Moja lista blogów

par

ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd

-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd ------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skąpy szef. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skąpy szef. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (74)

Statek „Nefretete” zakotwiczył właśnie w Hamburgu…

- Zabawimy tu dzień, może dwa – informował Macudowski – Spraw mam kilka do załatwienia… Wszyscy, poza wartą, mają wolne… Można iść na miasto i zabawić się, co kto chce… Jutro w południe wszyscy mają być z powrotem, bo jak sprawy załatwię do tego czasu to odpływamy. Nie będę na nikogo czekał!

Po kilku dniach rejsu, nikt nie zamierzał spędzać więc czasu na pokładzie, lecz wszyscy ruszyli na miasto…

- Idziesz Agnieszko? – zapytał zbir Chochoł Agnieszki Krzemieńskiej.
- Ile razy mam mówić, że obecnie jestem Angielką Agnes Flint! – warknęła kobieta.
- Dobrze już, dobrze… Zapomnieć nie można?
- Ty zawsze zapominasz!
- Czyli nie idziesz?
- Idę! Ale nie z tobą!
- Aha, rozumiem…

Chochoł wyszedł z pokoju, nie krył zdziwienia zachowaniem kobiety…

- Nie rozumiem co się z nią dzieje! Zabrać taką na statek, oddać łóżko w kajucie i jeszcze zła jakaś! A co tam! Nie ma co się przejmować, taki piękny dzień trzeba spędzić na lądzie! Hej Dziobak!
- Tak?
- Idziemy na miasto?
- Pewnie, że tak! Daj mi chwilę!
- Dobra! Czekam na dole!

Chochoł ruszył, gdy nagle zza zakrętu wybiegł czeski stajenny Bomblicek (daleki kuzyn stajennego Bąbla z I wyprawy) i z całym impetem wpadł na zbira…

- Co robisz gamoniu?! – złościł się Chochoł.
- Prze… Przepraszam!
- Myślisz baranie jeden, że przepraszam wystarczy?
- Yyy… A co mam jeszcze zrobić?
- Po mordzie dostać!
- Ja? Ale za co?
- Przez ciebie łajzo mam teraz brudne ubranie!
- Jak to przeze mnie?
- A przez kogo niby?! Nie dość, że mnie wywróciłeś szelmo jedna to jeszcze bezczelnie się awanturujesz!

Chochoł ruszył w kierunku Bomblicka z pięściami… Stajenny zaczął uciekać...

- Nie! Panie nie! Przepraszam jeszcze raz! Zrobię co zechcesz tylko oszczędź mnie biednego!
- Teraz za późno!

Zbir złapał Bomblicka…

- Nie! – darł się stajenny – Nie, wielmożny panie, nie!
- Przestań się drzeć jak baba!
- Nie rób mi krzywdy, proszę! Zrobię co zechcesz, tylko mnie oszczędź!
- Co zechcę mówisz?
- Tak, panie mój wielmożny!
- Teraz nic mi nie przychodzi do głowy… Masz szczęście, że mi przeszło trochę… Zmykaj! Ale w swoim czasie upomnę się o to do czego się zobowiązałeś!
- Dobrze panie, dobrze!

Chochoł puścił stajennego, postanawiając na odchodne wypłacić mu jednak solidnego kopniaka... Kilka chwil później był już na lądzie i z Dziobakiem zniknęli w małej uliczce…

Bomblicek jeszcze chwilę odczuwał siłę kopniaka zbira…

- Poczekaj! Jeszcze cię kiedyś załatwię!

W tym samym momencie z kajuty wyszła Angielka …

- Stajenny?! Co tutaj robisz?!
- Yyy…
- Podglądałeś?
- Nie! Przysięgam!
- Jak powiem Chochołowi to marny twój los nicponiu!
- Nie!!! Tylko nie jemu! Już mnie prawie pobił!!! Nie!
- Pobił cię? Za co?
- W sumie to za nic…
- Jak za nic? Znam go, aż taki narwany nie jest!
- Za nic! Doskonale pani mówi po polsku…
- Uczę się…

Agnieszka przez chwilę pomyślała, że może dokuczy Chochołowi i wybierze się na miasto z Bomblickiem, ale jak szybko pojawił się ten pomysł tak szybko został zduszony…

- Idzie pani na miasto? – zapytał nagle stajenny, który wpadł na podobny pomysł, żeby  też dokuczyć zbirowi.
- Idę.
- A mogę iść z panią?
- Nie!
- Ale dlaczego? Proszę!
- Nie i jeszcze raz nie!
- Ale…
- Nie!!!

Macudowski był jeszcze w swojej kajucie, gdy wszedł do niej Wojciech Kaliski…

- Co chciałeś Wojtusiu?
- Mówiłeś, żebyśmy poszli zabawić się na miasto…
- No tak, ty też idź, poszalej trochę. Nie wiadomo ile dni żeglugi jeszcze przed nami…
- Chcę iść!
- To idź.
- Nie mam za co poszaleć! Nie dałeś mi jeszcze żadnego wynagrodzenia! Mówiłeś, że po co mi złoto na statku…
- A musisz iść?
- Tak!
- No dobrze, poczekaj, przebiorę się tylko i zaraz wyjdę.
- Dasz mi jakieś pieniądze?
- Zobaczymy. Na razie poczekaj.

Kaliski wyszedł zły z kajuty, postanowił że nie odpuści!

- Macudowski będzie musiał mi w końcu zapłacić!  - mówił pod nosem – Co za drań! Wszystkich okrada, nawet moich rodziców, a mi za służbę nie chce zapłacić!

Macudowski wyszedł po kilku minutach, rzucił Kaliskiemu monetę…

- Wystarczy Wojtusiu?

Kaliskiego omal nie rozniosło, ale powstrzymał się i zawołał:

- Nie wystarczy! Za mało!
- Oj Wojtusiu, Wojtusiu, ale ty chciwy się zrobiłeś!
- Jak chciwy? Za tę marną monetkę nawet pół obiadu w karczmie nie dostanę!
- Zróbmy inaczej! Ja zabiorę cię na obiad, dołączysz do mojej obstawy. Chwaścior i Zębiszon też z nami idą.
- Aha.
- Oddaj monetę!
- Jak to?
- Skoro idziesz ze mną to ja zapłacę za obiad!
- Ale miałem poszaleć też!
- Poszalejesz, już ja ci załatwię, że poszalejesz!

Kaliski był przygnębiony, denerwowało go to, że Macudowski nie płaci mu pensji…

- Głowa do góry Wojtusiu! – zawołał Macudowski – Myślisz, że ja nie potrafię się bawić? Idziemy załatwić sprawy, a potem zafunduję ci taki wieczór, że do śmierci go nie zapomnisz! Kobiety, wino i śpiew razy dwa! Kolejność dowolna!

Kaliski i zbirzy spojrzeli po sobie zdziwieniem, po czym ruszyli za Macudowskim, który żwawo wysforował naprzód… Po pewnym czasie natrafili na człowieka śpiącego  z lutnią na środku ulicy…

- Człowieku! – zawołał Macudowski – Czemu śpisz na ulicy? Ludzie przejść  nie mogą!
- Eeeee? – rozdarł się rozbudzony.
- Złaź z drogi, bo cię oćwiczyć każę!
- Eeee….
- Zębiszon! Usuń tego barana z drogi, bo sam to zrobię!

Zbir ruszył we wskazanym kierunku, ale człowiek z lutnią najwyraźniej przestraszył się, dał znać, że sam usunie się z drogi…

Gdy przeszli rozległa się muzyka, tak piękna, że Macudowski zatrzymał się i słuchał…
Gdy lutniarz przestał Macudowski wrócił i zapytał:

- Kim jesteś?
- Eeee?
- Nie umiesz nic innego? Pytam kim jesteś?
- Iwan Zbereznikow.
- Rusin?
- Rosjanin.
- Co tu robisz w Hamburgu?

Zbereznikow uśmiechnął się tylko…

- Powiedzmy, że jestem rosyjskim poszukiwaczem przygód.
- Pięknie grasz Iwanie. Czy śpiewasz także?
- Śpiewam.
- Przyłącz się do nas.
- A wy to kto?
- Polacy. Jestem zacny Macudowski, płyniemy w nieznane, bo taki mam … kaprys.
- Musisz być bogaty, skoro pozwalasz sobie na płynięcie w nieznane…
- Jestem zamożny…

Kaliski słysząc to dostał ataku kaszlu…

- A temu co?
- Przeziębić się musiał… To co idziesz z nami?
- Nie mam w tej chwili nic innego do roboty, więc… Zgoda!

Na statku zostało tylko kilku wartowników nad którymi dowództwo miał szlachcic Sebastian Sokoliński… Z nudów przechadzał się po pokładzie, w pewnym momencie zatrzymał się koło kuchni i zaintrygował go hałas stamtąd nadchodzący… Wszedł do środka i zobaczył dwie kobiety krzątające się po kuchni…

- Czeszki!
- Co chciałeś? – zapytała Dominika Guzikova – Dzisiaj kuchnia nieczynna!
- A wy czemu nie poszłyście na miasto?
- A co my miasta nie widziały? – wtrąciła się Sabina Sviderkova – A ty po co tutaj przyszedł?
- A tak…
- Aha…
- A co wy w tej kuchni robicie, skoro same powiedziałyście, że nieczynna?
- Knedliki na jutro szykujemy… Dużo z tym roboty, więc już dzisiaj sobie zaczęłyśmy.  Jutro będzie lżej.
- A ty… - zwrócił się Sokoliński do Guzikovej – Nie poszłabyś ze mną na pokład, pochodzić po nim?

Guzikova nie zdążyła odpowiedzieć, raz że była zdziwiona nieoczekiwaną propozycją szlachcica, dwa że ubiegła ją Sviderkova…

- A zmykaj waćpan już stąd! Amorów się zachciało? A ja sama będę knedliki robiła?!

Sokoliński wyraźnie zawstydzony pożegnał się i  wybiegł z kuchni…

- A co ty tak z tej kuchni jak z procy wylatujesz? – zawołał zdziwiony Krystian Szałajdowski.
- Normalnie idę…
- Tak, tak.
- A ty co? Nie poszedłeś na miasto?
- Nie chcę mi się, ale mam pękatą flaszeczkę wina! Zapraszam do siebie, bo przecież sam pić nie będę!
- Na służbie jestem...
- Oj tam, oj tam!
- No tak.
- Bo sam wypiję!
- Idziemy!

Agnes Flint (Agnieszka Krzemieńska) przechadzała się po centrum Hamburga, gdy w pewnym momencie natrafiła na młodą dziewczynę siedzącą w pobliżu kościoła… Dziewczyna uśmiechała się, Agnieszka nie wiedziała czy do kogoś czy może do niej… W końcu zrozumiała, że do niej, podeszła bliżej…

- Co się do mnie uśmiechasz, co?

Dziewczyna popatrzyła chwilę na Agnieszkę, następnie dała do zrozumienia, że nic nie rozumie i ponownie na jej ustach rozbłysnął radosny uśmiech…

- Kurczę, faktycznie… - rzekła do siebie Agnieszka – Nie jesteśmy w Polsce, tylko w Hamburgu… Tylko, że ty mi na Germankę nie wyglądasz… Jak się nazywasz?
- Rodaccio. Evelina Rodaccio – odparła dziewczyna, bardziej domyślając się o co chodzi Krzemieńskiej niż rozumiejąc.
- Włoszka? – ucieszyła się Polka – Doskonale! Znam trochę włoski!

Znajomość języka włoskiego faktycznie nie okazała się bardzo mocna, ale pozwoliła na jakąś, umiarkowaną co prawda, ale zawsze komunikację. W trakcie rozmowy okazało się, że Włoszka od tygodnia poszukuje swojego stryja z którym przybyła do Hamburga… Straciła już dawno nadzieję, ale nie uśmiech… W końcu Agnieszka zaproponowała Włoszce, żeby z nią poszła na statek…

- Jak ten twój stryj już od tygodnia nie wraca to nie ma co czekać…
- Oszczędności mi się już też powoli kończą…
- No widzisz, musisz iść ze mną. Pomogę ci!
- Dobrze!

Obie wracały na pokład, wieczór już zbliżał się nieubłaganie…

- Ciekawe co Chochoł na to… - zastanawiała się w myślach Agnieszka…

Zbir Chochoł tymczasem od wielu godzin bawił się karczmie „U Helgi”… Dotarli tam razem ze zbirem Dziobakiem, a wkrótce potem dołączył do nich zbir Jamróz… Najwięcej ochoty do zabawy przejawiał właśnie ten ostatni, energia go wręcz rozpierała… Tańczył, skakał, Niemki biły mu brawo…

- Dziobak? – zaczął rozmowę Chochoł
- Co jest?
- Nie zastanawia cię czemu w tej karczmie są same kobiety?
- No, nie patrzyłem dokładnie…
- Same baby są! – syknął Chochoł – i do tego stare i brzydkie! Nie jest to podejrzane?!
- No, w sumie trochę tak…
- Trochę? A ten – Chochoł wskazał na Jamroza – tańczy i skacze przed nimi jakby to jakieś młódki były!Co on oczu nie ma?!
- Widziałeś ile on wypił?
- To wiele tłumaczy, ale nie wszystko…
- Co o tym wszystkim myślisz?
- Trzeba Jamroza ratować! Nie pijemy już więcej!
- Łatwo powiedzieć! Te baby co chwilę przychodzą i nalewają!
- Będziemy wylewać! O, tam jest jakieś wiaderko…
- Coś mi się wydaje, że musimy pośpieszyć się z tym ratowaniem Jamroza!
- Czemu?
- Zobacz co się dzieje!

Jamróz wciąż wesoło podrygiwał po sali, ale już nie sam, bo trzy Niemki zaczęły tańczyć wokół niego…

- Dziobak! Działajmy! Póki nie będzie za późno!

To mówiąc Chochoł wypadł na środek sali i tanecznie zbliżał się do Jamroza… Dziobak posuwał się tuż za nim…

Pozostałe Niemki widząc to żwawo ruszyły ku nim, powstało małe zamieszanie, które wykorzystali Chochoł z Dziobakiem. Ciągnąc za sobą ogromnie pijanego Jamroza szczęśliwie opuścili karczmę… W końcu wzięli go na ręce i szybko oddalali się od karczmy…
Nie byli jeszcze daleko, gdy ujrzeli, że z karczmy zaczęły wybiegać Niemki i biec w ich kierunku…

- Rany boskie! – zawołał Dziobak – Wiejemy!

We dwójkę pewnie by bez większych problemów uciekli, ale musieli jeszcze taszczyć nieprzytomnego Jamroza, który właściwie całkowicie „odpłynął”…

- Nie damy rady z nim! – darł się Dziobak – Doganiają nas!
- Przecież go nie zostawimy z tym niemieckim babciom!
- Jak na babcie to szybko biegają! Schowajmy go w krzakach, potem wrócimy!
- Nie! Dostrzegą go i będzie po nim! Bierz go i uciekaj, ja je zatrzymam!

Chochoł podniósł z ziemi kij, czekał chwilę, a gdy podbiegły Niemki zaczął nim machać tak jakby chciał się nim od nich opędzać… Niemki rozbiegły się, w pewnym momencie zbir poczuł potężny cios na szczęce…  Aż ukląkł…

- To wy tak ze mną? Teraz dopiero zatańczymy! – zawołał wściekle – Nie wypadało mi bić kobiet, ale jak wy tak ze mną!

Chochoł chwycił najbliższą Niemkę i cisnął nią o ścianę budynku… Pozostałe zatrzymały się, ale za chwilę ruszyły do szturmu na zbira… Chochoł dzielnie machał rękoma i co chwilę jakaś Niemka lądowała na ziemi… Po kilku minutach została tylko jedna… Kobieta wyglądała strasznie, taki babochłop… Była wyższa od Chochoła, chociaż zbir  był dość wysoki, dwa razy cięższa i prawie dwa razy starsza…

- No chodź! – zachęcał ją Chochoł.

Niemka zbliżała się, zbir wyprowadził cios, ale kobieta zrobiła unik i skontrowała go potężnym sierpem po którym wylądował na ziemi…

- A to pewnie wcześniej też ty… - przypomniał sobie pierwszy cios podczas walki.

Zbir ledwie podniósł się z ziemi, a już znowu zainkasował kolejny cios, tym razem z kolana… Następnie Niemka rzuciła się na niego i zaczęła go okładać pięściami jak popadnie… Chochoł odepchnął ją nogami i… rzucił się do ucieczki, zwłaszcza że z karczmy zaczęły biec w ich kierunku następne kobiety…

- Nie ma sensu! – uciekał tłumacząc się sam do siebie – Najważniejsze, że oni są już bezpieczni…

Biegł tak i biegł, aż przestał słyszeć odgłosy pościgu… Zatrzymał się na chwilę by odpocząć, gdy nagle zza rogu wyszedł Macudowski…

- O! Chochoł! Co tu robisz?
- Wracam powoli na statek, a wy?
- My też! Bawiliśmy się świetnie, prawda Wojtusiu?
- Prawda…

Kaliski był wściekły! Cały wieczór spędził asystując Macudowskiemu w załatwianiu różnych spraw, potem dopiero poszli do jakiejś gospody, w której Macudowski zamówił dzban wina… Tylko jeden! Tłumaczył się tym, że zapomniał sakiewki! Kaliski miał tego dość! Wszyscy z załogi bawili się pewnie doskonale, ale nie on!