Rok 565, Osada Słowian leżąca przy lewobrzeżnym dopływie Wisły.
Niebo nad zakolem rzeki ryczało głosem, jakiego najstarsi starcy nie pamiętali. Chmury, czarne jak smoła i ciężkie od wilgoci, zawisły tak nisko nad strzechami chat, jakby sam Perun chciał zmiażdżyć osadę swoim gniewem. Deszcz nie padał – on wręcz biczował ziemię, zamieniając piaszczyste ścieżki w rwące potoki.
Wioska, ukryta w głębi prastarej puszczy, składała się zaledwie z kilkunastu półziemianek, małych, kwadratowych chat wkopanych w ziemię. Zabudowania ustawione były w dwóch rzędach wzdłuż rzeki wijącej się u stóp osady nazywanej wówczas Srebrzanką, zwykle spokojnej i życiodajnej, dziś jednak wzburzonej, mętnej i groźnej, wdzierającej się niemal do osady.
W największej chacie usytuowanej w samym centrum, przy ognisku stał on - Wszebor, przywódca rodu. Nadsłuchiwał kobiece krzyki dobiegające z dwóch różnych chat. Los chciał, że dwie żony Wszebora - młoda, jasnowłosa Dobrochna i starsza, dumna Czębira - zaczęły rodzić w tę samą przeklętą, a może błogosławioną noc.
Nagle niebo rozdarło się na pół, oślepiający, błękitno-biały piorun uderzył w starego dęba na wzgórzu, a jego blask na moment zamarł w powietrzu, przybierając kształt rozżarzonego grotu, który celował prosto w serce osady. Chwilę później huk niemal rozdarł bębenki w uszach i z chaty, gdzie rodziła Dobrochna dobiegł pierwszy, potężny płacz niemowlęcy, a niebawem potem podobny płacz dało się słyszeć z drugiej chaty. Mimo rzęsistego deszczu Wszebor ruszył żwawo do pierwszego zabudowania, a chwilę później stara babka odbierająca poród podała mu niemowlę i szepnęła „Masz syna”. Wszebor wziął noworodka na ręce i ucałował, po czym pośpieszył czym prędzej do drugiej chaty, gdzie okazało się, że Czębira także dała mu syna. Wszebor poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - w poprzednich latach, z różnych żon, rodziły mu się wyłącznie córki. A teraz przyszło na świat dwóch synów i to niemal równocześnie.
Gdy burza nieco zelżała, a dym z uderzonego drzewa zaczął mieszać się z mgłą, wszyscy mieszkańcy wyszli ze swoich schronień. Starszyzna - trzej mężowie o brodach sięgających pasów - podeszli do Wszebora trzymającego na rękach dwóch synów.
- To nie był zwykły deszcz Wszeborze - wycharczał najstarszy z nich, wskazując na dopalający się dąb - Niebo płakało z radości i trwogi jednocześnie. Ci dwaj nie przynieśli ze sobą spokoju. Przyniosą stal i ogień.
Wszebor spojrzał na pierwszego syna, który patrzył na świat nadzwyczaj przytomnym wzrokiem, a potem na drugiego, silnego i krzykliwego.
- Ten, przy którego pierwszym krzyku niebo rzuciło w ziemię świetlistą strzałą, będzie zwał się Grotomir - ogłosił dumy ojciec - Niech jego wola będzie celna i ostra jak grot, który nam ukazał Perun!
- Drugi, zrodzony w samym sercu grzmotu, niech nosi imię Gromomir. Niech jego imię niesie się echem po kniejach, a siła budzi respekt u wrogów.
Ludzie zaczęli wiwatować, choć w ich głosach słychać było niepokój. Kobiety dotykały ramion Wszebora, gratulując mu dwóch zdrowych dziedziców. Każdy czuł, że nowi mieszkańcy osady nie urodzili się przez przypadek - niecodzienne zjawiska pogodowe były znakiem, ale ludzie nie do końca wiedzieli jak je zinterpretować, a skoro nie wiedzieli to w ich serca wkradł się niepokój o dalsze losy osady i jej mieszkańców.
Czasy były to bowiem niezwykle trudne, wymagały hardości ducha - jeżeli nie byłeś wystarczająco silny stawałeś się ofiarą, traciłeś życie lub stawałeś się niewolnikiem.
VI wiek to okres w którym na ziemiach polskich polskich pojawili się Słowianie, mogli też pojedynczymi grupkami przybyć wcześniej. Nie było żadnej państwowości, podstawową komórką społeczną była rodzina, a większe grupy tworzyły opola (wspólnoty sąsiedzkie), z których wyłaniały się plemiona. Wszystko było jeszcze płynne. Mieszkańcy osady nad Srebrzanką nie byli jeszcze Polakami, nie czuli się też Wiślanami czy Lędzianami, byli po prostu Słowianami.
Europa była w tym czasie wędrówką ludów, chociaż z coraz większą tendencją do stałego osadnictwa. Wcześniej na ziemiach polskich mieszkali m.in. Celtowie, Germanie, lecz z biegiem czasu i między innymi pod naporem kolejnych ludów przesunęli się bardziej na Zachód. W IV wieku siłą dominującą w Europie Środkowej i Wschodniej stali się Hunowie, którzy rozbili germańskich Gotów w 375 roku i na kilka dziesięcioleci odgrywali kluczową rolę na tym obszernym terenie. Słowianie w tym czasie przesuwali się to na rozległe tereny dzisiejszej Ukrainy i Mołdawii, a następnie bardziej na południe, gdzie zaczęli graniczyć z Bizancjum.
Rzadko budowano stałe osady, jednym z powodów było prymitywne jeszcze rolnictwo polegające na uprawianiu ziemi przez kilka lat, a po jej wyjałowieniu się przenoszono siedzibę o kilka lub kilkanaście kilometrów dalej, gdzie wypalano las i użyźniano popiołem ugory.
Dzieciństwo braci minęło z jednej strony na beztroskich zabawach, z drugiej zaś pod znakiem surowej szkoły przetrwania i nieustannego hartowania ducha.
Podczas, gdy Grotomir godzinami przesiadywał na drzewach, ucząc się cierpliwości od czatujących drapieżników i konstruując swoje pierwsze łuki z jesionowego drewna, Gromomir rzucał wyzwanie rzecznym prądom, przenosząc głazy z dna rzeki, by je umiejscawiać na brzegu. W ich dorastaniu kluczową rolę odgrywały starsze siostry, które dbały o ognisko domowe, ale też wnosiły do ich życia mądrość przodków. Bolemira, najstarsza, była ostoją spokoju - to ona uczyła braci rozpoznawania ziół i opatrywania ran, co nieraz ratowało ich po bójkach z rówieśnikami. Rzepicha, rezolutna i twarda, nie ustępowała braciom w biegu przez gęstwinę, często pełniąc rolę łączniczki między ojcem a synami podczas dalekich wypraw na polowania. Radochna, najmłodsza, swoim śmiechem i pieśniami łagodziła porywczy charakter Gromomira, przypominając im wszystkim, o co walczą i czego muszą strzec w mrocznych czasach VI wieku.
Wspólnie tworzyli nierozerwalny krąg rodowy, w którym surowość ojca Wszebora mieszała się z troską sióstr.
Minęło siedemnaście zim. Osada nad Srebrzanką, choć wciąż niewielka, tętniła życiem, a jej znaczenie rosło dzięki silnej ręce Wszebora i dorastającym synom, którzy stali się żywą legendą wśród tutejszych rodów.
Słońce ledwo przebijało się przez gęste korony dębów, gdy na polanie za palisadą rozległ się głuchy łoskot. To nie był grzmot - to Gromomir trenował.
Był mężczyzną o barach tak szerokich, że musiał wchodzić do większości chat bokiem. Jego mięśnie, twarde jak wyschnięte drewno dębowe, grały pod skórą przy każdym ruchu. W dłoniach dzierżył ciężki, dwuręczny topór o szerokim ostrzu.
Z sapnięciem godnym rannego tura, chłopak zamachnął się i rąbnął w gruby pień ściętej sosny. Drewno pękło z hukiem, a drzazgi rozleciały się na kilkanaście kroków.
- Znowu za wolno, bracie - odezwał się spokojny, nieco kpiący głos z góry.
Gromomir otarł pot z czoła i spojrzał w górę. Na grubym konarze, kilka sążni nad ziemią, siedział Grotomir. Był smuklejszy od brata, ale każdy cal jego ciała był czystym ścięgnem. W jego ruchach było coś z drapieżnego kota - lekkość i pewność, której brakowało potężnemu Gromomirowi.
Grotomir nie czekał na odpowiedź. Płynnym ruchem napiął łuk, złożył się w mgnieniu oka i wypuścił strzałę. Grot śmignął tuż nad uchem brata i wbił się dokładnie w środek jabłka, które Gromomir zostawił na pieńku jako posiłek.
- Byłbym głodny, gdybyś chybił - mruknął Gromomir, wyciągając topór z
drewna. W jego głosie nie było jednak złości, a jedynie szorstka braterska miłość
i bezbrzeżny szacunek.
- Nigdy nie chybię, gdy stawką jest twój żołądek - odparł Grotomir, zeskakując
lekko na ziemię - Ale siła to nie wszystko, Gromomirze. Ten pień nie oddaje
ciosów. Wróg, którego spotkamy na szlaku, nie będzie stał i czekał, aż go
rąbniesz.
Bracia stanęli naprzeciw siebie. Choć Gromomir górował nad bratem wzrostem i masą, to Grotomir zawsze prowadził ich podczas wypraw do puszczy. To on wyczuwał pułapki, on czytał z tropów jak z otwartej księgi i on decydował, kiedy uderzyć, a kiedy się wycofać.
Gromomir, mimo swojej porywczości, uznawał to pierwszeństwo bez mrugnięcia okiem. Wiedział, że jego topór jest tarczą osady, ale to umysł Grotomira jest jej mieczem.
Grotomir, często milczący, analizujący każdy podmuch wiatru. Potrafił ustrzelić biegnącego zająca z osiemdziesięciu kroków, celując prosto w oko.
Gromomir, głośny, skory do śmiechu i biesiady, ale w walce stawał się niepowstrzymaną siłą natury. W osadzie szeptano, że ma w sobie ducha starego niedźwiedzia.
- Ojciec wzywa nas do starszyzny - powiedział Grotomir, chowając łuk do łubia. - Mówią, że od wschodu idą dymy. Inne plemiona ruszają się z miejsc. Czas beztroskich łowów się kończy.
Gromomir splunął na dłonie i mocniej zacisnął palce na trzonku topora.
- Niech idą. Moje ostrze dawno nie piło niczego poza żywicą.
Grotomir położył dłoń na potężnym ramieniu brata.
- Pić będzie, bracie. Ale musimy sprawić, by to nie była nasza krew. Chodźmy, czas pokazać ojcu, że jego synowie są gotowi objąć straż.
Duchota puszczy stała się nieznośna, ale to nie wilgoć rzeki drażniła nozdrza braci. To był odór spalonego ziarna, mokrej strzechy i… mięsa. Grotomir zatrzymał się gwałtownie, unosząc dłoń. Gromomir, mimo swojej masy, zamarł w bezruchu jak posąg.
Wyszli na skraj polany, gdzie jeszcze dwa dni temu tętniła życiem zaprzyjaźniona osada. Teraz nie było tam nic, prócz czarnych kikutów belek i dymiących jam w ziemi. Grotomir przykucnął przy ziemi, badając ślady.
- To nie nasi – szepnął, wskazując na dziwne, głębokie odciski kopyt – Konie są małe, ale szybkie. I są ich setki.
Nagle z oddali dobiegł wysoki, mrożący krew w żyłach okrzyk i tętent. Bracia błyskawicznie skryli się w gęstwinie paproci na pobliskim wzniesieniu, skąd mieli widok na dolinę. To, co zobaczyli, odebrało im oddech. Przez polanę pędził oddział wojowników, jakich świat Słowian dotąd nie znał - Awarowie. Mieli skośne oczy, długie warkocze opadające na plecy i dziwne, lamelkowe zbroje, które błyszczały w słońcu niczym łuski ogromnych węży. Ale najbardziej przerażająca była ich jedność z końmi. Wydawali się zrośnięci z wierzchowcami, kierując nimi za pomocą samych ud.
Grotomir patrzył z fascynacją i trwogą, jak jeden z jeźdźców, pędząc w pełnym galopie, odwraca się w siodle i wypuszcza strzałę do uciekającego w stronę lasu psa. Łuk był krótki, dziwnie wygięty, ale strzała poleciała z siłą i prędkością, o jakiej leśny łucznik mógł tylko marzyć. Widzieli, jak Awarowie traktują niedobitków. Byli szybcy jak błyskawica - uderzali, rąbali mieczami i znikali, zanim ktokolwiek zdążył unieść topór.
Gromomir zacisnął palce na trzonku swojego topora tak mocno, że pobielały mu kłykcie. Chciał ryczeć, biec na dół, pomścić krew pobratymców.
- Musimy tam iść... - wycharczał.
- Nie - Grotomir położył mu twardą dłoń na piersi. - Jeśli teraz zginiemy,
nasza osada spłonie tak samo. Widzisz ich, bracie? Na otwartym polu nie mamy
szans. Są jak wiatr, którego nie dogonisz toporem. Musimy biec do ojca. Już!
Biegli przez puszczę, nie zważając na gałęzie smagające ich po twarzach. Grotomir prowadził, wybierając najgęstsze zarośla, gdzie konie Awarów by ugrzęzły. Gdy dotarli do wioski, ich widok - zakrwawionych od cierni i bladych z emocji - wystarczył za ostrzeżenie.
Wszebor podjął decyzję w mgnieniu oka. Nie było czasu na walkę o chaty.
- Na mokradła! - krzyknął przywódca - Brać co się da i do wody!
Dzięki przytomności umysłu Grotomira i sile Gromomira, który na własnych plecach przenosił przez grzęzawiska starców i dzieci, cała osada zdołała zniknąć w niedostępnych bagnach za rzeką. Ukryci w trzcinach, zanurzeni po pas w lodowatej wodzie, mieszkańcy patrzyli przez luki w zaroślach, jak wkrótce ich domy stają w ogniu.
Grotomir stał obok brata, patrząc na łunę pożaru.
- Zapamiętaj ten dzień, Gromomirze - szepnął - Niebo znowu płacze, ale wkrótce to my będziemy gromem. Nauczymy się z nimi walczyć. Na ich szybkość znajdziemy spryt, a na ich strzały puszczę.
Gromomir tylko skinął głową, a w jego oczach odbijał się ogień płonącej osady. Wiedział, że od teraz jego topór nie będzie już służył do rąbania sosen.
To był moment, w którym narodził się przywódca. Pośród mgieł unoszących się nad mokradłami, w prowizorycznych szałasach, gdzie zapach błota mieszał się z goryczą klęski, Grotomir nie opłakiwał spalonych chat. On kreślił palcem na wilgotnym piasku plan zemsty.
Wszebor, ojciec braci, patrzył na swojego najstarszego syna z mieszaniną dumy i lęku. Widział w jego oczach ten sam błysk, który towarzyszył piorunom w noc jego narodzin. Oddał mu dowództwo nie dlatego, że czuł się stary, ale dlatego, że wiedział: stary świat przestał istnieć. Nowy świat wymagał wilczej natury Grotomira.
Tropem agresorów ruszył brat Wszebora Strogomir, najlepszy zwiadowca w osadzie. Grotomir chciał wiedzieć o najeźdźcach wszystko, skąd przybyli, jaką dysponują liczebnością. Strogomir miał wielu przyjaciół na południu wśród Wiślan, skąd miał jedną z żon. Nowy przywódca, wspólnie z doświadczonym ojcem, raczej wykluczał ponowny atak w tym roku, nieuchronnie bowiem zbliżała się zima. Ta teoria okazała się słuszna, oddział Awarów w liczbie dwustu wojowników śpieszył na zimowe legowiska w kierunku Niziny Węgierskiej.
Trudno dziwić się, że okoliczni Słowianie nie wiedzieli nic o Awarach, którzy pierwszy raz pojawili się w tych rejonach. Wcześniej na południowe ziemi obecnej Polski zapuszczały się tylko nieliczne patrole zwiadowcze.
Awarowie pojawili się w Europie środkowej w połowie VI wieku, pierwsza pewna informacja o nich została zapisana w kronice Menandera, który pisał o ich poselstwie do Bizancjum. W 558 roku Awarowie rozbili mieszkające nad Morzem Czarnym plemiona huńskie: Barsilów i Sabirów, a w następnych latach także bułgarskich Utigurów i Kutigurów. W kolejnych latach zaatakowali Franków, wspólnie z germańskimi Longobardami pokonali germańskich Gepidów. Ulokowali się na Nizinie Węgierskiej, która była ich centrum i bazą wypadową na ościenne terytoria. Stale zagrażali Bizancjum, które wolało płacić im słony trybut niż z nimi walczyć. Podporządkowali sobie liczne plemiona Słowian, którzy także zostali zmuszeni do płacenia różnych danin, a dodatkowo byli wykorzystywani w licznych wyprawach awarskich jako tak zwane mięso armatnie, głównie przeciw Bizancjum. Podsumowując - w momencie, gdy mieszkańcy osady nad Srebrzanką po raz pierwszy zetknęli się z Awarami to ci byli niemal u szczytu swojej potęgi, będąc kluczowym graczem w tej części Europy. Na czele Awarów stał kagan, a ich państwo zwało się Kaganatem Awarskim.
Z tą potęgą postanowił walczyć Grotomir, który wiedząc, że napastnicy wrócą po zakończeniu zimy, rozpoczął do tego przygotowania.
Na piaszczystej wysepce pośród bagien stanęło sześciu młodych mężczyzn, którzy stworzyli trzon oddziału. Obaj bracia i ich kuzyni. Sobieżyr i Sęczygniew byli jeszcze młodsi od braci, ale ich atutem była niezwykła szybkość i zwinność jak u młodych kun. Głowotłuk i Pędzimir byli nieco starsi, ale znali każdy jar i niemal każdą dziuplę w tej części puszczy. Głowotłuk swoje imię zawdzięczał temu, że podczas ataków gniewu atakował swoich przeciwników głową, a że miał ją niezwykle twardą zwykle kończyło się to kontuzją rywali. Do oddziału dołączyli również starsi: Wszebor, którego doświadczenie było bezcenne oraz jego dwaj bracia: wspomniany już wcześniej Strogomir i Brodzisław, który był mistrzem w zastawianiu sideł, potrafił też niepostrzeżenie podejść każdego przeciwnika – miał opinię potrafiącego przejść po suchych liściach nie zdradzając się przy tym żadnym dźwiękiem.
- Nasi wrogowie myślą, że te lasy są puste, bo my się ich boimy - zaczął Grotomir, a jego głos, choć niski, niósł się po bagnach z niespodziewaną mocą - Myślą, że ich konie i uzbrojenie dają im władzę. Ale koń na bagnach jest tylko ciężarem, a jeździec w gęstwinie jest ślepy. Nie będziemy walczyć tak, jak oni chcą. Będziemy walczyć, tak jak uczy nas las.
Wieść o „Wilkach z Bagien” - jak zaczęto szeptać w okolicy - rozniosła się szybciej niż dym pożarów. Do obozowiska zaczęły przybywać niedobitki ze spalonych wsi. Mężczyźni, którzy stracili wszystko, z oczami pełnymi nienawiści do najeźdźcy. Grotomir przyjmował każdego, kto potrafił utrzymać oszczep lub łuk. Choć miał ledwie siedemnaście zim, nikt nie kwestionował jego rozkazów. Było w nim coś magnetycznego - chłód stratega połączony z żarem mściciela. Nawet starsi wojownicy z innych osad, widząc jak Grotomir z pomocą Brodzisława uczy młodych walki z zasadzki, pochylali głowy w geście uznania. Początki słowiańszczyzny na ziemiach polskich to okres kształtowania się pierwszych wspólnot obronnych, a oddział Grotomira stawał się właśnie zarzewiem czegoś większego niż tylko obrona jednej czy kilku wiosek.
Grotomir podzielił oddział na małe „dziesiątki”. Gromomir dowodził siłą uderzeniową - ludźmi od ciężkich toporów i krótkich włóczni. Grotomir zachował dla siebie łuczników i zwiadowców. W krótkim czasie liczebność oddziału wzrosła do 50 wojowników. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że muszą jak najlepiej przygotować się na powrót agresorów. Wszyscy więc niestrudzenie ćwiczyli walkę wręcz i słuchali wykładów młodego przywódcy dotyczących obranej taktyki walki z wrogiem. Zbudowano też całkiem nową osadę, w której ta nowa społeczność (złożona z mieszkańców osady nad Srebrzanką i tych co przeżyli z kilkunastu spalonych osad) miała przetrwać najbliższą zimę.
Aby zabezpieczyć nowopowstałą osadę przed niespodziewanym atakiem z wielu stron uczyniono zasieki, ścinano potężne drzewa tworząc nieprzebyte bariery z pni i gałęzi oraz w kilku miejscach - które aż kusiły, żeby przebyć je konno - przygotowano „wilcze doły” - ukryte doły z zaostrzonymi palami, które skutecznie wyeliminowałyby konie jeszcze przed rozpoczęciem właściwej walki. Tylko mieszkańcy wiedzieli jak z zewnątrz do niej bezpiecznie dotrzeć. Dodatkowo Grotomir zarządził całodobowe warty.
Jednak nie wszystkie serca biły w rytm wojennych bębnów Grotomira. W gęstwinie starego lasu, tam gdzie dęby splatały korony w mroczne sklepienie, czaiła się zawiść. Szybki wzrost znaczenia młodego wojownika stał się palącą solą w oku żercy Wrzaskuna. Dla kapłana, który dotąd trzymał dusze Słowian w garści, widok tłumów lgnących do syna Wszebora był nie do zniesienia.
Przed najazdem Awarów to słowo Wrzaskuna było prawem. Jako strażnik Świętego Gaju i jedyny łącznik między ludem a gniewnymi bogami, decydował o terminach zasiewów, wskazywał winnych klęsk i błogosławił wyprawy wojenne. Jego mrukliwe wyrocznie mogły zmusić cały ród do porzucenia domostw. Dziś jednak, gdy nad światem zawisło widmo zagłady, ludzie przestali pytać bogów o zdanie - woleli patrzeć na pewną dłoń Grotomira spoczywającą na łuku.
Wrzaskun, odepchnięty nieco na margines, coraz głębiej zaszywał się w Świętym Gaju. Choć oficjalnie składał ofiary za pomyślność walki, jego szeptane pod nosem inkantacje nie miały nic wspólnego z błogosławieństwem. Zamiast prosić o zwycięstwo, żerca karmił swoją nienawiść, szukając w znakach na niebie i wnętrznościach zwierząt sposobu, by podciąć nogi młodemu przywódcy. Wiedział jedno: aby on mógł znów stać się głosem bogów, Grotomir musiał upaść. A Wrzaskun był gotów pomóc losowi, nawet jeśli ceną miała być krew własnych pobratymców.

Gdzie ten łajdak Macudowski? Jak tylko pojawi się to proszę go torturować i potem zabić! Powoli hle hle hle.
OdpowiedzUsuńTen wrzaskun to pewno z pisu jest 😄
OdpowiedzUsuńDo autora powieści: Bardzo proszę, żeby Pan przemyślał czy na pewno nie będzie Kaczomira i Ziobrosława
OdpowiedzUsuń