pekao

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

niedziela, 3 maja 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 4)

Tarkan wjechał do osady Kaczomira tak, jakby wjeżdżał do stajni pełnej podrzędnego bydła. Jego wojownicy - odziani w lamelkowe pancerze, które pobłyskiwały w zachodzącym słońcu, z płaszczami spiętymi bogato zdobionymi klamrami - nie zsiadali z koni. Patrzyli na Słowian z wysokości wysokich łęków swoich siodeł. Ich luźne spodnie, wpuszczone w skórzane buty z żelaznymi strzemionami, świadczyły o życiu spędzonym w galopie.

 Wioska Kaczomira zamarła. „Zakute Łby” kulili się po kątach, zaciskając pięści na trzonkach siekier, gdy Awarowie bezczelnie chwytali dziewki za warkocze, śmiejąc się w głos. Jedynie surowy wzrok Tarkana i jego krótki, szczekliwy rozkaz powstrzymały najeźdźców przed najgorszym. Dla niego Słowianie byli tylko narzędziami - jutro rano mieli wskazać drogę, a potem przestać istnieć w jego pamięci.

Następnego dnia las przywitał ich gęstą, mleczną mgłą. Srebrzanka szumiała jednostajnie, a w koronach wiekowych dębów i sosen świergotały zięby, nieświadome nadchodzącej rzezi. Tarkan, pewny swego, zatrzymał oddział na skraju gęstwiny.

- Dalej trafimy sami - rzucił pogardliwie do Kaczomira. - Nie chcę dzielić łupów z kimś, kto trzęsie się na widok własnego cienia. Precz!

Kaczomir, przełknąwszy zniewagę, wycofał się ze swoimi ludźmi na pobliskie wzgórze. Z ukrycia, wśród jałowców, obserwowali, jak duma stepu wjeżdża w zielone gardło lasu.


Osada Grotomira wydawała się uśpiona. Z jednego komina leniwie unosił się dym, nie widać było żywej duszy. Tarkan uśmiechnął się drapieżnie, wyciągając z łubia łuk kompozytowy. Nie wiedział jednak, że w cieniu paproci i za zwalonymi pniami czuwają ludzie Giertymira, a topornicy Gromomira wstrzymują oddech, z dłońmi zaciśniętymi na styliskach.



Gdy przednia straż Awarów wjechała na podmokłą polanę, nagle ziemia rozstąpiła się pod kopytami. Pierwsze konie runęły w wilcze doły, łamiąc nogi i zrzucając jeźdźców wprost na zaostrzone paliki.

- Teraz! - ryk Grotomira przeciął świergot ptaków.

Z boków posypały się strzały. Awarowie próbowali odpowiedzieć tym samym, ale ich potężne łuki, stworzone do walki na setki metrów, w gęstym lesie były niemal bezużyteczne. Strzały grzęzły w liściach i pniach. Kiedy Tarkan chciał wydać rozkaz do odwrotu, usłyszał potężny trzask. Przygotowane wcześniej drzewa, podcięte i utrzymywane jedynie na linach, runęły na ścieżkę, odcinając drogę ucieczki. Potężne dębowe konary zmiażdżyły tylną straż, grzebiąc ludzi i konie w błocie.

Konnica ugrzęzła w mułach Srebrzanki. Żelazne strzemiona, które dawały im przewagę na stepie, teraz stawały się pułapką, gdy ciężkie konie zapadały się po brzuchy.

Wtedy z zarośli wypadli oszczepnicy. Krótkie, szybkie pchnięcia były celniejsze niż strzały. Gromomir, z dzikim okrzykiem, rozłupywał lamelkowe pancerze potężnymi ciosami topora, torując drogę bratu.



Grotomir dopadł samego Tarkana. Awaryjski dowódca, choć zrzucony z konia, wciąż był groźny - wyciągnął zakrzywiony miecz, ale w błocie po kolana nie miał już swojej mobilności. Grotomir nie bawił się w podchody. Uniknął cięcia, skrócił dystans i z całą siłą wbił ciężki topór w hełm Tarkana. Stal pękła z głuchym odgłosem, kończąc sny najeźdźcy o podboju leśnych ludów.

Na wzgórzu Kaczomir zbladł. Widział, jak niezwyciężona armia stepu zmienia się w stertę krwawiącego żelaza.

- Panie, uderzmy teraz! Pomóżmy im! - krzyczał Batymir, widząc, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę Grotomira. Kaczomir jednak tylko się trząsł.

- Za późno... - wykrztusił po dłuższej chwili - Jeśli tam pójdziemy, Grotomir nas pozżera.

- Przynajmniej nam Awarowie - skomentował w międzyczasie Suskomir - dziewek nie zbałamucą...

- Milcz głupcze! - syknął wściekle Kaczomir - Wszystko się wali, a ten dziewkami będzie się przejmował!

Żerca Wrzaskun, czując, że jego intrygi właśnie obróciły się w popiół, zaczął powoli wycofywać się w stronę gęstwiny. Wiedział, że gniew Grotomira będzie gorszy niż wszystkie strzały Awarów. Kiedy oddział Kaczomira rzucił się do panicznej ucieczki w stronę własnej osady, każdy z nich zadawał sobie jedno pytanie: co zrobią, gdy Grotomir i Gromomir zapukają do ich bram z toporami ociekającymi krwią ich niedoszłych sojuszników?



Gdy ciało Tarkana bezwładnie osunęło się w muł Srebrzanki, w szeregach Awarów na moment zapadła upiorna cisza, przerwana jedynie przez charkot koni. Słowianie unieśli broń w geście zwycięstwa, lecz duma koczowników była silniejsza niż strach przed śmiercią.

- Za Tarkana! - zawył jeden z podwładnych wodza, mężczyzna o twarzy pociętej bliznami, i rzucił się naprzód, tnąc na odlew zakrzywionym mieczem.

Reszta ocalałych jeźdźców, widząc, że odwrót jest odcięty przez zwalone pnie, zsiadła z koni. Stworzyli „żółwia” z okrągłych tarcz, stając ramię w ramię na skrawku twardszego gruntu. To nie byli już najeźdźcy z wyższością patrzący na chłopów - to były ranne wilki, najbardziej niebezpieczne w swej agonii.

Grupka około dwudziestu Awarów, najlepiej opancerzonych, z lameli których spływała krew i błoto, stawiła zaciekły opór. Ich łuki poszły w odstawkę, w ruch poszły krótkie włócznie i miecze. Walczyli z desperacją szczurów zapędzonych w kozi róg, rycząc w swoim gardłowym języku.

To tam wywiązała się najbardziej krwawa bijatyka. Słowianie, rozochoceni sukcesem, rzucili się na nich z furią, ale mur lamelkowych pancerzy okazał się twardy.

- Za Srebrzankę! Za nasze progi! - krzyczał Gniewko, jeden z najbardziej porywczych wojowników Giertymira.

Młody, silny jak tur Słowianin, zamierzył się szeroko włócznią, chcąc przebić gardło jednego z koczowników. Nie zauważył jednak, że inny Awar, niemal całkowicie ukryty w błocie za martwym koniem, wyprowadził zdradzieckie pchnięcie mieczem od dołu. Ostrze przeszyło udo Gniewka, a gdy ten zachwiał się, kolejna włócznia uderzyła go prosto w pierś. Gniewko padł na kolana, krew splamiła mętne wody rozlewiska. Jego oczy, jeszcze przed chwilą pełne bitewnego żaru, zaszły mgłą.

- Gniewko! - ryknął Giertymir, widząc śmierć swojego druha, i z podwojoną siłą uderzył na awarski krąg.

Widząc, że najeźdźcy stawiają zaciekły opór, Grotomir, ocierając twarz z krwi Tarkana, dał znak łucznikom ukrytym na drzewach.

- Nie marnować ludzi! Szyć do nich jak do dzików! - rozkazał.

Dopiero teraz zaczęło się systematyczne dobijanie. Słowianie nie zbliżali się już na długość miecza, lecz z bezpiecznej odległości zasypywali resztki oddziału oszczepami i strzałami. Każdy Awar, który próbował wyrwać się z okrążenia, grzązł w bagnie, stając się łatwym celem. Ci, którzy przeżyli pod dębem, wkrótce przypominali jeże, najeżeni słowiańskimi grotami.

Gromomir, sapiąc ciężko, dokończył dzieła, rozbijając ostatnie tarcze swoim ciężkim toporem. Kiedy ostatni z najeźdźców padł twarzą w błoto, nad Srebrzanką zapadła upiorna cisza, przerywana jedynie rżeniem rannych koni i ciężkim oddechem zwycięzców. Puszcza znów należała do Słowian, ale cena, jaką zapłacił Gniewko i kilku innych ludzi, sprawiła, że triumf miał gorzki posmak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz