san

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

wtorek, 17 marca 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 3)

Kaczomir, w swej pysze – jeszcze przed przybyciem Awarów - postanowił urządzić wielką zabawę okraszoną występami najsłynniejszych gęślarzy i piszczałków oraz sutą biesiadą. Mały wódz wierzył, że Grotomir jest już skończony – powierzył organizację Sasimirowi, który słynął w osadzie ze smykałki do widowisk i hucznych zabaw, poza tym tylko on mógł zdążyć z organizacją przed walną rozprawą z mieszkańcami nowej osady nad Srebrzanką.


Na podwyższeniu z dębowych kłód stanęli najsłynniejsi grajkowie, których hojnie opłacił Kaczomir.

Zenomir - chłop o radosnym obliczu, z gęślami przewieszonymi przez ramię. Jego głos niósł się po całej okolicy, a refren jego pieśni o „gwiazdach i oczach kochanki” znał każdy, nie tylko w tej osadzie.

Zenomir wskoczył hyżo na drewniane podwyższenie i niemal z marszu zaczął śpiewać:

 „Przez twe oczy jak mchy zielone – oszalałem!

Gwiazdy na niebie dla ciebie ukraść bym śmiał!

Lecz serce moje przez ciebie zranione – pokochałem!

Taki to los mi Swaróg w swej szczodrości dziś dał!”

Występ Zenomira rozgrzał zgromadzonych, a po krótkiej przerwie na słowiańską scenę wybiegła grupa młodych, krzepkich chłopaków w haftowanych koszulach, którzy rytmicznie uderzali w bębny i skakali przez rozpalone obok ogniska. Nazywali się Mołodycy. Po krótkich podrygiwaniach jeden z nich zaczął śpiewać, a reszta wciąż skakała w rytm muzyki:

„Tyś jest szalona, mówię ci!

Zawsze wygrywasz w moich snach!

Chciałbym cię porwać w leśną gęstwinę!

Zniknąć z tobą w paprociach i mchach!”

Tłum bawił się coraz lepiej, wszyscy czekali na kolejnych grajków, a Sasimir w przerwach intonował przyśpiewki ku czci małego wodza, w stylu:

„Wszyscy co znają Kaczomira naszego,

To dobrze wiedzą, że nie ma wodza lepszego”

Na scenę wyszła kolejna grupa, na czele ze starszym, wysokim gęślarzem. Nazywali się Pełny Spichlerz i śpiewali głównie o tym, co bliskie sercu każdego kmiecia – o dostatku i … bieliźnie.

„Giezłeczko w kwiateczki, białe falbaneczki!

Pod dębem starym, gdzie rzeczka lśni!

Giezłeczko w kwiateczki, urocze dzieweczki!

O takim szczęściu każdy wojownik śni!”

Osada Kaczomira huczała od śmiechów. Sasimir dwoił się i troił by miód lał się strumieniami, a jadło parowało na stołach.

- Patrzcie! - krzyczał Kaczomir do zgromadzonych gości - Tak bawią się ci, którzy trzymają z silniejszymi! Grotomir marznie na bagnach, a my mamy pieśni Zenomira i pełne brzuchy!

Następnie sceną zawładnęli Golechowie, dwaj krzepcy bracia, którzy zamiast trąbek używali wielkich rogów turzych i drewnianych piszczałek, a ich doniosłe głosy niosły się daleko. Zaśpiewali utwór idealnie pasuje do ambicji Kaczomira, który na zgliszczach spalonych osad chciał budować swoje „imperium” pod butem Awarów.

„Tu na razie jest rżysko, błoto i pogorzelisko!

Lecz tam, gdzie dym gryzie w oczy, stanie Kaczomira grodzisko!

A tam, gdzie rzeka leniwie płynie przez te mokradła!

Będzie stała karczma wielka, by sytym zjeść jadła!”

Sasimir był wniebowzięty. Kaczomir, podchmielony miodem, kazał Braciom Golechom powtarzać refren o grodzisku już po raz dziesiąty. Wszyscy ryczeli razem z nimi, wierząc, że oto nastał czas ich chwały. Dzbanosław wybijał rytm rękojeścią noża o swój lśniący hełm, tworząc metaliczny akompaniament do pieśni o potędze.

Zenomir stał z boku, popijając z rogu i czekając na swoją kolej, by znów zaśpiewać o mchach zielonych. Nawet Wrzaskun, choć zwykle ponury, podrygiwał lekko przy ognisku, czując, że jego wróżby o upadku Grotomira wreszcie się ziszczają.

Tymczasem nieopodal, w głębokim cieniu, Grotomir patrzył na to widowisko z mieszaniną litości i pogardy. Obok niegoGiertymir ledwo powstrzymywał śmiech, słysząc zapowiedzi o budowie wielkiego grodu na bagnach.

- Słyszysz te zakute łby, Grotomirze? - szepnął Giertymir - Już stawiają ściany, choć fundamenty mają z piasku i zdrady.
- Niech śpiewają - odparł Grotomir - To piękna pieśń na pożegnanie. Szkoda tylko, że zamiast grodu, doczekają się jedynie dymu, o którym tak ochoczo zawodzą.

Gromomir nucił pod nosem melodię Mołodyków o szalonej dziewczynie.

- Bracie, wracajmy już, bo ten ryk rogów tura zaczyna mnie drażnić bardziej niż komary nad Srebrzanką.

Cała trójka wkrótce potem ruszyła w drogę powrotną, z kolei w osadzie Kaczomira impreza trwała niemal do białego rana.

 

Słońce ledwo wychyliło się zza dębów, oświetlając pobojowisko po biesiadzie -wywrócone ławy, dopalające się kłody i chrapiących w błocie wojowników Kaczomira. Wtedy do osady wjechał wóz, a za nim kilku zmęczonych jeźdźców. Na czele, mimo pyłu drogi, dumnie prostował się Błaszczasław. Obok niego, z nietęgą miną, jechał  Suskomir - człowiek często będący myślami gdzieś indziej, a następnie wracający do rzeczywistości w najmniej spodziewanym momencie. Prowadziło to najczęściej do bardzo zabawnych sytuacji.

Po hucznej nocy, pełnej pieśni o potędze i grodzisku, coś wisiało w powietrzu – jakby niebawem miało dojść do brutalnego zderzenia z rzeczywistością, jak kubeł lodowatej wody z bagien wylany na twarz śpiącego.



Kaczomir, z ciężką głową i resztkami miodu na brodzie, wyszedł im naprzeciw.

- Błaszczasławie! - zawołał, starając się nadać głosowi pański ton - Przynosisz nam towary od kagana? Pokaż tę stal, którą wymieniliśmy za nasze najlepsze futra i ziarno!

Błaszczasław zeskoczył z konia i pewnym ruchem zerwał skóry z wozu.

- Najlepsza broń ze stepu, Kaczomirze! - ogłosił, choć Suskomir w tym samym momencie odwrócił wzrok, skubiąc nerwowo lejce - Oddaliśmy im niemal wszystko, co mieliśmy w spichlerzach, ale teraz żaden Grotomir nam nie straszny!

Mieszkańcy osady, zachęceni krzykiem, zaczęli podchodzić do wozu. Bochemir jako pierwszy chwycił jeden z krótkich mieczy, które miały być dumą ich arsenału. Wyciągnął go z prymitywnej pochwy i zamachnął się, by uderzyć w drewniany słup.

Rozległ się krótki, suchy brzęk. Ostrze, zamiast wgryźć się w drewno, pękło na dwie części niczym kruchy lód.

- Co to za czary? - mruknął Bochemir, patrząc na rękojeść, która została mu w dłoni.

Suskomir, nie mogąc już milczeć, splunął na ziemię.

- To nie czary, to oszustwo - wychrypiał - Awarowie wzięli nasze futra, a dali nam to, co sami chcieli wyrzucić. To żelazo jest przepalone, kruche. Nadaje się do dłubania w zębach, a nie do walki z Grotomirem.

Kaczomir pobladł, patrząc na stos mieczy, które okazały się być jedynie bezużytecznym złomem. Błaszczasław, czerwony na twarzy, zaczął gorączkowo sprawdzać kolejne sztuki broni, ale wynik był zawsze ten sam - groty włóczni wyginały się w palcach, a siekiery miały szczerby już od samego patrzenia na nie.

- Dali nam śmieci... - wycedził z wściekłością Sasimir, który jeszcze kilka godzin temu śpiewał o potężnym grodzisku.

- Tym to można – wtrącił się Terlemir - co najwyżej giezłeczko w kwiateczki z kurzu otrzepać…



W osadzie zapadła grobowa cisza. Pieśni Braci Golechów o „imperium” brzmiały teraz w uszach wojowników jak okrutny żart. Kaczomir zrozumiał jedno: jego ludzie są niemal bezbronni, a zapasy żywności wyjechały na nizinę panońską. Mały wódz musiał jednak robić dobrą minę do złej gry, potrzebą czasu było znalezienie tematu zastępczego dla odwrócenia uwagi.

- Nie lękajcie się! - krzyknął - Doszło z pewnością do pomyłki, którą niebawem wyjaśnimy! Wkrótce przybędą Awarowie i zabiją Grotomira! My będziemy panami całej okolicy!

- Ale co będziemy jedli? - wtrącił się Bochemir - W spichlerzach prawie nic nie ma!

- Więcej wiary Bochemirze! - skarcił go Kaczomir - Wezwać mi Glapidło!

Glapidło w osadzie „Zakutych łbów” uchodził za najlepszego handlarza, w rzeczywistości więcej mówił niż robił, ale mały wódz bardzo go poważał… Gdy usłyszał, że ma stawić się przed obliczem Kaczomira by ratować osadę przed głodem - nie załamywał rąk, przeciwnie, przywdział na łysinę swoją najbardziej puszystą czapę z niedźwiedzia, wziął do ręki sękaty kij służący mu za liczydło i dziarskim krokiem wkroczył do chaty wodza.

- Glapidło… - rozpoczął Kaczomir - Niedługo zabraknie nam żywności, będziemy głodować, co radzisz czynić?

- Panie mój! - zawołał Glapidło, wymachując kijem przed nosem oszołomionego wodza - Błaszczasław i Suskomir to dobrzy wojowie, ale o prawdziwym handlu nie mają pojęcia! Handlowali rzeczami, których dotknąć można. Ja zaś… ja będę handlował tym, czego nie ma, ale co dopiero będzie!

Kaczomir potarł czoło…

- Glapidło, nie ma prawie co jeść. Awarowie nas wydrążyli jak starą kłodę…

- I właśnie dlatego - Glapidło uśmiechnął się, szczerząc zęby - udamy się do Lędzian. To lud poczciwy, pracowity, ale ufny jak szczenięta. Powiemy im tak: „Dajcie nam wasze najlepsze skóry wilcze, futra bobrowe i trzy wozy pszenicy teraz... a my w zamian damy wam... „udział w przyszłej chwale!”

Kaczomir wytrzeszczył oczy…

- Udział w czym?
- W chwale, panie! - Glapidło zaczął kreślić kijem znaki na klepisku - Obiecamy im, że jak już to nasze grodzisko stanie, o którym Golechowie tak pięknie ryczeli, to oni będą mogli w nim mieszkać... w co trzecią pełnię księżyca, ale tylko wtedy, gdy jednocześnie deszcz będzie padał z odpowiednią siłą. I że ich krowy będą miały pierwszeństwo przy wodopoju, jeśli wiatr będzie wiał z północy. To jest tylko obietnica!

- Ja krzyczę najgłośniej w osadzie! - rozdarł się Batymir - Weźmiemy jeszcze Dzbanosława i będziemy cię popierać wśród Lędzian!

 Kaczomir zareagował jednak bardzo stanowczo…

 - Tu będziecie bardziej potrzebni, niebawem przybędą Awarowie i czeka na rozprawa z Grotomirem. Glapidło pojedzie sam, bo tutaj i tak się nie przyda. Może wziąć tylko jednego pachołka.

- A może by… - wtrącił nieśmiało Glapidło - wcisnąć Lędzianom ten złom za zboże i futra?

- Myślałem o tym - skwitował Kaczomir - Ale na razie nie. Ma to stać na środku i wyglądać! Czarnebor, pilnuj tego złomu jak oka w głowie, nikt ma się nie zbliżać! I pary z gęby! Niech wszyscy myślą, że to dobry towar!

Wspomniany Glapidło, nie czekając na sprzeciw, zebrał pachołka i ruszył do najbliższej osady Lędzian, oddalonej zaledwie o dzień drogi konno. Gdy stanął przed ich starszyzną, nadął się jak ropucha przed deszczem.

- Słuchajcie, Lędzianie! - zaczął, puszczając oko do ich wodza - Przynoszę wam ofertę, której nie odrzuciłby nawet sam kagan, gdyby tylko potrafił liczyć tak dobrze jak ja! Dajcie nam wasze zapasy, a my zapiszemy was jako pierwszych gości. To taki honor, który sprawi, że będziecie bardziej lśnić niż hełm Błaszczasława!

Lędzianie patrzyli na niego w milczeniu. Jeden ze starszych podrapał się po brodzie.



- Glapidło... a co my z tego lśnienia w garnku ugotujemy?

- Jak to co? - oburzył się Glapidło. - Poczucie godności! Będziecie mieli prawo mówić, że wasze zboże stało się fundamentem imperium Kaczomira! Takie podejście do handlu jest bardzo nowoczesne, prosto z dalekich krain, o których wam się nawet nie śniło!

Lędzianie wymienili spojrzenia. Choć Glapidło myślał, że właśnie owinął ich sobie wokół palca swoją elokwencją, starszyzna zaczęła się po cichu wycofywać do chat, ryglując drzwi.

- Glapidło - zawołał za nim wódz Lędzian - wróć do nas, jak ta wasza obietnica chwały nauczy się znosić jajka albo dawać mleko. Na razie weź sobie ten swój „udział w przyszłości” i idź z nim na bagniska do Grotomira. Może on cię wymieni na parę starych onuc!

Glapidło wrócił do Kaczomira, dumnie wypinając pierś.

- I jak? - zapytał Kaczomir - Przyniosłeś ziarno?
- Panie... - odparł z powagą Glapidło - Lędzianie są jeszcze niegotowi na tak potężną myśl gospodarczą. Ale nie martw się! Zapisałem ich na listę dłużników naszej wdzięczności. To prawie to samo co pełny spichlerz, tylko lżejsze w transporcie!

- Miałeś załatwić żywność!

Glapidło zrozumiał, że obietnice kierowane do Lędzian muszą być dla nich bardziej przyswajalne, niby bardziej realne, ale jednak mniej. Glapidło coraz bardziej wkraczał na wyżyny abstrakcyjnej ekonomii VI wieku. Skoro Lędzianie nie dali się nabrać na samą „chwałę” postanowił uderzyć w nich „pakietem korzyści warunkowych”, które musiały brzmieć mądrze, ale nie były zbyt możliwe do spełnienia.

Tym razem w ślad za Glapidło udali się niepostrzeżenie Batymir z Dzbanosławem, ale nie po to by go wspierać, ale na wypadek jego niepowodzenia wykorzystać zamieszanie z tym związane i po prostu ukraść Lędzianom trochę żywności.

W połowie drogi Batymir nagle zawołał i wskazał ręką:

 - Spójrz Dzbanosławie! W tym lesie biliśmy się kiedyś z Lędzianami! Nas trzech i ich trzech!

Glapidło stanął ponownie przed Lędzianami… Widział ich sceptyczne miny, ale nie poddał się. Wyjął swój sękaty kij, splunął na dłonie i zaczął kreślić na piasku skomplikowane pętle, które nazywał „kręgami wzrostu”.

- Dobrze, drodzy Lędzianie, Chcecie konkretów! - zaczął podniesionym głosem, poprawiając opadającą na oczy czapę - Skoro sama chwała i lśnienie wam nie starcza, Kaczomir - w swej nieskończonej łaskawości - przygotował dla was „umowę wielkich możliwości”! Warunkiem nabycia tych cudownych korzyści jest to, że musicie nam dać teraz skóry i zboże. Według wszystkich znaków na niebie i ziemi wychodzi, że przyszły rok będzie niezwykle urodzajny, ale… - uniósł palec ostrzegawczo – urodzaj ten nie rozłoży się sprawiedliwie!

Lędzianie wymienili zdumione spojrzenia. Glapidło zaś, kreśląc kijem jeszcze większą pętlę, perorował dalej:

- W osadzie Kaczomira zastosowaliśmy nowoczesne metody, między innymi zaklinania gleby, dzięki którym nasze plony będą przynajmniej kilkukrotnie większe niż u was. I właśnie tym nadmiarowym zyskiem zamierzamy wam zapłacić w przyszłości! My będziemy mieli za dużo, wy będziecie mieli za mało - więc my wam wtedy oddamy to, co nam dacie dzisiaj. To się nazywa „magazynowanie ziarna w czasie”.

Wódz Lędzian zmrużył oczy.

- A co jeśli nie będzie urodzaju?

- I tu dochodzimy do sedna mojej myśli! - wykrzyknął Glapidło, niemal skacząc z ekscytacji - Wszystko zależy od warunków! Jeżeli będzie dużo deszczu, będzie urodzaj i my wam oddamy dług. Jeżeli deszczu będzie mało, to nie będzie urodzaju, a skoro go nie będzie, to nie będziemy mieli wam z czego oddać, co jest logiczne i sprawiedliwe dla obu stron! Czy będzie słońce, czy nie będzie - ryzyko bierzemy na siebie, bo to my będziemy musieli patrzeć na te puste pola, a wy będziecie mieli satysfakcję, że chcieliście dobrze!

Starszyzna Lędzian milczała, próbując ogarnąć tę spiralę nonsensu. Glapidło otarł pot z czoła i spojrzał na nich z wyczekiwaniem…

- No? To co? Ładujemy to ziarno na wozy? To oferta czasowa, ważna jedynie teraz!

Lędzianie patrzyli na niego, jakby Glapidło właśnie oznajmił, że od jutra słońce będzie wschodzić na zachodzie, a rzeki płynąć pod górę. W końcu jeden z młodszych wojowników szepnął do wodza:

- On gada jak potłuczony! Niech poszuka głupszych od siebie!

Wódz Lędzian uśmiechnął się i patrząc na Glapidło przemówił:

- Glapidło, powiedz Kaczomirowi, że akceptujemy waszą ofertę... pod warunkiem, że zima tego roku nastąpi w środku lata, a wilki zaczną szczekać jak psy. Wtedy sami przywieziemy wam ziarno i nie będziemy chcieli nic w zamian…

Glapidło wrócił do osady, promieniując sukcesem.

- Kaczomirze! - zawołał od progu - Mamy to! Lędzianie zgodzili się na wszystko! Co prawda postawili drobny warunek dotyczący pogody i zachowania zwierząt, ale to szczegóły techniczne, którymi zajmie się Wrzaskun swoimi czarami. Możemy już planować ucztę!

Gdy Kaczomir poznał szczegóły spojrzał na Glapidło z politowaniem i oddalił się bez słowa… Najważniejsze dla wodza był fakt, że Batymir z Dzbanosławem ukradli zboże dzięki któremu osada nie będzie głodowała przez kilka tygodni. Glapidło zaś, nie zrażony chłodnym przyjęciem u Lędzian i przez Kaczomira, zaszył się w swojej ziemiance, którą dumnie nazywał „Izbą Wielkiego Pomnożenia”. Rozstawił tam gliniane gary, w których bulgotały dziwne wywary i mazie, a na środku położył kilka sporych otoczaków wyciągniętych z rzeki.

Po jakimś czasie Kaczomir, dręczony widmem pustego skarbca, zajrzał do środka, zastał Glapidłę, który z powagą okładał kawałek piaskowca liśćmi łopianu i szeptał do niego czułe słowa.

- Co ty tu znowu wyprawiasz? - zawołał zdziwiony wódz.

- Kaczomirze! - Glapidło wyprostował się, ocierając sadzę z czoła - Jestem o krok od potęgi! Opracowuję metodę „Wypasania Kamienia”. Według moich wyliczeń: srebro jest już na wyciągnięcie ręki. Piaskowiec i wapień są najbardziej obiecujące i wręcz chętne do współpracy, wystarczy je odpowiednio długo namaczać w serwatce podczas pełni, a z czasem same zaczną bieleć i lśnić jak księżyc! To kwestia dni, może tygodni, zależy jak szybko kamień zrozumie swoją nową rolę.

Kaczomir spojrzał na wielki głaz narzutowy leżący w kącie.

- A ten granit?

- Oooo, wodzu! - Glapidło ściszył głos do konspiracyjnego szeptu - z granitu to już czyste złoto wyjdzie! On jest twardy, więc stawia opór, ale jak mu się odpowiednio zagrozi młotkiem i posmaruje miodem, to pęknie i odda żółty kruszec. Trzeba jednak uważać na leśne duszki…

- Na kogo?

- Na leśne duszki…

- A co one mają do srebra i złota?

- Nie można ich w żaden sposób obrazić, zezłościć, bo mszczą się potem i nie ma ani srebra ani złota…

Glapidło z powagą podniósł kawałek wapienia i ugryzł go, by sprawdzić „postępy w mięknieniu”.

- Jeszcze trochę chrupie, Kaczomirze, ale czuję w nim już ten metaliczny posmak sukcesu! Jak tylko to domknę, Awarowie będą nam płacić za prawo do patrzenia na nasze kamienie!



Kaczomir wyszedł bez słowa, zastanawiając się, czy Glapidło jest większym geniuszem, czy po prostu zjadł za dużo sfermentowanych jagód lub posmakował ziół od Terlemira.

 *** wszelkie podobieństwo do osób żyjących w XXI wieku, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, jest przypadkowe i niezamierzone.

**** zachęcam do aktywnego komentowania (jest taka możliwość: pod tekstem), jednocześnie uprzedzam, że nie będzie tolerowany język wulgarny (uważam, że język polski jest na tyle bogatym językiem, że wszystko można wyrazić w sposób kulturalny) i takie komentarze nie będą publikowane.

 

 

wtorek, 3 marca 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 2)

Zima w puszczy była czasem przestoju, ale nie dla Grotomira. Gdy rzeki skuł lód, do obozowiska powrócił Strogomir - doświadczony zwiadowca, którego oczy widziały więcej niż niejeden wiec. Przyniósł wieści, które uciszyły gwar przy ognisku.

Strogomir, ogrzewając dłonie nad płomieniem, opowiadał o potędze, która rozpostarła się na Nizinie Panońskiej. Awarowie, choć wrócili na zimę do swoich „ringów” (ogromnych, obwarowanych obozów), nie zamierzali rezygnować z ucisku innych ludów. Zwiadowca donosił, że widział wracający z tych stron oddział 300 jeźdźców, który w pewnym momencie połączył się z innym oddziałem, zbliżonym liczbowo, jadącym ze wschodu i wspólnie już wrócili do swoich macierzy.

- Nasi bracia znad Wisły płacą krwią i ziarnem za złudny spokój – mówił ochrypłym głosem - Widziałem Słowian pędzonych jak bydło przed awarskimi końmi. Muszą walczyć w pierwszym szeregu ich wypraw, by swoimi ciałami zasłaniać jeźdźców. Traktują ich jak niewolników, a ich chciwość nie ma dna.

Grotomir słuchał w milczeniu, analizując każdy szczegół o sposobie walki najeźdźców. Dowiedział się o ich słabych punktach - o tym, że ich konie potrzebują otwartej przestrzeni i że rzadko atakują nocą w głębokim lesie. Od tego dnia ćwiczenia oddziału stały się jeszcze surowsze. Gromomir uczył młodych, jak zbijać się w ciasną formację tarcz, o które łamałyby się szarże konnicy, a Grotomir doskonalił strzelanie z zasadzki, celując jakby w nieosłonięte szyje wierzchowców.

Podczas gdy w osadzie kuto groty, w nieco bardziej odległej, nienaruszonej przez najazdy wsi Kaczomira, czas mijał na zupełnie innych sprawach. Kaczomir, człowiek niskiego wzrostu, ale z olbrzymimi ambicjami, sprytny i tchórzliwy, ocalił swoich ludzi tylko dlatego, że jako pierwszy zgiął kark przed wysłannikami awarskiego kagana. Teraz, wspólnie z rozwścieczonym Wrzaskunem, planował usunięcie Grotomira.


- Ten młokos ściągnie na nas wszystkich śmierć - syknął Wrzaskun, spotykając się z Kaczomirem pod osłoną nocy - Ludzie słuchają go jak boga. Jeśli nie zginie, Awarowie wrócą i spalą wszystko, co nam zostało za nasze nieposłuszeństwo.

Kaczomir mlaskał w swoim zwyczaju, rozważając, kto mógłby zastąpić Grotomira i być posłusznym marionetkowym wodzem.

- Potrzebujemy kogoś, kto ma posłuch - mruknął po chwili - Batymir jest silny, ale zbyt prosty. Bochemir ma ambicje, ale brakuje mu odwagi. Chodzą mi po głowie też Czarnebor i Jakimysł … Sasimir jest znakomity w organizacji wieców… Terlemir jest już za stary, a poza tym bardziej interesują go zioła niż inne sprawy… Dudosław jest już spalony, z powodu wykorzystania go w przeszłości w podobnej misji. Morawita jakiś czas temu skazałem na wygnanie z powodu knucia przeciw mojej osobie…

Ostatecznie nie padło żadne imię, ale zapadł wyrok. Wrzaskun otrzymał zadanie: miał stać się cieniem Grotomira. Każdy ruch młodego wodza, każda wyprawa i każdy plan miały być natychmiast raportowane Kaczomirowi. Wrzaskun liczył także na to, że zostanie pierwszym pomocnikiem Rydzymira, kapłana z osady Kaczomira, który od kilku miesięcy był na misji duchowej na wschodzie, m.in. wśród Lędzian, co wstępnie mały wódz mu obiecał. W sercu Słowiańszczyzny, obok hartowanej stali, wyrastał chwast zdrady.

Grotomir, choć młody, posiadał instynkt starego wilka - czuł na karku zimne spojrzenie Wrzaskuna. Oficjalnie wciąż kłaniał się żercy, prosząc o wróżby, lecz potajemnie wydał kuzynom, Sobieżyrowi i Sęczygniewowi, rozkaz: „Bądźcie jego cieniem. Każdy szept w Świętym Gaju ma trafić do moich uszu”.

Niespodziewanie do obozowiska przybył zbrojny orszak. Nie byli to kolejni uciekinierzy spod awarskich mieczy, lecz dumni wojowie w skórach niedźwiedzi. Przynosili wieści od Tuskomira - potężnego pana, który zdołał zjednoczyć kilkanaście rodów na dalekiej północy, tam gdzie lasy ustępują piaszczystym brzegom wielkiego morza. Posłaniec przekazał Grotomirowi słowa swojego wodza:

- Tuskomir widzi dalej niż inni, doskonale wie, że jeśli Awarowie złamią waszą linię, lada chwila ich konie zapuszczą się w nasze mateczniki. Gdy tylko słońce mocniej przygrzeje, przyśle ci wsparcie: pięćdziesięciu doświadczonych wojów pod wodzą Giertymira.

Grotomir poczuł, jak ciężar odpowiedzialności na jego barkach staje się nieco lżejszy. Sojusz z Tuskomirem zmieniał wszystko - mała partyzantka stawała się zalążkiem słowiańskiej armii.

Jednak posłaniec przyniósł też mroczniejsze wieści. Wyjawił, że Kaczomir nie tylko spiskuje z najeźdźcą, ale zaczął już zbierać „krwawe dary”. W zamian za wydawanie mniejszych osad, Awarowie podarowali mu siedem stalowych, kutych hełmów - rzadkość na tych ziemiach, noszoną dotąd jedynie przez stepową arystokrację.

- Kaczomir i jego ludzie myślą, że stal na głowie czyni ich niezwyciężonymi - zaśmiał się pogardliwie posłaniec Tuskomira. - Mój pan nazywa ich „zakutymi łbami”. Myślą, że żelazo ochroni ich przed gniewem bogów i sprawiedliwością pobratymców, ale zapomnieli, że serce pod zbroją wciąż mają tchórzliwe.


Grotomir zwołał najbliższych: Gromomira, Wszebora i wujów: Brodzisława i Strogomira.

- Mamy sojusznika na północy i zdrajcę za miedzą - ogłosił krótko - Wrzaskun myśli, że nie widzę jego posłańców biegających do Kaczomira. Pozwolimy mu wierzyć w to kłamstwo. Niech donosi im to, co ja zechcę, żeby wiedzieli.

Następnie spojrzał na Strogomira i zapytał:

- Jest szansa, że dołączą do nas wojowie Wiślan?

- Myślałem o tym - odparł wskazany - Wątpię w to, ich przywódcy boją się Awarów, a przede wszystkim nie wierzą w ich pokonanie. Wolą zapłacić daninę niż walczyć i ryzykować życie. Jeśli chcesz to pojadę, choćby i jutro, może uda mi się przekonać choć jakąś część niewielką.

- Warto spróbować Strogomirze! Tu wkrótce każdy topór będzie miał znaczenie…

 Strogomir oddalił się, żeby przygotować się do porannego wyjazdu.

Warto podkreślić, że w tym czasie nie było jeszcze zorganizowanych państw czy plemion, Słowianie opierali się na wspólnotach rodzinnych, sąsiedzkich, rzadko współpracujących ze sobą w szerszym rozumieniu.

- Co zamierzasz z tym Wrzaskunem? - zapytał Gromomir - Nie lepiej od razu skrócić go o głowę?

- Przyjdzie na to czas bracie - odparł Grotomir - Jak powiedziałem wcześniej trzeba tak sprawić by donosił to co ja chcę. Jutro zrobimy małą próbę…

Następnego dnia Grotomir siedział przy ognisku, strużąc nową strzałę. Czuł na plecach świdrujący wzrok Wrzaskuna, który rzekomo odprawiał modły do Swaroga, a w rzeczywistości nie spuszczał oka z ruchów młodego wodza. Grotomir uśmiechnął się pod nosem - czas nakarmić żmiję kłamstwem.

Zwołał naradę pod starym dębem, w miejscu, gdzie echo niosło głosy prosto w stronę zarośli Świętego Gaju. Mówił cicho, ale wyraźnie, by każde słowo dotarło do ukrytego tam szpiega.

- Słuchajcie - zaczął, kreśląc słowami fałszywe plany - Strogomir przyniósł wieści. Mały oddział Awarów, obładowany srebrem zrabowanym na zachodzie, będzie nocował przy Kamiennym Brodzie za trzy dni. Idziemy tam całą siłą, zostawiamy osadę bez obrony. To nasza jedyna szansa na zdobycie bogactw, które kupią nam przychylność innych rodów. Gromomir, pouczony wcześniej mrugnięciem oka, udawał zachłanność:

- Srebro! Wreszcie będziemy mogli kupić lepsze ostrza i broń! Musimy uderzyć pierwsi!

Gdy tylko słońce zaszło, Grotomir skinął na Sęczygniewa. Najmłodszy z kuzynów, lekki jak wiatr, ruszył śladem gońca, którego Wrzaskun wyprawił z osady pod osłoną nocy.

 - Nie zatrzymuj go - przykazał mu Grotomir - Chcę tylko wiedzieć, czy pobiegnie prosto do Kaczomira.

Potwierdzenie przyszło przed świtem. Kaczomir, usłyszawszy o „osadzie bez obrony” i „skarbie przy brodzie”, wpadł w furię zmieszaną z chciwością. Nie wiedział, co wybrać: czy samemu uderzyć na skarb, czy donieść Awarom, by zyskali jego wdzięczność. Wrzaskun, przez posłańca, podżegał go do ataku: „Grotomir oszalał z chciwości. To twój czas, Kaczomirze, byś stał się panem tych ziem!”.

Trzy dni później Kaczomir, na czele swoich wojów, przybył do Czarnego Jaru, skąd miał widok na Kamienny Bród. Zamiast obładowanych srebrem Awarów, zobaczył... pustą dolinę i stado pasących się saren. Czekał całą noc, marznąc w stalowym hełmie, który w zimowym chłodzie stawał się lodowatą obręczą.

W tym samym czasie Grotomir, zamiast być na wyprawie, spokojnie szkolił swój oddział w sercu mokradeł, oddalonych nieco od brodu.

- Widzisz ich, bracie? - zapytał Gromomir, patrząc na horyzont, gdzie majaczyły sylwetki spóźnionych zwiadowców Kaczomira.

- Widzę - odparł Grotomir - Kaczomir traci ludzi i czas na ściganie duchów. A Wrzaskun... Zaraz zacznie się gęsto tłumaczyć swojemu mocodawcy, dlaczego skarb wyparował.

 

Grotomir nie tylko uniknął walki, ale zasiał ziarno nieufności między spiskowcami. Kaczomir zaczął podejrzewać, że Wrzaskun gra na dwa fronty lub postradał zmysły. Z kolei żerca, przerażony groźbami Kaczomira, stawał się coraz bardziej nerwowy, popełniając błędy przy rytuałach.

Prawdziwa burza miała jednak dopiero nadejść. Podczas jednej z burzliwych narad w osadzie Kaczomira, gdy ten wygrażał Wrzaskunowi pięścią, do chaty wpadł przerażony strażnik:

 - Kaczomirze! Od północy ciągnie kurzawa… To Giertymir i jego wojownicy! Tuskomir dotrzymał słowa!

Kaczomir był niezwykle zły, nie dość, że nie zdobył srebra, to jeszcze młody wróg - za jakiego uważał Grotomira - został solidnie wzmocniony przez wojów Tuskomira, którego już wcześniej nie lubił, ale teraz to już szczerze nienawidził.

- Nic to - powiedział w duchu - Przybędą Awarowie i zrobią porządek. Jak tylko zima zacznie puszczać trzeba będzie ich zawiadomić przez posłańca. Mam nadzieję, że szczodrze mi się odwdzięczą za informacje… A przede wszystkim pozbędę się Grotomira i osłabię Tuskomira!

Mroźny wiatr wciąż smagał gałęzie dębów, gdy na horyzoncie pojawili się wojownicy z północy. Giertymir nie czekał na pierwsze roztopy - jako stary wyga wiedział, że wojnę wygrywa ten, kto maszeruje, gdy inni jeszcze grzeją kości przy zapiecku.

Tętent koni i chrzęst żelaza obudził osadę o świcie. Giertymir wjechał na czele kilkudziesięciu zbrojnych, okryty ciężkim niedźwiedzim futrem, spod którego błyskała kolczuga -rzadki widok na tych ziemiach. Był to mąż niezwykle wysoki, o przeszywającym spojrzeniu.

Gdy Grotomir wyszedł mu naprzeciw, Giertymir zeskoczył z wierzchowca i przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Stary wojownik szukał w oczach młodzieńca strachu, ale znalazł jedynie spokój jeziora przed burzą.

- Tuskomir mówił, żeś młody, ale nie wspomniał, że masz oczy starego wilka - rzekł Giertymir, miażdżąc dłoń Grotomira w uścisku - Moje topory są do twojej dyspozycji. Awarowie myślą, że Słowiańszczyzna to tylko rozproszone chaty. Pokażemy im, że to jeden mur.

Grotomir zaprosił gościa do głównej chaty, gdzie przy ogniu, pod okiem doświadczonego Wszebora, zaczęli kreślić plany. Giertymir z miejsca polubił prostolinijność Gromomira i bystry umysł Grotomira. Jednak gdy rozmowa zeszła na temat Kaczomira i jego „zakutych łbów”, przybysz z północy uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły drewniane misy.

- Zdrajca?! - ryknął Giertymir, a jego oczy zapłonęły furią - Spiskuje z tymi stepowymi psami, gdy my krwawimy? Wezmę dziesięciu moich najlepszych ludzi, a jeszcze przed świtem przyniosę ci jego głowę nabitą na pal! Nie ścierpię żmii pod naszym bokiem!

Grotomir położył dłoń na ramieniu starszego wojownika, uspokajając go gestem, który zdradzał niezwykłą dojrzałość.


- Spokojnie, Giertymirze. Śmierć Kaczomira teraz tylko ostrzegłaby Awarów. Martwy zdrajca jest bezużyteczny, ale taki, który myśli, że wciąż nas oszukuje... to nasze najlepsze narzędzie.

Grotomir przybliżył się do gościa, ściszając głos, by żaden niepowołany słuchacz - a zwłaszcza Wrzaskun - nie wyłapał szczegółów.

- Kaczomir i Wrzaskun myślą, że panują nad sytuacją. Będziemy im podawać takie ziarno, jakie sami zechcemy zmielić. Niech donoszą Awarom o naszych rzekomych słabościach i kłótniach w oddziale. Gdy nadejdzie wiosna, najeźdźcy uderzą tam, gdzie będziemy na nich czekać z twoją stalą i moimi łukami. Kaczomir sam zaprowadzi ich w nasze sidła.

 Giertymir powoli wypuścił powietrze, a na jego twarzy pojawił się drapieżny uśmiech.

- Jesteś szczwany, chłopcze. Zaiste jesteś wodzem, a nie tylko wojownikiem! Niech więc zdrajcy tańczą tak, jak im zagrasz. Ale obiecaj mi jedno: gdy przyjdzie czas ostatecznego rachunku, to mój topór rozłupie te ich stalowe hełmy. Ale najpierw ich osądzimy, tak bowiem trzeba!

 Grotomir skinął głową, patrząc w ogień. Wiedział, że z Giertymirem u boku jego siła wzrosła dwukrotnie, ale wiedział też, że gra z Wrzaskunem staje się coraz bardziej niebezpieczna. Właśnie Głowotłuk dał mu znać, że zdradliwy kapłan kieruje swoje kroki w kierunku chaty. Szepnął kilka słów Giertymirowi, który błyskawicznie odnalazł się w „roli”, po czym ryknął potężnie:

 - Nie będziesz wodzem dla mnie i dla moich wojów – w międzyczasie puścił oko do wszystkich - Tuskomir mi kazał dowodzić!

Grotomir uśmiechnął się szelmowsko, a następnie wzburzonym głosem krzyknął:

- To nasza ziemia! Albo walczycie pod moim dowództwem albo wracajcie skąd przybyliście!

- Uspokójcie się… - zaczął wołać Wszebor rozbawiony, ale niemal błagalnym głosem – Mamy jednego wroga, musimy współpracować!

Długo jeszcze trwały spory, Wrzaskun słyszał wszystko bardzo wyraźnie, w końcu uznał, że usłyszał aż nadto i postanowił się wycofać, a chwilę później wyprawił posłańca do Kaczomira, który bardzo rad był z wieści otrzymanych od kapłana…

- Niech się kłócą – śmiał się – niech się kłócą…

Grotomir z Giertymirem zaprzyjaźnili się, ale oficjalnie udawali wrogość, zwłaszcza gdy w pobliżu kręcił się Wrzaskun lub jego pomocnicy. Giertymir był pod sporym wrażeniem umiejętności dowódczych młodego Grotomira, bez większych oporów akceptował jego przywództwo, zwłaszcza że młodzieniec zwracał się do niego z szacunkiem i zawsze uzgadniał nowe działania.

Wszyscy w osadzie czuli, że niebawem zacznie się czas próby, spodziewano się, że Awarowie już wyruszyli w te strony. Wspólnie z wojownikami Giertymira słowiański oddział liczył nieco ponad stu wojowników. Dla porównania Kaczomir dysponował liczbą czterdziestu wojowników. Oczekiwano przybycia Strogomira z nowymi wieściami o najeźdźcach, spodziewano się także, że przywiedzie ze sobą jakąś liczbę wojów od Wiślan, co wzmocniłoby skromne siły obrońców.

Strogomir wrócił niebawem, ale wieści nie przywiózł dobrych. Wiślanie nie zamierzali pomagać w starciu z Awarami - udało mu się namówić zaledwie ośmiu ludzi.

- Byłoby lepiej - rozpoczął mowę - ale znaczniejsi wśród Wiślan obawiali się zemsty awarskiej i na moje namowy reagowali wrogo. Awarowie ruszyli, siła ich! Dwa tysiące konnych wojowników wyruszyło z obozów, ale na szczęście potem rozdzielili się mniej więcej po połowie. Część ruszyła na tereny Lędzian, a część na ziemie Wiślan i na nas.

- Kiedy mogą się tutaj zjawić? - zapytał Giertymir.

- Do tygodnia dotrą do Wiślan. Zbiorą daniny, odpoczną, a potem ruszą tutaj, myślę że nie pojawią się tu wcześniej niż za dwa tygodnie.

- Strogomirze, ty też odpocznij - zaproponował Grotomir - Na wszelki wypadek musimy posłać zwiadowców by ich nie spuszczali z oka dzień i noc.

Minęło kilka tygodni, zima zaczęła puszczać, a lody na rzekach rwały się z hukiem przypominającym bitewne okrzyki.

Grotomir i Giertymir odegrali kolejny spektakl, który stał się ziarnem rzuconym na podatną glebę zdrady. Na środku osady, przy dogasającym ognisku, doszło do rzekomej kłótni. Giertymir, czerwony na twarzy, rzucał ciężkimi przekleństwami, oskarżając Grotomira o to, że „chce walczyć z cieniem, zamiast dzielić łupy”.

- Nie będę gnił na tych bagnach dla szczeniaka, który boi się otwartego pola! - ryknął Giertymir tak głośno, by echo niosło się aż do Świętego Gaju.

Jeszcze tego samego dnia wojownicy z północy zwinęli obóz i ruszyli w drogę. Dla zwiększenia siły przekazu Grotomir polecił wcześniej, żeby część jego ludzi opowiedziało się za Giertymirem. Wrzaskun, widząc to z ukrycia, niemal dławił się z podniecenia i radości. Szybko wyprawił gońca do Kaczomira z radosną nowiną: „Północ odeszła! Grotomir został sam, otoczony jedynie przez dzieciaki i starców. Jest słaby jak nigdy wcześniej”.

Kaczomir nie zwlekał, błyskawicznie wysłał Jakimysła z wieściami do awarskiego setnika, Tarkana, który stacjonował w pobliżu ziem Wiślan. Tarkan przyjął wiadomość z pogardliwym uśmiechem. Pobyt u Wiślan straszliwie go rozleniwił - tamtejsze rody, choć liczne, płaciły daninę bez mrugnięcia okiem.

- Słowianie to lud rolników i niewolników - mawiał Tarkan do swoich podwładnych – Spójrzcie na Wiślan, którzy drżą przed samym dźwiękiem naszych dzwonków przy uprzężach. Oddają nam posłusznie swoje córki i najlepsze ziarno, a ich wojownicy służą nam za tarcze w marszu. Ten Grotomir to tylko kolejny leśny szczur, który myśli, że jest wilkiem.

Awarowie, upojeni łatwymi sukcesami na południu, całkowicie zlekceważyli ostrzeżenia o sprycie młodego wodza. Skoro Wiślanie, potężniejsi i bogatsi, ugięli kark, to co mogła zrobić jedna mała osada? Pycha przesłoniła im czujność.


Tymczasem Giertymir wcale nie odszedł daleko. Rozbił obóz w gęstym, niedostępnym borze zaledwie pół dnia drogi od osady, czekając na sygnał. Grotomir z kolei zacieśnił pętlę wokół Wrzaskuna. Pozwalał mu donosić, ale każda informacja była starannie preparowana.

Grotomir kazał swoim ludziom - w tym Gromomirowi, który rwał się do walki - udawać rozprężenie. Wojownicy chodzili bez zbroi, topory leżały niedbale przy chatach, a zwiadowcy rzekomo „zasypiali” na posterunkach.

Kaczomir, na bieżąco informowany, był niezwykle rad z takiego obrotu sprawy:

- Wiedziałem, że tak będzie - mówił do Batymira - Gdzie to, żeby młokos jakiś dowodził zbrojnym oddziałem? Pamiętaj Batymirze, mądrość przychodzi z wiekiem. Ty to jeszcze musisz się długo uczyć, żebyś mógł dowodzić. Patrz i ucz się, bo wiecznie żyć nie będę. Na razie to sprawdzasz się doskonale w leśnych bijatykach… I zostaw tą ziemiankę tego samotnego starca, nie lataj też tyle za dziewkami, teraz są ważniejsze sprawy!

Awarowie w końcu ruszyli, pewni siebie, jechali wymierzyć śmierć nieposłusznym lub po kolejne daniny. Tarkan postanowił poskromić młodego przywódcę wyłącznie swoimi ludźmi, których miał niespełna stu. Pycha awarskiego dowódcy prawdopodobnie nawet nie uwzględniła sojuszniczych sił Kaczomira. Oni mieli tylko wskazać miejsce, a resztę miały załatwić awarskie miecze i strzały.

Kaczomir, słysząc o wielkiej pewności siebie Awarów, rósł w siłę. Najbardziej był rad, że odeszły posiłki z północy - po wpadce ze srebrem nie do końca ufał Wrzaskunowi, dlatego wysłał zwiadowców, którzy mieli przekonać się naocznie, że oddział Giertymira faktycznie opuścił te ziemie. Doświadczony wojownik, jeden z zastępców słynnego Tuskomira, szybko zorientował się, że jest śledzony i rozbił obóz dopiero, gdy ludzie Kaczomira przestali ich obserwować. Kaczomir uspokoił się, potwierdził Wrzaskunowi obietnice, że ten zostanie pierwszym asystentem Rydzymira. Mały wódz żałował nieco, że sam nie zmiażdżył Grotomira, ale nie mógł już odwołać Awarów. Poza tym chciał im coś rzucić na pożarcie, żeby go samego zostawili w spokoju, a dodatkowo nagrodzili jak ostatnio.

- Wodzu - zaczął nieśmiało Dudosław - Godzi się tak, żebyśmy przeciw swoim występowali?

- Głupiś! - syknął Kaczomir - Przecież to oni przeciw nam wystąpili, nie my!

- A Grotomir i inni jednak chcą walczyć z Awarami..

- Zginą wszyscy… Poza tym Grotomir złamał odwieczne prawa, że wyboru wodza dokonuje wiec! Samozwańczy przywódca musi źle skończyć!

- A może by tak - wtrącił się Batymir - Inaczej to załatwić?

- Niby jak?

- W lesie… - Batymir aż chrząknął z podniecenia - Nas trzech i ich trzech. Pójdę ja, wezmę Dzbanosława i Sasimira. Kto wygra ten zwycięzcą i dyktuje warunki!

- Głupiś! Czy wy nie rozumiecie, że Awarowie…

- Z Awarami też w lesie… Ich trzech, nas trzech…

- Milcz! Czy wy nie rozumiecie, że Awarowie są potęgą z którą nikt nie może się równać?! Zginie i Grotomir i Giertymir, a później i Tuskomir. Ale i Awarowie nie będą wiecznie! Przyjdzie czas i na nich! Ja nie jestem potworem, żeby przelewać krew bratnią, ale niestety inaczej się obecnie nie da... Wiecie, że nie ma na tym świecie zbyt wielu ludzi mądrzejszych ode mnie, jeśli w ogóle są… Pamiętajcie i nie dajcie sobie wmówić, że zielone jest zielone, a czerwone czerwone…

Kaczomir przestał mówić… nagle wszyscy usłyszeli krzyki i dźwięki jakby ktoś uderzał toporem w drewno…

- Nienawidzę cię Tuskomirze! - wołał wściekle Dzbanosław uderzając toporem w pień drzewa - Znajdę cię i zatłukę!

Kaczomir i pozostali nie mogli powstrzymać się od śmiechu…

- Przecież on - przemówił w końcu rozbawiony wódz - Nawet nie widział tego Tuskomira…

- Jemu wystarczy - wyjaśniał Bochemir - Że ty go wodzu nienawidzisz. To tak jak ze mną, ja lubię tylko nasze, słowiańskie masło, najlepiej z naszej osady, ale już z innej osady mi mniej smakuje, a jakieś germańskie to nienawidzę i nie przełknę!


*** wszelkie podobieństwo do osób żyjących w XXI wieku, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, jest przypadkowe i niezamierzone.


**** zachęcam do aktywnego komentowania (jest taka możliwość: pod tekstem), jednocześnie uprzedzam, że nie będzie tolerowany język wulgarny (uważam, że język polski jest na tyle bogatym językiem, że wszystko można wyrazić w sposób kulturalny) i takie komentarze nie będą publikowane.