Mill

CB8

Polecany post

Historia - Skąd Hitler wziął swastykę?

Swastyka – ogólnie znak ten kojarzy się całemu światu jako symbol nazizmu i zła. Paradoksalnie wcześniej oznaczał całkiem coś innego! Swast...

sobota, 6 grudnia 2014

Epopeja polsko-indiańska (74-85)

74) Statek „Nefretete” zakotwiczył właśnie w Hamburgu…

- Zabawimy tu dzień, może dwa – informował Macudowski – Spraw mam kilka do załatwienia… Wszyscy, poza wartą, mają wolne… Można iść na miasto i zabawić się, co kto chce… Jutro w południe wszyscy mają być z powrotem, bo jak sprawy załatwię do tego czasu to odpływamy. Nie będę na nikogo czekał!

Po kilku dniach rejsu, nikt nie zamierzał spędzać więc czasu na pokładzie, lecz wszyscy ruszyli na miasto…

- Idziesz Agnieszko? – zapytał zbir Chochoł Agnieszki Krzemieńskiej.
- Ile razy mam mówić, że obecnie jestem Angielką Agnes Flint! – warknęła kobieta.
- Dobrze już, dobrze… Zapomnieć nie można?
- Ty zawsze zapominasz!
- Czyli nie idziesz?
- Idę! Ale nie z tobą!
- Aha, rozumiem…

Chochoł wyszedł z pokoju, nie krył zdziwienia zachowaniem kobiety…

- Nie rozumiem co się z nią dzieje! Zabrać taką na statek, oddać łóżko w kajucie i jeszcze zła jakaś! A co tam! Nie ma co się przejmować, taki piękny dzień trzeba spędzić na lądzie! Hej Dziobak!
- Tak?
- Idziemy na miasto?
- Pewnie, że tak! Daj mi chwilę!
- Dobra! Czekam na dole!

Chochoł ruszył, gdy nagle zza zakrętu wybiegł czeski stajenny Bomblicek (daleki kuzyn stajennego Bąbla z I wyprawy) i z całym impetem wpadł na zbira…

- Co robisz gamoniu?! – złościł się Chochoł.
- Prze… Przepraszam!
- Myślisz baranie jeden, że przepraszam wystarczy?
- Yyy… A co mam jeszcze zrobić?
- Po mordzie dostać!
- Ja? Ale za co?
- Przez ciebie łajzo mam teraz brudne ubranie!
- Jak to przeze mnie?
- A przez kogo niby?! Nie dość, że mnie wywróciłeś szelmo jedna to jeszcze bezczelnie się awanturujesz!

Chochoł ruszył w kierunku Bomblicka z pięściami… Stajenny zaczął uciekać...

- Nie! Panie nie! Przepraszam jeszcze raz! Zrobię co zechcesz tylko oszczędź mnie biednego!
- Teraz za późno!

Zbir złapał Bomblicka…

- Nie! – darł się stajenny – Nie, wielmożny panie, nie!
- Przestań się drzeć jak baba!
- Nie rób mi krzywdy, proszę! Zrobię co zechcesz, tylko mnie oszczędź!
- Co zechcę mówisz?
- Tak, panie mój wielmożny!
- Teraz nic mi nie przychodzi do głowy… Masz szczęście, że mi przeszło trochę… Zmykaj! Ale w swoim czasie upomnę się o to do czego się zobowiązałeś!
- Dobrze panie, dobrze!

Chochoł puścił stajennego, postanawiając na odchodne wypłacić mu jednak solidnego kopniaka... Kilka chwil później był już na lądzie i z Dziobakiem zniknęli w małej uliczce…

Bomblicek jeszcze chwilę odczuwał siłę kopniaka zbira…

- Poczekaj! Jeszcze cię kiedyś załatwię!

W tym samym momencie z kajuty wyszła Angielka …

- Stajenny?! Co tutaj robisz?!
- Yyy…
- Podglądałeś?
- Nie! Przysięgam!
- Jak powiem Chochołowi to marny twój los nicponiu!
- Nie!!! Tylko nie jemu! Już mnie prawie pobił!!! Nie!
- Pobił cię? Za co?
- W sumie to za nic…
- Jak za nic? Znam go, aż taki narwany nie jest!
- Za nic! Doskonale pani mówi po polsku…
- Uczę się…

Agnieszka przez chwilę pomyślała, że może dokuczy Chochołowi i wybierze się na miasto z Bomblickiem, ale jak szybko pojawił się ten pomysł tak szybko został zduszony…

- Idzie pani na miasto? – zapytał nagle stajenny, który wpadł na podobny pomysł, żeby  też dokuczyć zbirowi.
- Idę.
- A mogę iść z panią?
- Nie!
- Ale dlaczego? Proszę!
- Nie i jeszcze raz nie!
- Ale…
- Nie!!!

Macudowski był jeszcze w swojej kajucie, gdy wszedł do niej Wojciech Kaliski…

- Co chciałeś Wojtusiu?
- Mówiłeś, żebyśmy poszli zabawić się na miasto…
- No tak, ty też idź, poszalej trochę. Nie wiadomo ile dni żeglugi jeszcze przed nami…
- Chcę iść!
- To idź.
- Nie mam za co poszaleć! Nie dałeś mi jeszcze żadnego wynagrodzenia! Mówiłeś, że po co mi złoto na statku…
- A musisz iść?
- Tak!
- No dobrze, poczekaj, przebiorę się tylko i zaraz wyjdę.
- Dasz mi jakieś pieniądze?
- Zobaczymy. Na razie poczekaj.

Kaliski wyszedł zły z kajuty, postanowił że nie odpuści!

- Macudowski będzie musiał mi w końcu zapłacić!  - mówił pod nosem – Co za drań! Wszystkich okrada, nawet moich rodziców, a mi za służbę nie chce zapłacić!

Macudowski wyszedł po kilku minutach, rzucił Kaliskiemu monetę…

- Wystarczy Wojtusiu?

Kaliskiego omal nie rozniosło, ale powstrzymał się i zawołał:

- Nie wystarczy! Za mało!
- Oj Wojtusiu, Wojtusiu, ale ty chciwy się zrobiłeś!
- Jak chciwy? Za tę marną monetkę nawet pół obiadu w karczmie nie dostanę!
- Zróbmy inaczej! Ja zabiorę cię na obiad, dołączysz do mojej obstawy. Chwaścior i Zębiszon też z nami idą.
- Aha.
- Oddaj monetę!
- Jak to?
- Skoro idziesz ze mną to ja zapłacę za obiad!
- Ale miałem poszaleć też!
- Poszalejesz, już ja ci załatwię, że poszalejesz!

Kaliski był przygnębiony, denerwowało go to, że Macudowski nie płaci mu pensji…

- Głowa do góry Wojtusiu! – zawołał Macudowski – Myślisz, że ja nie potrafię się bawić? Idziemy załatwić sprawy, a potem zafunduję ci taki wieczór, że do śmierci go nie zapomnisz! Kobiety, wino i śpiew razy dwa! Kolejność dowolna!

Kaliski i zbirzy spojrzeli po sobie zdziwieniem, po czym ruszyli za Macudowskim, który żwawo wysforował na przód… Po pewnym czasie natrafili na człowieka śpiącego  z lutnią na środku ulicy…

- Człowieku! – zawołał Macudowski – Czemu śpisz na ulicy? Ludzie przejść  nie mogą!
- Eeeee? – rozdarł się rozbudzony.
- Złaź z drogi, bo cię oćwiczyć każę!
- Eeee….
- Zębiszon! Usuń tego barana z drogi, bo sam to zrobię!

Zbir ruszył we wskazanym kierunku, ale człowiek z lutnią najwyraźniej przestraszył się, dał znać, że sam usunie się z drogi…

Gdy przeszli rozległa się muzyka, tak piękna, że Macudowski zatrzymał się i słuchał…
Gdy lutniarz przestał Macudowski wrócił i zapytał:

- Kim jesteś?
- Eeee?
- Nie umiesz nic innego? Pytam kim jesteś?
- Iwan Zbereznikow.
- Rusin?
- Rosjanin.
- Co tu robisz w Hamburgu?

Zbereznikow uśmiechnął się tylko…

- Powiedzmy, że jesteś rosyjskim poszukiwaczem przygód.
- Pięknie grasz Iwanie. Czy śpiewasz także?
- Śpiewam.
- Przyłącz się do nas.
- A wy to kto?
- Polacy. Jestem zacny Macudowski, płyniemy w nieznane, bo taki mam … kaprys.
- Musisz być bogaty, skoro pozwalasz sobie na płynięcie w nieznane…
- Jestem zamożny…

Kaliski słysząc to dostał ataku kaszlu…

- A temu co?
- Przeziębić się musiał… To co idziesz z nami?
- Nie mam w tej chwili nic innego do roboty, więc… Zgoda!

Na statku zostało tylko kilku wartowników nad którymi dowództwo miał szlachcic Sebastian Sokoliński… Z nudów przechadzał się po pokładzie, w pewnym momencie zatrzymał się koło kuchni i zaintrygował go hałas stamtąd nadchodzący… Wszedł do środka i zobaczył dwie kobiety krzątające się po kuchni…

- Czeszki!
- Co chciałeś? – zapytała Dominika Guzikova – Dzisiaj kuchnia nieczynna!
- A wy czemu nie poszłyście na miasto?
- A co my miasta nie widziały? – wtrąciła się Sabina Sviderkova – A ty po co tutaj przyszedł?
- A tak…
- Aha…
- A co wy w tej kuchni robicie, skoro same powiedziałyście, że nieczynna?
- Knedliki na jutro szykujemy… Dużo z tym roboty, więc już dzisiaj sobie zaczęłyśmy.  Jutro będzie lżej.
- A ty… - zwrócił się Sokoliński do Guzikovej – Nie poszłabyś ze mną na pokład, pochodzić po nim?

Guzikova nie zdążyła odpowiedzieć, raz że była zdziwiona nieoczekiwaną propozycją szlachcica, dwa że ubiegła ją Sviderkova…

- A zmykaj waćpan już stąd! Amorów się zachciało? A ja sama będę knedliki robiła?!

Sokoliński wyraźnie zawstydzony pożegnał się i  wybiegł z kuchni…

- A co ty tak z tej kuchni jak z procy wylatujesz? – zawołał zdziwiony Krystian Szałajdowski.
- Normalnie idę…
- Tak, tak.
- A ty co? Nie poszedłeś na miasto?
- Nie chcę mi się, ale mam pękatą flaszeczkę wina! Zapraszam do siebie, bo przecież sam pić nie będę!
- Na służbie jestem...
- Oj tam, oj tam!
- No tak.
- Bo sam wypiję!
- Idziemy!

Agnes Flint (Agnieszka Krzemieńska) przechadzała się po centrum Hamburga, gdy w pewnym momencie natrafiła na młodą dziewczynę siedzącą w pobliżu kościoła… Dziewczyna uśmiechała się, Agnieszka nie wiedziała czy do kogoś czy może do niej… W końcu zrozumiała, że do niej, podeszła bliżej…

- Co się do mnie uśmiechasz, co?

Dziewczyna popatrzyła chwilę na Agnieszkę, następnie dała do zrozumienia, że nic nie rozumie i ponownie na jej ustach rozbłysnął radosny uśmiech…

- Kurczę, faktycznie… - rzekła do siebie Agnieszka – Nie jesteśmy w Polsce, tylko w Hamburgu… Tylko, że ty mi na Germankę nie wyglądasz… Jak się nazywasz?
- Rodaccio. Evelina Rodaccio – odparła dziewczyna, bardziej domyślając się o co chodzi Krzemieńskiej niż rozumiejąc.
- Włoszka? – ucieszyła się Polka – Doskonale! Znam trochę włoski!

Znajomość języka włoskiego faktycznie nie okazała się bardzo mocna, ale pozwoliła na jakąś, umiarkowaną co prawda, ale zawsze komunikację. W trakcie rozmowy okazało się, że Włoszka od tygodnia poszukuje swojego stryja z którym przybyła do Hamburga… Straciła już dawno nadzieję, ale nie uśmiech… W końcu Agnieszka zaproponowała Włoszce, żeby z nią poszła na statek…

- Jak ten twój stryj już od tygodnia nie wraca to nie ma co czekać…
- Oszczędności mi się już też powoli kończą…
- No widzisz, musisz iść ze mną. Pomogę ci!
- Dobrze!

Obie wracały na pokład, wieczór już zbliżał się nieubłaganie…

- Ciekawe co Chochoł na to… - zastanawiała się w myślach Agnieszka…

Zbir Chochoł tymczasem od wielu godzin bawił się karczmie „U Helgi”… Dotarli tam razem ze zbirem Dziobakiem, a wkrótce potem dołączył do nich zbir Jamróz… Najwięcej ochoty do zabawy przejawiał właśnie ten ostatni, energia go wręcz rozpierała… Tańczył, skakał, Niemki biły mu brawo…

- Dziobak? – zaczął rozmowę Chochoł
- Co jest?
- Nie zastanawia cię czemu w tej karczmie są same kobiety?
- No, nie patrzyłem dokładnie…
- Same baby są! – syknął Chochoł – i do tego stare i brzydkie! Nie jest to podejrzane?!
- No, w sumie trochę tak…
- Trochę? A ten – Chochoł wskazał na Jamroza – tańczy i skacze przed nimi jakby to jakieś młódki były!Co on oczu nie ma?!
- Widziałeś ile on wypił?
- To wiele tłumaczy, ale nie wszystko…
- Co o tym wszystkim myślisz?
- Trzeba Jamroza ratować! Nie pijemy już więcej!
- Łatwo powiedzieć! Te baby co chwilę przychodzą i nalewają!
- Będziemy wylewać! O, tam jest jakieś wiaderko…
- Coś mi się wydaje, że musimy pośpieszyć się z tym ratowaniem Jamroza!
- Czemu?
- Zobacz co się dzieje!

Jamróz wciąż wesoło podrygiwał po sali, ale już nie sam, bo trzy Niemki zaczęły tańczyć wokół niego…

- Dziobak! Działajmy! Póki nie będzie za późno!

To mówiąc Chochoł wypadł na środek sali i tanecznie zbliżał się do Jamroza… Dziobak posuwał się tuż za nim…

Pozostałe Niemki widząc to żwawo ruszyły ku nim, powstało małe zamieszanie, które wykorzystali Chochoł z Dziobakiem. Ciągnąc za sobą ogromnie pijanego Jamroza szczęśliwie opuścili karczmę… W końcu wzięli go na ręce i szybko oddalali się od karczmy…
Nie byli jeszcze daleko, gdy ujrzeli, że z karczmy zaczęły wybiegać Niemki i biec w ich kierunku…

- Rany boskie! – zawołał Dziobak – Wiejemy!

We dwójkę pewnie by bez większych problemów uciekli, ale musieli jeszcze taszczyć nieprzytomnego Jamroza, który właściwie całkowicie „odpłynął”…

- Nie damy rady z nim! – darł się Dziobak – Doganiają nas!
- Przecież go nie zostawimy z tym niemieckim babciom!
- Jak na babcie to szybko biegają! Schowajmy go w krzakach, potem wrócimy!
- Nie! Dostrzegą go i będzie po nim! Bierz go i uciekaj, ja je zatrzymam!

Chochoł podniósł z ziemi kij, czekał chwilę, a gdy podbiegły Niemki zaczął nim machać tak jakby chciał się nim od nich opędzać… Niemki rozbiegły się, w pewnym momencie zbir poczuł potężny cios na szczęce…  Aż ukląkł…

- To wy tak ze mną? Teraz dopiero zatańczymy! – zawołał wściekle – Nie wypadało mi bić kobiet, ale jak wy tak ze mną!

Chochoł chwycił najbliższą Niemkę i cisnął nią o ścianę budynku… Pozostałe zatrzymały się, ale za chwilę ruszyły do szturmu na zbira… Chochoł dzielnie machał rękoma i co chwilę jakaś Niemka lądowała na ziemi… Po kilku minutach została tylko jedna… Kobieta wyglądała strasznie, taki babochłop… Była wyższa od Chochoła, chociaż zbir  był dość wysoki, dwa razy cięższa i prawie dwa razy starsza…

- No chodź! – zachęcał ją Chochoł.

Niemka zbliżała się, zbir wyprowadził cios, ale kobieta zrobiła unik i skontrowała go potężnym sierpem po którym wylądował na ziemi…

- A to pewnie wcześniej też ty… - przypomniał sobie pierwszy cios podczas walki.

Zbir ledwie podniósł się z ziemi, a już znowu zainkasował kolejny cios, tym razem z kolana… Następnie Niemka rzuciła się na niego i zaczęła go okładać pięściami jak popadnie… Chochoł odepchnął ją nogami i… rzucił się do ucieczki, zwłaszcza że z karczmy zaczęły biec w ich kierunku następne kobiety…

- Nie ma sensu! – uciekał tłumacząc się sam do siebie – Najważniejsze, że oni są już bezpieczni…

Biegł tak i biegł, aż przestał słyszeć odgłosy pościgu… Zatrzymał się na chwilę by odpocząć, gdy nagle zza rogu wyszedł Macudowski…

- O! Chochoł! Co tu robisz?
- Wracam powoli na statek, a wy?
- My też! Bawiliśmy się świetnie, prawda Wojtusiu?
- Prawda…

Kaliski był wściekły! Cały wieczór spędził asystując Macudowskiemu w załatwianiu różnych spraw, potem dopiero poszli do jakiejś gospody, w której Macudowski zamówił dzban wina… Tylko jeden! Tłumaczył się tym, że zapomniał sakiewki! Kaliski miał tego dość! Wszyscy z załogi bawili się pewnie doskonale, ale nie on!





75) II polska wyprawa do Nowego Świata. Plaża w Luizjanie…

Dowódca pułkownik Jerzy Doniecki zwołał zebranie…

- Wiemy już, że nie trafiliśmy na kolejną wyspę, potwierdziły to patrole wysłane w głąb lądu. Nie znamy jeszcze terenu, więc proponuję poruszać się ostrożnie. Przodem pójdą grupy zwiadowcze, potem główna grupa. Na dowódcę grup zwiadowczych wyznaczam rycerza Krzysztofa.

Po omówieniu wszystkich szczegółów z obozu ruszyły trzy grupy zwiadowcze: północna, północno-zachodnia i północno- wschodnia. Zwiadowcy mieli być w ciągłym kontakcie z główną grupą i w razie napotkania tubylców lub czegokolwiek podejrzanego mieli niezwłocznie o tym fakcie powiadomić.

Dowódca poszedł pożegnać się z Peterem  Van Guydenem…

- Czas rozstać się. Co postanowiłeś w sprawie Dirka Van Krupenhoffa?

Holender nie zdążył nawet odpowiedzieć…

- Statek! Statek odpływa! – wołał Budzanowski.
- Wygląda na to, że Van Krupenhoff zadecydował za ciebie – skwitował sytuację Doniecki.
- Na to wygląda pułkowniku…
- Nie pozostaje ci zatem nic innego jak tylko dołączyć do nas…
- Będę zaszczycony! Nie tylko dlatego, że nie mam innego wyjścia.

Trzy godziny po wyruszeniu zwiadowców główna grupa także opuściła obóz na plaży…

Przez pierwsze dwa dni marszu wszystko przebiegało prawidłowo, zwiadowcy znajdowali się cały czas w kontakcie z główną grupą.  Nie natrafiono w tym czasie na żadne ślady świadczące o przebywaniu w okolicy innych ludzi…

- Piękny kraj! – zachwycał się dowódca – aż dziw bierze, że nikt tu się nie osiedlił…

Trzeciego dnia stało się nieszczęście…

Wszystkie trzy grupy zwiadowcze zostały zaatakowane przez Hiszpanów. Niewoli uniknął tylko Przemysław Janczurowski, który akurat odłączył się od pozostałych przed samą napaścią, aby dotrzeć do głównej grupy z dziennym raportem.  Trochę zwlekał z udaniem się w drogę i dzięki temu widział z ukrycia całą sytuację. W pierwszej chwili chciał pośpieszyć z pomocą, ale widząc przeważające siły wroga słusznie uznał, że nie ma to najmniejszego sensu i znacznie lepiej zrobi, gdy niezwłocznie powiadomi Donieckiego o całym zajściu.

Ocalił tym samym główną grupę, gdyż Hiszpanie po krótkim postoju skierowali się właśnie na południe…

Kilka godzin później w grupie głównej podniesiono alarm…

- Wszystkich ujęto? – spytał dowódca.
- Tak – poinformował Janczurowski – Byłem w grupie z Krzysztofem Połniakowskim, Jackiem Światłoniewskim i Krzysztofem Romanowskim, ale widziałem potem, jak prowadzili pozostałych, szlachtę, Kozaków Bodczenkę i Kotaszenkę i Tatarów.
- Ilu było tych Hiszpanów?
- Nie wiem dokładnie, ale co najmniej dwustu. Nie mogę jednak zapewnić czy widziałem wszystkich. 
Śpieszyłem co koń wyskoczy by was zawiadomić, zwłaszcza że zmierzali na południe ku wam…

- Dobrze zrobiłeś – pochwalił Doniecki – Musimy zejść im z drogi i jednocześnie zorientować się ilu ich dokładnie jest.  Ale nawet jeśli dwustu to i tak mają ogromną przewagę.

W dalszej części rozmowy dowódca wypytywał o uzbrojenie i konie Hiszpanów. Natychmiast, gdy skończył rozmowę kazał wezwać Anglika Martina Swayzego Von Bigaya…

- Przydadzą nam się twoje umiejętności tropicielu… Musimy dokładnie wiedzieć ilu ich jest w tej okolicy i gdzie trzymają naszych. Podejmiesz się tego zadania?
- Podejmę! Wyruszam natychmiast!

Cały obóz gorączkowo rozpoczął przygotowania do marszu. Zdawano sobie sprawę, że Hiszpanie mogą natrafić na ich ślady, bądź też któryś ze zwiadowców mógł zostać „złamany” na torturach. Dlatego, żeby zmylić wroga przez kilka godzin jechano korytem niewielkiej rzeczki, która płynęła nieopodal. Po trzech godzinach Doniecki zarządził postój.

- Tutaj założymy obóz. Idealne miejsce, te skały z tyłu zapewnią nam bezpieczeństwo. Trzeba szybko dostosować je do obrony.

W ślad za nimi posuwali się dawni mieszkańcy „dziury w ścianie” na statku „Neptica”…

- Co się dzieje? – dziwił się Dawid „Szpiegu” Łęckowski – skąd ta nagła panika i ten marsz rzeką?
- Nie wiem, ale myślę, że póki co należy ich się trzymać – zastanawiał się Ślązak Szmicior.
- Dzicy? – rzucił nagle Szpiegu.
- Głodny jestem! – narzekał Marian Łuszczyński.

Grupa Szmiciora, czy jak sam ją nazywał – banda Szmiciora, nie składała się już ze wszystkich mieszkańców „dziury w ścianie”… Jarosław z Cebulewa i Bartłomiej Głuchowski dołączyli do ludzi Donieckiego, który nie mógł nadziwić się skąd oni się wytrzasnęli… Obaj znaleźli się wśród zwiadowców ujętych przez Hiszpanów… Włocha Prostaccio nikt nie widział od początku wylądowania na stałym lądzie…

Trwały gorączkowe przygotowania do ewentualnej obrony… Anna Żbikowska od pewnego czasu obserwowała Agnieszkę Dębską… Od momentu pojawienia się Hiszpanów Dębska cały czas trzymała łuk w ręce, sprawdzała strzały i w ogóle zachowywała się dziwnie… Żbikowska nie śmiała pytać dlaczego tak się dzieje, ale gdy zobaczyła, że jej przyjaciółka kieruje się w stronę koni nie wytrzymała…

- Co chcesz zrobić?

Dębska obróciła się, ale nic nie odpowiedziała…

- Nie zostawiaj mnie! – lamentowała ze łzami w oczach Żbikowska.
- Przestań Anno, nie powstrzymasz mnie! Poza tym nie zostaniesz sama, jest przecież Koszyńska…
- Ona? Poza Szlachtowskim świata  nie widzi!
- Muszę jechać! Od teraz nazywam się Jagna!
- Jagna? Jak jechać? Gdzie jechać? Po co?
- Muszę! Do zobaczenia!
- Agnieszka!

Dębska zwinnie wskoczyła na upatrzonego wcześniej wierzchowca i błyskawicznie odjechała…

Jagna pędziła jak oszalała, dopiero po godzinie zatrzymała konia, zeszła na ziemię i spokojnie zastanawiała się jaki plan obrać…

- Znowu jestem w swoim żywiole… - powiedziała sama do siebie i zaczęła wspominać dawne czasy, gdy podczas pobytu u ciotki na Ukrainie bawiła się wraz z kuzynami…  Tak się złożyło, że ciotka nie miała żadnej córki, tylko samych synów, więc Jagna chcąc nie chcąc przebywając w ich towarzystwie bawiła się w strzelanie z łuku, jazdę konno itd. Była jedyną dziewczyną w grupie, ale szybko okazało się, że miała zdolności większe niż kuzyni… Szybko nabrała takiej wprawy, zwłaszcza w strzelaniu i jeździe konnej, że kuzyni zostawali daleko z tyłu… Gdy liczyła szesnaście wiosen na terytorium Rzeczypospolitej bardzo często wjeżdżały tatarskie czambuły… Akurat mały oddział Tatarów działał w okolicy, gdzie mieszkała jej ciotka… Nie było regularnego wojska w tych rejonach, więc Tatarzy napadali na kolejne wsie, paląc, mordując, rabując i przy okazji biorąc obfity jasyr… Jagna zwołała kuzynów oraz mężczyzn mogących nosić broń z najbliższej okolicy i w sile 15 osób postanowiła urządzić zasadzkę na Tatarów, którzy posuwali się właśnie w ich stronę… Wróg miał ponad trzykrotną przewagę… Jagna błysnęła jednak talentem dowódczym, a także celnym okiem – sama powaliła z łuku dziesięciu Tatarów… W efekcie Polacy odnieśli spektakularne zwycięstwo, uszło zaledwie kilku przeciwników, jasyr został uwolniony… Jagna została bohaterem okolicy…

- Dość wspomnień – ponownie rzekła do siebie – Czas działać! Muszę ich ratować!

Kobieta ponownie wsiadła na konia i ruszyła, tym razem już ostrożniej, bacznie obserwując i nadsłuchując… Po kilku kwadransach takiej jazdy natknęła się na ślady koni… Już po pobieżnej analizie stwierdziła, że musieli tędy przejeżdżać Hiszpanie…

- Wygląda na to, że nas nie ścigają… Chyba, że to inny oddział lub rozdzielili się…

Jagna zastanowiła się chwilę, po czym postanowiła ruszyć za tropem, który wiódł na południe, a po godzinie zaczął skręcać bardziej ku zachodowi…

- Dokąd oni jadą? – zastanawiała się.

Tymczasem w obozie Donieckiego najważniejsze prace związane z przystosowaniem tego miejsca do obrony zostały wykonane…

- Czarnienko! Gibbencione! – zawołał dowódca – Pojedźcie na tamto wzgórze. Doskonale musi być widać stamtąd całą okolicę. Obserwujcie!

Kozak i Włoch ruszyli natychmiast na stanowisko i już po pół godzinie byli na miejscu.

- Doniecki miał rację – stwierdził Czarnienko – Wszystko stąd widać jak na tacy. Łatwo wypatrzymy zbliżających się Hiszpanów, a i nasz obóz dobrze stąd widać.
- Idę spać – rzekł Włoch – Obudź mnie jakby coś się działo, a jak nie to za dwie godziny, wtedy cię zmienię.

Do Donieckiego przyszły szefowe firmy sprzątającej Anna Hynowska i Katarzyna Madejska…

- Coś się stało? – zapytał zdziwiony pułkownik.
- Chyba tak – odparła zdenerwowana Hynowska.
- Zamieniam się w słuch…
- Zaginął Czarny Malik! – wrzasnęła Madejska.
- No właśnie – dodała druga kobieta.
- Jak zaginął? Mówcie dokładniej!
- Malik poszedł z Wiechą rozglądnąć się po okolicy – wyjaśniała Hynowska – o! Przepraszam… Z Wiechosławem, bo tak teraz każe na siebie mówić… W pewnym momencie rozdzielili się i mieli od różnych stron wrócić do obozu… Wiechosław wrócił, a Czarnego Malika nadal nie ma…
- A minęło już dwie godziny! – uzupełniła Madejska.
- Spokojnie… Może gdzieś zabłądził? Zaraz wyślę ludzi na przeszukanie okolicy…
- Jak zabłądził? – dziwiła się Hynowska – Ślepy by trafił! Te skały widać z daleka!
- Wyślę ludzi… Co innego mogę wam rzec? A ten Wiecha-Wiechosław nic mu nie zrobił? Różnie bywa…
- Nie, nie! – zawołała Madejska – Toż to przyjaciele są!
- Czasem i wśród przyjaciół różnie się dzieje…
- Niemożliwe – wtórowała Hynowska – Oni są jak bracia, lubią się.

Doniecki zgodnie z obietnicą wysłał patrole… Jeden z nich dotarł na wzgórze…

- Co jest? – zawołał Czarnienko
- Nie widzieliście Czarnego Malika? – zapytał Piotr Laszlo Tekieli – Zabłąkał się gdzieś…
- Nikogo nie widziałem. Poza wami, bo plątacie się od jakiegoś czasu po okolicy…
- Doniecki wysłał patrole… Nie wiadomo co z nim się stało… Jakbyście go wypatrzyli to dajcie znać.
- Dobrze.

Anna Żbikowska od momentu rozstania z Jagną (Agnieszka Dębska) nie mogła sobie znaleźć miejsca w obozie…

- Co się dzieje Anno?  - zaczepiła ją Andżelika Koszyńska - Ty płaczesz?
-  Agnieszka odjechała…
- Jak to odjechała? Sama?
- Tak.
- Ale po co i gdzie?
- Nie wiem dokładnie, ale chyba w stronę Hiszpanów…
- Złapią ją jeszcze i tyle. Źle zrobiła…
- Nie znasz jej, ona tak łatwo nie da się złapać…
- No, ale po co pojechała? Bohaterką chce zostać? Co ona myśli, że sama Hiszpanów pokona? Bohaterzy wyginęli pod Grunwaldem…
- Nie wiem…
- Zaraz do ciebie wrócę Anno… Muszę coś załatwić jeszcze, dobrze?
- Dobrze.

Koszyńska szła szybko do Tomasza Szlachtowskiego…

- Co za dzień! Jedna pojechała Bóg wie gdzie, druga płacze… Tomek też bez humoru…
- O! Jesteś już… - powiedział na powitanie Szlachtowski.
- Dalej rozpaczasz po Mariuszu Rochu Kowalskim?
- Nie rozumiesz Andżeliko… Ja nie rozpaczam, ja przeżywam…
- Co za różnica?
- O, właśnie… Jak ty nic nie rozumiesz…
- ?
- Z Mariuszem znamy się od dziecka… O, od takiego brzdąca… Rozumiesz? A teraz jego nie ma… Nie wiadomo czy żyje i co z nim… Nic nie wiadomo… Źle mi z tym… Muszę coś zrobić!
- Co chcesz zrobić? Poczekaj aż wróci ten angielski tropiciel… Chcesz żeby ciebie też złapali? Tak nie pomożesz Kowalskiemu!
- Może i masz rację…
- Mam!
- To co mam robić, gdy duszę mi szarpie rozpacz i niepewność za przyjacielem?!
- Nic! Wróci tropiciel, będzie coś wiadomo! A może sami Hiszpanie tu przyjdą? Zostawisz mnie samą?!
- No nie… Nie zostawię… A co ty tak z tym tropicielem? Raz kogoś znalazł i już mi wielki tropiciel!
- To sprawa załatwiona… Jak się nudzisz to idź na patrol… Czarny Malik zaginął…
- Jaki Czarny Malik znowu?
- Ten wysoki z firmy sprzątającej statki…
- A ten…
- No, już… Idź go też poszukaj, zajmiesz się czymś!




76) Hiszpanie, po ujęciu polskich grup zwiadowczych, natychmiast ruszyli na południe. Wyraźnie spieszyło im się, aż do tego stopnia, że nawet nie przesłuchali więźniów… Był to silny oddział złożony z ponad dwustu żołnierzy pod dowództwem namiestnika Diego Alonso Contezara.

Dopiero wieczorem na postoju podszedł do nich sam Contezar w towarzystwie oficerów i zaczął zadawać pytania… najpierw po hiszpańsku, potem po francusku…

- Nie rozumieją… Pedro! Spróbuj po angielsku.

Kolejna próba spełzła na niczym… W końcu posłano po Dietricha, Niemca w służbie hiszpańskiej…

- Kim jesteście? – zapytał Niemiec.

Nadal nikt z więźniów nie odpowiadał, ale dowódca nagle zawołał…

- Ten wysoki! – wskazał na rycerza Krzysztofa – on coś zrozumiał, wyraźnie widziałem jak się poruszył!

Dietrich podszedł do wskazanego jeńca…

- Rozumiesz co mówię?
- Tak.

W tym samym momencie rycerz otrzymał potężny cios od Niemca…

- To czemu do stu diabłów nie raczysz się odezwać?!
- Dietrich! – zawołał Contezar – Przesłuchuj, na inne sprawy przyjdzie pora później!
- Kim jesteście?
- Polacy…
- Wyglądacie mi na Słowian… Co tutaj robicie?

Rycerz nie odezwał się…

- Mów! Słyszysz?! Bo znowu oberwiesz albo ten Hiszpan oćwiczyć cię każe!
- Przypłynęliśmy…
- Dokładniej! Ilu was jeszcze jest?

Rycerz czuł, że nie może przekazać zbyt wielu informacji, żeby główna grupa nie znalazła się w potwornym niebezpieczeństwie… Musiał na poczekaniu coś szybko wymyślić…

- Gadaj! I nie próbuj kręcić!
- Przybyliśmy tutaj statkiem. Było nas więcej, ale dzicy nas strasznie przetrzebili…

Dietrich odszedł na chwilę, by przetłumaczyć rozmowę z Polakiem Contezarowi. Wrócił po kilku minutach…

- Namiestnik Diego Alonso Contezar kazał wam oznajmić, że zostaliście jego niewolnikami. Zabiera was do Alcarta de Santa Maria, gdzie znajduje się kopalnia złota. Będziecie je wydobywać. Przekaż pozostałym, że jeśli nie będą posłuszni to zostaną zabici.

Niemiec odszedł…

- Coś mu tam nagadał? – zaatakował rycerza Jacek Światłoniewski.

Rycerz zdał relację towarzyszom…

- Jak zdradziłeś resztę to osobiście cię zabiję! – grzmiał Krzysztof Połniakowski.
- Ja ci pomogę! – zaoferował się Bartłomiej Głuchowski.
- Sam dam radę! – zirytował się Połniakowski.
- Dajcie spokój! – wrzasnął rycerz – to takie typowe dla nas Polaków!
- Nie będę pracował jak niewolnik! – denerwował się Kotaszenko – jestem wolnym Kozakiem!
- Obawiam się, że nie masz wyjścia… - wyjaśniał rycerz – Powiedział wyraźnie, że nieposłuszni będą zabijani…
- Przeklęci Hiszpanie! –denerwował się Krzysztof Klemens Romanowski.

O świcie Hiszpanie ruszyli w drogę… Po trzech dniach dotarli do celu…

- Wyśpijcie się! – rzucił Dietrich – Rano zaczniecie pracować!

Noc szybko minęła, o świcie Hiszpanie brutalnie obudzili całą grupę i zapędzili do kopalni…

- Pamiętaj – rzekł Niemiec Dietrich do rycerza Krzysztofa – Nie będzie wydajności jeden zginie i tak codziennie!

Rycerz wziął sobie do serca te słowa, próbował mobilizować towarzyszy, ale nie wszyscy go słuchali…

- Nie będę pracował jak chłop! – wydarł się Kotaszenko.
- Jestem szlachcicem! Chłopi są od roboty! – darł się Piotr Górecki.
- Oni powiedzieli, że zabiją jednego jak nie będzie odpowiedniej wydajności… - tłumaczył rycerz.

Wieczorem pojawił się Dietrich w towarzystwie uzbrojonych po zęby Hiszpanów…

- Co? Tylko tyle? Carlos zabij jednego!

Jeden z hiszpańskich żołnierzy strzelił do siedzącego akurat z brzegu Tatara...

- Jutro! – grzmiał Niemiec – Jak nie będzie odpowiedniego wydobycia zginie dwóch ludzi!
- Muszę tłumaczyć? – wrzasnął zdenerwowany rycerz – Oni jutro zabiją dwóch kolejnych!

Następnego dnia nikt już nie oponował i nie wzbraniał się przed pracą… Szlachcic i Kozak pracowali równo…

Wieczorem znowu pojawił się Dietrich…

- No… Dzisiaj nikogo nie zabiję, ale słabo poszło… Jutro musi być dwa razy lepiej albo zginie trzech ludzi…

Rycerz przetłumaczył, wściekłość ogarnęła pozostałych, ale żaden nie śmiał oponować w obecności Niemca…

- Tyraliśmy strasznie! – darł się później Mariusz Roch Kowalski – a oni i znowu każą więcej? Skończą nam się w końcu rezerwy!
- Słyszałeś? – wtrącił się rycerz – Jak nie będzie dwa razy tyle złota zabiją trzech…
- To jest chore… I tak nas zabiją…  narzekał Światłoniewski.
- Już nikt więcej nie zginie! – krzyknął rycerz – Ale musicie mnie słuchać!

Następnego dnia rycerz dwoił się i troił by motywować towarzyszy…

- Rób Światłoniewski! Bo cię Hiszpanie zabiją! Połniakowski nie obijaj się! Kotaszenko żwawiej! Górecki i Romanowski widzę was! Róbcie!

Wieczorem przyszedł Niemiec i znowu narzekał…

- Macie szczęście, że mam dzisiaj dobry humor, bo musiałbym kogoś zabić, ale jutro nie będę już tak pobłażliwy!

Dietrich jeszcze tego samego dnia zameldował się u Contezara…

- Jak idzie tym Polaczkom?
- Lepiej niż innym! Wydajność mają taką, że ho ho! Ten rycerz ich ciśnie niesamowicie! Ciągle ich straszę, że kogoś tam zabiję i to działa…
- Tak trzymać!


77)  (powiązane z częściami: 71 i 72)

Skoro świt Bachula postanowił opuścić Florydę. Do łodzi zapędził związane kobiety: Kate Italian i Malwę Topollani…

- Czas wracać na Kubę! – oznajmił – Belicareza ucieszy wasz widok, a jeszcze bardziej to, że odzyska swój skarb.

Kobiety uparcie trwały w postanowieniu, że nie będą odzywać się do niego…

- Myślisz, że Tom nie żyje? – wyszeptała Malwa.
- Chyba tak. Sama widziałaś, że walczyli, a potem ten dziad wrócił.

Tom Michael jednak przeżył… Ledwie żywego znaleźli go Indianie z plemienia Seminolów i zabrali do swojej wioski, gdzie Anglik błyskawicznie odzyskiwał siły…

Łódź Bachuli śmiało pruła w kierunku Kuby… Kobiety zastanawiały się jak to możliwe, że bez wiatru potrafili tak szybko płynąć…

- Czary jakieś… - skwitowała Kate.
- Też tak myślę – odparła Malwa.

Po kilku godzinach ujrzały Kubę...

- Już niedługo moje panie staniecie przed obliczem admirała – śmiał się Bachula.

Kobiety nie zareagowały na tę zaczepkę, ale zdawały sobie sprawę, że znalazły się w strasznych tarapatach…

Gdy dopłynęli do brzegu nie zdążyli nawet wyjść na ląd, bo nagle pojawiło się dwóch Niemców z karabinami maszynowymi… Cała trójka aż zaniemówiła, trudno się dziwić byli to bowiem przybysze z XX wieku…

- Halt! – zawołał Schymann na widok zbierającego się do ataku Bachuli.

Ostrzegawczy krzyk Niemca tylko na chwilę powstrzymał Bachulę, który szybkimi susami próbował doskoczyć do przeciwników… Esesmani zaskoczeni niespodziewaną szarżą zaczęli strzelać w jego kierunku z karabinów… Zdziwiony Bachula błyskawicznie zmienił kierunek i zaczął uciekać w przeciwną stronę… Niemcy wciąż strzelali… Po chwili Bachula zniknął wśród zarośli…

- Niemożliwe! – zawołał Kastermeier – Posłałem w niego niemal cały magazynek, a on … uciekł!
- Dziwne to wszystko! – wtórował mu Schymann – Żadnych śladów krwi! Może to jakiś czarownik? Chodź do tych kobiet, ale uważajmy, bo może one są takie same!

Niemcy ostrożnie zbliżali się do łodzi, po chwili ujrzeli dwie skulone kobiety…

- Wysiadać! – wrzasnął Kastermeier

Wystraszone kobiety nie zrozumiały komendy, ale domyśliły się, że muszą opuścić łódź…

- Obserwuj je! – powiedział Schymann – Cały czas trzymaj na muszce! Ja pójdę zawiadomić majora Bauera…
- Nie musisz… Nasi już biegną.

Schymann obrócił się i faktycznie zobaczył zbliżających się towarzyszy…

- Co tutaj się stało? – wołał z daleka porucznik Roede – Słyszeliśmy wasze strzały!

Schymann przedstawił całą sytuację…

- Na pewno go trafiliście?
- Poruczniku! – zawołał z oburzeniem Schymann – Ja bym nie trafił?
- Dziwne to wszystko. Może miał kamizelkę kuloodporną? – zastanawiał się Roede, ale natychmiast to wykluczył, bo w końcu doskonale wiedział, że trafili do XVI wieku… - Bringsheim! Weź dwóch ludzi i idźcie go poszukać! Tylko uważajcie, bo cholera wie co to za jeden! W czary nie wierzę jakoś!
- Co robimy z tymi kobietami? – zapytał Kastermeier
- Bierzemy je ze sobą. Potem spróbuję je przesłuchać.
- Poruczniku! W łodzi jest skrzynia!
- Skrzynię też bierzemy…

Tymczasem w zamku…

- Nie mogę dłużej czekać! – awanturował się Juan Carlos de la Montero – Chcę udać się do tych tancerek! Zapłaciłem ci!
- W porządku – odparł spokojnie Javier Hernandez Belicarez – Dzisiaj wieczorem moi ludzie zaprowadzą cię do nich.
- Trzymam cię za słowo admirale!

Wieczorem de la Montero i dwóch zaufanych ludzi admirała wyjechało z zamku…

- Nie mogę się już doczekać ich widoku – mówił do siebie arystokrata – Zabawię się przednio!

Hiszpan nie mógł wiedzieć, że tancerki Angelina Dudeiros i Sievioretta znajdowały się obecnie w rękach Niemców…

Ledwie wyjechali na zamek przybył wysłannik królewski Andoni Arettochages …

- Co za niespodzianka! – zawołał zdziwiony jego widokiem Belicarez, a jednocześnie zaniepokoił się strasznie, bo i po co wysłannik króla zawitał właśnie do niego… Admirał bił się z myślami, ale sytuacja natychmiast wyjaśniła się…
- Brać go! – rozkazał swoim ludziom Arettochages – Javierze Hernandezie Belicarezie jesteś aresztowany z rozkazu króla!
- Jak to? Ja? Za co?
- Król nie jest zadowolony z ciebie. Za mało złota wysyłasz do Hiszpanii. Jego Wysokość uznał, że go oszukujesz! Zabieramy cię do Hiszpanii, gdzie zbierze się sąd nad twoją osobą. Twoje miejsce zajmie Pablo Gurkas, na razie tymczasowo, ale jak się wykaże będzie tutaj rządził na stałe.
- Ten Grek? On ma być lepszy ode mnie? Jestem rodowitym Hiszpanem! Moja rodzina oddała wiele zasług dla Hiszpanii!
- Ten Grek cieszy się całkowitym zaufaniem króla … w przeciwieństwie do twojej osoby! Dość tego! Do lochu go! Wypływamy za dwa dni!

Belicarez został wtrącony do lochu, Arettochages kazał zawołać Gurkasa…

- Pablo możesz objąć rządy! W imieniu króla przekazuję ci władzę na Kubie.
- Dziękuję! Obiecuję, że nie zawiodę zaufania!

Wraz z wysłannikiem królewskim na Kubę przybyło też wiele innych osób, znalazł się wśród nich także Portugalczyk Cristiano Glovantez – brat Jezuity Alfonso Glovanteza… Natychmiast po przybyciu ruszył na poszukiwanie brata, co nie było trudne… Niedługo potem bracia padli sobie w ramiona…

- Dawno cię nie widziałem Alfonso! Musiałem przyjechać!
- Dobrze zrobiłeś! Zostań ile zechcesz!
- Naprawdę?
- Tak, bracie! – potwierdził na głos Alfonso, a w duchu pomyślał – Mam nadzieję, że nie będzie to trwało wiecznie.

Bracia siedli przy stole i długo rozmawiali… Nagle ich rozmowę przerwało głośne pukanie do drzwi…

- Spodziewasz się kogoś bracie?
- Nie. Raczej nie…
- Otwierasz czy siedzimy cichutko i udajemy, że nas nie ma…?
- Otworzę…

Alfonso otworzył drzwi i aż pobladł z przerażenia…

- Yyyy… Bachula?
- No jasne, że to ja! Co się tak dziwisz?
- Nie mam… dziewicy dla ciebie… Zły będziesz!

- Teraz nie czas na to… Na Kubie są obcy… Nie mam pojęcia kim są, ale mają broń tak straszną, jakiej nikt nie ma… 




78) Po sromotnej klęsce w „małej bitwie” nad Tęczowym Potokiem Apacze nie podejmowali żadnych złowrogich kroków, raz że takie były ustalenia przed walką, dwa ponieważ nie dopuścił do tego sędziwy wódz Apaczów Mescalero Śmiały Lis. Młodsi wodzowie pragnęli jak najszybszej zemsty na wrogach i najchętniej natychmiast rzuciliby się na nich…

- Musimy pomścić naszych braci!!! – grzmiał wódz Apaczów Jicarilla Wielki Łoś.
- Śmierć bladych twarzom i odszczepieńcom! – wtórował mu wódz Paunisów Czerwony Ogień.

Śmiały Lis milczał i dopiero po dłuższej chwili spokojnie oznajmił…

- Tylko strachliwe baby nie dotrzymują danego słowa! Czy moi bracia są nimi czy dzielnymi wojownikami?!

Młodsi wodzowie nie śmiali dłużej obstawać przy swoich zamiarach…

- Zgoda! Niech teraz odejdą, ale jutro ich zabijemy, a ich skalpy ozdobią nasze pasy! – wycedził Wielki Łoś.
- Jutro ja sam będę chciał zatopić tomahawk w ich krwi! – odparł Śmiały Lis.


Tymczasem w obozie zwycięzców…

- Zwyciężyliśmy! Apaczów jednak wciąż jest znacznie więcej od nas – stwierdził Jan Pratelicki.
- Jutro ruszą na nas ze zdwojoną wściekłością – skomentował krótko Kozak Jurko.
- Jaką strategię obieramy? – zapytał Michał Potylicz.
- Nie możemy wybrać otwartej walki, bo polegniemy – mówił Pratelicki – Z drugiej strony nie możemy wciąż unikać starcia…
- Może wycofamy się do wioski Polomanczów? – zaproponował Jurko – Ona jest najlepiej przygotowana do obrony…
- Nie zamierzam uciekać przed tymi psami! – zawołał zbliżający się wódz Komanczów Samotny Wilk.
- To co proponujesz? – skontrował Potylicz.
- Atak!
- Ale jak mamy ich zaatakować o świcie, skoro to oni będą nas chwili zaatakować o tej samej porze? – dziwił się Pratelicki.
- Apacze was obserwują – kontynuował Komancz – Wieczorem rozłożycie się na nocleg. Przed samym świtem opuścimy obóz, a gdy oni tam wtargną zasypiemy ich gradem strzał.
- Znam doskonałe miejsce na taką pułapkę! – zawołał z radością Pratelicki.
- Myślisz o Jastrzębich Skałach? – dopytywał się Jurko.
- Tak!
- Nie sądzę, żeby Apacze byli aż tak głupi, żeby nam się tak wystawiać do strzałów!
- Są wściekli, dzięki temu może się udać!
- Duże ryzyko, oby nie za duże!
- Cała sztuka będzie polegała na tym wywieźć w pole ich zwiadowców. Jeżeli to się uda doniosą reszcie, że tam obozujemy, a o świcie zaatakują… Chciałbym widzieć miny tych drani, gdy wpadną do obozu, a tam zamiast nas nic nie zastaną… Oczywiście trzeba będzie odpowiednio przygotować obóz, zostawimy koce, to wszystko musi tak wyglądać jakbyśmy słodko spali…
- Ruszamy!


Tymczasem pod Górą Niedźwiedzią…

- Atakować! Zabić ich wszystkich! – grzmiał konkwistador Jose Manuel Bakuleros.

Hiszpanie stopniowo posuwali się w stronę szczytu…

- Dziwię się… komentował konkwistador Pablo Vincento Magieros.
- Tak? – zapytał Bakuleros.
- Dziwię się, że nie widać obrońców…
- Zaszyli się pewnie w jakąś dziurę i trzęsą się tam ze strachu, ha ha ha.

Po jakimś czasie hiszpańscy żołnierze dotarli na szczyt… Nikogo tam jednak nie znaleźli…

- Tak nie będzie! – darł się Bakuleros – Nie będą dzikie dranie igrać sobie z Bakulerosa! Szukajcie śladów! Przecież hultaje nie rozpłynęli się w powietrzu!

Wkrótce żołnierze znaleźli ścieżkę po drugiej stronie góry. Zejście nią było dość niebezpieczne, ale nie karkołomne.

- Dopadnę ich! Dopadnę! Będę pasami darł z nich skórę! – krzyczał wściekle Bakuleros.
- Dosyć tego! – krzyknął jeszcze głośniej Jose Fortezes – Brać go!

Niemal w tym samym momencie dwaj żołnierze pochwycili konkwistadora i ściągnęli go z konia na ziemię…

- Co? Co robicie? Jakim prawem? – dziwił się Bakuleros – Zostawcie mnie, bo pozabijam! Z więzienia nie wyjdziecie! Zostawcie mnie mówię!
- Uspokój się! – zawołał Fortezes – Mamy już dosyć twoich rozkazów! Przez twoje bezsensowne decyzje straciliśmy wielu ludzi, a dzicy uciekli bez problemów! Proponowaliśmy z Magierosem, żeby otoczyć górę, ale ty na to nie pozwoliłeś! Jesteś marnym dowódcą!
- Jakim prawem?! – warknął Bakuleros – Tak nie będzie! Wszyscy skończycie z pętlą na szyi!
- Żołnierze! – zawołał Fortezes – Znacie mnie! Oto pismo admirała Javiera Hernandeza Belicareza! 
Są tu zawarte dokładne instrukcje na takie sytuacje! Mam prawo odebrać władzę Bakulerosowi! Od tej pory przejmuję dowództwo, a moim zastępcą będzie Pablo Vincento Magieros!

Fortezes przekazał pismo jednemu z oficerów, by pokazał je zainteresowanym żołnierzom do przeczytania… Nikt nie wiedział, że zmieniła się władza na Kubie i Belicareza zastąpił Pablo Gurkas...
- Pilnować go dobrze! – polecił dwóm zaufanym żołnierzom.
Obrońcy opuścili Górę Niedźwiedzią w nocy… Niemiec Helmuth prowadził grupę starców, kobiet oraz dzieci… Cały czas zastanawiał się gdzie ich bezpiecznie ukryć, bowiem było oczywiste, że Hiszpanie ruszą niebawem w pościg…




79)  (powiązane z częścią 73)

Włoski medyk Gianluca Faracini przebywał już w wiosce tajemniczych Indian ponad tydzień… Stary Rakataka zaczynał czuć się lepiej, więc była nadzieja, że Włoch nie zginie od toporka jego syna Takanaki…

- Nie będzie źle – mówił do siebie Faracini – Lewatywa i zioła dokonały cudów. Stary mnie chyba nawet polubił, a i młody już nie straszy…

Medyk pomyślał, że dobrze mu zrobi spacer po świeżym powietrzu, ale gdy tylko wyszedł z wigwamu w jego stronę skierowało się ostrze włóczni…

- Ner!!! – warknął ostro Indianin pilnujący wigwamu wodza.
- Egrei! – powiedział spokojnie starszy Indian siedzący nieopodal i wartownik opuścił broń wymownie wskazując, że Włoch może wyjść na zewnątrz.

Faracini skorzystał, bardzo bowiem tęsknił za światłem dziennym. Przechadzał się po wiosce, ale czuł, że jest obserwowany, po pewnym czasie zorientował się, że pilnuje go trzech Indian. Po kwadransie spaceru medyk dotarł nad rzekę, więc postanowił usiąść chwilę na brzegu. Podobała mu się bardzo okolica, czuł że może tak godzinami wpatrywać się w te widoki… Błogi stan został jednak brutalnie przerwany! W centrum wioski zawrzało, po kilku minutach w ich kierunku biegło kilkunastu wojowników głośno wołając:

- Kuta! Kuta!

Indianie momentalnie pochwycili Faraciniego i zaczęli wleć w stronę wioski… Włoch nie miał pojęcia co się stało, miał tylko nadzieję, że chodziło o opuszczenie wigwamu, a nie o to, że coś złego stało się Rakatace… Szybko okazało się, że był w błędzie… Kilku Indian wepchnęło go do wigwamu, przy starym wodzu siedział młody Takanaka ze straszną miną… Wyglądało na to, że Rakataka zmarł…

- Figaka mukaka! – wycedził na widok medyka.

Włochowi nie było dane nawet podejść do Rakataki, widocznie odszedł na zawsze… Faracini był przerażony, przypomniał sobie toporek młodego wodza…

- Zginę! Co robić, co robić? – bił się z myślami.

Chwilę później trafił do innego wigwamu. Nie był tak obszerny i wyposażony, jak wigwam wodza. Właściwie to nic w nim nie było. Mijały godziny i nic się nie działo, to wyczekiwanie było jednak najgorsze. Faracini męczył się strasznie, w wigwamie było duszno i niezwykle ciasno – dwa metry na półtora…

- Niech już przyjdą i mnie zabiją! – krzyczał cicho – Dłużej tego nie wytrzymam! Duszę się!

Wiedział, że nie może wyjść na zewnątrz, ale mimo tego spróbował… Chodziło mu głównie o to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza…

- Ner!!!- wrzasnął wartownik, ten sam co pilnował wigwam Rakataki.
- Ner!!! – warknął starszy Indian, ten sam co i wtedy.

Faracini wykonał kilka głębokich oddechów i miał już wrócić do wigwamu, ale Indianie byli szybsi. Kilka ostrych kuksańców i był już z powrotem. Minęła noc, o świcie do wigwamu wtargnęło dwóch Indian wywlekając Włocha na zewnątrz… Zaciągnięto go na centralny plac wioski. Medyk widział po drodze oblizujące się na jego widok Indianki i masujących się po brzuchach Indian… Nie wiedział czemu tak się zachowują, ale był bardzo zaniepokojony… Indianie rzucili go przed Takanakę, który stał na środku placu…

- Gora byta! – zawołał po chwili młody wódz wyraźnie wskazując na wielki gliniany gar znajdujący się nieopodal.
- Gora byta! – darł się tłum Indian.

Faracini spojrzał także w stronę gara…

- Mój Boże! Oni chcą mnie ugotować i zjeść! Ratunku!

Włoch rzucił się do ucieczki, ale został błyskawicznie pochwycony przez Indian. W stronę gara skierował się sędziwy Indianin i z pomocą dwóch wojowników wsypał coś do środka… Pewnie przyprawy… Za chwilę rozniecono ogień pod garem, następnie kilku silnych Indian wrzuciło do środka nagiego Faraciniego…

- Nie! Nie! Tylko nie to! Zabijcie mnie od razu, a nie męczcie w ten sposób!

Indianie nie robili sobie nic z protestów medyka, który czuł się coraz gorzej w garze… Najbardziej dokuczała mu nieprzyjemna woń przypraw, która przyprawiała o wymioty…

- A co mi tam! – rzekł sam do siebie – Niech mają!

Po zwymiotowaniu Włoch czuł, że w zasadzie jest mu już wszystko jedno… Woda nie była jeszcze nawet ciepła…

- Może lepiej gdybym się utopił? – wpadł mu nowy pomysł do głowy – E, jeszcze nie! Popamiętają dzikusy, że ze mną zadarli!

Włoch postanowił, że przed śmiercią musi załatwić wszystkie potrzeby fizjologiczne…

- Macie dzikusy! – śmiał się z gara patrząc na świętujących Indian – Oblizujcie się! Masujcie po brzuszkach! Macie tu nową porcyjkę!

Woda stawała się coraz cieplejsza…

- Co robić? Co robić? – denerwował się – Czy mam znosić te męki czy może lepiej utopić się i przyspieszyć sprawę?

Po kwadransie zrobiło się już niezbyt wesoło… Woda była już bardzo ciepła…

- Czuję się jak kurczak w rosole! Ja chyba śnię! Ratunku!
- Gora byta! Gora byta! – darli się Indianie.
- Zaraz zemdleję! – Włoch czuł się coraz gorzej – Jest mi niedobrze!
- Wara kora! – rozległ się głośny krzyk.

Faracini wychylił się z gara i omal nie z niego nie wyskoczył z radości. Rakataka stał przed swoim wigwamem! Stary wódz żył! W tym samym momencie Włoch stracił przytomność…

- Chwała Bogu! - ucieszył się Camille Steckozini obserwujący całą sytuację z pobliskiego wzgórza na widok Indian wyciągających nieprzytomnego Faraciniego z gara - Nie byłbym w stanie mu pomóc w żaden sposób...





80)  (powiązane z częścią 74)

Hamburg… Statek „Nefretete” wciąż był w porcie…

- Idę z Zębiszonem do miasta  – oznajmił rano Macudowski – Jeżeli uda mi się załatwić wszystkie sprawy to w samo południe ruszamy w dalszą drogę! Nie zamierzam na nikogo czekać! Przekaż to wszystkim Kaliski!
- Dobrze – odparł głośno Wojciech Kaliski, a pod nosem dodał – połam sobie nogi oszuście…
- Co tam mamroczesz pod nosem Wojtusiu? – zainteresował się Macudowski.
- Nic nic…

Kaliski był wściekły, Macudowski nie płacił mu od początku, zawsze znajdując  wytłumaczenia takiej decyzji… Nie przekonywało to w żaden sposób, ale Kaliski nie wiedział co ma dalej z tym zrobić… Wściekłość narastała, kwestią czasu było tylko kiedy przebierze się miarka…

Po wczorajszym wypadzie na miasto większość jeszcze smacznie spała w swoich kajutach… Tylko nieliczni krzątali się zaspani po pokładzie…

- Stajenny! – darł się szlachcic Sebastian Sokoliński – Gdzie on się podział? Konie trzeba napoić! Jak go dostanę w swoje ręce to skórę wygarbuję!
- Już jestem! – pojawił się nagle Bomblicek.
- Gdzie byłeś gamoniu? Zresztą nieważne! Konie idź poić!
- Dobrze, dobrze.
- Biegiem!

Minęło kilka godzin, coraz więcej ludzi zaczęło krzątać się po pokładzie…

- O! – zawołał zbir Chochoł na widok zbira Jamroza – Jest nasza wczorajsza gwiazda! Ha ha ha!
- Ale o co chodzi? – zdziwił się Jamróz.
- Hi hi! – śmiał się zbir Dziobak – On nic nie pamięta, hi hi!
- ?

Chochoł opowiedział całe wczorajsze zdarzenie…

- Nie pamiętam… Ale dziękuję wam przyjaciele, że mnie uratowaliście z takich opresji… Ale jestem głodny, chodźmy coś przekąsić…

Cała trójka udała się w stronę kuchni…

- Gdzie?! – warknęła stojąca w wejściu Sabina Sviderkova.
- Jak to gdzie? – zdziwił się Dziobak – Głodni jesteśmy!
- Jeszcze nieczynne! – wtrąciła się druga czeska kucharka Dominika Guzikova.
- To sami się obsłużymy! – zawołał dziarsko Jamróz.

Obie kucharki wyciągnęły wałki i odważnie przyglądały się śmiałkom…

- Tak? – uśmiechała się figlarnie Sviderkova machając wesoło wałkiem.
- Chodźmy lepiej na miasto – zaproponował Dziobak – A co dzisiaj będzie na obiad?
- Knedliki! – odparła Guzikova.
- A co to jest? – zdziwił się Jamróz.
- Takie czeskie smakołyki…

Kwadrans później cała trójka siedziała w portowej tawernie…

- Co za czasy nastały panowie – narzekał Chochoł – że jakieś Czeszki rządzą  na naszym statku!
- Bez łaski! – grzmiał Jamróz – Tutaj zaraz dostaniemy pyszne smażone rybki!
- Dobrze prawisz Jamrozie! – śmiał się Dziobak.

Wkrótce cała trójka otrzymała posiłek, w między czasie z drugiego pomieszczenia zaczęła rozbrzmiewać muzyka i śpiew… Klimat zrobił się dziwnie swojski…

- Tyż mene pidmanuła,
Tyż mene pidweła,
Tyż mene mołodoho
Z uma-rozumum zweła

Jamróz nie wytrzymał i poszedł zobaczyć co to za Kozak czy inny Rusin śpiewa w niemieckiej tawernie … Okazało się, że śpiewał wysoki wąsacz, który wyglądał jakby przed chwilą był na stepach… Towarzyszył mu mężczyzna odmiennie ubrany, po zachodniemu... Wąsacz wypił szklankę wina jednym łykiem i rozpoczął kolejną pieśń…

- Szczedryk szczedryk, szedriwoczka,
pryłetiła łastiwoczka,
stała sobi szczebetaty,
hospodaria wykłykaty:
“Wyjdy, wyjdy, hospodariu,
podywysia na koszaru,
tam oweczky pokotyłyś,
a jahnyczky narodyłyś.
W tebe towar weś choroszyj,
budesz maty mirku hroszej,
W tebe towar weś choroszyj,
budesz maty mirku hroszej,
chocz ne hroszej, to połowa:
w tebe żinka czornobrowa.”
Szedrik szedrik, szedriwoczka,
pryłetiła łastiwoczka.

- Ej! – nie wytrzymał Jamróz wykorzystując fakt, że wąsacz zakończył pieśń – Coś za jeden?
- A ty coś za jeden? – zaripostował wezwany.
- Ja pierwszy zapytałem…
- Jam kniaź Sławomir Wigurko! A ten tu – ręką pokazał na leżącego na stole – to mój holenderski przyjaciel Martin Van Coolers!
- Co tu robicie?
- Ot i pytanie! Holender to tu chyba mieszka w Hamburgu, a ja przybyłem w te strony, bo…
- Bo?
- Ukraina za mała dla mnie! Ha ha ha!

Od słowa do słowa skończyło się na tym, że kniaź i zbirzy znaleźli się przy jednym stole…

- A zaśpiewaj kniaziu jeszcze co! – zachęcał Wigurkę Chochoł.

- Hej, tam gdzieś z nad czarnej wody
Wsiada na koń kozak młody.
Czule żegna się z dziewczyną,
Jeszcze czulej z Ukrainą…

- Hej hej! – wołali wesoło zbirzy.

- Wiele dziewcząt jest na świecie,
Lecz najwięcej w Ukrainie.
Tam me serce pozostało,
Przy kochanej mej dziewczynie…

Czas mijał szybko, Wigurko śpiewał kolejne pieśni, wino lało się strumieniami… Niespodziewanie w tawernie pojawił się inny zbir Chwaścior…

- Panowie! Czas wracać! Za godzinę odpływamy!
- Miło mi było poznać tak zacnych jegomości… - powiedział na pożegnanie kniaź Wigurko.
- Jakie pożegnanie? Idziesz z nami kniaziu! – zawołał Jamróz.
- A Holender?
- Jego też bierzemy! – zagalopował się Dziobak.
- No dobra…

Tymczasem na statku okazało się, że nie wszyscy wrócili z wczorajszej wyprawy… Brakowało Włocha Mario Gibbencione, kronikarzy Czerkaszenki i Dariusza Grzybowskiego – podobno załatwili sobie posadę w miejskim ratuszu – szlachcica Krystiana Szałajdowskiego i Czeszki Evy Janikovej…

- Mówiłem, że nie będziemy na nikogo czekać! – grzmiał Macudowski - Co ze zbirami?
- Chwaścior po nich poszedł – wyjaśnił szlachcic Sokoliński.
- Na nich poczekam, ale niech się śpieszą!

W kuchni trwały przygotowania do obiadu…

- Udały się nam te knedliki dzisiaj! – cieszyła się Guzikova.
- Ano udały! – odparła z uśmiechem Sviderkova – Pst! Nic nie mów!
- Co się stało?
- Coś usłyszałam…

Sviderkova zaczęła powoli zbliżać się do spiżarni…

- Kim jesteście?! – zawołała nagle na widok trzech kobiet.
- Proszę! – zawołała jedna z nich – Nie wydawajcie nas!

Sviderkovej żal się zrobiło dziewczyny…

- No dobrze, ale kim jesteście i co robicie w naszej spiżarni?
- To długa historia…
- Domyślam się, ale chętnie posłucham…
- Sabinko! – wtrąciła się Guzikova – Już czas wydawać knedliki! Ludzie zaczynają wchodzić na salę!
- No cóż… Siedźcie tutaj cichutko, a jak skończymy wydawać posiłki to wtedy wszystko opowiecie, dobrze?
- Dobrze.
- Potem was też poczęstujemy knedlikami, bo pewnie głodne jesteście…
- Dziękujemy.

Trzy kobiety w spiżarni… Były to Paulina Połniakowska, Monisława Maciejewska i Renata Jarczykowska…

- Zwariowałaś? – syknęła oburzona Guzikova – Co ty wyprawiasz? Trzeba je szybko wydać Macudowskiemu!
- Nie. Mam dobre serce… Żal mi ich… Ciekawość mnie zżera co ich skłoniło do tego, żeby dostać się na nasz statek… To pewnie miłość…
- Jak miłość to rozumiem. Idziemy wydawać knedliki, a potem nam wszystko opowiedzą!

Gdy już wszyscy byli najedzeni Czeszki wróciły do kobiet…

- Najpierw też zjedzcie, a potem opowiadajcie! – zarządziła Sviderkova.

Kobiety były bardzo głodne…

- Dominika! Przynieś jeszcze! Niech sobie biedactwa pojedzą – litowała się Sviderkova.

Po jakimś czasie Połniakowska rozpoczęła opowieść…

- Jakiś czas temu z Polski ruszyła wyprawa… W sumie to nie wiem dokąd… Wszystko było trzymane w strasznej tajemnicy… W wyprawie tej uczestniczył mąż mój – Krzysztof. Do tej pory nie mogę sobie darować, że zgodziłam się na to… To znaczy nie chciałam się zgodzić, ale on i tak nie słuchał! Czekałam, czekałam i żadnych wieści! W końcu ruszyłam do Gdańska, bo z tego miasta wyruszyła wyprawa pod dowództwem Michała Potylicza… Spóźniłam się, bo dzień wcześniej wyruszyła druga wyprawa, którą dowodził pułkownik Jerzy Doniecki… Gdy już miałam wracać bezradna do domu dowiedziałam się, że Macudowski planuje ruszyć za nimi… Postanowiłam załapać się na jego statek, ale nie chciałam jednak ruszać sama, a miały do mnie dojechać dwie – obecne tutaj – przyjaciółki… Wyjechałam im naprzeciw, ale spotkała mnie niemiła przygoda przez którą znowu się spóźniłam! Postanowiłam nie dawać za wygraną i już z przyjaciółkami wsiadłyśmy na inny statek płynący do Hamburga… Liczyłyśmy, że dogonimy „Nefretete”!
- Czegoś tu nie rozumiem – wtrąciła się Guzikova.
- Tak?
- Rozumiem miłość pchającą cię do poszukiwań męża, ale te dwie kobiety to tu po co? Ich mężowie brali udział w tej samej wyprawie?
- Nasi mężowie Bóg raczy wiedzieć gdzie są… - westchnęła smutno Maciejewska.
- Najstarsi Kozacy nie pamiętają kiedy domy rodzinne zostawili… - dodała z żalem Jarczykowska.
- Mężowie moich przyjaciółek od lat w wojsku… Strzegą granic Rzeczpospolitej, a to przed Tatarami, a to… przed wszystkimi… - wyjaśniała Połniakowska.
- Prawda jest taka, że… - ożywiła się Maciejewska – pasuje im takie życie! Dlatego postanowiłyśmy z Renatą, że my też z domu się ruszymy i będziemy towarzyszyć Paulinie!
- Pierwsze trzy lata płakałyśmy! – kontynuowała Jarczykowska – Nasi mężowie pojawiali się w domostwach raz, może dwa razy w roku… Ale teraz postanowiłyśmy, że nie będziemy marnowały życia czekając na naszych mężczyzn! Od dwóch lat doskonalimy się w walce, umiemy władać szablą nie gorzej od wielu mężczyzn, strzelamy wybornie z łuków! Monisława jest w tym prawdziwą mistrzynią!
- Pomożemy wam! – powiedziała Sviderkova – Prawda Dominisiu?
- Tak!

W między czasie zbirzy wrócili na statek…

- Kogo mi tutaj prowadzicie? – zapytał zdziwiony Macudowski.
- Wielkiego kniazia Sławomira Wigurkę i Latającego Holendra! – odpowiedział śmiejąc się zbir Dziobak.
- Wielkiego? – zdziwił się mówiąc pod nosem Wigurko.
- Biorę ich na służbę! – podjął błyskawiczną decyzję Macudowski, był bowiem świadom, że kilka osób z załogi mu odpadło, a pojawiła się szansa na uzupełnienie składu.
- Nikt tak ładnie się śpiewa jak Wigurko! – reklamował kniazia Jamróz.
- A ten drugi coś niemrawy…
- Pijany! – śmiał się Chochoł – Jak wytrzeźwieje to będzie brykał, że ho ho!
- Odpływamy za kwadrans! – zarządził Macudowski.

Minęło pół godziny…

- Do stu diabłów! – darł się Macudowski z kajuty – Mieliśmy dawno wypłynąć! Co do licha?
- Nie da rady… - odparł zbir Zębiszon.
- Jak nie da rady? Co nie da rady?
- Sam zobacz…

Macudowski wyszedł z kajuty i aż przyklęknął z wrażenia… W porcie znajdowało się kilkuset Niemców i wszyscy mieli wycelowane lufy w kierunku „Nefretete”…

- Co się stało do stu piorunów? – klnął Macudowski.
- Idzie do nas dwóch Niemców… - wyjaśnił zbir Chwaścior.

- Słucham. O co chodzi? Żądam wyjaśnień! – denerwował się Macudowski.
- Jestem kapitan Wilhelm Bintermeier – przedstawił się najpierw Niemiec – Wczoraj kilku członków pańskiej załogi obraziło hrabinę Brunhildę Von Kunickbreitner! Żądamy wydania największego prowodyra! O tego! – wrzasnął Niemiec i wskazał na zbira Chochoła.
- A jeśli nie? – odparł zawadiacko Macudowski.
- Zatopimy ten statek! – krzyknął Niemiec i wskazał na armaty w porcie.

Macudowski był przerażony, zdawał sobie sprawę, że nie mają żadnych szans w tym starciu…

- Weźmiecie go i będziemy mogli odpłynąć? – zapytał szeptem Niemca.
- Tak!
- Bierzcie go! – powiedział już na cały głos.
- Nie! – rozdarł się Chochoł – Dlaczego?
- Narozrabiałeś wczoraj tak? – syknął Macudowski – To teraz pokutuj!
- Nie oddamy Chochoła! – zawołali zbirzy – Nie oddamy Chochoła!
- Nie macie wyjścia! – tłumaczył Macudowski – Spójrzcie na te armaty! Podziurawią nas jak sito!
- Sam pójdę! – zawołał Chochoł – Nie chcę żebyście wszyscy zginęli za mnie…

Chochoł wyszedł na środek podkładu…

- Żegnajcie!

Zbir został pochwycony przez Niemców i po chwili był już na lądzie… Obrócił się jeszcze – mimo asysty przytrzymujących go Niemców – rzucił ostatnie spojrzenie na statek i na swoich towarzyszy… Chwilę później zobaczył niemieckiego babochłopa – tego samego, z którym bił się wczoraj wieczór…

- A! To znowu ty!

W tym samym momencie zarobił solidnego sierpowego w twarz, aż się skulił…

- Tak to ja!

Po chwili Niemcy zaczęli go kopać, a jeden z oficerów głośno wrzeszczał…

- Więcej szacunku! To jest pani hrabina!

Smutek panował na pokładzie „Nefretete”… Wielu odwracało wzrok by nie widzieć tego co Niemcy robią z Chochołem…

- Ruszamy! Już czas! – zakomunikował Macudowski jak gdyby nic się nie stało…

- O! Widzisz Rodaccio! – skwitowała całą sytuację Agnieszka Krzemieńska vel Angielka Agnes Flint – Problem własności kajuty sam się rozwiązał…Posiedź sobie teraz tu sama, a ja coś załatwię i zaraz wrócę…

Krzemieńska wyszła z kajuty…

- No i co teraz sierściuchu?! – powiedziała do chomika Sebka (ulubiony zwierzak Chochoła) – Szukaj pana! – zawołała rzucając chomikiem w kierunku lądu…

Krzemieńska nie wróciła do kajuty, ale skierowała się do Ukrainki Rusłany Kramerko…

- Co chciałaś? – zapytała zdziwiona Ukrainka.
- Podobno umiesz patrzeć w przyszłość…
- Może i umiem, może i nie umiem…
- To umiesz czy nie? Zdecyduj się!
- Nie bądź taka nerwowa! Teraz nie będę wróżyła, przyjdź jutro!
- Chcę wiedzieć!
- Jutro!
- Ale…
- Jutro!
- No dobrze…

Macudowski zadowolony, że w końcu statek wypłynął z Hamburga zmierzał do swojej kajuty… Po drodze spotkał Kaliskiego, który wyraźnie zagrodził mu drogę…

- Co chciałeś Wojtusiu?
- Musisz mi w końcu zapłacić!
- Oj, tyle razy ci już tłumaczyłem, że pieniądze nie są ci na statku do niczego potrzebne… Dostaniesz w swoim czasie…
- Nie! Chcę teraz!
- Wojtusiu, dam ci to jeszcze zgubisz, a u mnie twoje pieniążki będą naprawdę bezpieczne…
- Nie! Chcę teraz swoje pieniądze!
- Wojtusiu zmęczony jestem… Porozmawiamy później, przepuść mnie, położyć się muszę…

Macudowski zaczął przesuwać Kaliskiego, ale ten był już na tyle zdeterminowany, że nie zamierzał go przepuścić…

- Co widzę? Własnym oczom nie wierzę! Zejdź z drogi, bo Zębiszona zawołam!
- Płać teraz! Za wszystkie transporty zboża, które dostarczyłem i za cały okres służby jaką odbyłem!
- ?
- Płać albo w mordę dam!
- ?
- Nie udawaj głuchego! I oddaj złoto, które zabrałeś moim rodzicom!
- ?
- Płać!
- Co ty Wojtusiu? Co ty…

Kaliski był tak zdenerwowany, że Macudowski zaczął się go naprawdę bać…

- Zębi… - rozdarł się próbując przywołać Zębiszona na pomoc, ale w tym samym momencie Kaliski rzucił się na niego z pięściami i zaczął go nimi okładać…
- Ratu… - duszony Macudowski wzywał pomocy…

Kilka chwil później Kaliski wrzucił związanego i zakneblowanego Macudowskiego do kajuty…

Niebawem przed nią pojawił się Zębiszon…

- Słyszałem coś… - wybełkotał niewyraźnie zbir.
- Co?
- No nie wiem…
- To jak nie wiesz to po co człowiekowi głowę zawracasz?!

Zębiszon uważnie obserwował Kaliskiego…

- A co ty taki czerwony jesteś?
- Ja?
- No…
 - Nie wiem…
- Idę do Macudowskiego…
- Po co?
- Zobaczyć co u niego…

Kaliski zagrodził mu drogę…

- ?
- Nie można!
- ?
- Spać poszedł, źle się czuje. Powiedział, żeby go nie budzić! Mam tego pilnować!
- Aha.

„Nefretete” coraz bardziej oddalał się od Hamburga, płynąc w nieznane…

O zachodzie słońca na pokładzie pojawił się niespodziewanie Rosjanin Ivan Zbereznikov… Zaczął biegać nago, wesoło podrygując i wołając…

- Eeee!

Na pokładzie nie było nikogo prócz niego… Niemal… Bo akurat w tym momencie wyszła ze swojej kajuty tajemnicza Anna Von Stollar…

- Eeee!

- No ładnie… - rzekła do siebie zdziwiona widokiem nagiego Rosjanina… - O co takiemu chodzi?

Zbereznikov pohasał jeszcze chwilę, po czym zniknął tak samo błyskawicznie jak się pojawił… Niemka poszła w kierunku kajuty Macudowskiego…

- Wiem o wszystkim! – oznajmiła na wstępie Kaliskiemu.
- Tak?
- Jesteśmy z tobą. Moi ludzie zajmą się Zębiszonem w razie potrzeby. Jutro ogłosimy cię nowym dowódcą! Zabij Macudowskiego dzisiaj w nocy!
- Ale ja chciałem tylko odzyskać swoje pieniądze… - odparł nieśmiało Kaliski.
- Trzeba grać o całą pulę!

Von Stollar szybko zniknęła w mroku, noc zapadała już bowiem…

Kaliski wciąż tkwił pod drzwiami kajuty…

- Zabić Macudowskiego? Ja tylko… - mówił sam do siebie – Z drugiej strony co dalej? Zabiorę mu pieniądze, które mi się słusznie należą… ale co dalej? Co ja zrobiłem najlepszego? Jak on odzyska wolność to… natychmiast każe mnie zabić! Co robić, co robić? Nie mam chyba wyjścia! Muszę go zabić!

Kaliski wyprężył się i wbiegł z nożem w ręku do środka…




81) Statek Nefrete wciąż posuwał się w kierunku zachodnim… Niemiecka załoga statku nie mogąc się doczekać na jakiekolwiek decyzje kontynuowała po prostu rejs w tym kierunku…

- Ach ci Polacy… - narzekał kapitan Klaus Rodenthaler – Sami nie wiedzą czego chcą… Aż się dziwię, że ten ich kraj jeszcze istnieje…

Tymczasem w kajucie Macudowskiego Wojciech Kaliski bił się z myślami co zrobić…

- Do diabła! – mówił sam do siebie – Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem!
- Oszczędź! – mamrotał niezrozumiale zakneblowany Macudowski.

Kaliski wyjął mu knebel i od razu syknął:

- Jak zaczniesz krzyczeć to od razu poderżnę ci gardło!

Groźba podziałała nadzwyczaj skutecznie…

- Oszczędź Wojtusiu!  Oszczędź! – mówił niemal szeptem Macudowski – A cię ozłocę! Oddam ci wszystko co zechcesz!
- Tak…?  Jak tylko cię uwolnię to każesz mnie uwięzić, a potem zabić!
- Nie, nie… Czy ja cię kiedyś okłamałem?
- Prawie zawsze!
- No jak możesz tak mówić?
- Nie płacisz mi draniu od początku! Poza tym jesteś mi winny za transporty zboża do magazynu Martina Schyldera, który przejąłeś! A jeszcze okradłeś moich rodziców!
- Wszystko ci oddam, obiecuję!
- Nie wierzę ci! Poza tym jak cię zabiję to i tak wszystko co masz będzie moje!
- Mylisz się! Nie wszystko! Mam wiele dóbr w Polsce i Prusach, jak je przejmiesz?
- Nie jestem pazerny! Starczy mi to co masz w kajucie!

Kaliski ponownie zakneblował więźnia i wziął się za przeszukiwanie kajuty… Czynności te przerwało nagłe pukanie do drzwi… Kaliski zastygł… Po chwili zdecydował się jednak by je otworzyć…

- Zabiłeś go już? – dopytywała się Niemka Anna Von Stollar.
- Jeszcze nie…
- Zrób to! Bądź mężczyzną!
- Na razie go torturuję, nie może drań odejść tak po prostu… - kłamał Kaliski.
- Pomóc ci?
- Nie! Poradzę sobie! Nie przeszkadzaj.
- Dobrze. Nie spodziewałam się, że jesteś aż taki okrutny. Zaimponowałeś mi! Czy ma jeszcze oczy?
- Yyy…?  Nie przeszkadzaj!
- Przyjdę później.

Kaliski był blady jak ściana… Macudowski zakneblowany wił się jak wąż wyraźnie go nawołując…

- Czego znowu?
- Nie zabijaj!
- To już wiem, coś jeszcze?
- Wojtusiu oszczędź! Mam propozycję!
- Tak?
- Oddam ci wszystko co jestem ci winien. Potrójnie! A po powrocie do Polski zapiszę ci dwie kamienice w Gdańsku i dołożę ten skład co należał do Schyldera!

Kaliski zaczął przeliczać w głowie… Oferta była naprawdę atrakcyjna, z miejsca stałby się bardzo bogatym człowiekiem…

- Nie ufam ci draniu!
- Wojtusiu przysięgam!

Kaliski nie wiedział co ma zrobić, po chwili ponownie zakneblował więźnia… Następnie zaczął przeszukiwać kajutę… Szybko znalazł złoto i kosztowności… Wtem ponownie rozległo się stukanie do drzwi…

- Znowu pewnie ta Von Stollar! – złościł się, ale po chwili otworzył…

Tym razem jednak nie była to Niemka, lecz Ukrainka Rusłana Kramerko…

- O co chodzi?
- Chcę rozmawiać z Macudowskim!
- To niemożliwe! Chory jest!
- Mam pomóc? Potrafię uzdrawiać…
- Nie. Wszystko jest pod kontrolą. On sobie nie życzy nikogo! Śpi teraz!
- Niemiecki kapitan domaga się decyzji odnośnie kierunku żeglugi!
- No i? Ty jesteś wiedźmą i miałaś to określić za pomocą swoich mocy!
- Macudowski chciał przy tym być…
- Teraz nie może! Działaj sama, a potem przyjdź i mi powiedz!
- Jak chcesz…

Kaliski wrócił do kajuty, nie zważając już na nieme nawoływania Macudowskiego po prostu położył się obok niego i … zasnął. Nadmiar emocji spowodował wielkie zmęczenie…

Tymczasem w innej kajucie Agnieszka Krzemieńska rozmawiała z Włoszką Rodaccio… Może nie do końca była to rozmowa, bo jedna mówiła po polsku i trochę po włosku, druga zaś po włosku, ale jak to dwie kobiety w miarę się dogadały…

- Szkoda mi trochę tego zbira Chochoła…

Rodaccio niewiele rozumiała, ale nadrabiała uśmiechem…

- Ja to w ogóle szczęścia w życiu nie mam – narzekała Krzemieńska – Rodzice chcieli mnie wydać za starego dziada, który zabił moją pierwszą miłość…

Rodaccio kiwała głową wciąż się uśmiechając. W końcu Włoszka  niespodziewanie przytuliła się Krzemieńskiej…

- Tylko ty mnie rozumiesz moja mała Evellino…

Krzemieńska wzruszyła się bardzo, z jej oczu poleciały łzy… Po chwili obie płakały…

- Idę do tej Ukrainki! Niech mi powróży! Chcę wiedzieć czy znajdę jeszcze miłość w życiu!

Rodaccio najwidoczniej wyczuła sytuację i wzięła rękę Krzemieńskiej…

- Co robisz?

Chwilę później Włoszka zraniła delikatnie nożem dłoń przyjaciółki… Polała się krew…

- ? Aha, rozumiem! Ty chcesz mi powróżyć?

Rodaccio skinęła głową, a następnie rozmazała krew po całej  dłoni i zaczęła się wnikliwie przyglądać… Następnie wyciągnęła jakieś zawiniątko i wysypała na ranę szary proszek…


- Nawet nie chcę wiedzieć co to jest… - dziwiła się Krzemieńska.

Włoszka długo nie odrywała wzroku od dłoni… W pewnym momencie aż odskoczyła i zaczęła płakać…

- Co zobaczyłaś? Mów! Wszystko zniosę!
- Zakochasz się w księdzu!
- ? Tego mi jeszcze brakowało…!  Jesteś tego pewna?
- Tak!

Zmierzchało już… Wieść o tajemniczej chorobie Macudowskiego rozeszła się po statku… Ukrainka Rusłana oznajmiła wszystkim, że należy płynąć na zachód… Zbir Zębiszon postanowił czuwać pod kajutą swojego pana… Był wyraźnie zaniepokojony całą tą sytuacją…

Koło północy na pokładzie pojawiła się Paulina Połniakowska… Zbudził ją koszmarny sen, w którym zobaczyła swojego męża Krzysztofa uginającego się pod batem Hiszpanów…

- Gdzie on się włóczy? – mówiła sama do siebie – Czy wciąż żyje?

Połniakowska długo patrzyła w dal, przed oczami zaczęły się jej ukazywać różne obrazy… Czasami to już nie wiedziała czy to sen czy jej wyobraźnia…

- Odnajdę cię mężu! Choćbym cię miała szukać całe życie!

Nagle poczuła, że ktoś zaczyna ją obłapiać… Próbowała się uwolnić, ale uścisk był zbyt silny… Próbowała krzyczeć, ale napastnik zasłonił jej usta ręką… W pewnym momencie poczuła, jak rozrywa jej ubranie… Wezbrała się w sobie chcąc za wszelką cenę oswobodzić się, ale nie miała na tyle siły… Postanowiła jednak, że nie ulegnie i nagle ugryzła go w rękę …

- Do diabła! – wrzasnął napastnik po niemiecku i na chwilę puścił kobietę…
- Ratunku! – krzyczała Połniakowska – Pomocy!

Napastnikiem okazał się niemiecki marynarz Rudolf… Chwilę później znów pochwycił Połniakowską i zaczął ją odzierać z resztek szat…

- Zostaw ją rozpustniku! – zawołała Monisława Maciejewska, która przybyła z pomocą przyjaciółce.

Niemiec nie zamierzał się zatrzymywać… Monisława widząc to bez żadnych skrupułów strzeliła do niego z łuku, a że była prawdziwą mistrzynią trafiła tam gdzie chciała czyli w prawy bark… Marynarz wpadł w zwierzęcy szał, puścił Połniakowską i z niesłychaną wściekłością rzucił się na Monisławę… Ta jednak zachowała zimną krew i kolejną strzałą przebiła mu serce… Niemiec padł martwy, a obie kobiety wspólnie wyrzuciły go za burtę…

- Uciekajmy… W końcu jesteśmy tu nielegalnie! – zarządziła Monisława.
- Dzięki przyjaciółko!

Kobiety znikły pod pokładem… Kilka osób przyciągniętych hałasem wyszło na pokład, ale nie zauważając nic podejrzanego powróciło do snu…

Tymczasem kobiety były już bezpieczne w spiżarni…

- Gdzie byłyście? – zapytała zaspana Renata Jarczykowska.
- A… Dużo by opowiadać… - odparła rozdygotana jeszcze Połniakowska.
- Śpij, opowiemy ci rano… - dodała spokojnym głosem Maciejewska.
- Nie wiem jak ci dziękować Monisławo! – wyszeptała Połniakowska – Gdyby nie ty ten lubieżny Niemiec zgwałciłby mnie niechybnie!
- Od tego są przyjaciółki – rzekła skromnie Maciejewska.
- Pięknie wyglądałaś z tym napiętym łukiem! Niczym grecka Atena!

O świcie zbir Dziobak zauważył ślady krwi…

- Co tu się do diabła stało?

Nagle na pokładzie pojawił się Rosjanin Ivan Zbereznikov. Biegał nago i głośno wołał w stronę słońca:

- Eeee! Eeee!

Dziobak patrzył i nie wierzył…

- A temu co znowu? Ta krew to chyba nie twoja?
- Eeee! – rozdarł się Rosjanin i popędził w przeciwną stronę statku…

Tymczasem w kajucie Macudowskiego…

- Wyspałem się przednio! – mówił sam do siebie Kaliski – Teraz mogę na wszystko inaczej spojrzeć!

Macudowski leżał obok niego związany i zakneblowany …

- Nie zabiję cię! – oświadczył nagle Kaliski, po czym go oswobodził – Napiszesz pismo!
- Dobrze Wojtusiu, zrobię wszystko co zechcesz!

Kaliski podyktował treść pisma, w którym Macudowski zapewniał mu nietykalność, przekazał określoną ilość złota i zapisał dwie kamienice oraz skład Martina Schyldera.

Macudowski podpisał pismo, gdy nagle drzwi kajuty otwarły się i do środka wtargnęli zbirzy Dziobak i Zębiszon…

- Brać go! – zawołał Macudowski – To zdrajca!

Zbirzy natychmiast pochwycili Kaliskiego…

- No i co teraz Wojtusiu? – śmiał mu się w twarz Macudowski – Zamknąć go i pilnować! Później zdecyduję co z nim zrobię!

Zbirzy wyprowadzili Kaliskiego…

- Wiedziałem, że tak będzie! Znów mnie oszukał! – narzekał pojmany.
- Mówiłam ci, żebyś był mężczyzną! – syknęła doń  wściekle Von Stollar, gdy ją mijali po drodze.

Macudowski podarł pismo i wyszedł z kajuty…

Tymczasem Krzemieńska nie mogła wciąż dojść do siebie po wróżbie Rodaccio…

- Co ja pocznę nieszczęsna? Jaki ksiądz? Taka miłość to tylko problemy… Rzucę się chyba do morza!

Skierowała się w ustronne miejsce, z mocnym postanowieniem by naprawdę ze sobą skończyć… Usiadła na chwilę przy łodzi ratunkowej i zamarła… W łodzi leżało ciało całe we krwi… Nie wiedziała co począć, w końcu pochyliła się nad tajemniczą postacią… Po dłuższej chwili wyczuła słabo bijące serce…

- Żyje! – powiedziała cicho.

Tajemnicza postać była mężczyzną… Ubytek krwi z wielu ran spowodował utratę nieprzytomności…

- Trzeba go ratować!

Nie wiadomo skąd obok pojawiła się Rodaccio.

- Bierzemy go do naszej kajuty! Trzeba go opatrzeć...

Kobiety niepostrzeżenie przetransportowały rannego… Okazało się, że miał wiele ran pchanych, ale żył… Mijały godziny, ale nieznajomy wciąż nie odzyskiwał przytomności…

- Będzie żył – uspokajała Włoszka Krzemieńską – Dobrze, że go jednak znalazłaś, bo wkrótce umarłby z utraty krwi…
- Ciekawe kto to jest?
- Wygląda na południowca… Przeglądnijmy mu kieszenie może to da jakąś odpowiedź…
- No wiesz…
- To dla dobra sprawy…

Nieznajomy nie miał za wiele przy sobie co by mogło pomóc w jego identyfikacji… Poza złotym medalikiem z wyrytym napisem „Simon”…

- To pewnie jego imię lub nazwisko…
- Więcej dowiemy się jak odzyska przytomność…

Tymczasem Macudowski biegał wściekły po pokładzie…

- Zębiszon! Jak mogłeś do tego dopuścić?!
- Yyy… Mówił, że jesteś chory i nikogo nie chcesz widzieć! – bełkotał niezrozumiale zbir.
- Nigdy więcej ma do czegoś takiego nie dojść! Żądam pełnej ochrony!
- Rozkaz!
- Co z nim każesz zrobić? – dopytywał się zbir Chwaścior.
- Jeszcze nie wiem! Ale marny jego los! Nie wiadomo czy działał w pojedynkę?!
- ???
- Od tej chwili przed moją kajutą ma być cały czas dwóch wartowników!
- Rozkaz!
- A czy działał sam? Są odpowiednie sposoby na wydobycie z niego takich informacji! Kto umie torturować?

Nastała cisza…

- Dziobak! Ty masz to z niego wydobyć!
- Ja?
- Tak! Masz czas do wieczora!

W między czasie zbliżył się niemiecki kapitan statku …

- Chciałbym zgłosić zaginięcie marynarza Rudolfa…
- Zaginął? – roześmiał się Macudowski – Albo jest gdzieś na statku, albo poza… Ha ha ha. Pewnie spił się i leży gdzieś pod pokładem…

Dziobak przypomniał sobie krew na pokładzie, ale ugryzł się w język…

- Mam co robić… - pomyślał – Znając Macudowskiego zleci mi także szukanie Niemca…

Rozmowie przysłuchiwał się uważnie kniaź Sławomir Wigurko…

- Ciekawi mnie dlaczego ten Kaliski go więził – snuł podejrzenia w myślach – Tak bez powodu? Niemożliwe! Coś tu jest nie tak… Ale wdepnąłem w bagno!

Atmosfera na „Nefretete” stała się delikatnie ujmując dosyć nerwowa… Tymczasem Czeszka Sabina Sviderkova obserwowała z ukrycia, jak jej rodaczka Dominika Guzikova spaceruje ze szlachcicem Sebastianem Sokolińskim…

- Wyrzuć takiego drzwiami to oknem wejdzie… Nie wiadomo kiedy te gołąbeczki się umówiły na ten spacer… - śmiała się sama do siebie.





82) Niezależnie od siebie w okolice hiszpańskiej kopalni złota Alcarta de Santa Maria dotarli: angielski tropiciel Martin Swayze Von Bigay i Jagna (Agnieszka Dębska)…
Anglik przez dwa dni skrupulatnie starał się liczyć hiszpańskich żołnierzy, a nie było to łatwe zadanie, bo ruch z i do kopalni był dość spory… Ostatecznie zdecydował, że Hiszpanów jest przynajmniej 400. Uznał, że może wracać, ale na wszelki wypadek postanowił jeszcze sprawdzić czy nie ma jakiegoś obozu lub miasteczka w niedalekiej okolicy, ale z drugiej strony kopalni, bo po drodze bowiem żadnego takiego miejsca nie napotkał…
Jagna dotarła w okolice kopalni nieco później od tropiciela, miała też inne zamiary… Przede wszystkim chciała pomóc ujętym zwiadowcom, ale szybko zorientowała się, że  nie będzie to takie proste… Część wydobywcza była bardzo dobrze strzeżona, właściwie nie było szans dostać się tam, a co dopiero myśleć o uwolnieniu jeńców… Jagna nie zamierzała się jednak poddawać…
- Musi być do cholery jakiś sposób, żeby tego dokonać! – wściekała się.
Tymczasem w kopalni…
- Rycerzu! – darł się Niemiec Dietrich – Słabnie wam wydajność! Będę musiał znowu kogoś zabić!
- Nie! Proszę nie! – błagał rycerz Krzysztof – Miejsce w którym teraz kopiemy jest dość ubogie w kruszec! Poza tym ludzie są przemęczeni!
- Nie obchodzi mnie to!
- Daj nam trochę czasu! Jutro powinniśmy dotrzeć w lepsze miejsce i znacząco poprawimy wydajność!
- Dobrze! Ale jak nie będzie tego złota tyle co powinno to… to zabiję dwóch ludzi! Nie żartuję!
Niemiec odszedł, a wśród jeńców zapanowała grobowa cisza…
- Nie damy rady – narzekał Krzysztof Połniakowski – Oni chcą coraz więcej złota, a my jesteśmy coraz słabsi… Poza tym czy oni nie widzą, że jest nas coraz mniej? Przecież zabili kilku ludzi!
- Musimy się jeszcze zmobilizować! – motywował rycerz.
- Zacznij sam kopać! – denerwował się Jacek Światłoniewski – Wtedy wzrośnie wydajność!
- Ktoś musi zarządzać… - bronił się rycerz.
- Dlaczego akurat ty? – wtrącił się Kozak Jakubiczenko.
- No właśnie! Jak wszyscy kopiemy to wszyscy! – wtórował mu inny Kozak Rych Bodczenko.
- Uwaga! Hiszpanie idą! – ostrzegł towarzyszy Krzysztof Klemens Romanowski.
Wszyscy rzucili się do pracy… Wśród jeńców panowała nerwowa atmosfera… Późnym wieczorem kilku z nich postanowiło spróbować ucieczki…
- Czemu nie bierzemy wszystkich? – dopytywał się Piotr Górecki
- To byłoby zbyt podejrzane… - wyjaśniał Kozak Kotaszenko – W większej grupie mielibyśmy mniejsze szanse. Poza tym Hiszpanie co pewien czas kontrolują czy jesteśmy. Co by było gdyby sprawdzili, że nikogo nie ma? Pogoń za nami ruszyłaby za szybko…
- Masz rację – poparł Kozaka Jarosław z Cebulewa.
- Idziemy!  Czas to pieniądz! – skomentował Bartłomiej Głuchowski i kontynuował wspinaczkę.
Dwa kwadranse później rozległ się alarm… Słychać było strzały i głośne nawoływania… Po godzinie wszystko ucichło…
Rano pojawił się Dietrich…
- Carlos! Zabij tego! – rozkazał.
Hiszpański żołnierz natychmiast wykonał polecenie…
- Jak ktoś jeszcze spróbuje ucieczki to zabijemy was wszystkich! Nawet tych co zostaną na miejscu!
Zapadła cisza, Hiszpanie odeszli…
- Myślicie, że ich zabili? – zapytał Mariusz Roch Kowalski.
- Nie wiem… - odparł Połniakowski – Trzeba było zapytać!
- Chyba żartujesz! Ten Szwab tylko patrzył kogo by to jeszcze ustrzelić!
Jagna dobrze widziała wieczorne zdarzenie, ale nie mogła nic zrobić… W pierwszym odruchu chciała rzucić się na pomoc, ale od razu porzuciła tę myśl – nie było żadnych szans by taka pomoc okazała się skuteczna… Hiszpanów było stanowczo zbyt wielu… Nie była nawet pewna czy wszyscy zginęli czy może jednak komuś udało się uciec… Hiszpanie nawet nie szukali ciał wśród skał ciągnących się wokół kopalni… Dało się jednak zauważyć wzmożony ruch z i do kopalni… Być może żołnierze ruszyli w pościg…
Dwie godziny później sama znalazła się w opałach… Nagle otoczyło ją ośmiu hiszpańskich żołnierzy…
- Nie strzelać! – zarządził sierżant – Brać ją żywcem!
Żołnierze rzucili się na nią, broniła się jak opętana wywijając szablą na wszystkie strony, ale czuła, że w końcu ulegnie przeważającej sile… Udało się jej powalić jednego, ale słabła pod naporem przeważających sił przeciwnika… Chwilę później jeden z żołnierzy wytrącił jej broń z ręki, a drugi przyłożył szpadę do gardła… Musiała się poddać… W tym samym momencie stało się coś nieprzewidzianego, na Hiszpanów rzucili się jacyś ludzie i po krótkiej walce – Jagna znowu miała broń w ręce i czynnie w niej uczestniczyła  – odnieśli zwycięstwo…
- Kim jesteś? – zapytał jeden z nich, zapewne przywódca.
Jagna nie zrozumiała, ale zorientowała się, że tajemniczy wybawca mówi po hiszpańsku…
- Jestem Diego Flores. Kiedyś hiszpański oficer, dzisiaj buntownik i pirat. Ale ty chyba nic nie rozumiesz…
Jagna wpatrywała się w Hiszpana, pragnęła mu podziękować za ratunek, ale nie rozumiała ani jednego słowa… Postanowiła spróbować po francusku, który trochę znała…
- Dziękuję ci za ratunek tajemniczy… Nazywam się Jagna. Jestem z Polski.
Na szczęście okazało się, że Hiszpan także znał ten język…
- Co tutaj robi Polka? I do tego taka urocza…
- Chcę ratować moich rodaków, którzy pracują od jakiegoś czasu w kopalni…
- Nie dasz rady, kopalnia jest pilnie strzeżona. Zginiesz, a im nie pomożesz…
Rozmowa trwała jeszcze długo, Flores zaproponował Jagnie by się do nich przyłączyła. Polka podziękowała za propozycję, ale odmówiła… Niedługo potem piraci odeszli…
- Chyba się zakochałam… - rzekła sama do siebie Jagna – Co teraz robić? Wracać do obozu czy jednak spróbować im pomóc?
Nagle do jej uszu dotarł dziwny dźwięk z okolicznych zarośli… Chwyciła za szablę i zastygła spodziewając się ataku…
- Pewnie kolejny patrol! – pomyślała.
- Nie lękaj się! – powiedział ktoś po polsku – To ja!
Za chwilę okazało się, że był to Swayze…
- Swayze?  Już myślałam, że to kolejny patrol…
- Trzeba uważać, bo szukają zbiegów z kopalni…
- Widziałeś ich? Ktoś przeżył?
- Nie jestem pewny, ale chyba dwóch uciekło, a dwóch zginęło… A ty co jesteś taka zakrwawiona?
- A… Miałam przygodę, ale już jest dobrze…
Swayze spojrzał na trupy hiszpańskich żołnierzy…
- Sama wszystkich zabiłaś?
Jagna w pierwszej chwili chciała powiedzieć Anglikowi o pomocy piratów, ale ugryzła się w język w ostatnim momencie…
- Sama! – wypaliła głośno, a pomyślała w duchu – Nie musi wiedzieć o piratach, przynajmniej na razie…
- Jestem pod wrażeniem! Ośmiu ludzi, a ty jedna! Jesteś niesamowita!
- Co zamierzasz dalej Angliku? Wracasz do obozu?
- Tak, muszę zawiadomić Donieckiego ilu jest Hiszpanów. A ty?
- Ja tu zostanę i będę obserwowała dalej kopalnię. Jak dotrzecie z pomocą, to będziecie mieć informacje z pierwszej ręki…
- Doskonale. Zmień miejsce lepiej, no i trzeba ukryć zwłoki, bo Hiszpanie się wściekną na ten widok…
Swayze pomógł Jagnie zrzucić ciała poległych do zagłębienia skalnego…
- Pewnie ich kiedyś znajdą, ale nie za szybko… Uważaj na siebie, ruszam w drogę!
- Powodzenia! Pozdrów Żbikowską ode mnie, wszystkich pozdrów!
Jagna zaraz potem także opuściła to miejsce, szybko znalazła nowe doskonale nadające się do obserwacji kopalni…
- Ciekawe gdzie jest teraz ten Flores? – myślała głośno.
Biła się z myślami… Ale coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że przystojny pirat zawrócił jej w głowie…





83) Angielski tropiciel Martin Swayze Von Bigay pędził co koń wyskoczy, aby zawiadomić dowódcę II polskiej wyprawy pułkownika Jerzego Donieckiego o liczbie i miejscu przebywania Hiszpanów … 

Gdy znajdował się już w odległości kilku godzin od obozu niespodziewanie natknął się na członka firmy sprzątającej Czarnego Malika…

- Co ty tutaj robisz?

Odpowiedzi nie było, Malik spojrzał na niego błędnym wzrokiem i dopiero po dłuższej chwili odparł…

- Kim jesteś?
- ? Nie poznajesz mnie? To ja Swayze!
- Nie znam cię. Czego chcesz?

Czarny Malik poderwał się nagle z miejsca i z nożem w ręce ruszył na Anglika…

- Co ty wyprawiasz?
- Zabiję cię!

Swayze instynktownie cofnął się, napastnik zaatakował nożem, ale trafił w powietrze… Anglik widząc, że to nie przelewki wskoczył na konia i odjechał kilkadziesiąt metrów… Czarny Malik głośno krzycząc biegł za nim…

- Co się z nim stało? – zastanawiał się Swayze – Oszalał?

Nożownik był coraz bliżej, tropiciel postanowił odjechać, żeby jak najszybciej powiadomić pułkownika…

- Wracaj tu tchórzu! – słyszał wołanie za sobą.

Kilka godzin później był już w obozie i natychmiast poszedł do dowódcy…

- Hiszpanów jest przynajmniej 400. Naszych trzymają w kopalni zmuszając do niewolniczej pracy przy wydobyciu złota. Agnieszka Dębska została, żeby ich obserwować. Aha, po drodze widziałem Czarnego Malika, który wyraźnie oszalał i chciał mnie zabić! Nie chciałem z nim walczyć, więc się wycofałem… Długo biegł jeszcze za mną z nożem w ręce…

- Dziwne, ale dobrze, że żyje – odparł Doniecki – Szukamy go od dłuższego czasu. Już właściwie spisaliśmy go na straty, tylko Anna Hynowska go jeszcze szuka…
- Anna? Przecież on ją zabije! On w ogóle mnie nie rozpoznał! Miał takie błędny wzrok, że aż się przeraziłem!

Doniecki postanowił nie lekceważyć ostrzeżeń Anglika i czym prędzej wysłał kilka osób we wskazanym przez tropiciela kierunku…

- Co do Hiszpanów – kontynuował dowódca – To łatwo nie będzie. Dysponujemy zbyt małą siłą by ich otwarcie zaatakować… Ale naszych trzeba ratować…

Pułkownik szybko odszedł, najprawdopodobniej by w spokoju zastanowić się nad planem ratowania pojmanych przez Hiszpanów zwiadowców…

Czarny Malik długo pędził za tropicielem, aż w końcu zmęczony zatrzymał się… Nie był to już to ten sam człowiek, który wyszedł z Wiechosławem kilka tygodni z obozu… Towarzysz powrócił, Malik nie…

- Muszę zabijać! – mamrotał sam do siebie.

Po krótkim odpoczynku poszedł w innym kierunku, najpierw szedł wolno, ale niespodziewanie przyśpieszył, jakby się dokądś śpieszył… Po chwili biegł jak opętany by po pewnym czasie znowu zwolnić… Nagle zatrzymał się i zaczął nadsłuchiwać… Dłuższą chwilę zastygnął niczym posąg by za moment znowu ruszyć pędem… W końcu dotarł do skał, zaczął się wspinać, a gdy już był na szczycie zatrzymał się przed grotą… Wyszli z niej dwaj starzy Indianie…

- Jestem!

Czerwonoskórzy skinęli głowami i wrócili do groty. Czarny Malik wszedł za nimi…

Po rozmowie z dowódcą tropiciel postanowił dołączyć do grupy wysłanej przez Donieckiego. Bał się o Hynowską, która od jakiegoś czasu poszukiwała Malika… On był jakiś dziwny, mógł być naprawdę niebezpieczny…

- Twardy jesteś Angliku! – zaczepił go Przemysław Janczurowski – Zamiast odpocząć, bo ledwie wróciłeś… to ty znowu w siodle?
- Daleko od obozu go widziałeś? – wtrącił się Kozak Robaczenko.
- Trzy godziny drogi... Ale nie wiadomo czy i w jakim kierunku się przemieszcza. Biegł za mną dość długo…
- Ciekawe co się z nim stało… - zastanawiał się Piotr Laszlo Tekieli.
- Zachowywał się bardzo dziwnie, chciał mnie zabić… Oszalał… Nie wiem o co chodzi…

Po dwóch godzinach natknęli się na trop… Swayze zszedł z konia i zaczął oglądać ślady…

- Biegł za mną aż tak długo? To jego ślady… Tu się zatrzymał, następnie skręcił na północ…

Grupa pojechała w tym kierunku…

- Dziwne ślady jakieś … - skwitował Tekieli – raz tak jakby szedł normalnie, a za jakiś czas tak jakby biegł…
- Mówiłem wam, że oszalał…
- Może go coś ścigało?
- Nie ma żadnych innych śladów…
- A jakby to było z powietrza?
- Ale co niby? Ptaki, smoki czy jakieś nietoperze? – śmiał się tropiciel.
- Nigdy nie wiadomo – oburzył się Tekieli – Nie znamy jeszcze tych terenów na tyle by wszystko wiedzieć…

Tymczasem Anna Hynowska powoli traciła już nadzieję na odnalezienie czarnego Malika…

- Gdzie ten kaciała polazł?! – wściekała się – Jak można tutaj zabłądzić? Kpiny jakieś! Wracam do obozu, może kiedyś sam się znajdzie…

Kobieta próbowała przypomnieć sobie w którym kierunku znajduje się obóz…

- No i masz! Taka sama ze mnie łamaga jak i z tego Czarnego!

Gdy tak zastanawiała się który kierunek obrać nagle zobaczyła cień ukrywającego się przed nią człowieka…

- Wyłaź stamtąd! – krzyknęła bez zastanowienia, myśląc że ma do czynienia z Malikiem… - Bo jak w łeb przywalę to własna matka cię nie pozna!

Z zarośli wyszedł człowiek, ale nie był to Malik…

- Coś za jeden znowu?! – ryknęła zdziwiona kobieta.
- Alvaro! – odparł zapytany.

Zdziwieni byli oboje… Alvaro okazał się uciekinierem z wojska hiszpańskiego, ale bariera językowa nie pozwalała na normalną rozmowę…

Hynowska w pierwszej chwili zapomniała o ostrożności, Hiszpan wyglądał łagodnie… Ale szybko wróciła jej świadomość, że to wróg… Błyskawicznie wyciągnęła nóż i przyłożyła mężczyźnie do gardła. On nie bronił się, podniósł dwie ręce do góry na znak poddania się… Kobieta rozglądała się bacznie dookoła, Alvaro był teoretycznie niegroźny, ale prawdopodobieństwo, że jest sam było jednak małe…

- Gadaj ilu was jest?! – syknęła znienacka zapominając, że nie rozmawiają w tym samym języku.

Alvaro jednak chyba coś zrozumiał, bo zaczął wymownie gestykulować… Anna niewiele na początku rozumiała, ale Hiszpan miał dar przekazywania myśli za pomocą właśnie gestów… Powoli zaczęło się jej wszystko układać… Wyszło na to, że Alvaro jest dezerterem i jest sam, już od dłuższego czasu włóczy się po okolicy…

- No i co ja mam teraz z tobą zrobić Hiszpanie? – zastanawiała się na głos – Chyba do firmy sprzątającej cię wezmę, bo co innego? Ale jak ty jednak szpiegiem jesteś? Przenocujemy tutaj, a rano idziemy do obozu.

Hynowska przywiązała Hiszpana do gałęzi pobliskiego drzewa, a sama ułożyła się do snu trochę dalej…

Tymczasem w obozie…

Pułkownik Doniecki wezwał do siebie kilku ludzi…

- Jedziemy! Trzeba ich ratować! Reszta zostaje na miejscu i czeka! Do momentu mojego powrotu dowódcą zostaje … Mateusz Budzanowski! Ruszamy za godzinę!

Grupa ruszyła z obozu punktualnie… Poza pułkownikiem znaleźli się w niej Kozak Czarnienko i Włoch Roberto Gibbencione. Pułkownik narzucił szybkie tempo jazdy, pozostała dwójka była pod sporym wrażeniem… Po kilku godzinach dowódca zatrzymał się na krótki postój…

- Gdzie tak gnamy pułkowniku? – zapytał Czarnienko.
- Jak to gdzie? Ratować naszych!
- We trzech? – dziwił się Gibbencione.
- A co nie damy rady? – zaśmiał się Doniecki.

Kozak i Włoch spojrzeli na niego jakby oszalał… ale nie śmieli oponować… Kwadrans później dowódca zarządził koniec postoju…

- On oszalał! – wycedził Gibbencione – Ich jest 400, a nas trzech…
- Wiem, wiem… Może ma plan jakiś…
- Jaki by ten plan nie był i tak zginiemy…
- To zginiemy!

Tymczasem w obozie…

- Dlaczego Doniecki nie mianował cię swoim zastępcą tylko tego Budzanowskiego? – zastanawiała się Andżelika Koszyńska.
- Nie wiem – odparł Tomasz Szlachtowski – Skąd mam wiedzieć?
- Ale ja wiem!
- Tak?
- Tak! Bo płaczesz po tym swoim Mariuszu Rochu Kowalskim jak baba zamiast działać! Tamten cały czas wokół Donieckiego krążył, a ty? Siedzisz tu wśród skał i płaczesz!
- Nieprawda! Poza tym co ty możesz wiedzieć kobieto o prawdziwej przyjaźni?

Koszyńska machnęła ręką i odeszła… Szlachtowski wyraźnie poruszony zerwał się z miejsca by pobiec za kobietą, ale zrezygnował w ostatniej chwili…

- Masz rację przyjacielu! – skomentował całą sytuację Roman Więcławski, który akurat przechodził w pobliżu – Za kobietami nie ma co biegać! Zawsze lepiej jak to one za nami biegają! Ha ha ha!!! Chodź lepiej do nas, na jednego!
- Macie wino? – ucieszył się Szlachtowski – Ale skąd? Chyba już nikt nie ma zapasów z Polski?
- My mamy! – uśmiechnął się tajemniczo Więcławski – Idziesz?

Chwilę później obaj siedzieli już przy dwóch innych towarzyszach…

- Wyborne to winko! – zawołał wniebowzięty Szlachtowski – Skąd je macie?
- Znaleźliśmy dzisiaj przypadkiem w bagażu rycerza Krzysztofa… - wyjaśniał Krzysztof Seremacki – Jemu nie przyda się już raczej, a szkoda, żeby taki zacny napój zmarnować się miał!
- Dobrze powiedziałeś waszmość! – zaśmiał się na całe gardło Przemko Nowacki – Zdrowie!
- Dużo tego macie?
- Jeszcze dwie butelki! Na dzisiaj wystarczy, a potem będziemy się martwić…
- Pozostanie nam czekać na produkcję pana Romana!
- Jaką produkcję?

Więcławski wywołany tak jakby do tablicy poczuł się zobligowany do wyjaśnień…

- Sami wino robimy!
- Tak? Niemożliwe!
- Jak niemożliwe? Według przepisu świętej pamięci wuja Klemensa!
- ? Ale tu nie ma pewnie takich składników!
- To co? Korzystamy z innych, że tak powiem zamienników!
- Ciekawe! Będę musiał skosztować tych rarytasów!
- Nie widzę problemu, ale jeszcze parę dni trzeba poczekać…

Wesoła kompania jeszcze długo tak wesoło sobie rozmawiała… Zwłaszcza, że Seremacki znalazł jeszcze kolejne dwa wina w bagażach rycerza…

Budzanowski do swoich obowiązków zastępowania dowódcy podszedł bardzo poważnie… Pilnował, żeby obóz był strzeżony, zwiększył nawet ilość wartowników w nocy… Non stop obóz strzegło trzy osoby…

- Dobrze, że poszliśmy razem na wartę Martinie… - rozpoczął rozmowę Stanisław Jochymowski.
- O co chodzi? – zdziwił się Niemiec Schylder.
- Musimy pogadać…
- Cały czas gadamy, od wyjazdu z Gdańska codziennie…
- No tak, ale inaczej…
- To znaczy? Może lepiej nie kontynuuj!
- Muszę!
- Znajdź sobie innego rozmówcę! Ja czuję jakieś problemy!
- Słuchaj wreszcie! Bo się rozmyślę!
-?
- Muszę ci się do czegoś przyznać!
- Może lepiej nie?
- Muszę i koniec!
- Dawaj!
- Macudowski zmusił mnie do tego, żebym przegrał w kości twój majątek!
- Domyślałem się…
- Nie chciałem się zgodzić, ale on uwięził moich rodziców! Wciąż nie chciałem współpracować, to on wtedy kazał ich żywcem przypalać!
- …
- Zrozum! Nie miałem wyjścia! Nie jest miłym widokiem patrzeć się bezsilnie na to jak draby przypalają matkę i ojca! Zgodziłem się, dalszy ciąg znasz…
- Znam. Trudno…
- Wybacz mi Martin!
- No, nie wiem… Mogłeś powiedzieć wcześniej, on miał dowody, że przegrałeś wszystko w kości…
- Nie mogłem nic mówić, on cały czas miał moich rodziców… Obiecał, że ich wypuści, jak trafisz do więzienia…
- Ale uciekliśmy!
- No tak, mam nadzieję, że ten łotr wypuścił moich rodziców… Wybacz, proszę!
- Wybaczam! Gdy kiedyś wrócimy do Polski pomożesz mi odzyskać majątek!
- Pomogę! Obiecuję! Wszystko ci obiecam!

Mężczyźni padli sobie w objęcia…

- Ej! Wy tam! – krzyczał Budzanowski – Na warcie jesteście do diabła, a nie na weselu jakimś! Jeszcze raz obudzicie cały obóz to popamiętacie! Weźcie sobie jeszcze Musiałka, niech wam coś zaśpiewa!
- Wypraszam sobie! – wtrącił się wędrowny grajek – Ja sobie grzecznie śpię!

Po chwili nastała znowu nastała cisza…

Niedaleko obozu…

- Mam już tego dość! – awanturował się Marian Łuszczyński – Jak nie załatwisz żarcia to ja wychodzę z takiej bandy!
- Spokojnie! – odparł Ślązak Szmicior – Bandy ot tak nie można opuścić…
- A pokazać ci, że można? – zacietrzewił się Łuszczyński – Idę spać, a jak rano znowu nie będzie co jeść to odchodzę!

Szmicior chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał go Dawid „Szpiegu” Łęckowski…

- Nie ma sensu… Musisz załatwić jedzenie! Mi też kiszki marsza grają…
- Idziesz ze mną?
- Idę, bo i tak z głodu nie zasnę…

Chwilę później obaj ostrożnie posuwali się w kierunku obozu…

- Szpiegu! Który to już raz idziemy po żarcie?
- Nie pamiętam…
- I jak tu nie mówić, że w bandzie Szmiciora nie jest fajnie?
- Co? Obiecywałeś co innego! A tu bieda taka, że szkoda mówić!

- Początki zawsze są trudne…



84) Czarny Malik po wejściu do groty usiadł przy ognisku naprzeciw starych Indian i cierpliwie czekał aż któryś z czerwonoskórych zabierze głos… Minęła godzina i jeden z nich w końcu przemówił…

- Mata kina inaka?! Juparama y meroza!

Malik nie znał języka Indian, ale zawsze wcześniej otrzymywał specjalny napój, który sprawiał, że rozumiał każde słowo… Aby zwiększyć komfort czytelników dialogi od razu będą przetłumaczone…

- Gdzie byłeś?! Czekaliśmy na ciebie!
- Gdzie są skalpy? – wtrącił drugi starzec.

Nie było odpowiedzi… Polak wyraźnie zażenowany nie wiedział co odpowiedzieć… Ponownie zapadła cisza… Upłynęła kolejna godzina…

- Musisz zabijać! – odezwał się nagle Siwy Mokasyn – Jak zabijesz wszystkie blade twarze to damy ci za squaw Mokrą Kunę! Jej ojciec zgodził się na to.
- To prawda – potwierdził Smutny Lis i poszedł w głąb groty by za chwilę przyprowadzić wysoką Indiankę…

Malik zobaczył kobietę po raz drugi w życiu, ale już za pierwszym razem wiedział, że zrobi wszystko by ją zdobyć… Czuł, że godzinami może wpatrywać się w jej czarne oczy… Dla niej mógłby zabijać! Porwał za nóż i chciał natychmiast ruszyć do mordowania, ale Smutny Lis powstrzymał go stanowczym gestem…

- Poczekaj! Jeszcze nie jesteś gotowy!

Malik uspokoił się nieco, pragnął jak najszybciej wypełnić zadanie, ale posłusznie usiadł z powrotem na miejsce…

- Musisz kogoś poznać! – oznajmił mu Siwy Włos – Mokra Kuno przyprowadź ich!

Indianka zniknęła w głębi groty… Po dłuższym czasie wróciła z kilkoma osobami… Nie byli to jednak Indianie… Malik obserwował ich z wielkim zaciekawieniem… Wyglądali dziwnie swojsko…

- Kim jesteście?
- My z Moskwy … - odpowiedział jeden z nich.
- ?
- Jestem Warywodzia. Ten obok to Kuczunow. No i Cekierova z Lelkovą.

Czarny patrzył na nich zdziwiony, nie rozumiał co oni mają wspólnego z jego misją…

- Oni pomogą ci osiągnąć cel! – oznajmił Smutny Lis.
- Ci Rosjanie? – Malik był coraz bardziej zdziwiony…
- Tak, oni! Idź teraz wypocznij, a jutro o wschodzie słońca zaczniecie przygotowania!

Malik poszedł za Mokrą Kuną, która zaprowadziła go w głąb groty… Okazało się, że z większą grotą sąsiadowały inne mniejsze… Weszli do jednej z nich, pod ścianą leżała niedźwiedzia skóra…

- Tutaj będziesz spał – powiedziała Indianka i już miała wyjść, ale odwróciła się i szepnęła – Zabij wszystkie blade twarze i wróć tu po mnie!

Czarny chciał coś odpowiedzieć, ale Mokra Kuna szybko oddaliła się… Położył się na skórze, ale długo nie mógł zasnąć… Zastanawiał się co tutaj robią Rosjanie i jak mu mogą pomóc w zabijaniu bladych twarzy…

Tymczasem angielski tropiciel Martin Swayze von Bigay z kilkoma osobami wciąż podążał jego tropem…

- To na nic! – powiedział zdegustowany Anglik – Ruszył w te skały, ciężko będzie znaleźć ślad…
- To co wracamy? – zapytał Przemysław Janczurowski.
- Nie! Rozglądniemy się po okolicy, może jednak na coś natrafimy…
- Trzeba się rozdzielić – zaproponował Kozak Robaczenko.
- Tak zróbmy! – pochwalił pomysł Swayze – Laszlo! Idziesz ze mną!
- To idziemy… - skwitował Piotr Laszlo Tekieli.

Kilka godzin poszukiwań nie przyniosło żadnych rezultatów…

- Wracamy do obozu! – zarządził Swayze.
- Zaczekajcie! – zawołał Tekieli – Znalazłem ślad w potoku! Odcisk dużej stopy!
- To Czarnego Malika! – ucieszył się Robaczenko.

Kolejne kilka godzin poszukiwań znowu nic nie przyniosły…

- Wracamy!

Tymczasem do obozu wróciła Anna Hynowska prowadząc za sobą związanego Hiszpana Alvaro… Już z daleka wypatrzyła ją Alfreda Pawłowska…

- Ania wróciła! – krzyknęła tak donośnie, że niemal wszyscy stanęli na równe nogi…

Zastępujący dowódcę Mateusz Budzanowski także wyszedł jej naprzeciw…

- Dobrze, że wróciłaś! Martwiliśmy się o ciebie… Zwłaszcza, że Czarny Malik oszalał… Chciał zabić Swayzego!
- Jak oszalał? E! Zostawcie! To mój jeniec!

W między czasie kilka osób rzuciło się na Hiszpana i zaczęło go okładać pięściami…

- Zabić go! Zabić! – darła się Alfreda.

Hynowska błyskawicznie wpadła między Alvaro i napastników…

- Precz! To mój jeniec!
- Zabić Hiszpana! – darła się nieustannie Alfreda.
- Fredka! Zamilcz! – krzyknęła głośno Hynowska.

Napastnicy odstąpili…

- Co to za Hiszpan? – zapytał Budzanowski.
- Złapałam go niedaleko stąd…
- Szpieg?
- Myślę, że nie… Prędzej dezerter…
- Musimy być ostrożni… Przywiązać go do tamtego drzewa i pilnować jak oka w głowie!
- Ale to mój jeniec…
- Przejmuję go! Pułkownik Doniecki mianował mnie swoim zastępcą…
- A gdzie on jest?
- Pojechał w kierunku kopalni…
- Sama upilnuję Hiszpana…
- Nie! Nie możemy ryzykować… Do powrotu pułkownika ma być związany i pilnie strzeżony!
- Ja go złapałam! To niesprawiedliwe!
- Zdania nie zmienię!

Kilka godzin później do obozu wróciła grupa Swayzego…

- Anna! Dobrze, że jesteś! – zawołał Anglik – Widziałaś Czarnego Malika?
- Nie, ale podobno oszalał…
- Chciał mnie zabić!
- Nie żartuj, on by muchy nie skrzywdził…
- Naprawdę! Rzucił się na mnie z nożem!
- Dziwne…

Tymczasem Jerzy Doniecki był w drodze do kopalni…

- Pułkowniku! – zawołał w pewnym momencie Kozak Czarnienko – Tam coś jest!
- Gdzie?
- Po lewej! Ktoś siedzi pod drzewem!
- Nie zatrzymuj się! Jedziemy dalej! Gibbencione! Za tymi drzewami skręć w lewo i zakradnij się niepostrzeżenie! My zaraz wrócimy! Bądź ostrożny, nie wiadomo ilu ich jest…

Włoch postąpił zgodnie z rozkazem… Skręcił, zsiadł z konia i zaczął się skradać… Gdy był już blisko zobaczył zakapturzoną postać… Bacznie rozglądał się po okolicy, ale nie zauważył nic podejrzanego… W między czasie powoli wrócili towarzysze… Skradali się z drugiej strony… Cały czas zachowywali ostrożność, dowódca obserwował tajemniczą postać, a Czarnienko penetrował okolicę… Po godzinie obserwacji Gibbencione niepostrzeżenie podkradł się i przyłożył nóż do gardła siedzącej pod drzewem postaci…

- Tylko się rusz, a poderżnę! – syknął i zerwał kaptur… - Kobieta?

Za chwilę obok zjawili się Doniecki i Czarnienko…

- Hiszpanka chyba… - skomentował pułkownik – Trzeba szybko ustalić co tu robi i czy jest sama… Roberto! Gadaj z nią!

Gibbencione trochę znał hiszpański, więc zadał kilka pytań…

- Kim jesteś? Co tu robisz? Gdzie jest reszta?

Kobieta była wyraźnie przestraszona i milczała…

- Niemowa jakaś czy co? – denerwował się Włoch – Gadaj szybko!
- Wystraszona ciężko jest… - skomentował Czarnienko.
- Yyyy… Yyyyy… - kobieta wydawała z siebie dziwne dźwięki.
- Dajcie jej chwilę – zarządził Doniecki – I schowaj ten nóż Roberto, ona się boi…
- No i uśmiechnij się jeszcze! – zażartował Kozak.
- Może się też ukłonię? – śmiał się Włoch.

Cała trójka wybuchnęła śmiechem, kobieta wykorzystała ten moment rozluźnienia i rzuciła się do ucieczki…

- Łapcie ją! – rozkazał pułkownik – Nie może umknąć! Zawiadomi pozostałych i po naszej misji!

Kozak i Włoch ruszyli biegiem za kobietą…

- Szybka jest! – skomentował po kilku minutach biegu Gibbencione.
- No! – skwitował Czarnienko – Sprężmy się, bo wyraźnie nam wieje!

Chwilę później wyprzedził ich konno Doniecki… Dowódca szybko zajechał drogę kobiecie, która widząc, że nie ma szans zatrzymała się…

Cała czwórka wróciła na miejsce…

- Czarnienko! Przyprowadź konia i miej oko na okolicę! – rozkazał dowódca – Gibbencione! Gadaj z nią!

Włoch powtórzył pytania…

- Jestem Maria de Brasilia. Pół Portugalka, pół Hiszpanka… Jestem sama…
- Jak sama?
- Uciekłam od przyszłego męża!
- Dlaczego?
- Bo go nie kocham!
- Co robiłaś pod tym drzewem?
- Odpoczywałam i zastanawiałam się gdzie mam dalej iść…
- Gdzie są Hiszpanie?
- Nie wiem… Ja uciekłam z miasteczka Las Permas… Dwa dni drogi pieszo stąd na zachód…
- To jest blisko kopalni złota?
- A tego to nie wiem…
- Jak nie wiesz?
- Po prostu, nie wiem. Jestem w tych okolicach dopiero dwa tygodnie…

Nastała chwila milczenia…

- Co z nią zrobimy pułkowniku? – zapytał Gibbencione.
- Zastanawiam się… Zostawić jej nie możemy, bo może nas zdradzić jak napotka swoich…
- Jak trzeba to… - Włoch wyciągnął nóż…
- Nie, nie… Ona niczemu niewinna jest… Trudno, musimy ją zabrać ze sobą…
- Spowolni nas…
- Czarnienko ma najsilniejszego konia, weźmie ją… Wołaj go, ruszamy w drogę!

Tymczasem Agnieszka Jagna Dębska wciąż kręciła się w okolicy kopalni… Od spotkania z angielskim tropicielem niewiele się tutaj działo … W pierwszych dniach panował spory ruch, widocznie szukano zaginionego patrolu… Później wszystko ucichło ...

- Umrę tu z nudów… - myślała - Ciekawe kiedy będą jakieś wieści z obozu? Czy w ogóle Doniecki będzie chciał ratować rycerza Krzysztofa i pozostałych? Ciekawe co u Diego Floresa?

Rozmyślania Jagny przerwał szmer w pobliskich zaroślach… Natychmiast ukryła się… Dobrze zrobiła, bowiem za chwilę wyłoniło się kilkunastu hiszpańskich żołnierzy… Na szczęście nie zauważyli jej i przeszli dalej… Kwadrans później z kopalni wyjechała duża grupa żołnierzy…

- O! Coś się dzieje! Dużo ich! – Jagna naliczyła około 80 żołnierzy.

Postanowiła udać się za nimi… Nie mogła jednak ruszyć od razu, bo kolejna grupa Hiszpanów wyłoniła się w pobliżu…

- Co oni tak się kręcą?

Nagle w oddali rozległy się odgłosy walki…

- Nasi?

Nie mogła wyjść z ukrycia, bo wszędzie roiło się od Hiszpanów… Po kilku minutach wszystko ucichło… Zastanawiała się co się mogło stać… Po pewnym czasie Hiszpanie ulotnili się, więc ostrożnie wyszła z ukrycia… Widziała jak Hiszpanie wracają do kopalni, ale to musiały być te patrole, które kręciły się blisko, byli pieszo … Czekała na powrót tego większego oddziału… Po pewnym czasie pojawił się… Bacznie ich obserwowała … W pewnym momencie omal nie zemdlała…

- Diego!

Jeden z żołnierzy ciągnął na sznurze Floresa! Jagna nie mogła na to patrzeć, w pierwszej chwili chciała rzucić się na pomoc, ale wiedziała, że nie ma żadnych szans…

- Muszę go uwolnić! Muszę!



85) Minęło kilka tygodni...

KUBA...

Esesmani pod dowództwem majora Otto Bauera niemal bez walki przejęli władzę na wyspie. Największy wpływ na ich sukces miała nowoczesna broń, która przerażała XVI-wiecznych mieszkańców Kuby...

- Kabina czasu już dotarła? - zapytał Bauer.
- Tak, jest już na miejscu - odpowiedział porucznik Hermann Roede.
- Miło jest panować tutaj - kontynuował major - ale trzeba wracać do XX wieku...
- Tak, ale sami nie damy rady...
- Cała nadzieja w profesorze Loewenbringerze...
- Tak...
- Do tego czasu delektujmy się rządzeniem nad tą wyspą... Zabawmy się! Każ przyprowadzić naszych poprzedników, ha ha ha!!!

Niedługo potem do sali przyprowadzono byłego admirała Javiera Hernandeza Belicareza i jego następcę Greka Pablo Gurkasa...

- Postanowiliśmy, że ludność na Kubie musi mieć swojego przedstawiciela - rozpoczął Bauer - z nim będziemy rozmawiać, żeby przekazywał nasze rozkazy i rozporządzenia... Nie wiemy na którego z was mamy się zdecydować, więc stoczycie pojedynek na śmierć i życie! Zaraz!

Belicarez z Gurkasem spojrzeli po sobie, Hiszpanowi aż oczy zapłonęły, bowiem szczerze nienawidził Greka, który zastąpił go na stanowisku...

- Dać im broń!

Obaj skoczyli na siebie z wielką agresją, wiedzieli że tylko jeden z nich wyjdzie z tego żywy... Niemcy bawili się przednio obserwując walkę... Po dłuższym czasie major dał znać by przerwać starcie...

- Spokojnie, spokojnie! Trzeba dać im trochę czasu na odpoczynek... Za kilka minut zaczynamy znowu!

Tymczasem w domu portugalskiego Jezuity Alfonso Glovantesa...

- Nic nie możemy zrobić ... - mówił zakonnik - Oni są z innego świata, sam widziałeś jaką mają broń.
- Zawsze można coś zrobić Alfonso, zawsze! - powiedział w pewnym momencie Bachula - Weźmiemy się za nich w nocy!
- Jak to weźmiemy? - przestraszył się Cristiano Glovantez, brat Jezuity - Ja nigdzie nie idę!
- A co będziesz robił?! - syknął na niego Bachula tak ostro, że Portugalczyk aż osunął się z krzesła - Idziemy wszyscy, zrozumiano?!

Bracia milczeli, rozumieli że nie ma z nim żartów...

Major dał znak Schymannowi by wznowił walkę... Tym razem nie było już tak agresywnego początku, co bardzo zdenerwowało niemieckich oficerów...

- Co to ma być?! - darł się Roede - Schymann! Daj im parę batów na zachętę!

Schymann już miał wypełnić polecenie, gdy nagle do środka wpadł Kastermeier i zawołał:

- Kabina czasu! Coś się dzieje!

Wszyscy Niemcy pobiegli na dziedziniec...

- Wygląda na to, że profesor działa... Być może nas wzywa! Halberstam! - zawołał Bauer - Przyprowadź wszystkich! Wracamy do siebie!

- Bierzemy kogoś stąd? - dopytywał się Roede.

- Tak, te cztery kobiety. Będą prezentem dla fuhrera. I tego tu - dowódca wskazał na przemykającego akurat chyłkiem Bachulę - on będzie prezentem ... dla doktora Mengele, ha ha ha.

Kilka minut później wszyscy Niemcy, cztery kobiety (Malwa Topollani, Kate Italian, Angelina Dudeiros i Sievioretta) oraz Bachula byli już w kabinie czasu...

- Patrz Malwa! To znowu ten dziad! - zdziwiła się Kate na widok Bachuli.

Bachula był wściekły, dał się bowiem złapać jak sztubak. Bił się z myślami co robić dalej, nie miał pojęcia po co wszyscy znajdują się w wielkim metalowym pudle... Czuł jednak, że wyjdą z tego problemy...

- Schymann! Zamknij wejście!

Esesman zamknął wejście i pomyślał w duchu - Muszę wysłać raport do Moskwy... Towarzysz Stalin na pewno się niecierpliwi...

Był doskonale zakamuflowanym sowieckim szpiegiem. Dwa lata wcześniej rosyjski wywiad dowiedział się o niemieckich planach wyprawy w przyszłość i bardzo szybko ulokował swojego człowieka w miejsce prawdziwego esesmana by mieć informacje z pierwszej ręki...

Kilka chwil później po kabinie nie było śladu... Życie na Kubie bardzo powoli wracało do normalności... Nic dziwnego, obecność esesmanów z XX wieku na XVI wiecznej Kubie musiała odcisnąć swoje piętno... Dopiero kilka dni po ich zniknięciu pojawił się królewski wysłannik Andoni Arettochages i jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył wciąż pojedynkujących się Belicareza z Gurkasem...

- Zamknąć obu! - rozkazał - Teraz ja będę namiestnikiem na Kubie!

KONTYNENT PÓŁNOCNOAMERYKAŃSKI...

Apacze i towarzyszący im Paunisi wciąż trwali na wojennej ścieżce... Ich topór wojenny skierowany był w stronę Polomanczów Jana Pratelickiego, Germanopaczów Niemca Helmutha, Kozakezów Kozaka Jurka i I polskiej wyprawy do Nowego Świata pod dowództwem Michała Potylicza. Apacze wiedzieli, że posiadają przewagę liczebną, ale wiedzieli również o Komanczach, którzy wspomagali ich wrogów... I to powstrzymywało ich przed ostatecznym atakiem.

W międzyczasie doszło do historycznego spotkania członków I i II polskiej wyprawy... Mianowicie wysłany przez Budzanowskiego (zastępującego nieobecnego pułkownika Jana Donieckiego) patrol napotkał zwiadowców wysłanych przez I wyprawę...

- Nie ma to jak spotkać Polaka w takiej głuszy! - śmiał się rozradowany Roman Więcławski - Musimy to uczcić jakimś zacnym trunkiem!
- No no! - podchwycił Robert Pachocki - Jestem jak najbardziej za, ale skąd wziąć taki trunek?
- Mamy! Własnej produkcji! - chwalił się Więcławski - Poczęstujemy!
- Ja dziękuję... - wtrącił się Rafał Kobyłecki.
- Jak to? Waćpan z nami nie wypijesz? - zirytował się Krzysztof Seremacki - Przecież tak nie można!
- Daj spokój Krzysztofie... - wtrącił się Przemko Nowacki - Będzie więcej dla nas...
- No może i masz rację przyjacielu!

Oba patrole ruszyły w kierunku obozowiska I wyprawy... Po dotarciu na miejsce...

- Mój towarzysz pojedzie przekazać zmianę - informował Pachocki - A my możemy tutaj odpocząć...
- Seremacki! Wyciągaj nalewkę!

Pachocki pociągnął kilka łyków...

- Znakomita! - zawołał Pachocki.
- Według przepisu wuja Klemensa!
- Niech żyje wuj Klemens!
- Niestety... Wuj już dawno na tamtym świecie...

Tymczasem do obozowiska dość niespodziewanie przybył wódz Komanczów Tłusty Brzuch w towarzystwie kilku wybitnych wojowników... Na powitanie wyszedł mu syn Samotny Wilk oraz Jan Pratelicki. Niespełna kwadrans później wokół centralnego ogniska ...

- Czemu zawdzięczamy twoją wizytę ojcze? - zapytał Samotny Wilk.
- Doszły mnie słuchy, że te psy Apacze wyszli poza własne wioski i szczekają...
- Zgadza się.
- Doszły mnie także słuchy, że mój syn wypalił fajkę pokoju z obecnymi tutaj wodzami, także z dowódcą Bladych Twarzy...
- Zgadza się.

Nastała chwila milczenia, dopiero po dłuższym czasie stary wódz kontynuował.

- Nie będę ganił mojego syna, który też jest wodzem... Przybyłem tutaj pomóc wam w walce z Apaczami, a potem ruszymy na południe po hiszpańskie konie! Howgh!

Samotny Wilk przedstawił ojcu jak wygląda sytuacja. Następnie długo dyskutowano nad obraniem odpowiedniej strategii walki z Apaczami. I gdy szykowano się do zapalenia fajki pokoju stało się coś niespodziewanego... Pijany Więcławski pojawił się nagle obok Tłustego Brzucha...

- Masz Czerwony! Pij! - zachęcał Komancza - Dobra nalewka! Pij!

Wódz był bardzo zdziwiony, ale nie dawał tego po sobie poznać. Dał znać ręką, że nie chce i odwrócił głowę...

- Co gardzisz? - zbulwersował się Więcławski i nie zastanawiając się wylał całą zawartość kubka na głowę wodza.

Nikt nie zdążył zareagować. Dopiero, gdy Więcławski ruszył na Komancza chcąc wlać mu nalewkę wprost do gardła rzucili się na niego Nowacki i Seremacki odciągając od wodza...

Tłusty Brzuch podniósł się, spojrzał na syna i odszedł. Samotny Wilk pośpieszył za nim, by wrócić za kilka minut...

- Niedobrze się stało! Wszyscy Komancze muszą was opuścić!

Młody wódz pośpiesznie oddalił się...

- Co teraz? - zapytał Potylicz
- Prawdopodobnie zostaniemy sami przeciw Apaczom - skwitował Pratelicki - Samotny Wilk palił z nami fajkę pokoju... Ale jego ojciec musi być wściekły, syn może go nie powstrzymać...
- Myślisz, że nas zaatakuje?
- Tego nie wiem, ale nie wykluczam...
- Kim do stu diabłów jest ta przeklęta trójka?! Gdzie oni są?

Więcławski z towarzyszami zostali szybko odnalezieni...

- Kim jesteście? Narobiliście niezłego bigosu! - grzmiał Potylicz
- Jesteśmy członkami II wyprawy - odparł Nowacki
- Tak?
- Tak. Jesteśmy w tych stronach od pewnego czasu, przypadkiem natrafiliśmy na wasz patrol...
- A ty? - zwrócił się Potylicz do Więcławskiego - Co teraz taki dziwnie spokojny jesteś?!

Więcławski był blady jak ściana... Dopiero teraz docierało do niego co zrobił...

- Nie możemy już cofnąć czasu - kontynuował dowódca I wyprawy - Stało się, teraz musimy myśleć co dalej... Opowiedzcie mi szybko o waszej wyprawie, kto dowodzi ilu was jest i gdzie stacjonujecie...

O świcie w obozie pojawił się Samotny Wilk...

- Mam dla was wiadomość! Wczorajsza zniewaga mojego ojca Tłustego Brzucha wymaga zemsty... Próbowałem go przekonać, że to wina tylko jednej Bladej Twarzy, ale na nic to się zdało... Stanęło na tym, że jesteście nietykalni do jutrzejszego wschodu słońca, od tego czasu każdy z was będzie naszym wrogiem! Nie macie szans w walce z nami, zawarliśmy pokój z Apaczami i oni także będą was niebawem ścigać! To było do Bladych Twarzy, teraz przemówię do Indian - każdy Polomancz, Germanopacz i Kozakez, który do jutrzejszego wschodu słońca opuści Blade Twarze może przyłączyć się do Komanczów, a ci którzy tego nie zrobią zginą jak Blade Twarze! Howgh!

Młody Komancz natychmiast odjechał...

- Wydajcie mnie tym dzikusom! - wołał rozpaczliwie Więcławski - Nie chcę, żebyście wszyscy zginęli przeze mnie!
- Milcz! - ryknął na niego Pratelicki - Oni nie chcą ciebie, ale nas wszystkich!

Więcławski oddalił się, za chwilę podszedł do niego Kobyłecki...

- I teraz wiesz waszmość dlaczego lepiej nie pić!
- Co waść opowiadasz?! Przecież ja niewinny jestem!
- Co? Jak?
- No tak! Przecież ja w dobrej wierze postępowałem! Pierwszy raz Indianina w życiu widziałem, co w tym złego, że chciałem go nalewką poczęstować? Zamiast pochwalić, że wobec dzikiego miły chciałem być to teraz wszyscy mają do mnie jakieś pretensje! Ja tego nigdy nie zrozumiem!

Trwały gorączkowe przygotowania do wymarszu...

- Czas nagli! - powiedział Pratelicki - Niedługo będziemy tu mieli, może i nawet ze dwa tysiące Indian!
- Musimy po drodze połączyć się z II wyprawą...
- I z nimi nie mamy żadnych szans...
- Wiem, ale nie możemy ich zostawić na pastwę Komanczów i Apaczów! Zwłaszcza, że nie spodziewają się ataku...
- Po drodze trzeba też wziąć Helmutha z kobietami, dziećmi i starcami... Ale właśnie! Gdzie my właściwie uciekamy?
- Jak najdalej...
- Wioska Polomanczów jest dobrze ufortyfikowana, ale i tak nie będziemy mieć tam szans... Za dużo ich...
- Nie zapominajmy jeszcze o Hiszpanach...
- Też są przeciw nam...
- Tak, ale może w takiej chwili...
- Może... Ruszajmy! Wołać mi tego Więcławskiego! Niech prowadzi do swoich!

W ślad za nimi ruszyli zwiadowcy Komanczów... Ich wódz Tłusty Brzuch oczekiwał na przybycie innych wodzów indiańskich, którzy pojawili się niebawem...

- Na znak mojej dobrej woli - rozpoczął Komancz - Uwolniłem Arapaho, zaraz tu przybędzie ich wódz Przyczajony Lis...

Wodzowie spojrzeli po sobie, wyraźnie zadowoleni, ale jak to Indianie nie chcieli dać tego po sobie poznać...

- Jesteście pewnie zdziwieni - kontynuował Tlusty Brzuch - że Komancze chcą się z wami sprzymierzyć...

Wodzowie milczeli...

- Komanczów jest wystarczająco wielu - mówił dalej - żeby zabić wszystkie Blade Twarze. Nasz patrol natknął się także na duży oddział Hiszpanów... Pewnie i z nimi byśmy sobie poradzili, ale nie wiemy czy nie ma ich więcej, poza tym nie chcemy, żeby Apacze i Paunisi zaatakowali nas zdradziecko od tyłu!

- Apacze nie są tchórzami! - oburzył się Wielki Łoś, wódz Apaczów Jicarilla.
- Nie ma co ukrywać, że nie przepadamy za sobą - przerwał mu Komancz - ale musimy się tymczasowo zjednoczyć i wspólnie przepędzić, a najlepiej zabić Blade Twarze! Teraz są tu Hiszpanie i Po...
- Polacy - podpowiedział mu Samotny Wilk.
- Potem przyjdą inne ich plemiona i będzie ich coraz więcej. Musimy ich zabić dopóki są jeszcze nieliczni i słabi!
- Mój brat ma wiele racji - odpowiedział Śmiały Lis, wódz Apaczów Mescalero - Ale zapomina, że Hiszpanów już jest dużo i są już bardzo silni... Może jeszcze nie w naszym sąsiedztwie, ale na południu...
- Wódz Komanczów dobrze mówi! - zawołał Czerwony Ogień, wódz Paunisów - Trzeba ich nie tylko przepędzić, ale po prostu zabić! Po co biali ludzie w ogóle tutaj przybywają? Oni chcą naszej ziemi!

Wodzowie długo jeszcze dyskutowali, w końcu zdecydowali, że ruszą w ślad za Bladymi Twarzami. Następnie zapalili fajkę pokoju, ale wszystkie strony zdawały sobie sprawę z tego, że nie będzie to trwałe...

Tymczasem dowódca II wyprawy pułkownik Jerzy Doniecki wraz z towarzyszącymi mu Kozakiem Czarnienką i Włochem Roberto Gibbencione zbliżali się w pobliże hiszpańskiej kopalni Alcarta de Santa Maria...

- Zawiodłem się na was! - grzmiał pułkownik - Jak można było nie upilnować jednej kobiety?!

Podwładni spuścili głowy, wiedzieli że nie mają żadnych szans na rozsądne wytłumaczenie... Pojmana przez nich wcześniej Maria de Brasilia uciekła ostatniej nocy i nawet nie potrafili określić podczas której warty...

- Kopalnia przed nami! - ucieszył się dowódca - Zapomnijcie już o tej kobiecie i skupmy się na ważniejszych sprawach.
- Czyli?
- Najpierw trzeba odnaleźć Jagnę Dębską, a potem ocalić naszych...

Pierwsza część zadania okazała się dziecinnie prosta, bowiem Jagna dostrzegła jak zbliżali się do kopalni i już po kilku minutach zdawała relację pułkownikowi...

Przez cały dzień obserwowali kopalnię, wszędzie pełno było hiszpańskich żołnierzy... Okazja pojawiła się następnego dnia - na konną przejażdżkę wybrały się dwie kobiety i dwóch mężczyzn, bez żadnej eskorty...

- Kim oni mogą być? - zapytał dowódca Jagnę.
- To córki namiestnika Diego Alonso Contezara!
- A mężczyźni?
- Nie wiem, ubrani po cywilnemu są...
- Dziwne, że nie ma żołnierzy do ochrony...
- Może wybrały się na randkę, bez zgody rodzica?
- Też tak uważam! Ruszamy! To nasza szansa!

Po krótkiej walce dwóch Hiszpanów zostało obezwładnionych. Doniecki szybko napisał coś na kartce i wręczył jednemu z nich...

- Jedź prosto do Contezara i nie próbujcie żadnych sztuczek! W przeciwnym razie one zginą!

Dwie godziny później z kopalni wypuszczono pojmanych członków II wyprawy... Doniecki w zamian wypuścił młodszą córkę namiestnika i drugiego z mężczyzn...

- Wszyscy jesteście? - zapytał dowódca
- Z tych co żyją wszyscy - odparł Krzysztof Połniakowski - Poza rycerzem Krzysztofem...
- Czemu go nie puścili?
- On sam nie chciał iść...
- Jak to?
- Hiszpanie go wyganiali nawet, ale on nie chciał... Za bardzo pokochał to złoto... No i wzięli go na swoją służbę...
- A Diego Flores? - dopytywała się Jagna - Jego też mieli wypuścić...
- On nie żyje... Wczoraj próbował uciec, złapali go i męczyli całą noc...

Jagna pobladła, łzy cisnęły jej się do oczu...

- Szkoda! Cholernie szkoda! - krzyczała w duszy - Nie mógł poczekać jeden dzień z tą ucieczką?! Teraz byłby wolny!

Cała grupa ruszyła w drogę powrotną... Namiestnik bardzo kochał swoje córki i ściśle trzymał się instrukcji napisanej na kartce przez Donieckiego. Bez żadnych targów wypuścił więźniów, a potem wstrzymał się od wysłania wojska... Pułkownik po dwóch dniach wypuścił drugą córkę... Na miejsce dotarli mniej więcej w tym samym czasie co I wyprawa. Doszło do pierwszego spotkania dowódców...

Potylicz szybko wyjaśnił Donieckiego jak przedstawia się sytuacja...

- Więcławskiego to ja chyba powieszę!
- Nic to nie da, czasu nie cofniemy, a zawsze to jedna para rąk więcej do walki... Zwłaszcza, że większość Polomanczów, Germanopaczów i Kozakezów uciekła...
- Z tego co mówisz dzicy mają wielką przewagę...
- Tak, ale my mamy konie, a oni tylko parę sztuk. Musimy to wykorzystać, z drugiej strony oni lepiej znają teren. Trzeba też uważać na Indian w tej okolicy, no i na Hiszpanów...
- Kiedy wyruszamy i gdzie?
- Nasze konie są bardzo zdrożone, a i ludzie potrzebują kilku godzin odpoczynku, gnaliśmy tutaj co tchu. Nie ma szans, żeby Indianie tak szybko za nami nadciągnęli.
- W porządku, odpocznijcie, a my w tym czasie zwiniemy obóz i rozstawimy liczne straże. Wyślę też kilka patroli, żeby nas przypadkiem nie zaskoczyli... Ale co dalej, gdzie uciekniemy?
- I oto jest pytanie! Na razie na południe, drogę znamy, ale co potem to nie wiem... Ani my, ani Pratelicki nie zna dalszych zakątków tego kraju... Jedno jest pewne, nie możemy dać się podejść, musimy zręcznie manewrować, żeby nas nie zaskoczyli.
- W końcu i tak trafimy na Hiszpanów albo na innych tubylców...
- Jednym i drugim ciężko zaufać...
- Nie przedłużajmy! Idźcie odpocząć, ja zadbam o resztę!

Doniecki natychmiast wysłał patrole by mieć oko na najbliższą okolicę, rozstawił też liczne straże, a pozostali zaczęli likwidację obozu...

Jeszcze przed świtem połączone polskie siły wyruszyły na południe... Indianie byli jeszcze daleko, ale nieubłaganie podążali ich tropem...

Tymczasem Ślązak Szmicior i jego dwóch towarzyszy: Dawid "Szpiegu" Łęckowski i Marian Łuszczyński nie wiedzieli o całej sytuacji i zastanawiali się co dalej począć...

- Nie ma jak w bandzie Szmiciora! - zawołał szef bandy.
- Co ty opowiadasz za bzdury?! - zdenerwował się Łuszczyński - Od początku coś jest nie tak! Najpierw gdzieś ukradkiem na statku, teraz tutaj to samo, żarcia nigdy nie ma! Mam gdzieś taką bandę, odchodzę!
- Zostań! Będzie lepiej! - próbował odwieść go od tego Szmicior - Początki zawsze są trudne!
- Nie! Odchodzę!

Zdenerwowany Łuszczyński zaczął się oddalać...

- A idź! Ale pamiętaj, że jak nasza banda będzie sławna i bogata to nie przyjmiemy cię już z powrotem!

Łuszczyński nie odwracając się machnął tylko ręką i poszedł dalej...

- Też jestem głodny - narzekał Szpiegu.
- Mam pomysł! Chodź do opuszczonego obozu, pewnie zostało jakieś jedzenie!

Po kwadransie...

- A nie mówiłem! - cieszył się Szmicior - Jedz ile wlezie i już nie narzekaj na to, że w bandzie źle!
- Najważniejsze, że głód zaspokoję! - odparł Szpiegu chwytając lekko nadgryziony kawałek mięsa - Wolę nawet nie myśleć kto to wcześniej zaczął jeść...
- Jedz, jedz! Dobre!

Jedzenia nie było wiele, ale zważywszy na to co ta dwójka jadła w ostatnich dniach można by rzec, że trafiła się im prawdziwa uczta. Po przeszukaniu całego obozowiska i zjedzeniu wszystkich niedojedzonych rzeczy przyszła pora na odpoczynek...

- Zdrzemniemy się - zakomunikował Szmicior - a potem postanowimy co dalej.
- Ja bym wolał podążyć za naszymi...
- I znowu będziesz cały czas narzekał, że nie ma co jeść lub że mało!
- A czemu nie możemy się do nich po prostu przyłączyć?
- Jesteśmy bandą!
- Dobra, zdrzemnijmy się...

Jakież było ich zdziwienie, gdy przebudzili się po kilku godzinach, a nieopodal siedziało ośmiu Apaczów...

- Spokojnie Szpiegu! Ja to załatwię!

Szmicior podniósł się, Apacze z zaciekawieniem go obserwowali...

- Czego chcecie? - zawołał Szmicior.

Indianie milczeli...

- Gadajcie czego chcecie, bo do was podejdę i wycisnę z was to! Ze Szmiciorem i jego bandą nie ma żartów!
- Chyba cię nie rozumieją...

Ślązak prężył się dumnie i już miał kontynuować mowę, gdy nagle obok jego głowy przeleciała strzała i wbiła się w drzewo rosnące obok...

- Nie ze Szmiciorem takie żarty! - zawołał - Ja was zaraz nauczę cajmery! Ja wam zaraz pokażę!

W odpowiedzi posypały się kolejne strzały, ale wszystkie były skierowane w to samo drzewo...

- Co teraz? - denerwował się Szpiegu - Bawią się z nami! Nieciekawie to wygląda...
- Spokojnie, nie denerwuj się. Ja to załatwię - Szmicior robił dobrą minę do złej gry.

Po kilku minutach Apaczom znudziło się strzelanie, zaczęli niebezpiecznie zbliżać się do Polaków...

- Co robicie?! Stójcie natychmiast! - darł się Szmicior - Bo zaraz nie będę już tak dobry!

Kwadrans później dwaj ostatni członkowie bandy Szmiciora leżeli zakopani po szyje w ziemi...

- To już po nas! - wyszeptał Szpiegu.
- Nie jest tak źle - uspokajał Szmicior - Nie zabili nas, myślę że to dobry znak.
- Ja mam złe przeczucia...
- Co oni knują tam na boku?
- I tak nie znamy ich języka... Wracają! Zacznijmy się lepiej modlić!

Indianie podeszli najpierw do Szmiciora i założyli mu na szyję mokry rzemień...

- Co robicie hultaje?! Uwolnijcie mnie to wam pokażę!

Chwilę później przyszła pora na Łęckowskiego, któremu wysmarowali twarz i całą głowę miodem... Apacze śmiejąc się oddalili się...

- O co w tym wszystkim chodzi? - zastanawiał się Szpiegu - Najważniejsze, że nas nie zabili...
- Ha! Przestraszyli się wielkiego Szmiciora!
- Przestań w końcu! Oni się ciebie w ogóle nie bali!
- Jak mówisz do szefa bandy?
- Normalnie!

Szmicior obraził się i przestał odzywać się do towarzysza...

Po jakimś czasie...

- Szmicior!
- Czego niewdzięczniku?
- Mrówki mnie gryzą! To straszne! One mnie zjedzą!
- E tam! Bądź mężczyzną! - odparł Szmicior i zerknął na Łęckowskiego - O Jezu! Idą na ciebie całe hordy!
- Pomocy!
- Nie dam rady! O... - Ślązak coraz bardziej czuł, że schnący rzemień zaciska mu się na szyi - Nie mogę mówić, bo mnie to cholerstwo wtedy bardziej dusi!
- Zginiemy! Zginiemy w strasznych męczarniach!

Szmicior nie odpowiedział już nic, czuł że niedługo wytrzyma, zaczął się pocić, coraz trudniej było mu oddychać...

- Nie tak miała skończyć banda Szmiciora! - myślał w duchu - Dobrze, że tego nie widzi dziadek Dzierżawa! Jak jego wnuk umiera w ten sposób...

Tymczasem Rafał Kafałkowski przebywał w wiosce Czikasawów...

- Dobrze mi u was czerwony bracie, ale muszę wracać do swoich. Pewnie myślą, że nie żyję, bo nawet się z nimi nie pożegnałem... Wiesz dobrze jak ja kocham biegać! A po tak długiej podróży przez Wielkie Morze nie mogłem powstrzymać się od biegu, gdy tylko stanąłem na twardej ziemi...
- Wiem - odpowiedział wódz Zielony Ptak - Miło było cię u nas gościć, zawsze będziesz tu mile widziany!
- Piękny ten wasz kraj, myślisz że przebiegliśmy go całego?
- Nie wiem, prerie i lasy, jak sam zauważyłeś, są tu bardzo rozległe. Biegaliśmy wiele tygodni, ale myślę, że jednak nie byliśmy wszędzie.
- Żegnaj Zielony Ptaku!
- Żegnaj Pędzący Wichrze!

Kafałkowski opuścił wioskę Czikasawów i ruszył na poszukiwanie członków swojej, II wyprawy... Po kilku dniach biegu zaczął się zastanawiać czy czasem nie pobłądził, gdy nagle usłyszał głośne jęki i to polsku...

- Oj, oj! Chcę już umrzeć!
- Yyyy...
- One mnie jedzą żywcem! Wchodzą mi nawet do oczu! Czy mam jeszcze nos? Bo go nie czuję już...

Kafałkowski przyśpieszył, w kilka chwil znalazł się przy cierpiących i przystąpił do ratowania...

- Nie wiem kim jesteś przyjacielu - mówił ze łzami w oczach Szpiegu - ale przybyłeś w ostatniej chwili. Jeszcze kilka minut i te mrówki wygryzłyby mi całą twarz!
- Ja też dziękuję! - powiedział zasapany Szmicior - Ten rzemień prawie już mnie udusił!
- Kto was tak urządził?
- Indianie!
- Którzy?
- ? Nie przedstawili się! Dranie! Cajmery! Szmicior dostanie ich w swoje ręce!
- Pewnie Apacze, słyszałem że lubują się w tego rodzaju torturach... Trzeba wynosić się stąd, na pewno wrócą by zobaczyć jak skończyliście...
- Niech wrócą! Drugi raz Szmiciora żywcem nie wezmą!
- Daj już spokój! Słuchajmy naszego wybawcy i wynośmy się stąd!
- Ilu ich było?
- Ośmiu...
- Szmicior załatwi sześciu, a wy po jednym i wygramy!
- Milcz wreszcie! - zdenerwował się Szpiegu - Może ich wrócić więcej! Jak się nazywasz i skąd się tutaj wziąłeś?

Kafałkowski opowiedział, że był członkiem II wyprawy, ale ostatnio samotnie przemierzał okoliczne prerie i lasy... Bardzo zdziwił się, że uratowana dwójka przybyła tutaj tym samym statkiem z Europy...

- Nie widziałem was na statku...
- To długa historia. Opowiemy ci po drodze, teraz lepiej wiejmy zanim dzicy wrócą!

Tymczasem połączone polskie siły dotarły do wioski Polomanczów, gdzie spotkali Niemca Helmutha z pozostałymi, także z kobietami, dziećmi i starcami...

- Gdzie ten silny oddział Hiszpanów? - zapytał Pratelicki.
- Odstąpili! Zmienił się u nich dowódca, natychmiast uznali, że nie ma co szturmować Góry Niedźwiedziej, aby nas zabić...
- Gdzie teraz są?
- Skierowali się na wschód, cały czas obserwują ich moi synowie.

Pratelicki szybko opowiedział niemieckiemu przyjacielowi jak wygląda sytuacja z Indianami...

- Niedobrze się stało... - skomentował Helmuth - Mówisz, że prawie wszyscy nasi Indianie uciekli?
- Garstka zaledwie została...
- Trzeba ruszać dalej, nie mamy szans obronić się w wiosce, za dużo wrogów...
- Też tak uważamy. Za godzinę ruszamy!

Przed samym wymarszem do wioski przybyli zwiadowcy: Piotr Laszlo Tekieli i Kozak Robaczenko...

- Wielkie hordy Indian idą na nas! - mówił z przejęciem Tekieli - Twój syn panie Pratelicki, Władysław Łokietek (dla przypomnienia Jan Pratelicki nazywał swoich synów imionami królów polskich) twierdzi, że do Komanczów, Apaczów, Arapaho i Paunisów dołączyły kolejne plemiona! Są ich tysiące!
- Jak daleko są?
- Dwie godziny pieszo stąd.
- Idą wszyscy razem?
- Nie, podzielili się na trzy grupy, ale wydaje się, że są ze sobą skomunikowani...
- Wyruszamy!

Tuż za wioską Polaków czekała niespodzianka! Czarny Malik z nożem w ręce biegł w ich kierunku...

- Zabiję wszystkie Blade Twarze!
- Nie mówiłem wam! - pokazał go palcem Anglik Martin Swayze Von Bigay - On oszalał!
- Zabić go! - rozkazał Michał Potylicz
- Nie! - zawołała Alfreda Pawłowska - To nasz człowiek! Tylko trochę zbzikował!

Pawłowska wybiegła naprzeciw Malika, ten widząc ją zwolnił, ale wciąż głośno wołał...

- Zejdź mi z drogi babo! Muszę zabić wszystkie Blade Twarze!
- Ale po co?
- Dla Mokrej Kuny!
- A kto to? Ale co ty nie poznajesz nas? My swoi!

Czarny Malik zatrzymał się i zaczął się zastanawiać... W tym samym momencie podbiegła do niego Anna Hynowska i zaczęła go bić po twarzy...

- Ja ci dam! Ja ci dam!

Czarny Malik zasłaniał się jak mógł, ale i tak Hynowska lała go gdzie popadnie... W końcu nie wytrzymał i zawołał...

- Przestań Anno! To ja!

Hynowska przestała go bić...

- No! Wygląda na to, że wróciłeś! Nie wiem co się z tobą działo... Co to za Mokra Kuna?
- Nie wiem...
- Jak nie wiesz? Przecież dopiero co darłeś się, że nas wszystkich pozabijasz! I że zrobisz to dla tej Kuny?
- Niemożliwe!
- Tak krzyczałeś! Najważniejsze, żeś w końcu znormalniał!

Do Malika podszedł też angielski tropiciel...

- Mnie też chciałeś zabić!
- Nie! Swayze, naprawdę nie! Nic takiego nie było!
- Tak!

Malik nie mógł uwierzyć w to co mówią... Kompletnie nie pamiętał co się z nim działo w ostatnich tygodniach...

Całe zdarzenie z pobliskich zarośli obserwowało kilka osób...

- Długi zdradził! - syknął wściekle Rosjanin Warywodzia.

Stojąca obok wysoka Indianka przyglądała się niedowierzając, w pewnym momencie łzy zaczęły spływać po jej policzku... Dwie Czeszki, Cekierova i Lelkova wykorzystując zamieszanie puściły się biegiem w stronę Polaków... Indianka porwała za łuk i strzeliła w ich kierunku! Strzała o centymetry poszybowała nad Lelkovą!

- Widzisz! Dobrze, że jestem taka mała! - cieszyła się Lelkova i przyśpieszyła - Nie tak łatwo mnie trafić!

Mokra Kuna posłała jeszcze strzałę, ale także chybiła, a za chwilę rzucił się na nią drugi Rosjanin Kuczunow...

- Nie strzelaj!

Czeszki dobiegły do zdziwionych ich widokiem Polaków... W kierunku zarośli już wcześniej ruszyło kilku z nich by za chwilę prowadzić stamtąd Kuczunowa i Mokrą Kunę. Warywodzia zdążył uciec...

- Zdrajcy! - syknął sam do siebie - Gdzie im będzie lepiej niż u Indian? Mają najlepsze zioła!

Indiance odebrano łuk i puszczono wolno, oddalając się jej wzrok zatrzymał się jeszcze na Czarnym Maliku... W spojrzeniu czerwonoskórej kobiety było tyle żalu, że Polak poczuł się dziwnie nieswojo... Indiance cisnęły się łzy do oczu, ale nie chciała dać po sobie poznać jak cierpi...

- Skąś ją znam - pomyślał Czarny Malik.

Wkrótce ruszono w dalszą drogę, nie można było zapominać, że na ich tropie są tysiące czerwonoskórych... Patrole wysłano w każdym możliwym kierunku, wszystko po to by w porę dowiedzieć się o jakimkolwiek zagrożeniu... Na południe, gdzie zmierzali pojechała czwórka: Budzanowski, Janczurowski, Niemiec Martin Schylder i Stanisław Jochymowski...

- Dobrze, że pojechaliśmy - cieszył się Jochymowski - Tyle emocji ostatnio, trzeba głowy przewietrzyć!
- A mi tam obojętnie - odparł Schylder - Czy w dużej grupie czy w mniejszej...
- Ja to wolę być w większej - włączył się do rozmowy Janczurowski - Bezpieczniej!
- To trzeba było nie jechać! - skwitował Budzanowski.
- Jak nie jechać? Dowódca wyznaczył!
- To nie narzekaj, za dużo narzekasz!
- To już nawet ponarzekać nie można? Jak nie Hiszpanie to teraz Indianie! Same kłopoty!
- Po co waszmość na wyprawę pojechałeś?! Trzeba było siedzieć spokojnie w Polsce!
- A czy ja wiedziałem, że tutaj tak będzie? Ponarzekać mogę, lżej na duszy wtedy się robi!
- To narzekaj, ale daj mi już waszmość spokój!

Tymczasem statek "Nefrete" wiozący wyprawę odwetową Macudowskiego zbliżał się do południowych wybrzeży dzisiejszych Stanów Zjednoczonych...

- Ziemia! Ziemia! - darł się zbir Jamróz.
- Nareszcie! - wtórowali mu pozostali.

Pora była już późna, więc nie zdecydowano się na zejście na ląd tego samego dnia.

- Jutro rano! - zarządził Macudowski - Z okazji odkrycia lądu daruję wam dwie beczki wina! Pijcie za to, że w końcu dopłynęliśmy i za moje zdrowie!
- Wiwat wielki Macudowski! - krzyknął zbir Dziobak.
- Wiwat! Wiwat! - wtórowali mu pozostali.

Beczki z winem szybko otworzono i zaczęło się świętowanie...

- Jutro wreszcie na stałym lądzie! - cieszył się kniaź Wigurko - Pij Holendrze!
- Piję! Twoje zdrowie! - zawołał Martin Van Coolers.
- Zaśpiewaj coś kniaziu! - zachęcał szlachcic Sebastian Sokoliński.
- Chrypkę mam przyjacielu... Dzisiaj niestety tylko picie he he

Po kilku godzinach wszyscy mężczyźni byli kompletnie pijani... Nie mogło być inaczej, bowiem zamiast dwóch beczek darowanych przez Macudowskiego wypito wszystkie...

- A to dranie! - wściekała się czeska kucharka Sabina Sviderkova - Nas to nawet nie zaproszono! Chodź Dominisiu! Może zostało jakieś wino jeszcze? My też mamy prawo do świętowania!
- Masz rację Sabinko! - odparła Guzikova - Idziemy!

Okazało się, że zostało jeszcze prawie pół beczki wina...

- Widocznie te opoje nie zauważyli, ha ha ha! - śmiała się Sviderkova - Tacy to wszystko wypiją, aż padną! Mężczyźni są dziwni! Wołaj resztę! Nie będziemy przecież same pić!

Niebawem na pokładzie pojawiły się wszystkie kobiety...

- Bawmy się! - wołała Sviderkova.

Po godzinie atmosfera zrobiła się bardzo luźna, wino robiło swoje...

- Rusłana! - zawołała nagle Renata Jarczykowska - Co nas czeka na tym dzikim lądzie?

Ukrainka Kramerko machnęła ręką...

- Nie będę patrzyła teraz... Na trzeźwo trzeba!
- E tam! - wtrąciła się Monisława Maciejewska - Popatrz, ciekawe jesteśmy!
- Nie daj się prosić! Rusłana! - wtórowała jej Paulina Połniakowska.
- Lepiej nie, ale... No dobrze, spróbuję. Muszę się przygotować...

Kramerko udała się do swojej kajuty, by wrócić po jakimś czasie z kociołkiem w ręce i kilkoma zawiniątkami...

- Przyświećcie mi! Muszę dokładnie widzieć lustro wody!

Polecenie natychmiast wykonano, Ukrainka wsypała jakiś proszek do środka, który momentalnie wzburzył wodę w kociołku...

- Co widzisz? - zapytała po cichu Agnieszka Krzemieńska
- Jeszcze nic...
- Ja też nie... - śmiała się Jarczykowska.
- Nie przeszkadzajcie! - uspokajała towarzyszki Sviderkova - Ona musi mieć spokój.

Kramerko skinęła głową, nie odrywając oczu od lustra wody, która robiła się coraz bardziej niespokojna... Rusłana długo wpatrywała się nic nie komentując, nagle cofnęła się jak opętana, odrzucając wściekle kociołek... Kobiety były przerażone...

- Mów! Mów co widziałaś? - krzyczała Krzemieńska.
- Krew! Mnóstwo krwi!
- O Boże! - wystraszyła się Połniakowska - To straszne!
- Wszyscy zginiemy? - dopytywała się Maciejewska.
- Mówiłam wam, żeby nie wróżyć teraz! - krzyknęła zdenerwowana Kramerko - Nie widziałam dokładnie, jutro muszę powtórzyć... Może to przez ten alkohol...

Atmosfera popsuła się strasznie...

- Idziemy spać! - zakomunikowała Jarczykowska
- Wina i tak już prawie nie ma - skwitowała Sviderkova.
- Dopijmy je i do spania! - podsumowała Guzikova.

Gdy kobiety zbierały się do swoich kajut, na pokładzie zaroiło się od tajemniczych postaci... Kobiety zostały pojedynczo pojmane, następnie umieszczone w kilku małych łodziach... Wszystko trwało raptem kilka minut... Łodzie odpłynęły w ciemnościach...





1 komentarz:

  1. Anonimowy20:25

    Hey there! Do you use Twitter? I'd like to follow you
    if that would be ok. I'm absolutely enjoying your blog and look forward to new updates.


    Feel free to visit my page: Contract Wars cheats

    OdpowiedzUsuń