Tarkan wjechał do osady Kaczomira tak, jakby wjeżdżał do stajni pełnej podrzędnego bydła. Jego wojownicy - odziani w lamelkowe pancerze, które pobłyskiwały w zachodzącym słońcu, z płaszczami spiętymi bogato zdobionymi klamrami - nie zsiadali z koni. Patrzyli na Słowian z wysokości wysokich łęków swoich siodeł. Ich luźne spodnie, wpuszczone w skórzane buty z żelaznymi strzemionami, świadczyły o życiu spędzonym w galopie.
Następnego dnia las przywitał ich gęstą, mleczną mgłą. Srebrzanka szumiała jednostajnie, a w koronach wiekowych dębów i sosen świergotały zięby, nieświadome nadchodzącej rzezi. Tarkan, pewny swego, zatrzymał oddział na skraju gęstwiny.
- Dalej trafimy sami - rzucił pogardliwie do Kaczomira. - Nie chcę dzielić
łupów z kimś, kto trzęsie się na widok własnego cienia. Precz!
Kaczomir, przełknąwszy zniewagę, wycofał się ze swoimi ludźmi na pobliskie wzgórze. Z ukrycia, wśród jałowców, obserwowali, jak duma stepu wjeżdża w zielone gardło lasu.
Gdy przednia straż Awarów wjechała na podmokłą polanę, nagle ziemia rozstąpiła się pod kopytami. Pierwsze konie runęły w wilcze doły, łamiąc nogi i zrzucając jeźdźców wprost na zaostrzone paliki.
- Teraz! - ryk Grotomira przeciął świergot ptaków.
Z boków posypały się strzały. Awarowie próbowali odpowiedzieć tym samym,
ale ich potężne łuki, stworzone do walki na setki metrów, w gęstym lesie były niemal
bezużyteczne. Strzały grzęzły w liściach i pniach. Kiedy Tarkan chciał wydać
rozkaz do odwrotu, usłyszał potężny trzask. Przygotowane wcześniej drzewa,
podcięte i utrzymywane jedynie na linach, runęły na ścieżkę, odcinając drogę
ucieczki. Potężne dębowe konary zmiażdżyły tylną straż, grzebiąc ludzi i konie
w błocie.
Konnica ugrzęzła w mułach Srebrzanki. Żelazne strzemiona, które dawały im przewagę na stepie, teraz stawały się pułapką, gdy ciężkie konie zapadały się po brzuchy.
Wtedy z zarośli wypadli oszczepnicy. Krótkie, szybkie pchnięcia były celniejsze
niż strzały. Gromomir, z dzikim okrzykiem, rozłupywał lamelkowe pancerze
potężnymi ciosami topora, torując drogę bratu.
Grotomir dopadł samego Tarkana. Awaryjski dowódca, choć zrzucony z konia, wciąż był groźny - wyciągnął zakrzywiony miecz, ale w błocie po kolana nie miał już swojej mobilności. Grotomir nie bawił się w podchody. Uniknął cięcia, skrócił dystans i z całą siłą wbił ciężki topór w hełm Tarkana. Stal pękła z głuchym odgłosem, kończąc sny najeźdźcy o podboju leśnych ludów.
Na wzgórzu Kaczomir zbladł. Widział, jak niezwyciężona armia stepu zmienia się w stertę krwawiącego żelaza.
- Panie, uderzmy teraz! Pomóżmy im! - krzyczał Batymir, widząc, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę Grotomira. Kaczomir jednak tylko się trząsł.
- Za późno... - wykrztusił po dłuższej chwili - Jeśli tam pójdziemy, Grotomir nas pozżera.
- Przynajmniej nam Awarowie - skomentował w międzyczasie Suskomir - dziewek nie zbałamucą...
- Milcz głupcze! - syknął wściekle Kaczomir - Wszystko się wali, a ten dziewkami będzie się przejmował!
Żerca Wrzaskun, czując, że jego intrygi właśnie obróciły się w popiół, zaczął powoli wycofywać się w stronę gęstwiny. Wiedział, że gniew Grotomira będzie gorszy niż wszystkie strzały Awarów. Kiedy oddział Kaczomira rzucił się do panicznej ucieczki w stronę własnej osady, każdy z nich zadawał sobie jedno pytanie: co zrobią, gdy Grotomir i Gromomir zapukają do ich bram z toporami ociekającymi krwią ich niedoszłych sojuszników?
Gdy ciało Tarkana bezwładnie osunęło się w muł Srebrzanki, w szeregach Awarów na moment zapadła upiorna cisza, przerwana jedynie przez charkot koni. Słowianie unieśli broń w geście zwycięstwa, lecz duma koczowników była silniejsza niż strach przed śmiercią.
- Za Tarkana! - zawył jeden z podwładnych wodza,
mężczyzna o twarzy pociętej bliznami, i rzucił się naprzód, tnąc na odlew
zakrzywionym mieczem.
Reszta ocalałych jeźdźców, widząc, że odwrót jest
odcięty przez zwalone pnie, zsiadła z koni. Stworzyli „żółwia” z okrągłych
tarcz, stając ramię w ramię na skrawku twardszego gruntu. To nie byli już
najeźdźcy z wyższością patrzący na chłopów - to były ranne wilki, najbardziej
niebezpieczne w swej agonii.
Grupka około dwudziestu Awarów, najlepiej opancerzonych, z lameli których
spływała krew i błoto, stawiła zaciekły opór. Ich łuki poszły w odstawkę, w
ruch poszły krótkie włócznie i miecze. Walczyli z desperacją szczurów
zapędzonych w kozi róg, rycząc w swoim gardłowym języku.
To tam wywiązała się najbardziej krwawa bijatyka.
Słowianie, rozochoceni sukcesem, rzucili się na nich z furią, ale mur
lamelkowych pancerzy okazał się twardy.
- Za Srebrzankę! Za nasze progi! - krzyczał Gniewko,
jeden z najbardziej porywczych wojowników Giertymira.
Młody, silny jak tur Słowianin, zamierzył się szeroko
włócznią, chcąc przebić gardło jednego z koczowników. Nie zauważył jednak, że
inny Awar, niemal całkowicie ukryty w błocie za martwym koniem, wyprowadził
zdradzieckie pchnięcie mieczem od dołu. Ostrze przeszyło udo Gniewka, a gdy ten
zachwiał się, kolejna włócznia uderzyła go prosto w pierś. Gniewko padł na
kolana, krew splamiła mętne wody rozlewiska. Jego oczy, jeszcze przed chwilą
pełne bitewnego żaru, zaszły mgłą.
- Gniewko! - ryknął Giertymir, widząc śmierć swojego
druha, i z podwojoną siłą uderzył na awarski krąg.
Widząc, że najeźdźcy stawiają zaciekły opór, Grotomir,
ocierając twarz z krwi Tarkana, dał znak łucznikom ukrytym na drzewach.
- Nie marnować ludzi! Szyć do nich jak do dzików! - rozkazał.
Dopiero teraz zaczęło się systematyczne dobijanie.
Słowianie nie zbliżali się już na długość miecza, lecz z bezpiecznej odległości
zasypywali resztki oddziału oszczepami i strzałami. Każdy Awar, który próbował
wyrwać się z okrążenia, grzązł w bagnie, stając się łatwym celem. Ci, którzy
przeżyli pod dębem, wkrótce przypominali jeże, najeżeni słowiańskimi grotami.
Gromomir, sapiąc ciężko, dokończył dzieła, rozbijając
ostatnie tarcze swoim ciężkim toporem. Kiedy ostatni z najeźdźców padł twarzą w
błoto, nad Srebrzanką zapadła upiorna cisza, przerywana jedynie rżeniem rannych
koni i ciężkim oddechem zwycięzców. Puszcza znów należała do Słowian, ale cena,
jaką zapłacił Gniewko i kilku innych ludzi, sprawiła, że triumf miał gorzki
posmak.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz