosław natychmiast upuścił swoją broń w gęstą rzęsę wodną, a Błaszczasław z głośnym lamentem padł na kolana, próbując zasłonić się belami skradzionych materiałów. Kaczomir, choć trząsł się tak mocno, że dzwoniły mu mosiężne ozdoby przy kaftanie, zaczął skomleć, plując śliną.

- Litości! Grotomirze! To pomyłka, jakieś nieporozumienie! - wrzeszczał piskliwie, cofając się w błoto.

Grotomir podszedł bliżej, patrząc na nich z obrzydzeniem. Uniósł dłoń, nakazując swoim ludziom wstrzymanie ataku.

- Nie zamierzam brudzić słowiańskiej stali na wasze tchórzliwe karki - rzekł zimno młody wódz, odstępując od pierwotnego zamiaru pozbawienia ich życia - Wasza krew splamiłaby tę ziemię.

- Ależ Grotomirze, oni zasłużyli na śmierć! - warknął Giertymir, opierając się na ciężkim toporze - Ale puszcza rządzi się prawem. Żądam zwołania sądu i wiecu dla nich! Nawet największego łotra i zdrajcę należy sprawiedliwie osądzić przed obliczem bogów i ludzi, zanim puszcza wyda wyrok.

- Tak zrobimy! - zgodził się Grotomir - ale nie tu na tych cuchnących bagnach. Chodźmy stąd.

Po jakimś czasie udało się opuścić bagna, niemal w tym samym momencie z szuwarów, od strony wschodniego szlaku wyłoniła się dziwna karawana. Byli to arabscy handlarze niewolnikami - mężczyźni o ciemnych licach, odziani w długie, wełniane burnusy, na których bieliły się kryształy pustynnej soli. Ich zwiadowcy od dawna węszyli za żywym towarem na ziemiach Lędzian. Na ich czele szedł brodaty kupiec, którego czarne oczy natychmiast rozbłysły na widok klęczących uciekinierów.

Kupiec podszedł, ignorując napięcie, bacznie przyjrzał się „Zakutym Łbom”. Jego wzrok najdłużej zatrzymał się na potężnej posturze Batymira.

- Ten wielki za wozem... bardzo silny mężczyzna - zamruczał Arab, dotykając palcem jego mięśni - Przykuje wzrok na targach w Kalifacie. Da dobre srebro w kopalniach. Ale to małe, tłuste coś w zniszczonym kaftanie? - wskazał na Kaczomira - Do niczego się nie przyda, tylko mlaszcze, krzyczy i śmierdzi strachem.

Kaczomir, słysząc to, zaczął gorączkowo potakiwać i krzyczeć:

- Tak! Kup mnie, panie! Zrobię wszystko!

Arab popatrzył na niego jak na zepsute daktyle, splunął w błoto i zwrócił się do Grotomira:

- Dorzuć tego grubasa, co wciąż mamrocze pod nosem o gaszeniu łuczyw (Suskomira), a dam ci za tego małego krzykacza pół worka soli i trzy żelazne noże. To ostateczna cena. Więcej ten głupek nie jest wart.

- Zgoda - odparł Grotomir, a Gromomir zaciągnął już pętlę na szyi Kaczomira - Sól się przyda na zimę.

Nagle ziemia zatętniła pod kopytami koni, a ptactwo z wrzaskiem zerwało się z trzcin. Z gęstwiny boru wyjechał potężny, dwustuosobowy oddział zbrojnych. Była to istna, niesamowita mieszanka - częściowo germańscy Wandalowie, nielicznie pozostali na tych ziemiach i żyjący ramię w ramię ze Słowianami, a częściowo wojownicy z różnych słowiańskich plemion.

Na ich czele jechał on - Trampomir. Był to mąż z natury porywczy, z którego emanował niezmierzony narcyzm. Posiadał głos jak dzwon, a jego gęsta czupryna miała kolor dojrzałego, jaskrawego prosa.




Trampomir zatrzymał konia tuż przed Grotomirem, nałożył na głowę czerwoną czapę mądrości i spojrzał na zgromadzonych z góry, z ogromnym uśmiechem. Czapę nosił dumnie jako swój magiczny artefakt, co według niego dawało mu prawo do decydowania o losach świata. Jego imię oznaczało „wędrujący dla pokoju”, a życiową misją, którą sam sobie nadał, było godzenie wszystkich ze wszystkimi. Zwoływał tak zwane „wiece cudów” na których zawierał najwspanialsze umowy w dziejach Słowiańszczyzny. Tuż za nim jechał kapłan Rydzymir, który podczas swojej misji u Lędzian ubłagał go o interwencję.

- Spójrzcie na to. Co tu się dzieje? To jest niesamowite - zaczął Trampomir, a jego głos rozniósł się po bagnach niczym grzmot Peruna - Przyprowadziłem tu dwustu zbrojnych. Najlepszych ludzi, wierzcie mi, absolutnie najwspanialszych. Część z nich to Wandalowie, pochodzenie i krew wandalijska to jest coś potężnego. Ja sam pochodzę od Wandalów, to są niesamowici ludzie. Przybywam, bo poprosił mnie Rydzymir. Zrobiliśmy idealną rozmowę. Totalnie idealną.

Trampomir zsiadł z konia, podszedł do związanego Kaczomira i poklepał go po tłustym ramieniu, na co arabscy kupcy zareagowali pomrukiem niezadowolenia.

- Ten tutaj to Kaczomir? To jest świetny człowiek, wspaniały wojownik - oznajmił głośno Trampomir, obracając się do Grotomira i Giertymira - Bardzo twardy Słowianin. Jeden z najtwardszych, jakich widziałem. Znam najlepsze słowa i wszystkie sposoby, żeby to rozwiązać. A wy co robicie? Wy nie macie zielonego pojęcia, co robicie. Oddajecie go tym ludziom pustyni? Za sól? To jest totalna katastrofa! Ci kupcy to są totalni przegrani, wierzcie mi. Ja zrobiłem dla pokoju więcej niż ktokolwiek inny w dziejach puszczy. Moje wiece to są wiece cudów na których są zawierane najwspanialsze umowy.

Grotomir zmrużył oczy, mocniej zaciskając palce na rękojeści topora.

- Ten „wspaniały człowiek”, Trampomirze, sprowadził na nas Awarów Tarkana. Zdradził naszą osadę nad Srebrzanką.

Trampomir machnął lekceważąco ręką, aż czerwona czapa przechyliła mu się na czoło.

- Słyszałem o Tarianie, czy jak mu tam. Totalny nieudacznik. Jego ludzie to byli totalni nieudacznicy, nie mieli szans ze mną. Kaczomir po prostu negocjował. Ja znam się na negocjacjach, mam najlepsze układy. Kaczomir chciał wielkości. Wspólnie uczynimy Słowiańszczyznę wielką! To wam mówię. Pokój zostanie wprowadzony, ja go wprowadzę osobiście. Nikt nie będzie nikogo sprzedawał, nikt nie będzie nikogo rąbał. To byłaby totalna katastrofa, a my robimy tylko wielkie rzeczy.

Suskomir, siedząc w błocie obok Batymira, uniósł wzrok na jaskrawą czuprynę wodza i szepnął cicho:

- A nie mówiłem? Trzeba było udawać, że nas nie ma... Teraz ten w czerwonej czapce pogodzi nas tak, że z tego pokoju kości nam popękają.

- Nie narzekaj Suskomirze… - skomentował Bochemir - Ten w czerwonej czapce nas ratuje…

Atmosfera na moczarach stała się gęsta od napięcia. Sto toporów Grotomira i Giertymira stanęło naprzeciw dwustu zbrojnych nowo przybyłego narcyza. Sąd, którego żądał Giertymir, właśnie zamieniał się w teatr jednego człowieka, podczas gdy z południa, o czym nikt na bagnach jeszcze nie wiedział, nadciągała prawdziwa, krwawa nawałnica Kaganatu.

Nagle ktoś z „Zakutych łbów” zaczął skandować, a za nim poszli inni…

- „Trampomir, Trampomir!”

Atmosfera robiła się coraz mniej napięta, a po chwili rozbroił ją zupełnie Trampomir mówiąc do Grotomira…

- To co? Mam kazać rozłożyć Owalny Namiot Dobrych Umów?




piątek, 15 maja 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 5)

Nad Srebrzanką dym z pogrzebowego stosu Gniewka mieszał się z oparami krwi, ale Grotomir z Giertymirem nie tracili czasu na długie żale. Wiedzieli, że wieści niosą się szybciej niż galopujący koń. Młody przywódca kazał jedynie krótko pochylić czoła nad poległymi towarzyszami, po czym zarządził natychmiastowy marsz.

Żerca Wrzaskun nie zaszedł daleko. Choć znał puszczę, strach odebrał mu zmysły. Ludzie Grotomira dopadli go w gęstwinie paproci, gdy próbował przeprawić się przez rzekę. Gromomir osobiście wywlókł go za kołtun na środek polany. Wrzaskun nie przypominał już dumnego sługi bogów. Po krótkiej, brutalnej „rozmowie” z Gromomirem, który nie bawił się w subtelności, Wrzaskun wyśpiewał wszystko.

- Kaczomir... on nie wrócił do chat! - wył, plując krwią - Kazał ładować wozy i pędzić na wschód, ku bagnom na terenach Lędzian. Chce się schować tam, gdzie tylko on zna ścieżki. „Zakute Łby” mają iść z nim, obładowani dobrem! Kaczomir wszystkiego się boi, was, ale i zemsty awarskiej.

Grotomir spojrzał na brata.

- Na bagnach go dopadniemy. Nie pozwolę, by krew naszych braci wsiąkła w ziemię bez zapłaty.

W tym czasie w osadzie Kaczomira panował chaos. Mały wódz, trawiony panicznym lękiem, biegał między chatami, wrzeszcząc na swoich ludzi. Wiedział, że po klęsce Tarkana jest trupem.

- Brać co cenniejsze! Bydło pędzić tyłem, przez brody! - darł się, nerwowo zerkając przez ramię.

Jego „Zakute Łby” nie byli już tak pewni siebie. Wielu z nich widziało z daleka, co Grotomir zrobił z Awarami. Szeptali między sobą o ucieczce do lasu, ale strach przed Kaczomirem i jeszcze większy przed zemstą Grotomira trzymał ich w ryzach. Postanowili, że ruszą razem w stronę niedostępnych moczarów, licząc, że jesienne mgły ich ocalą. Strach miał zapach potu i starych skór, „Zakute Łby” - dotąd hardzi i butni, teraz przypominali stado spłoszonych kuropatw.

- Musimy uciekać! - wrzeszczał Batymir, ładując na wóz bele materiału - Widzieliście Grotomira? To nie człowiek, to wilkołak! Jeśli nas dopadnie, powiesi nas na jelitach Tarkana!

- Głupiś! - odkrzyknął mu Dzbanosław, zaciskając dłoń na wyszczerbionym toporze - W lesie nas wybiją jak zające. Tu mamy płot, mamy chaty! Będziemy się bronić do ostatniego!

Wtedy ze swej półziemianki wychylił się Suskomir, przecierając zaropiałe oczy. Spojrzał na ten chaos z dziwnym spokojem, po czym splunął pod nogi.

- A po co uciekać? Po co się bić? - wychrypiał - Zróbmy tak: pogasimy ogniska, zamkniemy się w chatach, bydło zapędzimy do lasu, żeby nie ryczało i będziemy udawać, że nas tu nie ma. Grotomir pomyśli, żeśmy dawno uciekli i pójdzie dalej szukać pomsty gdzie indziej. Może się nie zorientuje?

Kaczomir, który dotąd stał oparty o słup, trzęsąc się tak mocno, że aż dzwoniły mu ozdoby przy pasie, wyprostował się nagle, słysząc tę bzdurę. Udawał, że poprawia kaftan, choć palce mu drżały jak liście osiki.

- Suskomir ma rację! To znaczy... ja tak zdecydowałem! - zawołał piskliwym głosem, starając się nadać mu ton wodza - Cisza ma być! Nikt nie piśnie, nikt nie wyjdzie za próg!

W głębi duszy Kaczomir czuł jednak, że pętla zaciska się z dwóch stron. Jeśli nie zabije go Grotomir, zrobią to Awarowie. Wyobrażał sobie posłańców z południa, którzy przyjadą spytać, dlaczego stał na wzgórzu i dłubał w nosie, gdy ich bracia ginęli w błocie. Kaczomir wiedział, że dla koczowników zdrada była gorsza niż śmierć, a on zdradził wszystkich po kolei.

- Pakować wozy po cichu! - syknął nagle, zmieniając zdanie pod wpływem wizji awarskiego palowania - Idziemy na bagna! Suskomir, twoja „cisza” nas nie uratuje przed toporem Gromomira. On czuje smród zdrajcy z milowej odległości!

- Przecież przed chwilą… – odgryzł się Suskomir – sam powiedziałeś, że to twoja decyzja by zostać…

- Milcz, ty kozi bobku! - krzyknął wściekle mały wódz - rusz się lepiej i ładuj na wozy!

Wioska zamieniła się w mrowisko pracujące w niemym przerażeniu. Ludzie potykali się o własne nogi, zrzucając ze stołów naczynia, które z brzękiem pękały w ciszy wieczoru, wywołując u Kaczomira niemal zawał serca. Każdy trzask gałęzi w pobliskim lesie brzmiał teraz jak zapowiedź nadchodzącego Grotomira.

Wieści o rzezi oddziału Tarkana dotarły niemal błyskawicznie znacznie dalej. Jeden ocalały z rzezi na bagnach Awar pędził bez wytchnienia, dzień i noc, żeby przekazać wieści. Kilka dni drogi na południe, w obozowisku nad Wisłą, gdzie stacjonowały główne siły awarskie trzymające w ryzach Wiślan, wiadomość wywołała niedowierzanie, a potem zimną furię.

Wielki kaganat nie mógł pozwolić, by garstka leśnych Słowian upokorzyła ich dowódcę. Posłańcy na najszybszych koniach ruszyli do oddziałów stacjonujących u Lędzian. Step zaczął się poruszać. Dla Awarów nie liczył się już tylko łup - teraz chodziło o przykład. Planowali uderzyć całą potęgą, palić każdą chatę i wybijać, każdego, kto nosi topór lub nie, by rzeka Srebrzanka spłynęła krwią aż do samego ujścia.



Grotomir, tropiąc Kaczomira, nie wiedział jeszcze, że właśnie staje się symbolem oporu, który przyciągnie na jego ziemie gniew tysięcy jeźdźców.

 Koła wozów z głośnym mlaśnięciem zapadały się w zdradliwe podłoże, gdy uciekinierzy minęli granice terytorium Lędzian, wkraczając w pas wielkich, bezimiennych bagnisk. Puszcza wokół nich zmieniła swój głos. Ustąpił raźny szum dębów i sosen; tutaj las rzedniał, ustępując miejsca karłowatym, obumarłym brzozom, które sterczały z wody niczym kościste palce topielców. Nad rozlewiskami unosił się ciężki, mdły zapach gnicia i tataraku, podsycany wilgotnym powiewem wiatru. Słońce, skryte za ołowianą kurtyną chmur, rzucało na okolicę trupi, szary blask. Prastary las, rozciągający się ku wschodnim ziemiom Lędzian, nie witał ich jednak z gościnnością. Był szary, zimny i obcy. Liście dębów i grabów, dotknięte pierwszymi jesiennymi chłodami, szeleściły złowrogo pod kołami wozów. Zamiast czystego śpiewu zięb, znad rzecznych rozlewisk niosło się ponure, gardłowe krakanie kruków oraz przeciągłe wycie wilka, ukrytego gdzieś w gęstwinie boru.

Atmosferę zagęszczała narastająca wilgoć. Podłoże stawało się coraz bardziej zdradliwe - czarny, tłusty muł mlaskał pod kopytami wołów, a smród rozkładających się liści i stojącej wody wdzierał się do gardeł.



Kaczomir jechał na przedzie, kurczowo zaciskając dłonie na wodzach. Choć zęby szczękały mu z przerażenia, a serce tłukło się o żebra przy każdym głośniejszym plusku wody, starał się nadrabiać miną, co kilka chwil nerwowo poprawiał czapkę i oglądał się za siebie. Każdy cień kładący się na dukcie brał za słowiański oszczep.

- Szybciej, wy leniwe chamy! - syknął przez ramię, poprawiając na piersi przerośniętą, mosiężną klamrę, która miała świadczyć o jego statusie - Pokażemy temu leśnemu prostakowi, Grotomirowi, jak walczą i manewrują prawdziwi stratedzy! Na tych moczarach jego topory zdadzą się na nic. Ja tu rządzę! Szybciej, wy leniwe gnioty! Myślicie, że Grotomir da wam czas na postój? Jeśli dym z jego ognisk nas dogoni, to wasze łby ozdobią pale!

- To w końcu jak? - zastanawiał się Suskomir - Raz mamy mu pokazać jak walczymy, a innym razem mamy się bać?

- Milcz głupcze! - syknął wściekle mały wódz - jeszcze raz otworzysz usta, a zrobisz to po raz ostatni!

- Ty rządzisz, panie, ale to moje plecy pękają od pchania tej przeklętej osi - warknął pod nosem Batymir, spluwając gęstą śliną w rzęsę wodną. Choć zawsze uważał się za najsilniejszego w osadzie, teraz jego gęba była sina z wysiłku, a gburowaty humor ustępował miejsca czystej wściekłości - Jeśli to koło zaraz pęknie, zostawiam ten wóz i was wszystkich. Grotomir przynajmniej rąbie od przodu, a to bagno wciąga człowieka po cichu, od dupy strony - Mówiłem, żeby połowę tego chłamu zostawić w stogach! - stękał pod nosem, ocierając brudnym rękawem pot z czoła - Koła grzęzną w tym lędziańskim bagnie po same osie! Jak nas dopadną, to przez te wasze garnki i kożuchy. Sam was nie obronię!

Z trudem powstrzymywał łzy, pchając wóz z ciężkimi belami tkanin, które sam zrabował jeszcze latem.

W tym samym momencie z pobliskiego szuwaru zerwał się bąk. Jego głuche, niskie buczenie przypominające dmuchanie w pustą flaszę sprawiło, że Dzbanosław aż podskoczył, upuszczając niesioną tarczę w błoto.

- Stul pysk, Batymirze! - warknął Dzbanosław - Szedł tuż obok, a jego potężne, owłosione łapska bez przerwy gładziły stylisko topora. W jego oczach zamiast strachu płonęła tępa, desperacka złość - Przynajmniej będziesz miał miękkie posłanie do trumny. Jeśli ten wilkołak Grotomir się zjawi, nie oddam skóry bez krwawych nacięć na jego piersi. Wolę paść tu, w tym błocie, niż dać się zarżnąć jak prosiak na jego własnym podwórcu!

Z tyłu kolumny, noga za nogą, wlókł się Suskomir. W ręku trzymał jedynie suchy kij, którym co chwilę dźgał leśne podłoże. Na twarzy wciąż malowała się ta sama apatia, która doprowadzała Kaczomira do szaleństwa.

- I po co ten pośpiech? - mruczał sam do siebie, na tyle głośno, by słyszeli go inni -Koń ucieka, wóz ucieka, a błoto i tak nas wszystkich przyjmie. Przecież mówiłem, żeby zgasić łuczywa i siedzieć cicho. W puszczy lędziańskiej pełno jest liczek i strzyg. Prędzej one nas tu rozszarpią niż wojownicy znad Srebrzanki. A jak nie one, to Awarowie przyjadą na tych swoich chudych szkapiętach i spytają, gdzie podział się Tarkan...

- Zamknij gębę, Suskomirze, bo sam cię w tym bagnie utopię! - wrzasnął cicho Kaczomir, obracając się w siodle - Żadnych Awarów tu nie ma! Jesteśmy bezpieczni, dopóki trzymamy się ścieżki na moczary. Tam żaden ciężki koń nie przejdzie, a Grotomir straci trop w trzęsawisku.

Kaczomir kłamał i wszyscy o tym wiedzieli. W głębi duszy mały wódz czuł, jak żołądek kurczy mu się w lodowaty supeł. Przebiegły umysł podsuwał mu najgorsze obrazy: rozjuszonych stepowych jeźdźców z kaganatu, którzy za śmierć Tarkana zażądają głowy jego samego albo topór Gromomira spadający na jego kark z siłą pioruna. Nie było dobrego wyjścia. Byli zwierzyną łowną, uciekającą w najdziksze ostępy ziemi.

Tymczasem las wokół nich zaczął rzednąć, ustępując miejsca bezkresnemu, zdradliwemu dywanowi z mchów i trzcin. Nad bagniskiem unosiły się opary gęstej, sinej mgły, która tłumiła wszelkie odgłosy. Słońce chowało się za horyzontem, barwiąc wodę w nielicznych oknach bagiennych na kolor świeżej krwi.

„Zakute Łby” weszli w samo serce lędziańskich moczarów, nieświadomi tego, co działo się zaledwie kilka mil za ich plecami.

W głębi puszczy, tam gdzie trakt wciąż był twardy, poruszał się inny cień. Grotomir szedł na czele swoich ludzi z niesamowitą, drapieżną konsekwencją. Nie biegli, by nie tracić sił, ale ich krok był miarowy i nieubłagany. Młody wódz szedł po śladach kół i stratowanej trawy, które spanikowany Kaczomir zostawiał za sobą niczym drogowskazy. Obok niego kroczył Gromomir, rzucając ponure spojrzenia w mrok rozrastający się między drzewami.

Grotomir czuł zapach spalenizny i strachu niosący się z wiatrem. Wiedział, że zdrajcy są blisko. Wiedział też, że czas ucieka, a wielka burza ze stepu dopiero nadciąga. Na razie jednak liczyło się tylko jedno - dopaść Kaczomira, zanim bagno na dobre ukryje jego grzechy.


niedziela, 3 maja 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 4)

Tarkan wjechał do osady Kaczomira tak, jakby wjeżdżał do stajni pełnej podrzędnego bydła. Jego wojownicy - odziani w lamelkowe pancerze, które pobłyskiwały w zachodzącym słońcu, z płaszczami spiętymi bogato zdobionymi klamrami - nie zsiadali z koni. Patrzyli na Słowian z wysokości wysokich łęków swoich siodeł. Ich luźne spodnie, wpuszczone w skórzane buty z żelaznymi strzemionami, świadczyły o życiu spędzonym w galopie.

 Wioska Kaczomira zamarła. „Zakute Łby” kulili się po kątach, zaciskając pięści na trzonkach siekier, gdy Awarowie bezczelnie chwytali dziewki za warkocze, śmiejąc się w głos. Jedynie surowy wzrok Tarkana i jego krótki, szczekliwy rozkaz powstrzymały najeźdźców przed najgorszym. Dla niego Słowianie byli tylko narzędziami - jutro rano mieli wskazać drogę, a potem przestać istnieć w jego pamięci.

Następnego dnia las przywitał ich gęstą, mleczną mgłą. Srebrzanka szumiała jednostajnie, a w koronach wiekowych dębów i sosen świergotały zięby, nieświadome nadchodzącej rzezi. Tarkan, pewny swego, zatrzymał oddział na skraju gęstwiny.

- Dalej trafimy sami - rzucił pogardliwie do Kaczomira. - Nie chcę dzielić łupów z kimś, kto trzęsie się na widok własnego cienia. Precz!

Kaczomir, przełknąwszy zniewagę, wycofał się ze swoimi ludźmi na pobliskie wzgórze. Z ukrycia, wśród jałowców, obserwowali, jak duma stepu wjeżdża w zielone gardło lasu.


Osada Grotomira wydawała się uśpiona. Z jednego komina leniwie unosił się dym, nie widać było żywej duszy. Tarkan uśmiechnął się drapieżnie, wyciągając z łubia łuk kompozytowy. Nie wiedział jednak, że w cieniu paproci i za zwalonymi pniami czuwają ludzie Giertymira, a topornicy Gromomira wstrzymują oddech, z dłońmi zaciśniętymi na styliskach.



Gdy przednia straż Awarów wjechała na podmokłą polanę, nagle ziemia rozstąpiła się pod kopytami. Pierwsze konie runęły w wilcze doły, łamiąc nogi i zrzucając jeźdźców wprost na zaostrzone paliki.

- Teraz! - ryk Grotomira przeciął świergot ptaków.

Z boków posypały się strzały. Awarowie próbowali odpowiedzieć tym samym, ale ich potężne łuki, stworzone do walki na setki metrów, w gęstym lesie były niemal bezużyteczne. Strzały grzęzły w liściach i pniach. Kiedy Tarkan chciał wydać rozkaz do odwrotu, usłyszał potężny trzask. Przygotowane wcześniej drzewa, podcięte i utrzymywane jedynie na linach, runęły na ścieżkę, odcinając drogę ucieczki. Potężne dębowe konary zmiażdżyły tylną straż, grzebiąc ludzi i konie w błocie.

Konnica ugrzęzła w mułach Srebrzanki. Żelazne strzemiona, które dawały im przewagę na stepie, teraz stawały się pułapką, gdy ciężkie konie zapadały się po brzuchy.

Wtedy z zarośli wypadli oszczepnicy. Krótkie, szybkie pchnięcia były celniejsze niż strzały. Gromomir, z dzikim okrzykiem, rozłupywał lamelkowe pancerze potężnymi ciosami topora, torując drogę bratu.



Grotomir dopadł samego Tarkana. Awaryjski dowódca, choć zrzucony z konia, wciąż był groźny - wyciągnął zakrzywiony miecz, ale w błocie po kolana nie miał już swojej mobilności. Grotomir nie bawił się w podchody. Uniknął cięcia, skrócił dystans i z całą siłą wbił ciężki topór w hełm Tarkana. Stal pękła z głuchym odgłosem, kończąc sny najeźdźcy o podboju leśnych ludów.

Na wzgórzu Kaczomir zbladł. Widział, jak niezwyciężona armia stepu zmienia się w stertę krwawiącego żelaza.

- Panie, uderzmy teraz! Pomóżmy im! - krzyczał Batymir, widząc, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę Grotomira. Kaczomir jednak tylko się trząsł.

- Za późno... - wykrztusił po dłuższej chwili - Jeśli tam pójdziemy, Grotomir nas pozżera.

- Przynajmniej nam Awarowie - skomentował w międzyczasie Suskomir - dziewek nie zbałamucą...

- Milcz głupcze! - syknął wściekle Kaczomir - Wszystko się wali, a ten dziewkami będzie się przejmował!

Żerca Wrzaskun, czując, że jego intrygi właśnie obróciły się w popiół, zaczął powoli wycofywać się w stronę gęstwiny. Wiedział, że gniew Grotomira będzie gorszy niż wszystkie strzały Awarów. Kiedy oddział Kaczomira rzucił się do panicznej ucieczki w stronę własnej osady, każdy z nich zadawał sobie jedno pytanie: co zrobią, gdy Grotomir i Gromomir zapukają do ich bram z toporami ociekającymi krwią ich niedoszłych sojuszników?



Gdy ciało Tarkana bezwładnie osunęło się w muł Srebrzanki, w szeregach Awarów na moment zapadła upiorna cisza, przerwana jedynie przez charkot koni. Słowianie unieśli broń w geście zwycięstwa, lecz duma koczowników była silniejsza niż strach przed śmiercią.

- Za Tarkana! - zawył jeden z podwładnych wodza, mężczyzna o twarzy pociętej bliznami, i rzucił się naprzód, tnąc na odlew zakrzywionym mieczem.

Reszta ocalałych jeźdźców, widząc, że odwrót jest odcięty przez zwalone pnie, zsiadła z koni. Stworzyli „żółwia” z okrągłych tarcz, stając ramię w ramię na skrawku twardszego gruntu. To nie byli już najeźdźcy z wyższością patrzący na chłopów - to były ranne wilki, najbardziej niebezpieczne w swej agonii.

Grupka około dwudziestu Awarów, najlepiej opancerzonych, z lameli których spływała krew i błoto, stawiła zaciekły opór. Ich łuki poszły w odstawkę, w ruch poszły krótkie włócznie i miecze. Walczyli z desperacją szczurów zapędzonych w kozi róg, rycząc w swoim gardłowym języku.

To tam wywiązała się najbardziej krwawa bijatyka. Słowianie, rozochoceni sukcesem, rzucili się na nich z furią, ale mur lamelkowych pancerzy okazał się twardy.

- Za Srebrzankę! Za nasze progi! - krzyczał Gniewko, jeden z najbardziej porywczych wojowników Giertymira.

Młody, silny jak tur Słowianin, zamierzył się szeroko włócznią, chcąc przebić gardło jednego z koczowników. Nie zauważył jednak, że inny Awar, niemal całkowicie ukryty w błocie za martwym koniem, wyprowadził zdradzieckie pchnięcie mieczem od dołu. Ostrze przeszyło udo Gniewka, a gdy ten zachwiał się, kolejna włócznia uderzyła go prosto w pierś. Gniewko padł na kolana, krew splamiła mętne wody rozlewiska. Jego oczy, jeszcze przed chwilą pełne bitewnego żaru, zaszły mgłą.

- Gniewko! - ryknął Giertymir, widząc śmierć swojego druha, i z podwojoną siłą uderzył na awarski krąg.

Widząc, że najeźdźcy stawiają zaciekły opór, Grotomir, ocierając twarz z krwi Tarkana, dał znak łucznikom ukrytym na drzewach.

- Nie marnować ludzi! Szyć do nich jak do dzików! - rozkazał.

Dopiero teraz zaczęło się systematyczne dobijanie. Słowianie nie zbliżali się już na długość miecza, lecz z bezpiecznej odległości zasypywali resztki oddziału oszczepami i strzałami. Każdy Awar, który próbował wyrwać się z okrążenia, grzązł w bagnie, stając się łatwym celem. Ci, którzy przeżyli pod dębem, wkrótce przypominali jeże, najeżeni słowiańskimi grotami.

Gromomir, sapiąc ciężko, dokończył dzieła, rozbijając ostatnie tarcze swoim ciężkim toporem. Kiedy ostatni z najeźdźców padł twarzą w błoto, nad Srebrzanką zapadła upiorna cisza, przerywana jedynie rżeniem rannych koni i ciężkim oddechem zwycięzców. Puszcza znów należała do Słowian, ale cena, jaką zapłacił Gniewko i kilku innych ludzi, sprawiła, że triumf miał gorzki posmak.

czwartek, 30 kwietnia 2026

Polityka - Wielkie odejścia z Pisu

Wczoraj Łukasz Mejza, dzisiaj Janusz Kowalski - tego nie można nie skomentować! Z klubu parlamentarnego PiS odeszło dwóch kontrowersyjnych posłów. 

Pierwszy znany z licznych skandali, m.in. prawie 200 punktów karnych i nieprzyjmowanie mandatów zasłaniając się immunitetem, wcześniej naciąganie rodziców chorych dzieci, ale dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego nie do zaakceptowania była dopiero deklaracja Mejzy odnośnie walki w MMA za którą chciał rzekomo milion złotych.

Drugi - słynący głównie z tego, że w każdym niemal wypowiadanym zdaniu używał nazwiska Donalda Tuska. "Podpadł" Jarosławowi dopiero swoimi związkami z Zondacrypto.

Wielu ekspertów uważa, że wykluczenie obu z PiS jest wyłącznie sztucznym zabiegiem i po prostu uznano, że są niewygodni dla opinii publicznej (sondaże), więc "chwilowo" będą poza strukturami partyjnymi, ale faktycznie wciąż będą normalnie współpracować jakby dalej byli w partii Jarosława. Jest to typowy, ulubiony zabieg prezesa, który myśli, że znowu pokazał jak wielkim jest strategiem, a w rzeczywistości wszyscy i tak wiedzą o co chodzi. Wszyscy, poza wyborcami PiS, którym Jarosław i jego ludzie mogą wcisnąć jak zwykle wszystko.

A wracając do walk MMA to największym hitem byłaby właśnie walka wypędzonych, czyli Kowalski kontra Mejza. Choć wielu pragnęłoby konfrontacji w klatce Kaczyńskiego z Tuskiem. 

wtorek, 17 marca 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 3)

Kaczomir, w swej pysze – jeszcze przed przybyciem Awarów - postanowił urządzić wielką zabawę okraszoną występami najsłynniejszych gęślarzy i piszczałków oraz sutą biesiadą. Mały wódz wierzył, że Grotomir jest już skończony – powierzył organizację Sasimirowi, który słynął w osadzie ze smykałki do widowisk i hucznych zabaw, poza tym tylko on mógł zdążyć z organizacją przed walną rozprawą z mieszkańcami nowej osady nad Srebrzanką.


Na podwyższeniu z dębowych kłód stanęli najsłynniejsi grajkowie, których hojnie opłacił Kaczomir.

Zenomir - chłop o radosnym obliczu, z gęślami przewieszonymi przez ramię. Jego głos niósł się po całej okolicy, a refren jego pieśni o „gwiazdach i oczach kochanki” znał każdy, nie tylko w tej osadzie.

Zenomir wskoczył hyżo na drewniane podwyższenie i niemal z marszu zaczął śpiewać:

 „Przez twe oczy jak mchy zielone – oszalałem!

Gwiazdy na niebie dla ciebie ukraść bym śmiał!

Lecz serce moje przez ciebie zranione – pokochałem!

Taki to los mi Swaróg w swej szczodrości dziś dał!”

Występ Zenomira rozgrzał zgromadzonych, a po krótkiej przerwie na słowiańską scenę wybiegła grupa młodych, krzepkich chłopaków w haftowanych koszulach, którzy rytmicznie uderzali w bębny i skakali przez rozpalone obok ogniska. Nazywali się Mołodycy. Po krótkich podrygiwaniach jeden z nich zaczął śpiewać, a reszta wciąż skakała w rytm muzyki:

„Tyś jest szalona, mówię ci!

Zawsze wygrywasz w moich snach!

Chciałbym cię porwać w leśną gęstwinę!

Zniknąć z tobą w paprociach i mchach!”

Tłum bawił się coraz lepiej, wszyscy czekali na kolejnych grajków, a Sasimir w przerwach intonował przyśpiewki ku czci małego wodza, w stylu:

„Wszyscy co znają Kaczomira naszego,

To dobrze wiedzą, że nie ma wodza lepszego”

Na scenę wyszła kolejna grupa, na czele ze starszym, wysokim gęślarzem. Nazywali się Pełny Spichlerz i śpiewali głównie o tym, co bliskie sercu każdego kmiecia – o dostatku i … bieliźnie.

„Giezłeczko w kwiateczki, białe falbaneczki!

Pod dębem starym, gdzie rzeczka lśni!

Giezłeczko w kwiateczki, urocze dzieweczki!

O takim szczęściu każdy wojownik śni!”

Osada Kaczomira huczała od śmiechów. Sasimir dwoił się i troił by miód lał się strumieniami, a jadło parowało na stołach.

- Patrzcie! - krzyczał Kaczomir do zgromadzonych gości - Tak bawią się ci, którzy trzymają z silniejszymi! Grotomir marznie na bagnach, a my mamy pieśni Zenomira i pełne brzuchy!

Następnie sceną zawładnęli Golechowie, dwaj krzepcy bracia, którzy zamiast trąbek używali wielkich rogów turzych i drewnianych piszczałek, a ich doniosłe głosy niosły się daleko. Zaśpiewali utwór idealnie pasuje do ambicji Kaczomira, który na zgliszczach spalonych osad chciał budować swoje „imperium” pod butem Awarów.

„Tu na razie jest rżysko, błoto i pogorzelisko!

Lecz tam, gdzie dym gryzie w oczy, stanie Kaczomira grodzisko!

A tam, gdzie rzeka leniwie płynie przez te mokradła!

Będzie stała karczma wielka, by sytym zjeść jadła!”

Sasimir był wniebowzięty. Kaczomir, podchmielony miodem, kazał Braciom Golechom powtarzać refren o grodzisku już po raz dziesiąty. Wszyscy ryczeli razem z nimi, wierząc, że oto nastał czas ich chwały. Dzbanosław wybijał rytm rękojeścią noża o swój lśniący hełm, tworząc metaliczny akompaniament do pieśni o potędze.

Zenomir stał z boku, popijając z rogu i czekając na swoją kolej, by znów zaśpiewać o mchach zielonych. Nawet Wrzaskun, choć zwykle ponury, podrygiwał lekko przy ognisku, czując, że jego wróżby o upadku Grotomira wreszcie się ziszczają.

Tymczasem nieopodal, w głębokim cieniu, Grotomir patrzył na to widowisko z mieszaniną litości i pogardy. Obok niegoGiertymir ledwo powstrzymywał śmiech, słysząc zapowiedzi o budowie wielkiego grodu na bagnach.

- Słyszysz te zakute łby, Grotomirze? - szepnął Giertymir - Już stawiają ściany, choć fundamenty mają z piasku i zdrady.
- Niech śpiewają - odparł Grotomir - To piękna pieśń na pożegnanie. Szkoda tylko, że zamiast grodu, doczekają się jedynie dymu, o którym tak ochoczo zawodzą.

Gromomir nucił pod nosem melodię Mołodyków o szalonej dziewczynie.

- Bracie, wracajmy już, bo ten ryk rogów tura zaczyna mnie drażnić bardziej niż komary nad Srebrzanką.

Cała trójka wkrótce potem ruszyła w drogę powrotną, z kolei w osadzie Kaczomira impreza trwała niemal do białego rana.

 

Słońce ledwo wychyliło się zza dębów, oświetlając pobojowisko po biesiadzie -wywrócone ławy, dopalające się kłody i chrapiących w błocie wojowników Kaczomira. Wtedy do osady wjechał wóz, a za nim kilku zmęczonych jeźdźców. Na czele, mimo pyłu drogi, dumnie prostował się Błaszczasław. Obok niego, z nietęgą miną, jechał  Suskomir - człowiek często będący myślami gdzieś indziej, a następnie wracający do rzeczywistości w najmniej spodziewanym momencie. Prowadziło to najczęściej do bardzo zabawnych sytuacji.

Po hucznej nocy, pełnej pieśni o potędze i grodzisku, coś wisiało w powietrzu – jakby niebawem miało dojść do brutalnego zderzenia z rzeczywistością, jak kubeł lodowatej wody z bagien wylany na twarz śpiącego.



Kaczomir, z ciężką głową i resztkami miodu na brodzie, wyszedł im naprzeciw.

- Błaszczasławie! - zawołał, starając się nadać głosowi pański ton - Przynosisz nam towary od kagana? Pokaż tę stal, którą wymieniliśmy za nasze najlepsze futra i ziarno!

Błaszczasław zeskoczył z konia i pewnym ruchem zerwał skóry z wozu.

- Najlepsza broń ze stepu, Kaczomirze! - ogłosił, choć Suskomir w tym samym momencie odwrócił wzrok, skubiąc nerwowo lejce - Oddaliśmy im niemal wszystko, co mieliśmy w spichlerzach, ale teraz żaden Grotomir nam nie straszny!

Mieszkańcy osady, zachęceni krzykiem, zaczęli podchodzić do wozu. Bochemir jako pierwszy chwycił jeden z krótkich mieczy, które miały być dumą ich arsenału. Wyciągnął go z prymitywnej pochwy i zamachnął się, by uderzyć w drewniany słup.

Rozległ się krótki, suchy brzęk. Ostrze, zamiast wgryźć się w drewno, pękło na dwie części niczym kruchy lód.

- Co to za czary? - mruknął Bochemir, patrząc na rękojeść, która została mu w dłoni.

Suskomir, nie mogąc już milczeć, splunął na ziemię.

- To nie czary, to oszustwo - wychrypiał - Awarowie wzięli nasze futra, a dali nam to, co sami chcieli wyrzucić. To żelazo jest przepalone, kruche. Nadaje się do dłubania w zębach, a nie do walki z Grotomirem.

Kaczomir pobladł, patrząc na stos mieczy, które okazały się być jedynie bezużytecznym złomem. Błaszczasław, czerwony na twarzy, zaczął gorączkowo sprawdzać kolejne sztuki broni, ale wynik był zawsze ten sam - groty włóczni wyginały się w palcach, a siekiery miały szczerby już od samego patrzenia na nie.

- Dali nam śmieci... - wycedził z wściekłością Sasimir, który jeszcze kilka godzin temu śpiewał o potężnym grodzisku.

- Tym to można – wtrącił się Terlemir - co najwyżej giezłeczko w kwiateczki z kurzu otrzepać…



W osadzie zapadła grobowa cisza. Pieśni Braci Golechów o „imperium” brzmiały teraz w uszach wojowników jak okrutny żart. Kaczomir zrozumiał jedno: jego ludzie są niemal bezbronni, a zapasy żywności wyjechały na nizinę panońską. Mały wódz musiał jednak robić dobrą minę do złej gry, potrzebą czasu było znalezienie tematu zastępczego dla odwrócenia uwagi.

- Nie lękajcie się! - krzyknął - Doszło z pewnością do pomyłki, którą niebawem wyjaśnimy! Wkrótce przybędą Awarowie i zabiją Grotomira! My będziemy panami całej okolicy!

- Ale co będziemy jedli? - wtrącił się Bochemir - W spichlerzach prawie nic nie ma!

- Więcej wiary Bochemirze! - skarcił go Kaczomir - Wezwać mi Glapidło!

Glapidło w osadzie „Zakutych łbów” uchodził za najlepszego handlarza, w rzeczywistości więcej mówił niż robił, ale mały wódz bardzo go poważał… Gdy usłyszał, że ma stawić się przed obliczem Kaczomira by ratować osadę przed głodem - nie załamywał rąk, przeciwnie, przywdział na łysinę swoją najbardziej puszystą czapę z niedźwiedzia, wziął do ręki sękaty kij służący mu za liczydło i dziarskim krokiem wkroczył do chaty wodza.

- Glapidło… - rozpoczął Kaczomir - Niedługo zabraknie nam żywności, będziemy głodować, co radzisz czynić?

- Panie mój! - zawołał Glapidło, wymachując kijem przed nosem oszołomionego wodza - Błaszczasław i Suskomir to dobrzy wojowie, ale o prawdziwym handlu nie mają pojęcia! Handlowali rzeczami, których dotknąć można. Ja zaś… ja będę handlował tym, czego nie ma, ale co dopiero będzie!

Kaczomir potarł czoło…

- Glapidło, nie ma prawie co jeść. Awarowie nas wydrążyli jak starą kłodę…

- I właśnie dlatego - Glapidło uśmiechnął się, szczerząc zęby - udamy się do Lędzian. To lud poczciwy, pracowity, ale ufny jak szczenięta. Powiemy im tak: „Dajcie nam wasze najlepsze skóry wilcze, futra bobrowe i trzy wozy pszenicy teraz... a my w zamian damy wam... „udział w przyszłej chwale!”

Kaczomir wytrzeszczył oczy…

- Udział w czym?
- W chwale, panie! - Glapidło zaczął kreślić kijem znaki na klepisku - Obiecamy im, że jak już to nasze grodzisko stanie, o którym Golechowie tak pięknie ryczeli, to oni będą mogli w nim mieszkać... w co trzecią pełnię księżyca, ale tylko wtedy, gdy jednocześnie deszcz będzie padał z odpowiednią siłą. I że ich krowy będą miały pierwszeństwo przy wodopoju, jeśli wiatr będzie wiał z północy. To jest tylko obietnica!

- Ja krzyczę najgłośniej w osadzie! - rozdarł się Batymir - Weźmiemy jeszcze Dzbanosława i będziemy cię popierać wśród Lędzian!

 Kaczomir zareagował jednak bardzo stanowczo…

 - Tu będziecie bardziej potrzebni, niebawem przybędą Awarowie i czeka na rozprawa z Grotomirem. Glapidło pojedzie sam, bo tutaj i tak się nie przyda. Może wziąć tylko jednego pachołka.

- A może by… - wtrącił nieśmiało Glapidło - wcisnąć Lędzianom ten złom za zboże i futra?

- Myślałem o tym - skwitował Kaczomir - Ale na razie nie. Ma to stać na środku i wyglądać! Czarnebor, pilnuj tego złomu jak oka w głowie, nikt ma się nie zbliżać! I pary z gęby! Niech wszyscy myślą, że to dobry towar!

Wspomniany Glapidło, nie czekając na sprzeciw, zebrał pachołka i ruszył do najbliższej osady Lędzian, oddalonej zaledwie o dzień drogi konno. Gdy stanął przed ich starszyzną, nadął się jak ropucha przed deszczem.

- Słuchajcie, Lędzianie! - zaczął, puszczając oko do ich wodza - Przynoszę wam ofertę, której nie odrzuciłby nawet sam kagan, gdyby tylko potrafił liczyć tak dobrze jak ja! Dajcie nam wasze zapasy, a my zapiszemy was jako pierwszych gości. To taki honor, który sprawi, że będziecie bardziej lśnić niż hełm Błaszczasława!

Lędzianie patrzyli na niego w milczeniu. Jeden ze starszych podrapał się po brodzie.



- Glapidło... a co my z tego lśnienia w garnku ugotujemy?

- Jak to co? - oburzył się Glapidło. - Poczucie godności! Będziecie mieli prawo mówić, że wasze zboże stało się fundamentem imperium Kaczomira! Takie podejście do handlu jest bardzo nowoczesne, prosto z dalekich krain, o których wam się nawet nie śniło!

Lędzianie wymienili spojrzenia. Choć Glapidło myślał, że właśnie owinął ich sobie wokół palca swoją elokwencją, starszyzna zaczęła się po cichu wycofywać do chat, ryglując drzwi.

- Glapidło - zawołał za nim wódz Lędzian - wróć do nas, jak ta wasza obietnica chwały nauczy się znosić jajka albo dawać mleko. Na razie weź sobie ten swój „udział w przyszłości” i idź z nim na bagniska do Grotomira. Może on cię wymieni na parę starych onuc!

Glapidło wrócił do Kaczomira, dumnie wypinając pierś.

- I jak? - zapytał Kaczomir - Przyniosłeś ziarno?
- Panie... - odparł z powagą Glapidło - Lędzianie są jeszcze niegotowi na tak potężną myśl gospodarczą. Ale nie martw się! Zapisałem ich na listę dłużników naszej wdzięczności. To prawie to samo co pełny spichlerz, tylko lżejsze w transporcie!

- Miałeś załatwić żywność!

Glapidło zrozumiał, że obietnice kierowane do Lędzian muszą być dla nich bardziej przyswajalne, niby bardziej realne, ale jednak mniej. Glapidło coraz bardziej wkraczał na wyżyny abstrakcyjnej ekonomii VI wieku. Skoro Lędzianie nie dali się nabrać na samą „chwałę” postanowił uderzyć w nich „pakietem korzyści warunkowych”, które musiały brzmieć mądrze, ale nie były zbyt możliwe do spełnienia.

Tym razem w ślad za Glapidło udali się niepostrzeżenie Batymir z Dzbanosławem, ale nie po to by go wspierać, ale na wypadek jego niepowodzenia wykorzystać zamieszanie z tym związane i po prostu ukraść Lędzianom trochę żywności.

W połowie drogi Batymir nagle zawołał i wskazał ręką:

 - Spójrz Dzbanosławie! W tym lesie biliśmy się kiedyś z Lędzianami! Nas trzech i ich trzech!

Glapidło stanął ponownie przed Lędzianami… Widział ich sceptyczne miny, ale nie poddał się. Wyjął swój sękaty kij, splunął na dłonie i zaczął kreślić na piasku skomplikowane pętle, które nazywał „kręgami wzrostu”.

- Dobrze, drodzy Lędzianie, Chcecie konkretów! - zaczął podniesionym głosem, poprawiając opadającą na oczy czapę - Skoro sama chwała i lśnienie wam nie starcza, Kaczomir - w swej nieskończonej łaskawości - przygotował dla was „umowę wielkich możliwości”! Warunkiem nabycia tych cudownych korzyści jest to, że musicie nam dać teraz skóry i zboże. Według wszystkich znaków na niebie i ziemi wychodzi, że przyszły rok będzie niezwykle urodzajny, ale… - uniósł palec ostrzegawczo – urodzaj ten nie rozłoży się sprawiedliwie!

Lędzianie wymienili zdumione spojrzenia. Glapidło zaś, kreśląc kijem jeszcze większą pętlę, perorował dalej:

- W osadzie Kaczomira zastosowaliśmy nowoczesne metody, między innymi zaklinania gleby, dzięki którym nasze plony będą przynajmniej kilkukrotnie większe niż u was. I właśnie tym nadmiarowym zyskiem zamierzamy wam zapłacić w przyszłości! My będziemy mieli za dużo, wy będziecie mieli za mało - więc my wam wtedy oddamy to, co nam dacie dzisiaj. To się nazywa „magazynowanie ziarna w czasie”.

Wódz Lędzian zmrużył oczy.

- A co jeśli nie będzie urodzaju?

- I tu dochodzimy do sedna mojej myśli! - wykrzyknął Glapidło, niemal skacząc z ekscytacji - Wszystko zależy od warunków! Jeżeli będzie dużo deszczu, będzie urodzaj i my wam oddamy dług. Jeżeli deszczu będzie mało, to nie będzie urodzaju, a skoro go nie będzie, to nie będziemy mieli wam z czego oddać, co jest logiczne i sprawiedliwe dla obu stron! Czy będzie słońce, czy nie będzie - ryzyko bierzemy na siebie, bo to my będziemy musieli patrzeć na te puste pola, a wy będziecie mieli satysfakcję, że chcieliście dobrze!

Starszyzna Lędzian milczała, próbując ogarnąć tę spiralę nonsensu. Glapidło otarł pot z czoła i spojrzał na nich z wyczekiwaniem…

- No? To co? Ładujemy to ziarno na wozy? To oferta czasowa, ważna jedynie teraz!

Lędzianie patrzyli na niego, jakby Glapidło właśnie oznajmił, że od jutra słońce będzie wschodzić na zachodzie, a rzeki płynąć pod górę. W końcu jeden z młodszych wojowników szepnął do wodza:

- On gada jak potłuczony! Niech poszuka głupszych od siebie!

Wódz Lędzian uśmiechnął się i patrząc na Glapidło przemówił:

- Glapidło, powiedz Kaczomirowi, że akceptujemy waszą ofertę... pod warunkiem, że zima tego roku nastąpi w środku lata, a wilki zaczną szczekać jak psy. Wtedy sami przywieziemy wam ziarno i nie będziemy chcieli nic w zamian…

Glapidło wrócił do osady, promieniując sukcesem.

- Kaczomirze! - zawołał od progu - Mamy to! Lędzianie zgodzili się na wszystko! Co prawda postawili drobny warunek dotyczący pogody i zachowania zwierząt, ale to szczegóły techniczne, którymi zajmie się Wrzaskun swoimi czarami. Możemy już planować ucztę!

Gdy Kaczomir poznał szczegóły spojrzał na Glapidło z politowaniem i oddalił się bez słowa… Najważniejsze dla wodza był fakt, że Batymir z Dzbanosławem ukradli zboże dzięki któremu osada nie będzie głodowała przez kilka tygodni. Glapidło zaś, nie zrażony chłodnym przyjęciem u Lędzian i przez Kaczomira, zaszył się w swojej ziemiance, którą dumnie nazywał „Izbą Wielkiego Pomnożenia”. Rozstawił tam gliniane gary, w których bulgotały dziwne wywary i mazie, a na środku położył kilka sporych otoczaków wyciągniętych z rzeki.

Po jakimś czasie Kaczomir, dręczony widmem pustego skarbca, zajrzał do środka, zastał Glapidłę, który z powagą okładał kawałek piaskowca liśćmi łopianu i szeptał do niego czułe słowa.

- Co ty tu znowu wyprawiasz? - zawołał zdziwiony wódz.

- Kaczomirze! - Glapidło wyprostował się, ocierając sadzę z czoła - Jestem o krok od potęgi! Opracowuję metodę „Wypasania Kamienia”. Według moich wyliczeń: srebro jest już na wyciągnięcie ręki. Piaskowiec i wapień są najbardziej obiecujące i wręcz chętne do współpracy, wystarczy je odpowiednio długo namaczać w serwatce podczas pełni, a z czasem same zaczną bieleć i lśnić jak księżyc! To kwestia dni, może tygodni, zależy jak szybko kamień zrozumie swoją nową rolę.

Kaczomir spojrzał na wielki głaz narzutowy leżący w kącie.

- A ten granit?

- Oooo, wodzu! - Glapidło ściszył głos do konspiracyjnego szeptu - z granitu to już czyste złoto wyjdzie! On jest twardy, więc stawia opór, ale jak mu się odpowiednio zagrozi młotkiem i posmaruje miodem, to pęknie i odda żółty kruszec. Trzeba jednak uważać na leśne duszki…

- Na kogo?

- Na leśne duszki…

- A co one mają do srebra i złota?

- Nie można ich w żaden sposób obrazić, zezłościć, bo mszczą się potem i nie ma ani srebra ani złota…

Glapidło z powagą podniósł kawałek wapienia i ugryzł go, by sprawdzić „postępy w mięknieniu”.

- Jeszcze trochę chrupie, Kaczomirze, ale czuję w nim już ten metaliczny posmak sukcesu! Jak tylko to domknę, Awarowie będą nam płacić za prawo do patrzenia na nasze kamienie!



Kaczomir wyszedł bez słowa, zastanawiając się, czy Glapidło jest większym geniuszem, czy po prostu zjadł za dużo sfermentowanych jagód lub posmakował ziół od Terlemira.

 *** wszelkie podobieństwo do osób żyjących w XXI wieku, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, jest przypadkowe i niezamierzone.

**** zachęcam do aktywnego komentowania (jest taka możliwość: pod tekstem), jednocześnie uprzedzam, że nie będzie tolerowany język wulgarny (uważam, że język polski jest na tyle bogatym językiem, że wszystko można wyrazić w sposób kulturalny) i takie komentarze nie będą publikowane.