san

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

wtorek, 17 marca 2026

Epopeja słowiańska - Czas topora i płużnego ostrza (część 3)

Kaczomir, w swej pysze – jeszcze przed przybyciem Awarów - postanowił urządzić wielką zabawę okraszoną występami najsłynniejszych gęślarzy i piszczałków oraz sutą biesiadą. Mały wódz wierzył, że Grotomir jest już skończony – powierzył organizację Sasimirowi, który słynął w osadzie ze smykałki do widowisk i hucznych zabaw, poza tym tylko on mógł zdążyć z organizacją przed walną rozprawą z mieszkańcami nowej osady nad Srebrzanką.


Na podwyższeniu z dębowych kłód stanęli najsłynniejsi grajkowie, których hojnie opłacił Kaczomir.

Zenomir - chłop o radosnym obliczu, z gęślami przewieszonymi przez ramię. Jego głos niósł się po całej okolicy, a refren jego pieśni o „gwiazdach i oczach kochanki” znał każdy, nie tylko w tej osadzie.

Zenomir wskoczył hyżo na drewniane podwyższenie i niemal z marszu zaczął śpiewać:

 „Przez twe oczy jak mchy zielone – oszalałem!

Gwiazdy na niebie dla ciebie ukraść bym śmiał!

Lecz serce moje przez ciebie zranione – pokochałem!

Taki to los mi Swaróg w swej szczodrości dziś dał!”

Występ Zenomira rozgrzał zgromadzonych, a po krótkiej przerwie na słowiańską scenę wybiegła grupa młodych, krzepkich chłopaków w haftowanych koszulach, którzy rytmicznie uderzali w bębny i skakali przez rozpalone obok ogniska. Nazywali się Mołodycy. Po krótkich podrygiwaniach jeden z nich zaczął śpiewać, a reszta wciąż skakała w rytm muzyki:

„Tyś jest szalona, mówię ci!

Zawsze wygrywasz w moich snach!

Chciałbym cię porwać w leśną gęstwinę!

Zniknąć z tobą w paprociach i mchach!”

Tłum bawił się coraz lepiej, wszyscy czekali na kolejnych grajków, a Sasimir w przerwach intonował przyśpiewki ku czci małego wodza, w stylu:

„Wszyscy co znają Kaczomira naszego,

To dobrze wiedzą, że nie ma wodza lepszego”

Na scenę wyszła kolejna grupa, na czele ze starszym, wysokim gęślarzem. Nazywali się Pełny Spichlerz i śpiewali głównie o tym, co bliskie sercu każdego kmiecia – o dostatku i … bieliźnie.

„Giezłeczko w kwiateczki, białe falbaneczki!

Pod dębem starym, gdzie rzeczka lśni!

Giezłeczko w kwiateczki, urocze dzieweczki!

O takim szczęściu każdy wojownik śni!”

Osada Kaczomira huczała od śmiechów. Sasimir dwoił się i troił by miód lał się strumieniami, a jadło parowało na stołach.

- Patrzcie! - krzyczał Kaczomir do zgromadzonych gości - Tak bawią się ci, którzy trzymają z silniejszymi! Grotomir marznie na bagnach, a my mamy pieśni Zenomira i pełne brzuchy!

Następnie sceną zawładnęli Golechowie, dwaj krzepcy bracia, którzy zamiast trąbek używali wielkich rogów turzych i drewnianych piszczałek, a ich doniosłe głosy niosły się daleko. Zaśpiewali utwór idealnie pasuje do ambicji Kaczomira, który na zgliszczach spalonych osad chciał budować swoje „imperium” pod butem Awarów.

„Tu na razie jest rżysko, błoto i pogorzelisko!

Lecz tam, gdzie dym gryzie w oczy, stanie Kaczomira grodzisko!

A tam, gdzie rzeka leniwie płynie przez te mokradła!

Będzie stała karczma wielka, by sytym zjeść jadła!”

Sasimir był wniebowzięty. Kaczomir, podchmielony miodem, kazał Braciom Golechom powtarzać refren o grodzisku już po raz dziesiąty. Wszyscy ryczeli razem z nimi, wierząc, że oto nastał czas ich chwały. Dzbanosław wybijał rytm rękojeścią noża o swój lśniący hełm, tworząc metaliczny akompaniament do pieśni o potędze.

Zenomir stał z boku, popijając z rogu i czekając na swoją kolej, by znów zaśpiewać o mchach zielonych. Nawet Wrzaskun, choć zwykle ponury, podrygiwał lekko przy ognisku, czując, że jego wróżby o upadku Grotomira wreszcie się ziszczają.

Tymczasem nieopodal, w głębokim cieniu, Grotomir patrzył na to widowisko z mieszaniną litości i pogardy. Obok niegoGiertymir ledwo powstrzymywał śmiech, słysząc zapowiedzi o budowie wielkiego grodu na bagnach.

- Słyszysz te zakute łby, Grotomirze? - szepnął Giertymir - Już stawiają ściany, choć fundamenty mają z piasku i zdrady.
- Niech śpiewają - odparł Grotomir - To piękna pieśń na pożegnanie. Szkoda tylko, że zamiast grodu, doczekają się jedynie dymu, o którym tak ochoczo zawodzą.

Gromomir nucił pod nosem melodię Mołodyków o szalonej dziewczynie.

- Bracie, wracajmy już, bo ten ryk rogów tura zaczyna mnie drażnić bardziej niż komary nad Srebrzanką.

Cała trójka wkrótce potem ruszyła w drogę powrotną, z kolei w osadzie Kaczomira impreza trwała niemal do białego rana.

 

Słońce ledwo wychyliło się zza dębów, oświetlając pobojowisko po biesiadzie -wywrócone ławy, dopalające się kłody i chrapiących w błocie wojowników Kaczomira. Wtedy do osady wjechał wóz, a za nim kilku zmęczonych jeźdźców. Na czele, mimo pyłu drogi, dumnie prostował się Błaszczasław. Obok niego, z nietęgą miną, jechał  Suskomir - człowiek często będący myślami gdzieś indziej, a następnie wracający do rzeczywistości w najmniej spodziewanym momencie. Prowadziło to najczęściej do bardzo zabawnych sytuacji.

Po hucznej nocy, pełnej pieśni o potędze i grodzisku, coś wisiało w powietrzu – jakby niebawem miało dojść do brutalnego zderzenia z rzeczywistością, jak kubeł lodowatej wody z bagien wylany na twarz śpiącego.



Kaczomir, z ciężką głową i resztkami miodu na brodzie, wyszedł im naprzeciw.

- Błaszczasławie! - zawołał, starając się nadać głosowi pański ton - Przynosisz nam towary od kagana? Pokaż tę stal, którą wymieniliśmy za nasze najlepsze futra i ziarno!

Błaszczasław zeskoczył z konia i pewnym ruchem zerwał skóry z wozu.

- Najlepsza broń ze stepu, Kaczomirze! - ogłosił, choć Suskomir w tym samym momencie odwrócił wzrok, skubiąc nerwowo lejce - Oddaliśmy im niemal wszystko, co mieliśmy w spichlerzach, ale teraz żaden Grotomir nam nie straszny!

Mieszkańcy osady, zachęceni krzykiem, zaczęli podchodzić do wozu. Bochemir jako pierwszy chwycił jeden z krótkich mieczy, które miały być dumą ich arsenału. Wyciągnął go z prymitywnej pochwy i zamachnął się, by uderzyć w drewniany słup.

Rozległ się krótki, suchy brzęk. Ostrze, zamiast wgryźć się w drewno, pękło na dwie części niczym kruchy lód.

- Co to za czary? - mruknął Bochemir, patrząc na rękojeść, która została mu w dłoni.

Suskomir, nie mogąc już milczeć, splunął na ziemię.

- To nie czary, to oszustwo - wychrypiał - Awarowie wzięli nasze futra, a dali nam to, co sami chcieli wyrzucić. To żelazo jest przepalone, kruche. Nadaje się do dłubania w zębach, a nie do walki z Grotomirem.

Kaczomir pobladł, patrząc na stos mieczy, które okazały się być jedynie bezużytecznym złomem. Błaszczasław, czerwony na twarzy, zaczął gorączkowo sprawdzać kolejne sztuki broni, ale wynik był zawsze ten sam - groty włóczni wyginały się w palcach, a siekiery miały szczerby już od samego patrzenia na nie.

- Dali nam śmieci... - wycedził z wściekłością Sasimir, który jeszcze kilka godzin temu śpiewał o potężnym grodzisku.

- Tym to można – wtrącił się Terlemir - co najwyżej giezłeczko w kwiateczki z kurzu otrzepać…



W osadzie zapadła grobowa cisza. Pieśni Braci Golechów o „imperium” brzmiały teraz w uszach wojowników jak okrutny żart. Kaczomir zrozumiał jedno: jego ludzie są niemal bezbronni, a zapasy żywności wyjechały na nizinę panońską. Mały wódz musiał jednak robić dobrą minę do złej gry, potrzebą czasu było znalezienie tematu zastępczego dla odwrócenia uwagi.

- Nie lękajcie się! - krzyknął - Doszło z pewnością do pomyłki, którą niebawem wyjaśnimy! Wkrótce przybędą Awarowie i zabiją Grotomira! My będziemy panami całej okolicy!

- Ale co będziemy jedli? - wtrącił się Bochemir - W spichlerzach prawie nic nie ma!

- Więcej wiary Bochemirze! - skarcił go Kaczomir - Wezwać mi Glapidło!

Glapidło w osadzie „Zakutych łbów” uchodził za najlepszego handlarza, w rzeczywistości więcej mówił niż robił, ale mały wódz bardzo go poważał… Gdy usłyszał, że ma stawić się przed obliczem Kaczomira by ratować osadę przed głodem - nie załamywał rąk, przeciwnie, przywdział na łysinę swoją najbardziej puszystą czapę z niedźwiedzia, wziął do ręki sękaty kij służący mu za liczydło i dziarskim krokiem wkroczył do chaty wodza.

- Glapidło… - rozpoczął Kaczomir - Niedługo zabraknie nam żywności, będziemy głodować, co radzisz czynić?

- Panie mój! - zawołał Glapidło, wymachując kijem przed nosem oszołomionego wodza - Błaszczasław i Suskomir to dobrzy wojowie, ale o prawdziwym handlu nie mają pojęcia! Handlowali rzeczami, których dotknąć można. Ja zaś… ja będę handlował tym, czego nie ma, ale co dopiero będzie!

Kaczomir potarł czoło…

- Glapidło, nie ma prawie co jeść. Awarowie nas wydrążyli jak starą kłodę…

- I właśnie dlatego - Glapidło uśmiechnął się, szczerząc zęby - udamy się do Lędzian. To lud poczciwy, pracowity, ale ufny jak szczenięta. Powiemy im tak: „Dajcie nam wasze najlepsze skóry wilcze, futra bobrowe i trzy wozy pszenicy teraz... a my w zamian damy wam... „udział w przyszłej chwale!”

Kaczomir wytrzeszczył oczy…

- Udział w czym?
- W chwale, panie! - Glapidło zaczął kreślić kijem znaki na klepisku - Obiecamy im, że jak już to nasze grodzisko stanie, o którym Golechowie tak pięknie ryczeli, to oni będą mogli w nim mieszkać... w co trzecią pełnię księżyca, ale tylko wtedy, gdy jednocześnie deszcz będzie padał z odpowiednią siłą. I że ich krowy będą miały pierwszeństwo przy wodopoju, jeśli wiatr będzie wiał z północy. To jest tylko obietnica!

- Ja krzyczę najgłośniej w osadzie! - rozdarł się Batymir - Weźmiemy jeszcze Dzbanosława i będziemy cię popierać wśród Lędzian!

 Kaczomir zareagował jednak bardzo stanowczo…

 - Tu będziecie bardziej potrzebni, niebawem przybędą Awarowie i czeka na rozprawa z Grotomirem. Glapidło pojedzie sam, bo tutaj i tak się nie przyda. Może wziąć tylko jednego pachołka.

- A może by… - wtrącił nieśmiało Glapidło - wcisnąć Lędzianom ten złom za zboże i futra?

- Myślałem o tym - skwitował Kaczomir - Ale na razie nie. Ma to stać na środku i wyglądać! Czarnebor, pilnuj tego złomu jak oka w głowie, nikt ma się nie zbliżać! I pary z gęby! Niech wszyscy myślą, że to dobry towar!

Wspomniany Glapidło, nie czekając na sprzeciw, zebrał pachołka i ruszył do najbliższej osady Lędzian, oddalonej zaledwie o dzień drogi konno. Gdy stanął przed ich starszyzną, nadął się jak ropucha przed deszczem.

- Słuchajcie, Lędzianie! - zaczął, puszczając oko do ich wodza - Przynoszę wam ofertę, której nie odrzuciłby nawet sam kagan, gdyby tylko potrafił liczyć tak dobrze jak ja! Dajcie nam wasze zapasy, a my zapiszemy was jako pierwszych gości. To taki honor, który sprawi, że będziecie bardziej lśnić niż hełm Błaszczasława!

Lędzianie patrzyli na niego w milczeniu. Jeden ze starszych podrapał się po brodzie.



- Glapidło... a co my z tego lśnienia w garnku ugotujemy?

- Jak to co? - oburzył się Glapidło. - Poczucie godności! Będziecie mieli prawo mówić, że wasze zboże stało się fundamentem imperium Kaczomira! Takie podejście do handlu jest bardzo nowoczesne, prosto z dalekich krain, o których wam się nawet nie śniło!

Lędzianie wymienili spojrzenia. Choć Glapidło myślał, że właśnie owinął ich sobie wokół palca swoją elokwencją, starszyzna zaczęła się po cichu wycofywać do chat, ryglując drzwi.

- Glapidło - zawołał za nim wódz Lędzian - wróć do nas, jak ta wasza obietnica chwały nauczy się znosić jajka albo dawać mleko. Na razie weź sobie ten swój „udział w przyszłości” i idź z nim na bagniska do Grotomira. Może on cię wymieni na parę starych onuc!

Glapidło wrócił do Kaczomira, dumnie wypinając pierś.

- I jak? - zapytał Kaczomir - Przyniosłeś ziarno?
- Panie... - odparł z powagą Glapidło - Lędzianie są jeszcze niegotowi na tak potężną myśl gospodarczą. Ale nie martw się! Zapisałem ich na listę dłużników naszej wdzięczności. To prawie to samo co pełny spichlerz, tylko lżejsze w transporcie!

- Miałeś załatwić żywność!

Glapidło zrozumiał, że obietnice kierowane do Lędzian muszą być dla nich bardziej przyswajalne, niby bardziej realne, ale jednak mniej. Glapidło coraz bardziej wkraczał na wyżyny abstrakcyjnej ekonomii VI wieku. Skoro Lędzianie nie dali się nabrać na samą „chwałę” postanowił uderzyć w nich „pakietem korzyści warunkowych”, które musiały brzmieć mądrze, ale nie były zbyt możliwe do spełnienia.

Tym razem w ślad za Glapidło udali się niepostrzeżenie Batymir z Dzbanosławem, ale nie po to by go wspierać, ale na wypadek jego niepowodzenia wykorzystać zamieszanie z tym związane i po prostu ukraść Lędzianom trochę żywności.

W połowie drogi Batymir nagle zawołał i wskazał ręką:

 - Spójrz Dzbanosławie! W tym lesie biliśmy się kiedyś z Lędzianami! Nas trzech i ich trzech!

Glapidło stanął ponownie przed Lędzianami… Widział ich sceptyczne miny, ale nie poddał się. Wyjął swój sękaty kij, splunął na dłonie i zaczął kreślić na piasku skomplikowane pętle, które nazywał „kręgami wzrostu”.

- Dobrze, drodzy Lędzianie, Chcecie konkretów! - zaczął podniesionym głosem, poprawiając opadającą na oczy czapę - Skoro sama chwała i lśnienie wam nie starcza, Kaczomir - w swej nieskończonej łaskawości - przygotował dla was „umowę wielkich możliwości”! Warunkiem nabycia tych cudownych korzyści jest to, że musicie nam dać teraz skóry i zboże. Według wszystkich znaków na niebie i ziemi wychodzi, że przyszły rok będzie niezwykle urodzajny, ale… - uniósł palec ostrzegawczo – urodzaj ten nie rozłoży się sprawiedliwie!

Lędzianie wymienili zdumione spojrzenia. Glapidło zaś, kreśląc kijem jeszcze większą pętlę, perorował dalej:

- W osadzie Kaczomira zastosowaliśmy nowoczesne metody, między innymi zaklinania gleby, dzięki którym nasze plony będą przynajmniej kilkukrotnie większe niż u was. I właśnie tym nadmiarowym zyskiem zamierzamy wam zapłacić w przyszłości! My będziemy mieli za dużo, wy będziecie mieli za mało - więc my wam wtedy oddamy to, co nam dacie dzisiaj. To się nazywa „magazynowanie ziarna w czasie”.

Wódz Lędzian zmrużył oczy.

- A co jeśli nie będzie urodzaju?

- I tu dochodzimy do sedna mojej myśli! - wykrzyknął Glapidło, niemal skacząc z ekscytacji - Wszystko zależy od warunków! Jeżeli będzie dużo deszczu, będzie urodzaj i my wam oddamy dług. Jeżeli deszczu będzie mało, to nie będzie urodzaju, a skoro go nie będzie, to nie będziemy mieli wam z czego oddać, co jest logiczne i sprawiedliwe dla obu stron! Czy będzie słońce, czy nie będzie - ryzyko bierzemy na siebie, bo to my będziemy musieli patrzeć na te puste pola, a wy będziecie mieli satysfakcję, że chcieliście dobrze!

Starszyzna Lędzian milczała, próbując ogarnąć tę spiralę nonsensu. Glapidło otarł pot z czoła i spojrzał na nich z wyczekiwaniem…

- No? To co? Ładujemy to ziarno na wozy? To oferta czasowa, ważna jedynie teraz!

Lędzianie patrzyli na niego, jakby Glapidło właśnie oznajmił, że od jutra słońce będzie wschodzić na zachodzie, a rzeki płynąć pod górę. W końcu jeden z młodszych wojowników szepnął do wodza:

- On gada jak potłuczony! Niech poszuka głupszych od siebie!

Wódz Lędzian uśmiechnął się i patrząc na Glapidło przemówił:

- Glapidło, powiedz Kaczomirowi, że akceptujemy waszą ofertę... pod warunkiem, że zima tego roku nastąpi w środku lata, a wilki zaczną szczekać jak psy. Wtedy sami przywieziemy wam ziarno i nie będziemy chcieli nic w zamian…

Glapidło wrócił do osady, promieniując sukcesem.

- Kaczomirze! - zawołał od progu - Mamy to! Lędzianie zgodzili się na wszystko! Co prawda postawili drobny warunek dotyczący pogody i zachowania zwierząt, ale to szczegóły techniczne, którymi zajmie się Wrzaskun swoimi czarami. Możemy już planować ucztę!

Gdy Kaczomir poznał szczegóły spojrzał na Glapidło z politowaniem i oddalił się bez słowa… Najważniejsze dla wodza był fakt, że Batymir z Dzbanosławem ukradli zboże dzięki któremu osada nie będzie głodowała przez kilka tygodni. Glapidło zaś, nie zrażony chłodnym przyjęciem u Lędzian i przez Kaczomira, zaszył się w swojej ziemiance, którą dumnie nazywał „Izbą Wielkiego Pomnożenia”. Rozstawił tam gliniane gary, w których bulgotały dziwne wywary i mazie, a na środku położył kilka sporych otoczaków wyciągniętych z rzeki.

Po jakimś czasie Kaczomir, dręczony widmem pustego skarbca, zajrzał do środka, zastał Glapidłę, który z powagą okładał kawałek piaskowca liśćmi łopianu i szeptał do niego czułe słowa.

- Co ty tu znowu wyprawiasz? - zawołał zdziwiony wódz.

- Kaczomirze! - Glapidło wyprostował się, ocierając sadzę z czoła - Jestem o krok od potęgi! Opracowuję metodę „Wypasania Kamienia”. Według moich wyliczeń: srebro jest już na wyciągnięcie ręki. Piaskowiec i wapień są najbardziej obiecujące i wręcz chętne do współpracy, wystarczy je odpowiednio długo namaczać w serwatce podczas pełni, a z czasem same zaczną bieleć i lśnić jak księżyc! To kwestia dni, może tygodni, zależy jak szybko kamień zrozumie swoją nową rolę.

Kaczomir spojrzał na wielki głaz narzutowy leżący w kącie.

- A ten granit?

- Oooo, wodzu! - Glapidło ściszył głos do konspiracyjnego szeptu - z granitu to już czyste złoto wyjdzie! On jest twardy, więc stawia opór, ale jak mu się odpowiednio zagrozi młotkiem i posmaruje miodem, to pęknie i odda żółty kruszec. Trzeba jednak uważać na leśne duszki…

- Na kogo?

- Na leśne duszki…

- A co one mają do srebra i złota?

- Nie można ich w żaden sposób obrazić, zezłościć, bo mszczą się potem i nie ma ani srebra ani złota…

Glapidło z powagą podniósł kawałek wapienia i ugryzł go, by sprawdzić „postępy w mięknieniu”.

- Jeszcze trochę chrupie, Kaczomirze, ale czuję w nim już ten metaliczny posmak sukcesu! Jak tylko to domknę, Awarowie będą nam płacić za prawo do patrzenia na nasze kamienie!



Kaczomir wyszedł bez słowa, zastanawiając się, czy Glapidło jest większym geniuszem, czy po prostu zjadł za dużo sfermentowanych jagód lub posmakował ziół od Terlemira.

 *** wszelkie podobieństwo do osób żyjących w XXI wieku, zwłaszcza w przestrzeni publicznej, jest przypadkowe i niezamierzone.

**** zachęcam do aktywnego komentowania (jest taka możliwość: pod tekstem), jednocześnie uprzedzam, że nie będzie tolerowany język wulgarny (uważam, że język polski jest na tyle bogatym językiem, że wszystko można wyrazić w sposób kulturalny) i takie komentarze nie będą publikowane.

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz