Nad Srebrzanką dym z pogrzebowego stosu Gniewka mieszał się z oparami krwi, ale Grotomir z Giertymirem nie tracili czasu na długie żale. Wiedzieli, że wieści niosą się szybciej niż galopujący koń. Młody przywódca kazał jedynie krótko pochylić czoła nad poległymi towarzyszami, po czym zarządził natychmiastowy marsz.
Żerca Wrzaskun nie zaszedł daleko. Choć znał puszczę,
strach odebrał mu zmysły. Ludzie Grotomira dopadli go w gęstwinie paproci, gdy
próbował przeprawić się przez rzekę. Gromomir osobiście wywlókł go za kołtun na
środek polany. Wrzaskun nie przypominał już dumnego sługi bogów. Po krótkiej,
brutalnej „rozmowie” z Gromomirem, który nie bawił się w subtelności, Wrzaskun
wyśpiewał wszystko.
- Kaczomir... on nie wrócił do chat! - wył, plując krwią - Kazał ładować wozy i
pędzić na wschód, ku bagnom na terenach Lędzian. Chce się schować tam, gdzie
tylko on zna ścieżki. „Zakute Łby” mają iść z nim, obładowani dobrem! Kaczomir
wszystkiego się boi, was, ale i zemsty awarskiej.
Grotomir spojrzał na brata.
- Na bagnach go dopadniemy. Nie pozwolę, by krew naszych braci wsiąkła w ziemię
bez zapłaty.
W tym czasie w osadzie Kaczomira panował chaos. Mały
wódz, trawiony panicznym lękiem, biegał między chatami, wrzeszcząc na swoich
ludzi. Wiedział, że po klęsce Tarkana jest trupem.
- Brać co cenniejsze! Bydło pędzić tyłem, przez brody! - darł się, nerwowo
zerkając przez ramię.
Jego „Zakute Łby” nie byli już tak pewni siebie. Wielu z nich widziało z
daleka, co Grotomir zrobił z Awarami. Szeptali między sobą o ucieczce do lasu,
ale strach przed Kaczomirem i jeszcze większy przed zemstą Grotomira trzymał
ich w ryzach. Postanowili, że ruszą razem w stronę niedostępnych moczarów,
licząc, że jesienne mgły ich ocalą. Strach miał zapach potu i starych skór,
„Zakute Łby” - dotąd hardzi i butni, teraz przypominali stado spłoszonych
kuropatw.
- Musimy uciekać! - wrzeszczał Batymir, ładując na wóz
bele materiału - Widzieliście Grotomira? To nie człowiek, to wilkołak! Jeśli
nas dopadnie, powiesi nas na jelitach Tarkana!
- Głupiś! - odkrzyknął mu Dzbanosław, zaciskając dłoń
na wyszczerbionym toporze - W lesie nas wybiją jak zające. Tu mamy płot, mamy
chaty! Będziemy się bronić do ostatniego!
Wtedy ze swej półziemianki wychylił się Suskomir,
przecierając zaropiałe oczy. Spojrzał na ten chaos z dziwnym spokojem, po czym
splunął pod nogi.
- A po co uciekać? Po co się bić? - wychrypiał - Zróbmy tak: pogasimy ogniska,
zamkniemy się w chatach, bydło zapędzimy do lasu, żeby nie ryczało i będziemy
udawać, że nas tu nie ma. Grotomir pomyśli, żeśmy dawno uciekli i pójdzie dalej
szukać pomsty gdzie indziej. Może się nie zorientuje?
Kaczomir, który dotąd stał oparty o słup, trzęsąc się
tak mocno, że aż dzwoniły mu ozdoby przy pasie, wyprostował się nagle, słysząc
tę bzdurę. Udawał, że poprawia kaftan, choć palce mu drżały jak liście osiki.
- Suskomir ma rację! To znaczy... ja tak zdecydowałem! - zawołał piskliwym
głosem, starając się nadać mu ton wodza - Cisza ma być! Nikt nie piśnie, nikt
nie wyjdzie za próg!
W głębi duszy Kaczomir czuł jednak, że pętla zaciska
się z dwóch stron. Jeśli nie zabije go Grotomir, zrobią to Awarowie. Wyobrażał
sobie posłańców z południa, którzy przyjadą spytać, dlaczego stał na wzgórzu i
dłubał w nosie, gdy ich bracia ginęli w błocie. Kaczomir wiedział, że dla koczowników
zdrada była gorsza niż śmierć, a on zdradził wszystkich po kolei.
- Pakować wozy po cichu! - syknął nagle, zmieniając
zdanie pod wpływem wizji awarskiego palowania - Idziemy na bagna! Suskomir,
twoja „cisza” nas nie uratuje przed toporem Gromomira. On czuje smród zdrajcy z
milowej odległości!
- Przecież przed chwilą… – odgryzł się Suskomir – sam
powiedziałeś, że to twoja decyzja by zostać…
- Milcz, ty kozi bobku! - krzyknął wściekle mały wódz
- rusz się lepiej i ładuj na wozy!
Wioska zamieniła się w mrowisko pracujące w niemym
przerażeniu. Ludzie potykali się o własne nogi, zrzucając ze stołów naczynia,
które z brzękiem pękały w ciszy wieczoru, wywołując u Kaczomira niemal zawał
serca. Każdy trzask gałęzi w pobliskim lesie brzmiał teraz jak zapowiedź
nadchodzącego Grotomira.
Wieści o rzezi oddziału Tarkana dotarły niemal
błyskawicznie znacznie dalej. Jeden ocalały z rzezi na bagnach Awar pędził bez
wytchnienia, dzień i noc, żeby przekazać wieści. Kilka dni drogi na południe, w
obozowisku nad Wisłą, gdzie stacjonowały główne siły awarskie trzymające w
ryzach Wiślan, wiadomość wywołała niedowierzanie, a potem zimną furię.
Wielki kaganat nie mógł pozwolić, by garstka leśnych
Słowian upokorzyła ich dowódcę. Posłańcy na najszybszych koniach ruszyli do
oddziałów stacjonujących u Lędzian. Step zaczął się poruszać. Dla Awarów nie
liczył się już tylko łup - teraz chodziło o przykład. Planowali uderzyć całą
potęgą, palić każdą chatę i wybijać, każdego, kto nosi topór lub nie, by rzeka
Srebrzanka spłynęła krwią aż do samego ujścia.
Grotomir, tropiąc Kaczomira, nie wiedział jeszcze, że
właśnie staje się symbolem oporu, który przyciągnie na jego ziemie gniew
tysięcy jeźdźców.
Atmosferę zagęszczała narastająca wilgoć. Podłoże stawało się coraz bardziej zdradliwe - czarny, tłusty muł mlaskał pod kopytami wołów, a smród rozkładających się liści i stojącej wody wdzierał się do gardeł.
Kaczomir jechał na przedzie, kurczowo zaciskając dłonie na wodzach. Choć zęby szczękały mu z przerażenia, a serce tłukło się o żebra przy każdym głośniejszym plusku wody, starał się nadrabiać miną, co kilka chwil nerwowo poprawiał czapkę i oglądał się za siebie. Każdy cień kładący się na dukcie brał za słowiański oszczep.
- Szybciej, wy leniwe chamy! - syknął przez ramię,
poprawiając na piersi przerośniętą, mosiężną klamrę, która miała świadczyć o
jego statusie - Pokażemy temu leśnemu prostakowi, Grotomirowi, jak walczą i
manewrują prawdziwi stratedzy! Na tych moczarach jego topory zdadzą się na nic.
Ja tu rządzę! Szybciej, wy leniwe gnioty! Myślicie, że Grotomir da wam czas na
postój? Jeśli dym z jego ognisk nas dogoni, to wasze łby ozdobią pale!
- To w końcu jak? - zastanawiał się Suskomir - Raz mamy
mu pokazać jak walczymy, a innym razem mamy się bać?
- Milcz głupcze! - syknął wściekle mały wódz - jeszcze
raz otworzysz usta, a zrobisz to po raz ostatni!
- Ty rządzisz, panie, ale to moje plecy pękają od
pchania tej przeklętej osi - warknął pod nosem Batymir, spluwając gęstą śliną w
rzęsę wodną. Choć zawsze uważał się za najsilniejszego w osadzie, teraz jego
gęba była sina z wysiłku, a gburowaty humor ustępował miejsca czystej
wściekłości - Jeśli to koło zaraz pęknie, zostawiam ten wóz i was wszystkich.
Grotomir przynajmniej rąbie od przodu, a to bagno wciąga człowieka po cichu, od
dupy strony - Mówiłem, żeby połowę tego chłamu zostawić w stogach! - stękał pod
nosem, ocierając brudnym rękawem pot z czoła - Koła grzęzną w tym lędziańskim
bagnie po same osie! Jak nas dopadną, to przez te wasze garnki i kożuchy. Sam
was nie obronię!
Z trudem powstrzymywał łzy, pchając wóz z ciężkimi belami
tkanin, które sam zrabował jeszcze latem.
W tym samym momencie z pobliskiego szuwaru zerwał się
bąk. Jego głuche, niskie buczenie przypominające dmuchanie w pustą flaszę
sprawiło, że Dzbanosław aż podskoczył, upuszczając niesioną tarczę w błoto.
- Stul pysk, Batymirze! - warknął Dzbanosław - Szedł
tuż obok, a jego potężne, owłosione łapska bez przerwy gładziły stylisko
topora. W jego oczach zamiast strachu płonęła tępa, desperacka złość -
Przynajmniej będziesz miał miękkie posłanie do trumny. Jeśli ten wilkołak
Grotomir się zjawi, nie oddam skóry bez krwawych nacięć na jego piersi. Wolę
paść tu, w tym błocie, niż dać się zarżnąć jak prosiak na jego własnym
podwórcu!
Z tyłu kolumny, noga za nogą, wlókł się Suskomir. W
ręku trzymał jedynie suchy kij, którym co chwilę dźgał leśne podłoże. Na twarzy
wciąż malowała się ta sama apatia, która doprowadzała Kaczomira do szaleństwa.
- I po co ten pośpiech? - mruczał sam do siebie, na tyle głośno, by słyszeli go
inni -Koń ucieka, wóz ucieka, a błoto i tak nas wszystkich przyjmie. Przecież
mówiłem, żeby zgasić łuczywa i siedzieć cicho. W puszczy lędziańskiej pełno
jest liczek i strzyg. Prędzej one nas tu rozszarpią niż wojownicy znad
Srebrzanki. A jak nie one, to Awarowie przyjadą na tych swoich chudych
szkapiętach i spytają, gdzie podział się Tarkan...
- Zamknij gębę, Suskomirze, bo sam cię w tym bagnie
utopię! - wrzasnął cicho Kaczomir, obracając się w siodle - Żadnych Awarów tu
nie ma! Jesteśmy bezpieczni, dopóki trzymamy się ścieżki na moczary. Tam żaden
ciężki koń nie przejdzie, a Grotomir straci trop w trzęsawisku.
Kaczomir kłamał i wszyscy o tym wiedzieli. W głębi
duszy mały wódz czuł, jak żołądek kurczy mu się w lodowaty supeł. Przebiegły
umysł podsuwał mu najgorsze obrazy: rozjuszonych stepowych jeźdźców z kaganatu,
którzy za śmierć Tarkana zażądają głowy jego samego albo topór Gromomira
spadający na jego kark z siłą pioruna. Nie było dobrego wyjścia. Byli zwierzyną
łowną, uciekającą w najdziksze ostępy ziemi.
Tymczasem las wokół nich zaczął rzednąć, ustępując
miejsca bezkresnemu, zdradliwemu dywanowi z mchów i trzcin. Nad bagniskiem
unosiły się opary gęstej, sinej mgły, która tłumiła wszelkie odgłosy. Słońce
chowało się za horyzontem, barwiąc wodę w nielicznych oknach bagiennych na
kolor świeżej krwi.
„Zakute Łby” weszli w samo serce lędziańskich
moczarów, nieświadomi tego, co działo się zaledwie kilka mil za ich plecami.
W głębi puszczy, tam gdzie trakt wciąż był twardy,
poruszał się inny cień. Grotomir szedł na czele swoich ludzi z niesamowitą,
drapieżną konsekwencją. Nie biegli, by nie tracić sił, ale ich krok był miarowy
i nieubłagany. Młody wódz szedł po śladach kół i stratowanej trawy, które
spanikowany Kaczomir zostawiał za sobą niczym drogowskazy. Obok niego kroczył
Gromomir, rzucając ponure spojrzenia w mrok rozrastający się między drzewami.
Grotomir czuł zapach spalenizny i strachu niosący się
z wiatrem. Wiedział, że zdrajcy są blisko. Wiedział też, że czas ucieka, a
wielka burza ze stepu dopiero nadciąga. Na razie jednak liczyło się tylko jedno
- dopaść Kaczomira, zanim bagno na dobre ukryje jego grzechy.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz