Moja lista blogów

pekao

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

piątek, 15 maja 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 5)

Nad Srebrzanką dym z pogrzebowego stosu Gniewka mieszał się z oparami krwi, ale Grotomir z Giertymirem nie tracili czasu na długie żale. Wiedzieli, że wieści niosą się szybciej niż galopujący koń. Młody przywódca kazał jedynie krótko pochylić czoła nad poległymi towarzyszami, po czym zarządził natychmiastowy marsz.

Żerca Wrzaskun nie zaszedł daleko. Choć znał puszczę, strach odebrał mu zmysły. Ludzie Grotomira dopadli go w gęstwinie paproci, gdy próbował przeprawić się przez rzekę. Gromomir osobiście wywlókł go za kołtun na środek polany. Wrzaskun nie przypominał już dumnego sługi bogów. Po krótkiej, brutalnej „rozmowie” z Gromomirem, który nie bawił się w subtelności, Wrzaskun wyśpiewał wszystko.

- Kaczomir... on nie wrócił do chat! - wył, plując krwią - Kazał ładować wozy i pędzić na wschód, ku bagnom na terenach Lędzian. Chce się schować tam, gdzie tylko on zna ścieżki. „Zakute Łby” mają iść z nim, obładowani dobrem! Kaczomir wszystkiego się boi, was, ale i zemsty awarskiej.

Grotomir spojrzał na brata.

- Na bagnach go dopadniemy. Nie pozwolę, by krew naszych braci wsiąkła w ziemię bez zapłaty.

W tym czasie w osadzie Kaczomira panował chaos. Mały wódz, trawiony panicznym lękiem, biegał między chatami, wrzeszcząc na swoich ludzi. Wiedział, że po klęsce Tarkana jest trupem.

- Brać co cenniejsze! Bydło pędzić tyłem, przez brody! - darł się, nerwowo zerkając przez ramię.

Jego „Zakute Łby” nie byli już tak pewni siebie. Wielu z nich widziało z daleka, co Grotomir zrobił z Awarami. Szeptali między sobą o ucieczce do lasu, ale strach przed Kaczomirem i jeszcze większy przed zemstą Grotomira trzymał ich w ryzach. Postanowili, że ruszą razem w stronę niedostępnych moczarów, licząc, że jesienne mgły ich ocalą. Strach miał zapach potu i starych skór, „Zakute Łby” - dotąd hardzi i butni, teraz przypominali stado spłoszonych kuropatw.

- Musimy uciekać! - wrzeszczał Batymir, ładując na wóz bele materiału - Widzieliście Grotomira? To nie człowiek, to wilkołak! Jeśli nas dopadnie, powiesi nas na jelitach Tarkana!

- Głupiś! - odkrzyknął mu Dzbanosław, zaciskając dłoń na wyszczerbionym toporze - W lesie nas wybiją jak zające. Tu mamy płot, mamy chaty! Będziemy się bronić do ostatniego!

Wtedy ze swej półziemianki wychylił się Suskomir, przecierając zaropiałe oczy. Spojrzał na ten chaos z dziwnym spokojem, po czym splunął pod nogi.

- A po co uciekać? Po co się bić? - wychrypiał - Zróbmy tak: pogasimy ogniska, zamkniemy się w chatach, bydło zapędzimy do lasu, żeby nie ryczało i będziemy udawać, że nas tu nie ma. Grotomir pomyśli, żeśmy dawno uciekli i pójdzie dalej szukać pomsty gdzie indziej. Może się nie zorientuje?

Kaczomir, który dotąd stał oparty o słup, trzęsąc się tak mocno, że aż dzwoniły mu ozdoby przy pasie, wyprostował się nagle, słysząc tę bzdurę. Udawał, że poprawia kaftan, choć palce mu drżały jak liście osiki.

- Suskomir ma rację! To znaczy... ja tak zdecydowałem! - zawołał piskliwym głosem, starając się nadać mu ton wodza - Cisza ma być! Nikt nie piśnie, nikt nie wyjdzie za próg!

W głębi duszy Kaczomir czuł jednak, że pętla zaciska się z dwóch stron. Jeśli nie zabije go Grotomir, zrobią to Awarowie. Wyobrażał sobie posłańców z południa, którzy przyjadą spytać, dlaczego stał na wzgórzu i dłubał w nosie, gdy ich bracia ginęli w błocie. Kaczomir wiedział, że dla koczowników zdrada była gorsza niż śmierć, a on zdradził wszystkich po kolei.

- Pakować wozy po cichu! - syknął nagle, zmieniając zdanie pod wpływem wizji awarskiego palowania - Idziemy na bagna! Suskomir, twoja „cisza” nas nie uratuje przed toporem Gromomira. On czuje smród zdrajcy z milowej odległości!

- Przecież przed chwilą… – odgryzł się Suskomir – sam powiedziałeś, że to twoja decyzja by zostać…

- Milcz, ty kozi bobku! - krzyknął wściekle mały wódz - rusz się lepiej i ładuj na wozy!

Wioska zamieniła się w mrowisko pracujące w niemym przerażeniu. Ludzie potykali się o własne nogi, zrzucając ze stołów naczynia, które z brzękiem pękały w ciszy wieczoru, wywołując u Kaczomira niemal zawał serca. Każdy trzask gałęzi w pobliskim lesie brzmiał teraz jak zapowiedź nadchodzącego Grotomira.

Wieści o rzezi oddziału Tarkana dotarły niemal błyskawicznie znacznie dalej. Jeden ocalały z rzezi na bagnach Awar pędził bez wytchnienia, dzień i noc, żeby przekazać wieści. Kilka dni drogi na południe, w obozowisku nad Wisłą, gdzie stacjonowały główne siły awarskie trzymające w ryzach Wiślan, wiadomość wywołała niedowierzanie, a potem zimną furię.

Wielki kaganat nie mógł pozwolić, by garstka leśnych Słowian upokorzyła ich dowódcę. Posłańcy na najszybszych koniach ruszyli do oddziałów stacjonujących u Lędzian. Step zaczął się poruszać. Dla Awarów nie liczył się już tylko łup - teraz chodziło o przykład. Planowali uderzyć całą potęgą, palić każdą chatę i wybijać, każdego, kto nosi topór lub nie, by rzeka Srebrzanka spłynęła krwią aż do samego ujścia.



Grotomir, tropiąc Kaczomira, nie wiedział jeszcze, że właśnie staje się symbolem oporu, który przyciągnie na jego ziemie gniew tysięcy jeźdźców.

 Koła wozów z głośnym mlaśnięciem zapadały się w zdradliwe podłoże, gdy uciekinierzy minęli granice terytorium Lędzian, wkraczając w pas wielkich, bezimiennych bagnisk. Puszcza wokół nich zmieniła swój głos. Ustąpił raźny szum dębów i sosen; tutaj las rzedniał, ustępując miejsca karłowatym, obumarłym brzozom, które sterczały z wody niczym kościste palce topielców. Nad rozlewiskami unosił się ciężki, mdły zapach gnicia i tataraku, podsycany wilgotnym powiewem wiatru. Słońce, skryte za ołowianą kurtyną chmur, rzucało na okolicę trupi, szary blask. Prastary las, rozciągający się ku wschodnim ziemiom Lędzian, nie witał ich jednak z gościnnością. Był szary, zimny i obcy. Liście dębów i grabów, dotknięte pierwszymi jesiennymi chłodami, szeleściły złowrogo pod kołami wozów. Zamiast czystego śpiewu zięb, znad rzecznych rozlewisk niosło się ponure, gardłowe krakanie kruków oraz przeciągłe wycie wilka, ukrytego gdzieś w gęstwinie boru.

Atmosferę zagęszczała narastająca wilgoć. Podłoże stawało się coraz bardziej zdradliwe - czarny, tłusty muł mlaskał pod kopytami wołów, a smród rozkładających się liści i stojącej wody wdzierał się do gardeł.



Kaczomir jechał na przedzie, kurczowo zaciskając dłonie na wodzach. Choć zęby szczękały mu z przerażenia, a serce tłukło się o żebra przy każdym głośniejszym plusku wody, starał się nadrabiać miną, co kilka chwil nerwowo poprawiał czapkę i oglądał się za siebie. Każdy cień kładący się na dukcie brał za słowiański oszczep.

- Szybciej, wy leniwe chamy! - syknął przez ramię, poprawiając na piersi przerośniętą, mosiężną klamrę, która miała świadczyć o jego statusie - Pokażemy temu leśnemu prostakowi, Grotomirowi, jak walczą i manewrują prawdziwi stratedzy! Na tych moczarach jego topory zdadzą się na nic. Ja tu rządzę! Szybciej, wy leniwe gnioty! Myślicie, że Grotomir da wam czas na postój? Jeśli dym z jego ognisk nas dogoni, to wasze łby ozdobią pale!

- To w końcu jak? - zastanawiał się Suskomir - Raz mamy mu pokazać jak walczymy, a innym razem mamy się bać?

- Milcz głupcze! - syknął wściekle mały wódz - jeszcze raz otworzysz usta, a zrobisz to po raz ostatni!

- Ty rządzisz, panie, ale to moje plecy pękają od pchania tej przeklętej osi - warknął pod nosem Batymir, spluwając gęstą śliną w rzęsę wodną. Choć zawsze uważał się za najsilniejszego w osadzie, teraz jego gęba była sina z wysiłku, a gburowaty humor ustępował miejsca czystej wściekłości - Jeśli to koło zaraz pęknie, zostawiam ten wóz i was wszystkich. Grotomir przynajmniej rąbie od przodu, a to bagno wciąga człowieka po cichu, od dupy strony - Mówiłem, żeby połowę tego chłamu zostawić w stogach! - stękał pod nosem, ocierając brudnym rękawem pot z czoła - Koła grzęzną w tym lędziańskim bagnie po same osie! Jak nas dopadną, to przez te wasze garnki i kożuchy. Sam was nie obronię!

Z trudem powstrzymywał łzy, pchając wóz z ciężkimi belami tkanin, które sam zrabował jeszcze latem.

W tym samym momencie z pobliskiego szuwaru zerwał się bąk. Jego głuche, niskie buczenie przypominające dmuchanie w pustą flaszę sprawiło, że Dzbanosław aż podskoczył, upuszczając niesioną tarczę w błoto.

- Stul pysk, Batymirze! - warknął Dzbanosław - Szedł tuż obok, a jego potężne, owłosione łapska bez przerwy gładziły stylisko topora. W jego oczach zamiast strachu płonęła tępa, desperacka złość - Przynajmniej będziesz miał miękkie posłanie do trumny. Jeśli ten wilkołak Grotomir się zjawi, nie oddam skóry bez krwawych nacięć na jego piersi. Wolę paść tu, w tym błocie, niż dać się zarżnąć jak prosiak na jego własnym podwórcu!

Z tyłu kolumny, noga za nogą, wlókł się Suskomir. W ręku trzymał jedynie suchy kij, którym co chwilę dźgał leśne podłoże. Na twarzy wciąż malowała się ta sama apatia, która doprowadzała Kaczomira do szaleństwa.

- I po co ten pośpiech? - mruczał sam do siebie, na tyle głośno, by słyszeli go inni -Koń ucieka, wóz ucieka, a błoto i tak nas wszystkich przyjmie. Przecież mówiłem, żeby zgasić łuczywa i siedzieć cicho. W puszczy lędziańskiej pełno jest liczek i strzyg. Prędzej one nas tu rozszarpią niż wojownicy znad Srebrzanki. A jak nie one, to Awarowie przyjadą na tych swoich chudych szkapiętach i spytają, gdzie podział się Tarkan...

- Zamknij gębę, Suskomirze, bo sam cię w tym bagnie utopię! - wrzasnął cicho Kaczomir, obracając się w siodle - Żadnych Awarów tu nie ma! Jesteśmy bezpieczni, dopóki trzymamy się ścieżki na moczary. Tam żaden ciężki koń nie przejdzie, a Grotomir straci trop w trzęsawisku.

Kaczomir kłamał i wszyscy o tym wiedzieli. W głębi duszy mały wódz czuł, jak żołądek kurczy mu się w lodowaty supeł. Przebiegły umysł podsuwał mu najgorsze obrazy: rozjuszonych stepowych jeźdźców z kaganatu, którzy za śmierć Tarkana zażądają głowy jego samego albo topór Gromomira spadający na jego kark z siłą pioruna. Nie było dobrego wyjścia. Byli zwierzyną łowną, uciekającą w najdziksze ostępy ziemi.

Tymczasem las wokół nich zaczął rzednąć, ustępując miejsca bezkresnemu, zdradliwemu dywanowi z mchów i trzcin. Nad bagniskiem unosiły się opary gęstej, sinej mgły, która tłumiła wszelkie odgłosy. Słońce chowało się za horyzontem, barwiąc wodę w nielicznych oknach bagiennych na kolor świeżej krwi.

„Zakute Łby” weszli w samo serce lędziańskich moczarów, nieświadomi tego, co działo się zaledwie kilka mil za ich plecami.

W głębi puszczy, tam gdzie trakt wciąż był twardy, poruszał się inny cień. Grotomir szedł na czele swoich ludzi z niesamowitą, drapieżną konsekwencją. Nie biegli, by nie tracić sił, ale ich krok był miarowy i nieubłagany. Młody wódz szedł po śladach kół i stratowanej trawy, które spanikowany Kaczomir zostawiał za sobą niczym drogowskazy. Obok niego kroczył Gromomir, rzucając ponure spojrzenia w mrok rozrastający się między drzewami.

Grotomir czuł zapach spalenizny i strachu niosący się z wiatrem. Wiedział, że zdrajcy są blisko. Wiedział też, że czas ucieka, a wielka burza ze stepu dopiero nadciąga. Na razie jednak liczyło się tylko jedno - dopaść Kaczomira, zanim bagno na dobre ukryje jego grzechy.


niedziela, 3 maja 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 4)

Tarkan wjechał do osady Kaczomira tak, jakby wjeżdżał do stajni pełnej podrzędnego bydła. Jego wojownicy - odziani w lamelkowe pancerze, które pobłyskiwały w zachodzącym słońcu, z płaszczami spiętymi bogato zdobionymi klamrami - nie zsiadali z koni. Patrzyli na Słowian z wysokości wysokich łęków swoich siodeł. Ich luźne spodnie, wpuszczone w skórzane buty z żelaznymi strzemionami, świadczyły o życiu spędzonym w galopie.

 Wioska Kaczomira zamarła. „Zakute Łby” kulili się po kątach, zaciskając pięści na trzonkach siekier, gdy Awarowie bezczelnie chwytali dziewki za warkocze, śmiejąc się w głos. Jedynie surowy wzrok Tarkana i jego krótki, szczekliwy rozkaz powstrzymały najeźdźców przed najgorszym. Dla niego Słowianie byli tylko narzędziami - jutro rano mieli wskazać drogę, a potem przestać istnieć w jego pamięci.

Następnego dnia las przywitał ich gęstą, mleczną mgłą. Srebrzanka szumiała jednostajnie, a w koronach wiekowych dębów i sosen świergotały zięby, nieświadome nadchodzącej rzezi. Tarkan, pewny swego, zatrzymał oddział na skraju gęstwiny.

- Dalej trafimy sami - rzucił pogardliwie do Kaczomira. - Nie chcę dzielić łupów z kimś, kto trzęsie się na widok własnego cienia. Precz!

Kaczomir, przełknąwszy zniewagę, wycofał się ze swoimi ludźmi na pobliskie wzgórze. Z ukrycia, wśród jałowców, obserwowali, jak duma stepu wjeżdża w zielone gardło lasu.


Osada Grotomira wydawała się uśpiona. Z jednego komina leniwie unosił się dym, nie widać było żywej duszy. Tarkan uśmiechnął się drapieżnie, wyciągając z łubia łuk kompozytowy. Nie wiedział jednak, że w cieniu paproci i za zwalonymi pniami czuwają ludzie Giertymira, a topornicy Gromomira wstrzymują oddech, z dłońmi zaciśniętymi na styliskach.



Gdy przednia straż Awarów wjechała na podmokłą polanę, nagle ziemia rozstąpiła się pod kopytami. Pierwsze konie runęły w wilcze doły, łamiąc nogi i zrzucając jeźdźców wprost na zaostrzone paliki.

- Teraz! - ryk Grotomira przeciął świergot ptaków.

Z boków posypały się strzały. Awarowie próbowali odpowiedzieć tym samym, ale ich potężne łuki, stworzone do walki na setki metrów, w gęstym lesie były niemal bezużyteczne. Strzały grzęzły w liściach i pniach. Kiedy Tarkan chciał wydać rozkaz do odwrotu, usłyszał potężny trzask. Przygotowane wcześniej drzewa, podcięte i utrzymywane jedynie na linach, runęły na ścieżkę, odcinając drogę ucieczki. Potężne dębowe konary zmiażdżyły tylną straż, grzebiąc ludzi i konie w błocie.

Konnica ugrzęzła w mułach Srebrzanki. Żelazne strzemiona, które dawały im przewagę na stepie, teraz stawały się pułapką, gdy ciężkie konie zapadały się po brzuchy.

Wtedy z zarośli wypadli oszczepnicy. Krótkie, szybkie pchnięcia były celniejsze niż strzały. Gromomir, z dzikim okrzykiem, rozłupywał lamelkowe pancerze potężnymi ciosami topora, torując drogę bratu.



Grotomir dopadł samego Tarkana. Awaryjski dowódca, choć zrzucony z konia, wciąż był groźny - wyciągnął zakrzywiony miecz, ale w błocie po kolana nie miał już swojej mobilności. Grotomir nie bawił się w podchody. Uniknął cięcia, skrócił dystans i z całą siłą wbił ciężki topór w hełm Tarkana. Stal pękła z głuchym odgłosem, kończąc sny najeźdźcy o podboju leśnych ludów.

Na wzgórzu Kaczomir zbladł. Widział, jak niezwyciężona armia stepu zmienia się w stertę krwawiącego żelaza.

- Panie, uderzmy teraz! Pomóżmy im! - krzyczał Batymir, widząc, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę Grotomira. Kaczomir jednak tylko się trząsł.

- Za późno... - wykrztusił po dłuższej chwili - Jeśli tam pójdziemy, Grotomir nas pozżera.

- Przynajmniej nam Awarowie - skomentował w międzyczasie Suskomir - dziewek nie zbałamucą...

- Milcz głupcze! - syknął wściekle Kaczomir - Wszystko się wali, a ten dziewkami będzie się przejmował!

Żerca Wrzaskun, czując, że jego intrygi właśnie obróciły się w popiół, zaczął powoli wycofywać się w stronę gęstwiny. Wiedział, że gniew Grotomira będzie gorszy niż wszystkie strzały Awarów. Kiedy oddział Kaczomira rzucił się do panicznej ucieczki w stronę własnej osady, każdy z nich zadawał sobie jedno pytanie: co zrobią, gdy Grotomir i Gromomir zapukają do ich bram z toporami ociekającymi krwią ich niedoszłych sojuszników?



Gdy ciało Tarkana bezwładnie osunęło się w muł Srebrzanki, w szeregach Awarów na moment zapadła upiorna cisza, przerwana jedynie przez charkot koni. Słowianie unieśli broń w geście zwycięstwa, lecz duma koczowników była silniejsza niż strach przed śmiercią.

- Za Tarkana! - zawył jeden z podwładnych wodza, mężczyzna o twarzy pociętej bliznami, i rzucił się naprzód, tnąc na odlew zakrzywionym mieczem.

Reszta ocalałych jeźdźców, widząc, że odwrót jest odcięty przez zwalone pnie, zsiadła z koni. Stworzyli „żółwia” z okrągłych tarcz, stając ramię w ramię na skrawku twardszego gruntu. To nie byli już najeźdźcy z wyższością patrzący na chłopów - to były ranne wilki, najbardziej niebezpieczne w swej agonii.

Grupka około dwudziestu Awarów, najlepiej opancerzonych, z lameli których spływała krew i błoto, stawiła zaciekły opór. Ich łuki poszły w odstawkę, w ruch poszły krótkie włócznie i miecze. Walczyli z desperacją szczurów zapędzonych w kozi róg, rycząc w swoim gardłowym języku.

To tam wywiązała się najbardziej krwawa bijatyka. Słowianie, rozochoceni sukcesem, rzucili się na nich z furią, ale mur lamelkowych pancerzy okazał się twardy.

- Za Srebrzankę! Za nasze progi! - krzyczał Gniewko, jeden z najbardziej porywczych wojowników Giertymira.

Młody, silny jak tur Słowianin, zamierzył się szeroko włócznią, chcąc przebić gardło jednego z koczowników. Nie zauważył jednak, że inny Awar, niemal całkowicie ukryty w błocie za martwym koniem, wyprowadził zdradzieckie pchnięcie mieczem od dołu. Ostrze przeszyło udo Gniewka, a gdy ten zachwiał się, kolejna włócznia uderzyła go prosto w pierś. Gniewko padł na kolana, krew splamiła mętne wody rozlewiska. Jego oczy, jeszcze przed chwilą pełne bitewnego żaru, zaszły mgłą.

- Gniewko! - ryknął Giertymir, widząc śmierć swojego druha, i z podwojoną siłą uderzył na awarski krąg.

Widząc, że najeźdźcy stawiają zaciekły opór, Grotomir, ocierając twarz z krwi Tarkana, dał znak łucznikom ukrytym na drzewach.

- Nie marnować ludzi! Szyć do nich jak do dzików! - rozkazał.

Dopiero teraz zaczęło się systematyczne dobijanie. Słowianie nie zbliżali się już na długość miecza, lecz z bezpiecznej odległości zasypywali resztki oddziału oszczepami i strzałami. Każdy Awar, który próbował wyrwać się z okrążenia, grzązł w bagnie, stając się łatwym celem. Ci, którzy przeżyli pod dębem, wkrótce przypominali jeże, najeżeni słowiańskimi grotami.

Gromomir, sapiąc ciężko, dokończył dzieła, rozbijając ostatnie tarcze swoim ciężkim toporem. Kiedy ostatni z najeźdźców padł twarzą w błoto, nad Srebrzanką zapadła upiorna cisza, przerywana jedynie rżeniem rannych koni i ciężkim oddechem zwycięzców. Puszcza znów należała do Słowian, ale cena, jaką zapłacił Gniewko i kilku innych ludzi, sprawiła, że triumf miał gorzki posmak.