1) Powieść przygodowo-historyczna Epopeja polsko-indiańska (w częściach) 2) Inne (m.in. artykuły historyczne) 3) Ciekawostki ****************************** Akcja powieści rozgrywa się w XVI wieku, głównie na terenie Polski i obecnych Stanów Zjednoczonych... Powieść jest umiejscowiona w konkretnym okresie historycznym, wiele elementów jest prawdziwych, ale i wiele jest wymyślonych przez autora. Zapraszam do lektury (wcześniejsze części i inne posty znajdziecie w archiwum)
Moja lista blogów
pekao
ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd
-------------- ZOSTAŃ BOHATEREM POWIEŚCI, OPOWIADANIA itd
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Istnieje możliwość napisania powieści, opowiadania itd - gdzie możesz być kim sobie tylko zapragniesz (np. władcą, rycerzem, słynnym podróżnikiem itd), czas i miejsce akcji (dowolne: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - np. starożytność, średniowiecze, czasy współczesne) - (opcja płatna). Będziesz miał realny wpływ na swojego bohatera - kontakt z autorem. Powieść może być opublikowana np. na tym blogu. Szczegóły do ustalenia - kontakt mailowy: limmberro@op.pl
Polecany post
Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?
Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...
środa, 18 czerwca 2014
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Epopeja polsko-indiańska (70)
Bezludna wyspa…
Bezludna już tylko z nazwy, bo jak pamiętamy z 68 części statek
wiozący II polską wyprawę wysadził na niej kilka osób: Kozaków Pastuszenkę i
Baliczenkę, Tatara Mijagibeja, członka firmy sprzątającej Morawca i
szlachciankę Kingę Kabatowską. Na tej samej wyspie wcześniej Hiszpanie
zostawili kucharza I polskiej wyprawy Janusza Rysia, w między czasie pojawił
się tubylec, którego Janusz przygarnął i nazwał Pinio…
I właśnie Pinio wracając z połowu ryb zauważył moment, gdy
na plażę wysadzano wspomniane osoby, widział też polski statek… Pobiegł szybko
do Rysia, by mu o tym powiedzieć…
- Pana Jana! Pana Jana! – wołał zbliżając się do chaty
Rysia.
- Ile razy gamoniu mam powtarzać?! – denerwował się Janusz –
Żadne „pana Jana”, lecz Panie Januszu!
- Panie Janusza! Panie Janusza!
- Skaranie boskie z tym tępakiem! Choć już teraz lepiej…
Gdzie ryby? Znowu wracasz z pustymi rękoma?! Skórę zaraz wygarbuję to
popamiętasz!
- Panie Janusza! Pełno ludzia!
- Jakiego ludzia?
- Pełno ludzia na plaża!
- Hiszpanie?
- Ja nie wiedzieć… Pana Janusza musi sama iść i widzieć! Ja
się bać!
- Czego baranie jeden? Prowadź! – Ryś ruszył, ale zatrzymał
się na chwilę i spojrzał w kierunku chaty - Pieszczoch! Pilnuj domu! Niedługo
wracamy.
Pinio prowadził Rysia w kierunku, gdzie widział polski
statek i ludzi z niego wysiadających na brzeg. Jakie było jego zdziwienie, gdy
dotarli na miejsce…
- No i gdzie ten statek matole? – denerwował się kucharz.
- To na pewna ta miejsca! Muszą gdzieś iść…
- Jak ty gadasz? Kto cię polskiego uczył bęcwale?
- Pana Janusza…
- Nawet się nikomu do tego nie przyznawaj, bo spaliłbym się
ze wstydu! Ciebie to nawet Jan Długosz polskiego by dobrze nie nauczył, za tępy
jesteś! Masz szczęście, że cię lubię. Idziemy zobaczyć, bo jak faktycznie ktoś
tu był to jakieś ślady musiał zostawić albo ci się przewidziało…
- Kto to być Długosz? Ja nie być tępy…
- Ty być tępy! Długosz to był taki znany polski kronikarz…
- Co to być kronikarz?
- I tak nie zrozumiesz, ale dobrze… powiem ci później. Teraz
idziemy zobaczyć te ślady. Prowadź, gdzie ich widziałeś…
Pinio zaprowadził Janusza w miejsce gdzie widział ludzi na
plaży i faktycznie od razu zobaczyli ślady…
- Miałeś rację gamoniu… Idziemy za tropem!
Po krótkim podążaniu za tropem obaj usłyszeli głosy…
- Cicho! – szepnął Ryś, a za chwilę powiedział głośniej
bardzo zdumiony... – Jeśli się nie mylę to ich rozumiem!
Trudno, żeby było inaczej, gdyż rozmowa prowadzona była w
języku polskim… Właściwie był to język mieszany, z pogranicza polsko-ruskiego… Janusz
podkradł się bliżej by przysłuchać się rozmowie…
- My to co innego… - mówił Kozak Pastuszenko – Nas potraktowano
jak buntowników, ale ty Baliczenko czemu zostałeś?
- Ja? Miałem już dość tej morskiej podróży! A tu mi się
podoba!
- Ale to tylko wyspa! Jesteśmy tutaj uwięzieni!
- Będzie dobrze… Poczekaj! – Baliczenko spojrzał w stronę
zarośli – Tam coś jest! Zwierzę albo człowiek!
Ryś zorientował się, że nieznajomi spostrzegli go, więc nie
wiele się namyślając wyskoczył z ukrycia…
- O! Szelmy, Hultaje! Co tu robicie?
Kozacy byli tak zaskoczeni, że w pierwszej chwili
zaniemówili… Więcej przytomności umysłu zachował Mijagibej, który ruszył na
kucharza z szablą… Ryś nie czekał, aż
Tatar zamierzy się na niego, ale pierwszy zdzielił go drągiem. Mijagibej padł
nieprzytomny na ziemię…
- Zaraz, czekajcie! – zawołał Baliczenko – Przecież on mówi
po polsku! Spokój! Nie denerwuj się człowieku, siadaj z nami do ogniska i mów
skąd się tutaj wziąłeś!
Ryś uspokoił się nieco, widząc pojednawcze sygnały podszedł
bliżej, cały czas jednak zachowując dystans…
- Zaraz z wami usiądę, ale muszę znać dać moim ludziom – kłamał kucharz
– żeby nie ruszyli na was albo nie usiekli z łuków…
- A… To nie sam jesteś… - przerwał mu Pastuszenko.
- Nie! – odparł Ryś – Jestem królem tej wyspy!
- A kim są twoi ludzie? – zapytał Morawiec, który wcześniej
siedział cicho przy ognisku.
- Miejscowi. Gdy przybyłem na tę wyspę toczyłem z nimi
walki, ale w końcu zobaczyli, że nie ma ze mną żartów – kłamał jak z nut Ryś –
i zrobili mnie swoim królem.
- Ale skąd się tutaj wziąłeś? – dopytywał się Baliczenko.
- A wy? – odpowiedział pytaniem na pytanie kucharz.
Baliczenko nie chciał przyznać się, że zostali wyrzuceni ze
statku II wyprawy… W sumie nie on, ale pozostali… Błyskawicznie jednak wymyślił
odpowiednią historię…
- Płynęliśmy na hiszpańskim statku, ale popadliśmy w
konflikt z załogą i nas tu dranie wysadzili…
- Ha ha ha! – roześmiał się Ryś – To prawie tak samo jak ja…
- To znaczy jak tak samo? – zdziwił się Kozak.
- No mnie tutaj też Hiszpanie przywieźli…
- Jak to?
- A tak to! Najpierw siedziałem u nich w lochu, a potem
hultaje uznali, że mnie tutaj zostawią…
- Niesamowite! – zdumiał się Morawiec.
- Ale skąd się wziąłeś w hiszpańskim lochu? – zapytał Pastuszenko.
- Jak to skąd? Brałem udział w polskiej wyprawie i mnie te
hiszpańskie barany uwięziły…
- A co się stało z pozostałymi?
- Tego nie wiem dokładnie, ale pewnie żyją, bo wcześniej
wysiedli…
- A ty czemu nie wysiadłeś wcześniej?
- Za dużo pytań zadajecie! – zdenerwował się Ryś –
Powiedzmy, że się zasiedziałem! Dobra! Idę do siebie! Powiem moim ludziom, żeby
was nie atakowali, a jutro zobaczymy co z wami zrobię.
- Jak to co z nami zrobisz? – zdziwił się Morawiec.
- Idę! Jutro dwie godziny po świcie przyjdę znów!
Ryś oddalił się szybko, przy ognisku zapanowało ożywienie…
- Słyszeliście co on powiedział? – denerwował się Morawiec –
Zobaczy jutro co z nami zrobi…
- Dziwny człek, ale musimy uważać. Jest królem tych
dzikusów, więc musimy się z nim liczyć – podsumował Baliczenko.
- Jest nas czterech, a tych dzikich może być cała masa –
dodał Pastuszenko – Trzeba będzie się z tym dziadkiem ułożyć jakoś. Morawiec!
Zobacz co z tym Mijagibejem! Żyje chyba, bo się rusza…
Morawiec podszedł do Tatara, który powoli dochodził do
siebie po uderzeniu drągiem…
poniedziałek, 26 maja 2014
Epopeja polsko-indiańska (69)
Świt zbliżał się nieuchronnie, cała II polska wyprawa –
wyłączając wartowników – spała na plaży… Tytułem wyjaśnienia należy dodać, że
było to wybrzeże należące do dzisiejszego stanu Luizjana, z kolei I polska
wyprawa wylądowała wcześniej trochę bardziej na zachód, w dzisiejszym stanie
Teksas.
Tymczasem Kafałkowski cały czas biegł przed siebie… Nie
wiedział po co i gdzie, ale czuł, że musi… Poza tym sprawiało mu to wielką
przyjemność… Nie bez znaczenia było to, że kilka miesięcy przebywał na statku,
brakowało mu wolności, przestrzeni…
Dopiero koło południa zatrzymał się na krótki odpoczynek, a
potem znowu rozpoczął swój bieg… Kafałkowski nie wiedział, że jest obserwowany
przez tubylców… Nie wiedział też, że w przyszłości Winston Groom napisze słynną powieść „Forrest Gump”,
którą później na ekrany przeniesie Robert Zemeckis, a tytułową rolę zagra Tom
Hanks… Kafałkowski był właśnie trochę takim Forrestem, który przebiegł wzdłuż i
wszerz Stany Zjednoczone… Właściwie to Gump był Kafałkowskim, bo ten wcześniej
rozpoczął maraton po Stanach, rozpoczął go jeszcze zanim powstały Stany
Zjednoczone!
Wracając do tubylców, do wioski Czikasawów biegło dwóch
wojowników…
- Wodzu! – zawołał jeden z nich – Jakiś dziwny człowiek
biegnie i biegnie, obserwujemy go już od wschodu słońca!
- Z jakiego jest plemienia? Jak wygląda? – zapytał Zielony
Ptak.
- Nie wiem. Jest inny niż wszyscy ludzie których dotąd
widzieliśmy. Inaczej ubrany, ma jaśniejszą skórę…
- Prowadźcie! Muszę go sam zobaczyć! Mówicie, że biega od
wschodu słońca?
- Tak, z krótką przerwą.
Zielony Ptak czuł, że musi zobaczyć biegacza osobiście. Sam
cieszył się opinią wytrwałego maratończyka… Podświadomie czuł, że musi się z
nim zmierzyć… Od dawna nie miał godnego rywala w tej konkurencji…
Wódz i wojownicy wykorzystując znajomość terenu biegli by
przeciąć drogę Kafałkowskiemu… Po godzinie znaleźli się na wzgórzu…
- Jest! – zawołał Biały Orzeł – Będzie tędy przebiegał
jeszcze przed zachodem słońca…
Faktycznie w oddali można było dostrzec niezbyt wyraźną
sylwetkę człowieka, która wraz z upływem czasu powiększała się… Wódz z coraz
większym podziwem przyglądał się nieznajomemu… Zaczął zastanawiać się kto jest
lepszym biegaczem – on czy tajemniczy nieznajomy… W końcu Kafałkowski przebiegł
pod nimi…
- Za nim! – ryknął Zielony Ptak.
- Zabijemy go? – zapytał Biały Orzeł.
- Nie! – ryknął wódz.
- Wódz sam chce go zabić?
- Nie!
Kafałkowski biegł dalej, a za nim posuwali się trzej
Indianie. Po czterech godzinach Indian było już tylko dwóch, a po następnej
godzinie już tylko Zielony Ptak podążał za Kafałkowskim.
Biegli tak całą noc… Dopiero o świcie Kafałkowski zatrzymał
się na chwilę by nieco odpocząć i zaspokoić pragnienie w pobliskim potoku…
Zielony Ptak zatrzymał się także, był bardzo zmęczony, ale chęć rywalizacji z
nieznajomym dodawała mu sił… Nagle Kafałkowski dostrzegł Indianina i rzucił się
do ucieczki…
Biegli tak przez kolejne sześć godzin, Kafałkowski nie
widząc czerwonoskórego postanowił chwilę odpocząć… Zielony Ptak był jednak w
pobliżu, ale celowo nie pokazywał się Polakowi, pragnął bowiem także chwilę
odpocząć… Po kwadransie Kafałkowski ruszył, a Indianin za nim…
Mijały dni, a Polak i Indianin wciąż biegli, robiąc tylko
niezbędne przerwy… Kafałkowski przyzwyczaił się już do obecności wodza
Czikasawów, nie zastanawiał się nawet z jakiego powodu Indianin biegnie za nim…
Wódz szczerze podziwiał Kafałkowskiego, ciesząc się z jednej strony, że
wreszcie znalazł godnego przeciwnika w bieganiu, ale z drugiej zaczynał trochę
bać się porażki, bo zmęczony był niesamowicie…
sobota, 17 maja 2014
środa, 30 kwietnia 2014
Epopeja polsko-indiańska (68)
Statek wiozący II polską wyprawę odpłynął z wyspy na której
zostawił kilka osób i płynął w poszukiwaniu stałego lądu… Budzanowski wciąż
siedział w bocianim gnieździe i wytężał wzrok w nadziei na wypatrzenie lądu…
- Ej! Budzanowski! – wołał z dołu rycerz Krzysztof.
- Czego?
- Może teraz ja tam wejdę i popatrzę?
- Nie! Dowódca mi kazał tu siedzieć i wypatrywać! Nie
przeszkadzaj!
- Ale ja też chcę!
- Nie!
Rycerz Krzysztof zdenerwowany udał się w kierunku kajuty
dowódcy, aby ten wpłynął na Budzanowskiego… Już miał wejść do środka, ale…
- Teraz nie można! – stanowczo powiedział Jacek
Światłoniewski i zagrodził mu drogę.
- Czemuż to?
- Dowódca odbywa teraz rozmowę ze szlachciankami i kazał nie
przeszkadzać…
- Aha, w porządku, to ja zaczekam…
W środku znajdowały się trzy szlachcianki: Andżelika
Koszyńska, Agnieszka Dębska i Anna Żbikowska…
- Wytłumaczcie mi waćpanny dlaczego mimo zakazu
postanowiłyście skrycie popłynąć z nami? – rozpoczął Jerzy Doniecki.
- Przygoda? – odparła nieśmiało Koszyńska – Tak! Tak tak,
kuzynie! Przygoda!
- To nie jest wyprawa dla kobiet! – kontynuował dowódca –
Może być niebezpiecznie! A co będzie jak zaatakują nas Hiszpanie lub tubylcy?
- Ty nas obronisz kuzynie…
- Za daleko jesteśmy od kraju by zawrócić, a wierzcie mi, że
tak bym uczynił! Sam nie wiem co mam teraz z wami robić…
- Przydamy się! – zawołała wesoło Dębska – Możemy gotować!
Kobiety są potrzebne!
- Walczyć też umiemy! – wtórowała jej Żbikowska – Agnieszka strzela lepiej niż nie jeden mężczyzna!
- Walczyć też umiemy! – wtórowała jej Żbikowska – Agnieszka strzela lepiej niż nie jeden mężczyzna!
- Nikt nie oczekuje od was byście walczyły…
- Ale możemy kuzynie! Pamiętasz jak uczyłeś mnie walki na
szable?
- To były takie dziecięce zabawy tylko…
- Ale tak mi się spodobało, że ćwiczyłam często i może
mistrzem nie jestem, ale byle komu nie ulegnę!
- Kuzynko… I wy waćpanny… Nikt od was nie oczekuje takich
zdolności… Ale dość o tym, do czasu znalezienia lądu zajmiecie moją kajutę, bo
nie godzi się, żeby waćpanny mieszkały wspólnie z kawalerami… Rozgośćcie się, a
ja idę coś jeszcze załatwić…
Doniecki wyszedł z kajuty…
- O! Dobrze, że pana widzę… - zaczepił go natychmiast
rycerz.
- Co się stało?
- Budzanowski cały czas siedzi w bocianim gnieździe i nie
chce dać się zmienić!
- To jak chce to niech siedzi…
- Ale ja też bym chciał… Budzanowski zmęczony jest, zaśnie
jeszcze i przepłyniemy obok lądu…
- Budzanowski!
- Tak?
- Nie śpisz tam?
- Nie! Skąd takie podejrzenia pułkowniku? Pewnie ten rycerz
tam jątrzy na dole!
- Hmm… Długo już tam siedzisz, zmęczony być musisz, za dwie
godziny zmieni cię rycerz Krzysztof!
- Rozkaz – odparł głośno Budzanowski, a pod nosem – a to
szelma jedna!
- Zadowolony? – zapytał rycerza dowódca.
- Tak!
Doniecki poszedł dalej, wyraźnie kierując się w stronę
kajuty Szlachtowskiego i Kowalskiego…
- Witam waszmościów!
- My też witamy! Coś się musiało ważnego wydarzyć, że sam
dowódca nas odwiedza – powiedział Mariusz Roch Kowalski.
- Wprowadzam się tutaj! – odparł z uśmiechem Doniecki –
Szlachtowski! Warta na pokładzie aż do dotarcia do stałego lądu! Natychmiast!
Wskazany wstał i wyszedł z kajuty…
- Kowalski! Mów jak wam minęła podróż w towarzystwie
szlachcianek!
- Yyyy…
- Nie bój się, mów prawdę, jak na spowiedzi!
Kowalski opowiedział jak było, kładąc szczególny nacisk, że
to szlachcianki zmusiły Szlachtowskiego do tego by mogły popłynąć… Zwłaszcza
Koszyńska…
- Moja krew… - powiedział pod nosem Doniecki.
Dwie godziny później…
- Budzanowski! Złaź! – wołał rycerz Krzysztof.
Z kierunku bocianiego gniazda dało się słyszeć kilka
przekleństw, ale Budzanowski pamiętając rozkaz dowódcy powoli zszedł na pokład…
Rycerz ochoczo zaczął wdrapywać się w przeciwnym kierunku, a gdy już był na
miejscu ujrzał na pokładzie wędrownego grajka…
- Musiałek! – zawołał – Gdzie się ukrywałeś? Co z pieśnią o
mnie?
Musiałek spojrzał w górę i szybko uciekł…
- Poczekaj no gałganie jeden! – grzmiał rycerz – Dopadnę cię
jeszcze!
W kajucie dowódcy…
- Martwię się o Kingę… - powiedziała nagle ze łzami w oczach
Koszyńska.
- Trzeba było jej nie pozwolić na to by została na wyspie… -
wtrąciła się Żbikowska.
- Łatwo ci powiedzieć… Ona wymogła to na mnie…
- Jak niby wymogła? – oburzyła się Dębska – Trzeba było jej
nie puszczać i koniec!
- Jeszcze w Polsce kazała mi przysiąc, że jej nie
powstrzymam…
- Ty mogłaś jej nie powstrzymywać, ale trzeba było nam
powiedzieć, a my byśmy ją powstrzymały… - skwitowała Żbikowska.
- Nie. Ona by nigdy mi tego nie wybaczyła… Co ona teraz tam
biedna sam pocznie…
- No, sama tak całkiem nie jest… - skomentowała Dębska –
Zostali też inni. Pastuszenko, Mijagibej, Baliczenko i Morawiec…
- I tego właśnie obawiam się najbardziej – zasmuciła się
Żbikowska.
Tomasz Szlachtowski spacerował po pokładzie…
- Co tam panie Tomaszu? – zapytał go napotkany Przemysław
Janczurowski.
- Dowódca zły na mnie…
- Za co?
- Za szlachcianki…
- E, tam! Kuzynka go udobrucha, przejdzie mu…
- Mam pełnić wartę na pokładzie aż do czasu dopłynięcia do
stałego lądu…
- To niedługo zapewne, tak myślę… Przecież ta wyspa nie
mogła tak być sama na oceanie…
- Oby! Ale jak coś to wytrzymam jak długo będzie trzeba… A
czemu idziesz z szablą w ręce?
- Ja? No tak… Szukam tego drania rycerza!
- Rycerza Krzysztofa? Co ci zrobił, żeby go szablą
potraktować?
- Już ja wiem co on mi zrobił! Niech go ja dopadnę to
popamięta!
Szlachtowski dalej przechadzał się po pokładzie, w pewnym
momencie natknął się na Kozaka Czarnienkę…
- Co chciałeś?
- Waćpanna Andżelika wiadomość prosiła przekazać…
- Mów!
- Pyta czy nie żywisz do niej urazy, że przez nią musisz
teraz wartę pełnić…
- Nie żywię…
Kuchnia…
- Co robimy Martinie? – zapytał Piotr Laszlo Tekieli –
Mówimy o wszystkim Donieckiemu?
- Sam nie wiem… - odparł Anglik Martin Swayze von Bigay.
- Jakiś drań lub dranie kradną nam ryby… Najgorsze, że nie
wiadomo kim jest lub są!
- Ja bym jeszcze poczekał z informowaniem dowódcy… Idę
powęszę trochę. Skoro ten ktoś nie jest członkiem załogi to gdzieś musi
siedzieć! Znajdę go!
- Idź, a ja pilnuję ryb, bo zbliża się pora obiadowa, a
jakby znowu nam je ukradziono to my wylądujemy w garze…
Szlachtowski wciąż spacerował po pokładzie… W pewnym momencie
spotkał Włocha Roberto Gibbencione…
- Co tam wypatrujesz w oddali Roberto?
- Ziemi! Już mi się nudzi na tym statku!
- Rycerz Krzysztof wytęża wzrok z bocianiego gniazda…
- Nudzi mi się, więc też patrzę… Zaraz wróci Czarnienko i
będziemy się bić…
- Co? Dlaczego? O co?
- Z nudów…
- Na pięści?
- Nie. Na szable…
- Ale tak na poważnie?
- Przecież mówiłem, że z nudów…
- A sekundantów macie?
- Skoro tak sobie tylko poćwiczymy to po co sekundanci? Nie
będzie to przecież walka na śmierć i życie…
- Aha, no tak…
Szlachtowski poszedł dalej… Kolejną osobą na którą natrafił
był kapitan statku Peter Van Guyden…
- Jak tam kapitanie? Kiedy dopłyniemy do stałego lądu?
- A skąd ja mam to wiedzieć?
- No jak to? Przecież jesteś kapitanem!
- Na razie tylko pełniącym obowiązki… Nie mam map, więc skąd mam wiedzieć… Płyniemy w kierunku północno-zachodnim i może gdzieś dopłyniemy…
- Na razie tylko pełniącym obowiązki… Nie mam map, więc skąd mam wiedzieć… Płyniemy w kierunku północno-zachodnim i może gdzieś dopłyniemy…
- Aha… A co z Dirkiem Van Krupenhoffem?
- A skąd mi to wiedzieć? Doniecki trzyma go pod strażą i nie
wiem co będzie dalej… Póki nic nie wiadomo to ja jestem kapitanem…
Szlachtowski przechadzał się dalej…
- Kurczę! Moglibyśmy już dopłynąć, bo mi nogi wchodzą w…!
Tymczasem w kajucie rycerza Krzysztofa… Dla przypomnienia
rycerz wynajmował połowę kajuty Niemcowi Martinowi Schylderowi, Stanisławowi
Jochymowskiemu, Rafałowi Kafałkowskiemu i Adamowi Piątkowskiemu (w przebraniu,
faktycznie Agata Piątkowska)…
- Długo jeszcze będziemy tak płynąć? – narzekał Kafałkowski.
- Pewnie nie… - odparł Schylder.
- Kafałkowski nie narzekaj! Źle ci? – mówił Jochymowski.
- Ciekawe ile ten rycerz będzie chciał za wynajem… Czuję, że
nas z torbami puści… - narzekał dalej Kafałkowski – Chciałbym już dopłynąć na
miejsce i wreszcie opuścić ten statek! Źle się tutaj czuję!
- Towarzystwo ci nie odpowiada? – powiedział zaczepnie
Jochymowski.
- A żebyś wiedział, że też! Ale najbardziej dokucza mi brak
przestrzeni!
- Pewnie zły jesteś na to, że na zmianę z Agatą śpicie z
rycerzem, ha ha… - śmiał się Schylder.
- Nawet nie… Poza tym lepiej spać z rycerzem niż z wami
dwoma… Duszę się na tym statku, ja potrzebuję otwartych przestrzeni!
- Wyjdź na pokład i będziesz miał przestrzeń! – kpił Jochymowski.
- Nie o to mi chodzi! – oburzył się Kafałkowski – Ja potrzebuję
otwartych, niczym nieskrępowanych przestrzeni!
- To musisz jeszcze trochę poczekać… - skwitowała Agata
Piątkowska.
- Nie mogę się doczekać! Mam dość tej kajuty, tego statku,
wszystkich!
Kafałkowski wstał z łóżka i poszedł się przejść…
- Ja tego nie wytrzymam! Nie wytrzymam! Dopłyńmy już!
Mijały godziny i nic się nie działo… W między czasie
Budzanowski zmienił w bocianim gnieździe rycerza Krzysztofa, a kilka minut
później już wołał:
- Ziemia! Ziemia!
- Kurczę! – wściekał się rycerz – chwilę dłużej i mnie
przypadłby ten zaszczyt!
- Gdzie ją widzisz? – wołali z dołu sternicy.
- Płyńcie bardziej na północ…
Pokład wypełnił się całkowicie, każdy chciał zobaczyć ziemię…
Powtórzono manewr z poprzedniego razu, czyli na ląd wysłano łódź, a statek
płynął dalej wzdłuż brzegu by sprawdzić czy to znowu wyspa czy już może stały
ląd… Wyglądało na to, że tym razem był to już większy fragment lądu…
W łodzi zwiadowczej znaleźli się: Kozak Czarnienko, Włoch
Gibbencione i kilku Tatarów, a w ostatniej chwili wskoczył do niej Kafałkowski…
- Gdzie waść tak się spieszysz? – zapytał z uśmiechem
Czarnienko.
- Ja muszę, ja muszę!
Po dotarciu na brzeg pierwszy z łodzi wyskoczył Kafałkowski
i zaczął biec w kierunku zarośli…
- Widocznie za potrzebą tak biegnie… - śmiał się
Gibbencione.
Zwiadowcy przez godzinę sprawdzali okolicę, ale nie natknęli
się na nic podejrzanego, dali więc znać, że można rozpocząć masowe opuszczanie
statku…
- A gdzie ten Kafałkowski? – przypomniał sobie nagle
Czarnienko.
- Myślisz, że dalej siedzi w zaroślach? – zastanawiał się
Gibbencione – Podejdę bliżej i spróbuję go zawołać…
Włoch oddalił się, a za chwilę słychać było donośne wołanie…
- Kafałkowski! Kafałkowski! Gdzie jesteś?
Z zarośli nie było słychać żadnego odzewu, więc
zaniepokojony Gibbencione bardziej zdecydowanie rozpoczął poszukiwania… Po
jakimś czasie dał sobie spokój i wrócił do pozostałych…
- Nigdzie go nie ma…
Po kilku godzinach wszystkie osoby, konie i inne rzeczy
zostały przetransportowane na ląd…
- Czyżby to był już koniec naszej współpracy panie Doniecki?
– spytał Peter Van Guyden.
- Na to wygląda, ale nie odpływajcie jeszcze… Trzeba
dokładnie sprawdzić okolicę, za kilka dni odpłyniecie.
- W porządku. Co mam zrobić z Van Krupenhoffem?
- Sam nie wiem. Jesteś kapitanem podejmij więc sam decyzję.
- Pozostaje mi go albo uwolnić albo zabić… W tym pierwszym
przypadku stracę stanowisko kapitana…
- Wstrzymaj się z podjęciem decyzji do momentu naszego
rozstania…
- W porządku…
II polska wyprawa do Nowego Świata rozgościła się już na
dobre na brzegu, tymczasem wciąż nie wracał Kafałkowski… Zaniepokojeni
towarzysze kontynuowali poszukiwania… Zaangażowali nawet angielskiego
tropiciela…
- Ja mam go szukać? Niby dlaczego? – denerwował się Swayze.
- Jesteś tropicielem czy nie? – zawołał z oburzeniem
Jochymowski.
- No, niby tak. Teraz już ciemno, nic nie znajdę, ale rano
przyglądnę się śladom…
- Dzicy! – zawołał nagle Schylder
- Gdzie? – z przerażeniem krzyknęli wszyscy obok.
- Dzicy go pewnie porwali!
- Uspokój się Martin – powiedział Jochymowski – Ciemno już,
nie znamy terenu, a rano Anglik zobaczy ślady i sprawa się wyjaśni…
- My tu przy ognisku siedzimy – kontynuował prawie płacząc
Schylder – a on tam biedny Bóg wie gdzie… Nie wiadomo nawet czy żyje!
- Znajdziemy go! – obiecywał Jochymowski.
Nieco dalej od pozostałych zebrali się członkowie firmy
sprzątającej…
- Co robimy? – zapytał Czarny Malik.
- O co ci chodzi? – odparła pytaniem na pytanie Anna
Hynowska.
- Jak to o co? Wysiedliśmy na obcej ziemi, nie wiadomo co
dalej, a ty pytasz o co mi chodzi?!
- Spokojnie. Będzie dobrze – wtrąciła się Katarzyna
Madejska.
- Czy wy nie rozumiecie, że tutaj nie ma statków do sprzątania?!
Wracajmy do Gdańska!
- Żeby nas znowu ci Holendrzy pojmali i sprzedali jako
niewolników? – denerwował się Wiecha.
- A nas do haremu… - dodała Hynowska.
- Przecież to Van Krupenhoff, a nie tamci!
- Cholera wie co zrobią tamci jak nie będzie na statku
reszty Polaków!
- A mi się tutaj podoba – odparła Alfreda Pawłowska.
- Fredka! Co ty tutaj chcesz sprzątać? Las? Plażę?– kpił Czarny
Malik.
- Niech każdy odpowiada za siebie, ale tylko z Donieckim
będziemy bezpieczni – skwitowała Hynowska – Idę spać, zmęczona jestem, jutro
porozmawiamy.
- Masz rację Aniu! Jutro też jest dzień… - potwierdziła
Madejska.
Czarny Malik kipiał ze złości, ale widząc, że wszyscy poszli
spać zrobił to samo…
piątek, 25 kwietnia 2014
75000 odwiedzin!!!
W dniu dzisiejszym padła granica 75.000 odwiedzin na tym blogu!
Przy okazji polecam swój znacznie młodszy blog... Wyłącznie o tematyce piłkarskiej http://pilka---nozna.blogspot.com
Przy okazji polecam swój znacznie młodszy blog... Wyłącznie o tematyce piłkarskiej http://pilka---nozna.blogspot.com
niedziela, 20 kwietnia 2014
Epopeja polsko-indiańska (67)
Statek „Neptica” spokojnie płynął w kierunku Nowego Świata…
Uczestnicy II polskiej wyprawy wiedzieli, że niedługo powinni dopłynąć na
miejsce, ale nie przypuszczali, że znajdują się już tak blisko celu…
Kryjówka w ścianie…
- Umieram z głodu – narzekał głośno Włoch Prostaccio –
Szpiegu! Poszedłbyś po jakieś jedzenie…
- Ja już byłem! Teraz kolej na następną osobę… Może ty byś
poszedł? – odpowiedział hardo Dawid „Szpiegu” Łęckowski.
- Nie. Ty idź, wiesz co i jak, a ja bym stracił tylko
niepotrzebnie mnóstwo czasu na rozeznanie sytuacji…
- Co racja to racja! Prostaccio mądrze prawi! - wtrącił się Bartłomiej Głuchowski.
- Właśnie! Szpiegu idź! – nalegali pozostali.
- No dobrze, ale Prostaccio niech najpierw opowie coś
ciekawego!
- Kiszki marsza grają, a temu opowieści zachciało się! –
zawołał zdenerwowany Marian Łuszczyński.
- Bo nie pójdę!
- Prostaccio! – zawołał Łuszczyński – Opowiedz mu szybko coś
i niech idzie po żarcie!
- Ale o czym? – zdziwił się Włoch.
- Wszystko jedno! Byle szybko i nie o jedzeniu!
-No! Opowiadaj! – wtórował Łuszczyńskiemu Ślązak Szmicior.
- Stop! – zawołał Szpiegu – Skoro mi ma opowiadać to ja
wybieram temat! Niech opowie skąd się wziął w Polsce!
Prostaccio zastanowił się chwilę, po czym rozpoczął opowieść…
- Trzy lata temu przybyłem z Genui… No, a teraz śmigaj po
jedzonko…
- Co? Kpisz sobie?! Masz powiedzieć czemu trafiłeś do
Polski! Dokładnie! Źle ci było w ojczystym kraju?
- Było mi cudownie! Musiałem uciekać, dlatego opuściłem
Genuę i Włochy!
- Mów, mów! – zachęcał Szmicior – Teraz też uciekasz, tyle
że z Polski… To przez tego drania Macudowskiego!
- Szmicior! Nie przeszkadzaj! Niech mówi! – złościł się
Łuszczyński – Bo Szpiegu nigdy po jedzenie nie pójdzie!
- Zacznę od początku – kontynuował Prostaccio – Pracowałem u
mistrza Speglattiego, na wsi pod Genuą. Speglatti cały czas mi powtarzał, że
zapowiadam się na dobrego rzeźbiarza… Ale z czegoś trzeba było żyć, więc
wieczorami pracowałem w karczmie, żeby mieć na utrzymanie… Speglatti płacił
bowiem raz na jakiś czas, w zależności od sprzedaży rzeźb… Jedną rzeźbę czasami
wykonywało się przez kilkanaście miesięcy… Mistrz pochodził z bogatej rodziny,
więc nie narzekał na brak środków do życia… Ale ja musiałem z czegoś żyć, bo z
tych jego zaliczek wyżyć nie było sposób… Wszystko było dobrze, ale do czasu…
Pewnego razu wracałem późnym wieczorem z karczmy, a tu nagle jak nie błyśnie!
Aż z wrażenia przycupnąłem! Ledwie doszedłem do siebie, usłyszałem głos: -
„Prostaccio! To ty nicponiu?” Co miałem robić? Odpowiedziałem, że ja… W między
czasie spojrzałem w stronę skąd cały czas mocno błyskało… I znowu aż
przycupnąłem z wrażenia i ze strachu zarazem! Postać którą ujrzałem była
niezwykle wysoka… Miała przynajmniej cztery metry! W ręku trzymała potężną
siekierę… Gdy tak przyglądałem się znowu usłyszałem głos: - „Prostaccio! Chcesz
żyć?” „Pewnie, że chcę!” – odpowiedziałem wystraszony… „To ściągaj ubranie i
uciekaj!” Postać przybliżyła się i zaczęła wymachiwać siekierą, niewiele więc
zastanawiając się zrzuciłem ubranie i nagi
pobiegłem do domu… Przepadły pieniądze, jakie zarobiłem przez dwa tygodnie
pracy w karczmie… Był to bowiem dzień wypłaty… Skoro świt ruszyłem na miejsce
spotkania z dziwną postacią i znalazłem ubranie, ale niestety brakowało
pieniędzy… Przez kilka dni bałem się wracać sam wieczorem z karczmy, ale
tajemnicza postać nie pojawiała się… W końcu zajęty pracą przy rzeźbach i w
karczmie, udało mi się niemal zapomnieć o nieprzyjemnym spotkaniu… Aż do czasu
następnej wypłaty… Sytuacja bowiem powtórzyła się i znowu straciłem pieniądze!
Najgorsze było to, że nie miałem za co zapłacić za wynajmowany pokój… Mistrz
nie miał podobno z czego dać mi zaliczki, bo rodzina miała mu wysłać pieniądze
dopiero za jakiś czas, a to co miał musiał zostawić na własne potrzeby… Pieniądze
ze sprzedaży rzeźby miały pojawić się najwcześniej za trzy miesiące… Udało mi
się wyprosić u gospodarza, że zapłacę jak tylko dostanę kolejną wypłatę w
karczmie… Wtedy dotarło do mnie, że tajemnicza postać pojawia się właśnie w
dniu wypłaty… Postanowiłem, że nie będę wtedy odbierał pieniędzy, ale w
innym terminie… Nie mogłem sobie już pozwolić na stratę kolejnych pieniędzy… To
groziło bankructwem! I tak byłem już na strasznym minusie! Nadszedł dzień
wypłaty, oznajmiłem właścicielowi karczmy, że nie chciałbym dzisiaj odbierać
wypłaty… Toscani odparł, że jest mu to obojętne kiedy odbiorę… Ustaliliśmy,
że w dniu jutrzejszym… Wróciłem do domu bez przygód… Kilkakrotnie
chodziłem w różne strony, ale tajemnicza
postać nie ukazała się… Zaczynałem żałować, że nie wziąłem jednak wypłaty i w
końcu ruszyłem z powrotem do karczmy… Toscani zdziwił się, że jednak chcę ją
odebrać… Kazał chwilę poczekać i po kwadransie przyniósł należne mi pieniądze…
„Trzymaj Prostaccio!” Pożegnałem się i popędziłem do domu… Będąc pośrodku drogi
usłyszałem głos: „Prostaccio! To ty nicponiu?” Po raz trzeci musiałem wracać
nago do domu, a o świcie poszedłem po ubrania, ale niestety – tak jak zawsze –
nie było w nich pieniędzy… Co miałem zrobić? Nie miałem za co żyć, nie miałem za
co zapłacić za czynsz… Z tej rozpaczy okradłem gospodarza, ale jego rodzina
zorientowała się i podniosła alarm… Musiałem uciekać… Postanowiłem udać się do
Francji lub Niemiec, ale napotkałem na grupę jadącą do Polski… Mało wiedziałem
o waszym kraju, poza tym, że królową była Włoszka Bona Sforza… Postanowiłem
spróbować… Zadowolony Szpiegu?
- Tak… Zastanawiam się tylko, który cię okradał… Myślę, że
albo właściciel karczmy albo… ten twój mistrz lub gospodarz…
- Jak to?
- Z tego co mówiłeś łatwo zorientować się, że okradano cię
zawsze jak dostawałeś wypłatę… A kto wiedział kiedy dostajesz wypłatę?
- Jezu! Racja! I karczmarz, bo to on w końcu mi płacił i
mistrz, bo mu mówiłem!
- Dobra! Nieważne! – przerwał brutalnie rozmowę Łuszczyński –
Później pogadacie! Szpiegu! Marsz po jedzenie!
- Idę!
Szpiegu kilka minut później był w kuchni… Zastanowiło go
trochę, że ryby leżą na stole i nikt ich nie pilnuje… A przecież nie tak znowu
dawno ukradł kilka rybek i ten fakt nie mógł pozostać nie zauważony… Mimo to
ruszył w kierunku stołu i już miał chwytać za ryby, ale powstrzymał go głos
dochodzący z wejścia do kuchni…
- Zostaw to złodzieju!
Obejrzał się i zobaczył Piotra Laszlo Tekielego i Anglika Martina
Swayzego von Bigaya przesuwających się z siekierami w dłoniach w jego kierunku…
- Ładnie to tak kraść czyjąś własność?! – syczał Tekieli.
- Nie wyjdziesz stąd żywy! – wtórował mu Swayze.
- Panowie! Nie zabijajcie! Nie zrobiłem przecież nic złego! –
wołał przestraszony Szpiegu.
Napastnicy spojrzeli po sobie…
- Co z nim zrobimy? – zaczął Tekieli.
- Jakąś karę musi ponieść… Kim on w ogóle jest i skąd wziął
się na naszym statku?
- Nie wiem… Zwiążmy go i włóżmy do beczki po kapuście… Potem
zastanowimy się co dalej…
- No właśnie… Trzeba iść jeszcze trochę ryb złowić, by jutro
na obiad było co podać…
- Idziemy! Teraz można uznać, że kuchnia jest bezpieczna…
Kryjówka w ścianie…
- Gdzie do diabła jest ten Szpiegu?! – wściekał się
Łuszczyński – Ile można iść do kuchni i z powrotem?!
- Może coś go zatrzymało? - wysunął przypuszczenie Szmicior.
- E, tam! – grzmiał dalej Łuszczyński – Pewnie dorwał się
dziadyga jeden do żarcia, a my tu z głodu umieramy!
- To może pójdę sprawdzić? – zaproponował Ślązak.
- Idź! A jak jest tak jak mówię to zabij go na miejscu!
Szmicior wyszedł z kryjówki i wolno skradał się w kierunku
kuchni… Po dotarciu na miejsce zastanowiła go dziwna cisza panująca w środku…
Pułapka? Mimo panujących ciemności rozglądał się dookoła, mimo ciszy wytężał
słuch… W pewnym momencie potknął się o beczkę…
- Co za cholera! – przeklnął cicho.
Już miał przesunąć się dalej, ale nagle zobaczył poruszającą
się głowę w tejże beczce…
- Jezu! A to co znowu?
Mimo strachu zbliżył się w kierunku beczki… Okazało się, że
szamocząca się głowa należała do Łęckowskiego… Szpiegu był związany i
zakneblowany… Szmicior wyciągnął mu szmaty w ust…
- Dobrze, że jesteś Szmicior!
- Kto ci to zrobił?
- Takich dwóch! Przyłapali mnie na tym, że chciałem ukraść
ryby…
- Gdzie oni są?
- Poszli dalej łowić…
- Aha…
- Uwolnij mnie…
- No, nie wiem…
- Jak to nie wiesz? Nie drwij sobie!
- Uwolnię, jak obiecasz, że będziesz w mojej bandzie…
- W jakiej bandzie?
- W bandzie Szmiociora!
- Po co ci ta banda?
- No jak to po co? Żeby zemścić się na tym przebrzydłym
Macudowskim!
- Przecież on został w Polsce, a my płyniemy do Nowego
Świata!
- Będziesz w bandzie czy mam cię zostawić w tej beczce?!
- No dobrze, będę w twojej bandzie!
- I jeszcze… żeby nie było tak łatwo… zaśpiewaj piosenkę na
cześć Szmiciora lub jego bandy!
- Zwariowałeś?
- Śpiewaj!
Szpiegu chwilę zastanowił się, po czym zanucił cicho…
- Wszyscy co znają Szmiciora, wiedzą że to kawał bandziora…
- Doskonale! Jak chcesz to potrafisz! Zostajesz oficjalnie
przyjęty do bandy!
Niedługo potem obaj znaleźli się z powrotem w kryjówce…
Wszyscy, poza Tylko, dostali po rybce…
- Mało! – narzekał Łuszczyński – ale teraz przynajmniej będę
mógł zasnąć…
Kajuta Mariusza Rocha Kowalskiego i Tomasza Szlachtowskiego…
- Moje panie! – rozpoczął zdenerwowany Kowalski – tak dalej
być nie może! Jestem głodny i niewyspany! Szlachtowskiemu nieraz mówiłem, żeby
poszedł do dowódcy i powiedział jak jest! W końcu waćpanna Koszyńska jest
kuzynką Donieckiego!
Kobiety były trochę zaskoczone słowami Kowalskiego… Już mu
miała odpowiedzieć Andżelika Koszyńska, ale powstał potworny hałas na pokładzie…
- Coś się stało! – zawołał Szlachtowski, zadowolony że
przerwana została nieprzyjemna dla niego mowa Kowalskiego – Idę sprawdzić co
się dzieje!
A stało się coś bardzo ważnego i to dosłownie przed chwilą…
Otóż pełniący wartę na bocianim gnieździe Mateusz Budzanowski zobaczył ziemię…
- Ziemia! Ziemia! – wołał wciąż.
- Gdzie ona jest? – krzyczeli do niego z dołu holenderscy
sternicy – z dołu nic nie widać!
- Płyńcie bardziej na południe!
Dopiero po kilku minutach wszyscy członkowie załogi mogli
dostrzec fragment lądu…
- Dopłynęliśmy! – wołała Koszyńska z przyjaciółkami, które w
tej euforii także wybiegły na pokład.
- Andżeliko! – powiedział nagle Jerzy Doniecki – Czy możesz
mi wytłumaczyć co tutaj robisz? A te
inne waćpanny?
- Yyyy… - Koszyńska nie wiedziała co odpowiedzieć – Nie cieszysz
się z widoku kuzynki?
- Cieszę się, cieszę… Oczywiście. Ale miałaś nie płynąć!
- Ale skoro tutaj już jestem?
- No, teraz to już na to nic nie poradzę…
- Kuzynie! Nie gniewaj się…
- Ciekawe gdzie przebywałyście podczas rejsu…
- …
- W mojej kajucie… - odezwał się Szlachtowski.
- Porozmawiamy o tym później – odparł zmierzywszy go
przenikliwym głosem pułkownik, następnie zmienił temat – Czarnienko! Weź kilku
ludzi i popłyńcie na brzeg! Trzeba najpierw sprawdzić co tam jest!
Kozak Czarnienko, Włoch Roberto Gibbencione i kilku Tatarów
wsiadło do małej łodzi i kierowało się ku lądowi… Statek tymczasem, popłynął
dalej wzdłuż brzegu… Wkrótce okazało się, że wyprawa nie natrafiła na stały ląd
lecz na wyspę…
Po dwóch godzinach reszta załogi także zeszła na brzeg,
każdy chciał choć chwilę pochodzić po ziemi…
Celem II wyprawy nie było zasiedlenie małej wyspy, lecz
odszukanie I wyprawy i ewentualna kolonizacja, ale większego fragmentu lądu…
Doniecki postanowił więc ruszać dalej, a na wyspie zostawił buntowników: Kozaka
Pastuszenkę i niedawnego przywódcę Tatarów Mijagibeja oraz Morawca, który mimo
że był członkiem firmy sprzątającej nie kwapił się do sprzątania… Na wyspie
postanowił też zostać Kozak Baliczenko, który miał już dosyć podróży morskiej…
- Na pewno chcesz tu zostać Baliczenko?
- Tak! Mianujesz mnie księciem tej wyspy?
- Nie rozśmieszaj mnie… Skoro chcesz zostań…
„Neptica” ruszyła dalej… Bez zgody Donieckiego na wyspie
zostali też: Tylko Michał, który prawie już umierał z głodu w kryjówce w
ścianie i szlachcianka Kinga Kabatowska, która z miejsca zakochała się w tej
wyspie i postanowiła, że założy na niej swoją pustelnię i poświęci się całkowicie
Bogu...
- Jak mogłaś jej na to pozwolić? – ruszyły z pretensjami
Agnieszka Dębska i Anna Żbikowska.
- Nie chciałam, ale wymogła to na mnie! – broniła się
Koszyńska.
Rozmowę przerwało pojawienie się Budzanowskiego…
- Pan Doniecki prosi waćpanny na rozmowę!
sobota, 19 kwietnia 2014
wtorek, 8 kwietnia 2014
Epopeja polsko-indiańska (66)
Statek "Nefretete" właśnie wypłynął z Gdańska...
- Dziwię się bardzo - rzekła Anna Von Stollar do Dziobaka, który prowadził ją do jej kajuty - że ten Macudowski nie przyszedł mnie przywitać. Nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania! Mam nadzieję, że przynajmniej moja kajuta będzie godna!
- Nie przyszedł, bo źle się poczuł - odpowiedział zbir Dziobak - Proszę to jest pani kajuta...
Von Stollar weszła do środka, tuż za nią szła czeska służąca Eva Janikova...
- No! Ujdzie... Nawet nie najgorsza... - skomentowała Von Stollar - Eva! Zobacz co słychać u Brennera i Knothe, a potem wróć szybciutko, bo musimy porozmawiać.
- Dobrze pani...
- Tyle razy już ci mówiłam, że jak jesteśmy same nie musisz mnie tak nazywać...
- No, wiem, ale muszę się przyzwyczajać... żeby mi się wśród innych nie wyrwało...
- Póki co dobrze prezentujesz się jako służąca... Ha ha ha
- Staram się Anno... To mój pierwszy dzień w życiu w tej roli...
- Już tak mamy, że co chwilę inna rola... Idź i wracaj chyżo.
Janikova wyszła, ale zaraz natknęła się na zbira Chochoła...
- Co tutaj robisz dzierlatko?
- Nie jestem żadną dzierlatką, łotrze!
- Ho ho, nie tak ostro, nie zamierzałem urazić...
- Zejdź mi z drogi, nie mam czasu...
Chochoł miał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł na ramieniu czyjś uścisk...
- To ja tam sama siedzę w kajucie, a ty tu jakieś dziewki zaczepiasz? Chochole jeden! - warknęła Agnes Flint (Agnieszka Krzemieńska).
- E tam, od razu zaczepiam... Rozmawiałem tylko... Agnieszko...
- Słyszałam! I nie mów do mnie Agnieszka! Agnes!
- A ty nie mów do mnie Chochole, lecz Chochoł! A w ogóle to o co ci chodzi? Zazdrosna jesteś czy jak?
- Ja zazdrosna? Kpisz sobie czy co? O takiego zbira?
- He he...
- Dziwię się bardzo - rzekła Anna Von Stollar do Dziobaka, który prowadził ją do jej kajuty - że ten Macudowski nie przyszedł mnie przywitać. Nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania! Mam nadzieję, że przynajmniej moja kajuta będzie godna!
- Nie przyszedł, bo źle się poczuł - odpowiedział zbir Dziobak - Proszę to jest pani kajuta...
Von Stollar weszła do środka, tuż za nią szła czeska służąca Eva Janikova...
- No! Ujdzie... Nawet nie najgorsza... - skomentowała Von Stollar - Eva! Zobacz co słychać u Brennera i Knothe, a potem wróć szybciutko, bo musimy porozmawiać.
- Dobrze pani...
- Tyle razy już ci mówiłam, że jak jesteśmy same nie musisz mnie tak nazywać...
- No, wiem, ale muszę się przyzwyczajać... żeby mi się wśród innych nie wyrwało...
- Póki co dobrze prezentujesz się jako służąca... Ha ha ha
- Staram się Anno... To mój pierwszy dzień w życiu w tej roli...
- Już tak mamy, że co chwilę inna rola... Idź i wracaj chyżo.
Janikova wyszła, ale zaraz natknęła się na zbira Chochoła...
- Co tutaj robisz dzierlatko?
- Nie jestem żadną dzierlatką, łotrze!
- Ho ho, nie tak ostro, nie zamierzałem urazić...
- Zejdź mi z drogi, nie mam czasu...
Chochoł miał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł na ramieniu czyjś uścisk...
- To ja tam sama siedzę w kajucie, a ty tu jakieś dziewki zaczepiasz? Chochole jeden! - warknęła Agnes Flint (Agnieszka Krzemieńska).
- E tam, od razu zaczepiam... Rozmawiałem tylko... Agnieszko...
- Słyszałam! I nie mów do mnie Agnieszka! Agnes!
- A ty nie mów do mnie Chochole, lecz Chochoł! A w ogóle to o co ci chodzi? Zazdrosna jesteś czy jak?
- Ja zazdrosna? Kpisz sobie czy co? O takiego zbira?
- He he...
sobota, 5 kwietnia 2014
Epopeja polsko-indiańska (65)
Gdańsk
- Długo jeszcze będziemy czekać? – denerwował się zbir
Jamróz.
- Wszystko na to wskazuje, że nie – dodał zbir Dziobak – Stajenny
Bomblicek konie już na pokład wprowadził…
Bomblicek był dalekim czeskim kuzynem stajennego Bąbla
(uczestnik I polskiej wyprawy do Nowego Świata).
- To nie rozumiem na co jeszcze czekamy! – pieklił się
Jamróz – Ja nie lubię czekać!
- Spytaj Macudowskiego – rzekł przechodząc obok zbir
Chochoł.
- Już pytałem…
- No i… ?
- Mamy czekać i tyle!
- To może Zębiszona zapytaj… Nie odstępuje Macudowskiego na krok…
- To może Zębiszona zapytaj… Nie odstępuje Macudowskiego na krok…
- Zębiszona lepiej nie pytać… Wybełkota coś tam, a i tak nic
z tego nikt nie zrozumie…
- Kozę mu szef sprowadził…
- ? Kozę? Po co?
- A skąd mi to wiedzieć?
- Po co mu do diabła ciężkiego koza na statku?
- Nie wiem, może lubi mleko?
Chochoł poszedł dalej, za rogiem czekała na niego kobieta…
- Jesteś wreszcie!
- A no jestem!
- Pokażesz mi wreszcie naszą kajutę?
- Hola, hola! Toż to moja kajuta!
- No tak, ale mówiłeś, że mnie przygarniesz…
- Chodź!
Ruszyli w kierunku statku… Tą kobietą była Agnieszka
Krzemieńska…
- Chochole!
- Co znowu? Poza tym mówiłem ci już nieraz, że nie lubię jak
się do mnie mówi „Chochole”! Chochoł ma być!
- No dobrze już, będę pamiętała, obiecuję! A ty pamiętaj, że
od teraz jestem Angielką Agnes Flint.
- A co za różnica?
- Zasadnicza! Pamiętaj!
Kilka chwil później znaleźli się w kajucie Chochoła…
- No i jak ci się podoba panno Agnes?
- Cudów nie ma, ale w porządku. O Boże!
- Co znowu?
- Szczur po tobie łazi!
- A… To nie jest szczur…
- To mysz jakaś!
- Też nie…
- A co to niby jest?!
- Chomik…
- ?
- Nazywa się Sebek. On też z nami płynie…
- Co?! Chyba nie w tej kajucie?
- W tej!
- Nie!!!
- Nie bój się go, jest oswojony, chcesz go pogłaskać?
- Nie! Nie ma mowy! Zabierz to ode mnie!
- Ha ha ha. Chomika się boi, ha ha ha. Chodź Sebek, pokażę
ci statek, spędzimy tutaj trochę czasu…
Zbir powiedziawszy to wyszedł z kajuty… Ale zanim na dobre
rozpoczął spacer po pokładzie usłyszał kobiece głosy… Odwrócił się i zobaczył
dwie kobiety…
- Przepraszam! Szukamy kuchni! – zapytała jedna z nich.
- Nie wiem, gdzie jest, dopiero co wszedłem…
- Szczur!
- Chomik…
Kobiety oddaliły się, spoglądając od czasu do czasu
bojaźliwie w kierunku Chochoła… Były to czeskie kucharki: Sabina Sviderkova i
Dominika Guzikova…
Dwie godziny później na pokład wszedł Macudowski…
- Przybyła już ta baba? Zapomniałem jak się nazywa…
- Nie, jeszcze nie… - odparł Zębiszon.
- Nigdy do końca nie wiem co mówisz – rzekł pod nosem
Macudowski – więcej się domyślam… Sokoliński! Jak wygląda sytuacja?
- Nie ma jeszcze tej kobiety… Ale za to wszędzie pełno
Prusaków…
- O, tam widzę tego ich dowódcę! Weź Kaliskiego i zapytajcie
go czy długo jeszcze…
Wspomniana dwójka zeszła z pokładu i skierowała się w
kierunku kapitana Von Kruge, tymczasem Macudowski zszedł pod pokład, a tam
spotkał Bomblicka…
- Stajenny! Czemu te konie takie wychudzone? Miałeś o nie
dbać! Mam kazać cię wychłostać?
- Nie są wychudzone panie! Inne światło tu jest niż na
górze, takie złudzenie…
- Ja ci tam zaraz złudzenie! Jak nie zaczniesz opiekować się
końmi jak należy to wylądujesz w morzu! Zrozumiałeś?
- Tak… Ale…
- Żadne tam ale! Nicponiu jeden! Konie mają być dobrze
odżywiane i myte! Za to ci płacę draniu! Przyjdę tu za kilka dni i sprawdzę!
- No… właśnie o to chodzi, że jeszcze nic nie dostałem, a
już długo opiekuję się tymi końmi…
- A po co ci talary na statku gamoniu? Jeść dostaniesz, pić
dostaniesz, spać masz gdzie!
- Aha, czyli rozumiem, że jak dopłyniemy na miejsce to mi
pan wypłaci te talary?
- Tak! Ile razy mam to powtarzać? Idę! Pilnuj koni!
Powiedziawszy to poszedł z powrotem na pokład…
- No i?
- Mówi, że mamy czekać… ale już podobno niedługo –
poinformował Sokoliński.
- A może by tak nagle ruszyć? – zaproponował zbir Chwaścior –
Przecież nie zdążyliby wtargnąć na statek…
-Też o tym myślałem, ale nie… - Macudowski pamiętał, że w
Prusach znajdowała się zdecydowana większość jego majątku – Idę do swojej
kajuty, jak przybędzie ta Von Stollar to mnie zawiadomcie!
Po drodze spotkał Ukrainkę Rusłanę Kramerko…
- No! Już niedługo znajdziemy się na pełnym morzu… Pokażesz
wtedy co potrafisz!
- Pokażę! Dzisiaj miałeś mi zapłacić zaliczkę…
- Po co ci złoto na statku… Dam ci później, jak wrócimy…
- Nie! Uzgodniliśmy, że w dniu wypłynięcia dostanę sakiewkę!
- No, dobrze. Trzymaj!
Macudowski już miał ukryć się w kajucie by chwilę się
zdrzemnąć, ale zza rogu wyszli dwaj kronikarze…
- Chcieliśmy uzgodnić na co położyć akcent przy opisywaniu
dnia wypłynięcia… - rozpoczął Czerkaszenko – ja bym proponował…
Nie skończył, bowiem przerwał mu drugi kronikarz Dariusz
Grzybowski…
- Jego propozycja jest mniej ciekawa od mojej! Ja proponuję…
- Dosyć! – wrzasnął Macudowski – Dajcie mi święty spokój!
Piszcie co chcecie i jak chcecie, a ja za jakiś czas to ocenię…
- Ale… - kontynuował Grzybowski.
- Żadne ale! Precz!
Niedługo było mu dane odpocząć we własnej kajucie, nie
minęła godzina, a do drzwi dobijał się zbir Dziobak…
- Czego znowu? – krzyknął obudzony.
- Anna Von Stollar przybyła! Są też z nią ci dwaj Prusacy…
- No i dobrze. Zaprowadź ją do jej kajuty i tych dwóch
też. Powiedz kapitanowi Klausowi, żeby
wypływał… Ja chcę spać!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

